Rozdział 1: Mieszkanie pod schodami i dziwna sprawa kartonowych księżyców
Franek miał osiem lat i mieszkał pod schodami. Nie dlatego, że tam było szczególnie wygodnie – po prostu tam nikt mu nie przeszkadzał układać najdziwniejszych rzeczy jeden na drugim i sprawdzać, kiedy zawalą się z hukiem. Pewnego szarego popołudnia, kiedy mama próbowała odnaleźć swoje klucze (jak zwykle bezskutecznie), Franek siedział na podłodze i przyklejał srebrny papier na starych, okrągłych kawałkach kartonu. Każdy miał być księżycem. „Mamo, patrz! Mam już cztery księżyce i planuję zbudować z nich wieżę aż do sufitu!” – zawołał, pokazując jej błyszczące krążki.
Mama tylko się uśmiechnęła, przewracając oczami. „Tylko nie przesadź, bo będziemy musieli zmieniać sufit!” – zawołała, ale Franek wiedział, że żartuje. Odkąd tata powiedział mu, że „magia jest w codziennych rzeczach, tylko trzeba dobrze patrzeć”, Franek starał się patrzeć bardzo, bardzo uważnie. I wyobrażał sobie, że kartonowe księżyce mogą naprawdę świecić, jeśli tylko ułoży je w odpowiedniej kolejności.
Jego najlepszym przyjacielem był kot Bonifacy, który, jak na kota przystało, miał bardzo poważne podejście do wszelkich gier. Bonifacy uwielbiał spać na pierwszym, najniższym księżycu i pilnować reszty jak prawdziwy strażnik nocnego nieba.
Rozdział 2: Zamek z księżyców i pierwsze przeszkody
Franek postanowił, że dziś wieczorem zrobi coś, czego jeszcze nikt nie próbował – zbuduje wieżę z księżyców wysoką aż do lampy nad stołem w kuchni. „Bonifacy, pomożesz mi, prawda?” – spytał, wpatrując się w kota, który akurat mył sobie uszy. Bonifacy zamruczał tak, jakby chciał powiedzieć: „Oczywiście, jeśli nie przeszkodzi mi to w drzemce”.
Franek zaczął układać księżyce. Pierwszy księżyc był stabilny jak skała (a przynajmniej jak bardzo płaski karton). Drugi położył równo na nim, trzeci trochę się chwiał, ale Franek lekko go poprawił. Przy czwartym księżycu Bonifacy, oczywiście, uznał, że pora na inspekcję i wskoczył na samą górę. Wieża zatrzęsła się, a potem… „Apsik!” – kichnął Bonifacy i wszystkie księżyce rozsypały się po pokoju.
Franek spojrzał na kota i zamiast się zdenerwować, wybuchnął śmiechem. „No to była prawdziwa kosmiczna katastrofa! Trzeba będzie zabezpieczyć budowę. Potrzebny mi pomocnik!” – powiedział, patrząc znacząco na Bonifacego. Kot zamiauczał, jakby chciał dodać: „Jestem kotem, nie budowniczym”, ale Franek już miał plan.
„Zróbmy tak: ty pilnujesz dołu, a ja będę układał górę. I żadnych wędrówek na szczyt!” – zarządził. Bonifacy usiadł przy pierwszym księżycu, udając, że bardzo poważnie traktuje nową funkcję.
Rozdział 3: Magiczne problemy i dyplomatyczne rozwiązania
Wieczorem do pokoju Franek zaprosił swoją młodszą siostrę, Zosię. „Chcesz zobaczyć coś niesamowitego? Zbudujemy najwyższą wieżę z księżyców w całym domu!” – zawołał. Zosia, która była mistrzynią w układaniu wieży z klocków (i rozsypywaniu ich szybciej, niż ktokolwiek inny), ochoczo przybiegła.
Kiedy Franek zaczął układać kolejne księżyce, Zosia wpadła na pomysł, że można je udekorować gwiazdkami wyciętymi z folii aluminiowej. „Będą świecić jak prawdziwe!” – ucieszyła się. Ale kiedy próbowała przykleić swoją gwiazdkę, klej przykleił się nie do księżyca, tylko do jej palca.
„Franek, pomóż!” – zawołała zmartwiona. Franek, zamiast się rozzłościć, powiedział: „Spokojnie, Zosiu. Spróbujmy razem, powoli. Jak dyplomaci na tajnym spotkaniu księżycowym – nikt się nie kłóci, tylko wszyscy pomagają”. Zosia roześmiała się i dała się poprowadzić. Udało im się przykleić gwiazdkę dokładnie tam, gdzie trzeba.
Wieża rosła i rosła. Gdy została już tylko ostatnia, największa „pełnia”, Bonifacy znowu zaczął się niecierpliwić. „Miau!” – przypomniał o swojej obecności. Zosia wzruszyła ramionami. „Może i jemu należy się księżyc?” – zaproponowała. Franek pomyślał chwilę. „Bonifacy, zgadzasz się być honorowym stróżem wieży?” – zapytał. Kot odpowiedział najgłośniejszym mruczeniem, jakie znał świat.
Rozdział 4: Wielka katastrofa i jeszcze większy śmiech
Niestety, kiedy wieża była już gotowa, nagle wszyscy usłyszeli donośny śmiech zza drzwi. To tata wrócił z pracy, niosąc w ręku torbę pełną jabłek. „Co tu się dzieje? Czy ktoś tu hoduje księżyce pod schodami?” – zapytał, udając powagę. Franek dumnie pokazał swoje dzieło. „To najwspanialsza wieża księżycowa w historii!” – oświadczył.
Tata pochylił się, aby dokładniej przyjrzeć się konstrukcji, i… przypadkiem zahaczył o dolny księżyc. Cała wieża rozpadła się jak domek z kart. Przez sekundę nastała cisza, po czym wszyscy wybuchnęli śmiechem. Nawet Bonifacy nie protestował, tylko turlał się po podłodze, jakby chciał pokazać, że taka katastrofa to najlepsza zabawa na świecie.
„Nic się nie stało!” – krzyknął Franek, śmiejąc się do łez. – „Możemy zbudować ją jeszcze raz. A może zrobimy dwie wieże i zobaczymy, która wytrzyma dłużej?”
Mama dołączyła, przynosząc kubki kakao. „Każdy wielki mag potrafi zbudować nowy świat, gdy stary się rozsypie”, powiedziała. Zosia z zapałem zaczęła przynosić kolejne kartony. Nawet tata przyznał się, że chciałby mieć swój własny księżyc.
Rozdział 5: Ognisko w salonie i noc księżycowych marzeń
Na zakończenie dnia rodzina postanowiła urządzić „ognisko” w salonie. Ułożyli wokół siebie poduszki, przykryli się kocami i ustawili lampki w krąg, żeby przypominały płomienie. Po środku Franek położył największy księżyc, a na nim zasnął Bonifacy, mrucząc cicho.
Tata opowiadał zabawne historie z dzieciństwa, mama śpiewała cichutko, a Zosia wymyślała, jakie magiczne rzeczy mogą się wydarzyć, gdy kartonowe księżyce spotkają się z pluszowymi gwiazdami. Franek patrzył na wszystkich dookoła i pomyślał, że nigdy nie miał lepszej przygody.
„Wiesz, Zosiu, myślę, że nawet jeśli księżyce są z kartonu, to i tak są najprawdziwsze na świecie, jeśli układa się je razem z kimś, kogo się lubi” – szepnął. Zosia kiwnęła głową i przykryła go kocem. Po chwili w całym domu słychać było tylko spokojne oddechy, mruczenie kota i ciche, srebrzyste śmiechy księżyców, które świeciły nad nimi, nawet jeśli były tylko z kartonu.