Rozdział 1: Zapach roztopionej czekolady
W sobotni poranek, tuż przed Wielkanocą, słońce świeciło tak jasno, jakby chciało pomalować cały świat na żółto. Na podwórku u babci Heli trawa była jeszcze trochę nieśmiała po zimie, ale już zielona na końcówkach, a w krzakach porzeczek ćwierkały ptaki, jakby naradzały się w sprawie najważniejszej tajemnicy: gdzie tym razem ukryją się jajka.
Kaja, Bartek i Lena mieli po dwanaście lat i energię, którą można by zasilić latarkę, radio i pół miasta. Kaja była odważna do przesady — taka, co wchodzi pierwsza, pyta później. Bartek miał głowę pełną pomysłów i kieszenie pełne okruszków, bo zawsze coś podjadał. Lena zaś potrafiła zauważyć drobiazgi: cienką nitkę pajęczyny, cichy stuk w ścianie, krzywy uśmiech na twarzy kota.
— Dobra, plan jest prosty — oznajmiła Kaja, wciągając na głowę opaskę z papierowymi uszami królika, którą znalazła w koszyku z ozdobami. — Robimy czekoladowe gniazda. Potem polowanie na jajka. A potem… zobaczymy.
— „Zobaczymy” brzmi jak kłopoty — mruknęła Lena, ale uśmiechnęła się szeroko.
— Kłopoty są po to, żeby je oswajać — odparł Bartek i stuknął łyżką o miskę jak dyrygent o pulpit.
W kuchni babci pachniało wanilią, cytryną i czymś jeszcze — ciepłem starego domu, w którym każda szafka miała swoją historię. Na stole leżały składniki: płatki kukurydziane, trochę wiórków kokosowych, garść rodzynek, kolorowe cukrowe jajeczka i tabliczki mlecznej czekolady.
— To naprawdę łatwe — powiedziała babcia Hela, zawiązując fartuch. — Rozpuścicie czekoladę, wymieszacie z płatkami, uformujecie gniazda w foremkach, a na wierzch po dwa, trzy jajeczka. Tylko ostrożnie z gorącą miską.
— Spoko. My jesteśmy profesjonalni — zapewniła Kaja, po czym natychmiast dotknęła palcem tabliczki czekolady i dodała ciszej: — Profesjonalni w jedzeniu.
Śmiali się, a dźwięk śmiechu odbijał się od kafelków i szyb, jakby kuchnia też była w świątecznym nastroju.
Rozdział 2: Forma, która umiała szeptać
Kaja podsunęła do siebie metalową foremkę na muffiny. Była ciężka, trochę porysowana i wyglądała, jakby przeżyła już sto Wielkanocy.
— Ta foremka jest… dziwnie zimna — zauważyła Lena, dotykając brzegu.
— Bo metal — stwierdził Bartek, jakby ogłaszał odkrycie roku. — Metal bywa zimny. Koniec zagadki.
Kaja jednak poczuła coś jeszcze. Gdy babcia odwróciła się po ściereczkę, Kaja zajrzała do jednej z wgłębień foremki. Na dnie, między drobnymi ryskami, mignęły jakby literki. Nie wytłoczone, nie narysowane — raczej… ukryte w połysku.
— Ej, patrzcie — szepnęła. — Tam coś jest.
Lena nachyliła się tak nisko, że jej warkocz prawie wpadł do miski z płatkami.
— Widzę… kreski? Jakby wiadomość, ale zaszyfrowana — powiedziała, marszcząc brwi. — Bartek, masz telefon? Włącz latarkę.
Bartek posłusznie zaświecił. Światło prześlizgnęło się po metalu, a literki nagle stały się wyraźniejsze, jakby je ktoś obudził. Układały się w zdanie:
„SZUKAJ TAM, GDZIE ZAJĄC NIE LUBI MOKRYCH ŁAP.”
— Co to ma znaczyć? — Bartek aż przełknął ślinę, a to u niego było sygnałem powagi.
— Może to żart babci? — Lena zerknęła na Helenę, ale babcia właśnie nuciła pod nosem i kroiła papier do koszyczków, jakby nic nie wiedziała.
Kaja poczuła w brzuchu wesołe mrowienie. Tajemnica zawsze brzmiała jak zaproszenie.
— „Tam, gdzie zając nie lubi mokrych łap”… — powtórzyła. — Zając nie lubi mokrych łap, czyli nie lubi błota, kałuż, wody… może chodzi o studnię? Albo o strumyk za ogrodem.
— A może o łazienkę — rzucił Bartek. — Zając nie lubi kąpieli, wiadomo.
— Ty nie lubisz kąpieli, nie zając — odparła Lena, a Kaja parsknęła śmiechem.
Wiadomość nie zniknęła. Litery lśniły, jakby chciały, żeby ktoś je potraktował serio.
— Najpierw gniazda — zdecydowała Kaja. — A potem… poszukiwania.
Rozdział 3: Czekoladowe gniazda i pierwsza wskazówka
Czekolada topiła się w kąpieli wodnej, gęsta i błyszcząca, jak ciemne jezioro w bajce. Bartek mieszał z takim skupieniem, że wyglądał jak alchemik, tylko zamiast złota robił coś znacznie lepszego.
— Uwaga, nie liż łyżki — przypomniała babcia, ale powiedziała to tonem człowieka, który wie, że przegrał tę bitwę dawno temu.
— Ja? Nigdy — odparł Bartek, po czym natychmiast oblizał łyżkę „żeby sprawdzić temperaturę”.
Lena wsypywała płatki do miski i mieszała je z czekoladą. Wychodziły małe chrupiące wysepki oblepione słodkim blaskiem. Kaja formowała gniazda w metalowej foremce — tej samej, co pokazała wiadomość. Każde gniazdo miało nieregularne brzegi, jak prawdziwe ptasie, tylko że zamiast gałązek miało kukurydziane „patyczki”.
— Dwa jajeczka czy trzy? — zapytała Lena.
— Trzy, bo trzy osoby, jasne — stwierdziła Kaja. — Sprawiedliwie.
Kiedy wcisnęli do środka kolorowe cukrowe jajeczka, wyglądały jak małe skarby. Babcia wstawiła foremkę do lodówki.
— Gotowe. Teraz możecie biegać, ale nie rozwalcie mi tulipanów — zastrzegła.
Kaja już stała w drzwiach, jakby czekała na start.
— Idziemy sprawdzić, gdzie zając nie lubi mokrych łap — oznajmiła.
— O, czyli jednak nie łazienka — mruknął Bartek.
Wyszli na podwórko. Powietrze miało zapach mokrej ziemi i świeżych gałęzi. W oddali, za stodołą, płynął wąski rów z wodą po roztopach. A tuż obok niego stała stara, drewniana ławeczka, zawsze trochę wilgotna.
— Zając nie lubi mokrych łap, więc nie siądzie na mokrej ławce — wydedukowała Lena.
— A co, jeśli to nie o siadanie, tylko o przechodzenie? — Kaja spojrzała na rów. — Tam jest woda. Zając raczej nie będzie w niej brodził.
— Chyba że jest superodważnym zającem, jak ty — zażartował Bartek.
Kaja podeszła do rowu i przeskoczyła go jednym susem. Wylądowała na miękkiej trawie, nie tracąc równowagi. Na drugim brzegu, w cieniu krzewu, coś błysnęło.
— Mam! — zawołała.
To była mała, blaszana puszka w kształcie jajka, z zieloną wstążką. Kaja otworzyła ją ostrożnie. W środku leżał zwinięty papierek i maleńki dzwoneczek, który zabrzęczał cicho, jakby mówił: „Cześć, jestem tu od dawna”.
Lena rozwinęła papierek. Był zapisany fioletowym atramentem:
„Zanim znajdziesz jajka, znajdź to, co sprawia, że święto jest wspólne. Podziel się pierwszym skarbem.”
Bartek zmrużył oczy.
— To brzmi jak zagadka z moralem.
— I dobrze — powiedziała Lena. — Bo moral to nie kara. To wskazówka, jak nie być bucem.
Kaja spojrzała na dzwoneczek.
— „Podziel się pierwszym skarbem”… Komu mamy go dać?
Z krzaków wysunął się pyszczek kota babci, Pączka. Kot miał minę, jakby od tygodnia podejrzewał ich o spisek.
— Pączek? — Bartek uklęknął. — Ty też chcesz skarb?
Kot zamruczał tak, jakby mówił: „Oczywiście. Jestem kotem.”
Kaja zawahała się, ale potem uśmiechnęła się i przywiązała dzwoneczek do obroży Pączka.
— Proszę. Pierwszy skarb dla ciebie. Będziesz dzwonił jak renifer… tylko bardziej poważnie.
Kot potrząsnął głową. Dzwoneczek zadźwięczał wesoło. I wtedy stało się coś dziwnego: z wstążki puszki odpadł maleńki kawałek papieru, jak etykietka. Na nim było narysowane… serce i strzałka w stronę kuchni.
— Okej — powiedziała Lena. — To nie jest zwykły żart.
— To jest najlepszy żart — poprawił Bartek. — Taki, co prowadzi do jedzenia.
Rozdział 4: Polowanie na jajka i odrobina magii
W kuchni lodówka mruczała spokojnie, jakby nic nie wiedziała o tajemnicach. Babcia Hela krzątała się przy stole, układając w koszyczku baranka z cukru i gałązki bukszpanu.
— I jak tam, odkrywcy? — spytała, nie odwracając się.
— Znaleźliśmy… puszkę-jajko — odpowiedziała Lena ostrożnie. — I wiadomość.
Babcia podniosła brwi, ale tylko na sekundę. Potem jej oczy błysnęły tak, jakby zobaczyła coś miłego.
— W Wielkanoc wiadomości mają zwyczaj się pojawiać — powiedziała spokojnie. — Czasem na kartkach, czasem w ludziach.
Bartek otworzył lodówkę i wyjął foremkę. Czekoladowe gniazda były już twarde i wyglądały jak małe, błyszczące koszyczki.
Kaja podniosła foremkę do światła. Litery na dnie jednego wgłębienia znów zamigotały i ułożyły się w nowe zdanie:
„JEŚLI CHCESZ ZNALEŹĆ KOLORY, IDŹ TAM, GDZIE ŚMIECH ODBIJA SIĘ OD SZYB.”
— „Śmiech odbija się od szyb”… — Lena spojrzała na okno. — To może być oranżeria! Babcia ma tę szklaną przybudówkę z roślinami.
— Tam zawsze się śmiejemy, bo Bartek udaje, że paprotka go gryzie — dodała Kaja.
— Ona naprawdę mnie nienawidzi — oburzył się Bartek, ale już biegł.
Oranżeria była pełna zieleni. Słońce wpadało przez szyby i robiło na podłodze jasne plamy, jak rozsypane złote jajeczka. Na półkach stały doniczki, a między nimi — małe ceramiczne zajączki i kurki.
Kaja usłyszała cichutkie „ding-ding”. To Pączek przyszedł za nimi i jego dzwoneczek brzmiał jak znak: „Idę z wami, bo to wygląda interesująco”.
Lena zauważyła, że jedna z doniczek jest przesunięta, jakby ktoś ją niedawno dotykał.
— Tu — powiedziała.
Pod doniczką była koperta, a na niej narysowane trzy małe gniazda. W środku koperty znajdowała się mapka ogrodu babci, z zaznaczonymi punktami: stary dąb, huśtawka, kompostownik (Bartek zrobił minę „o nie”), i… beczka na deszczówkę.
— Beczka? — Kaja zmrużyła oczy. — To jest właśnie miejsce, gdzie zając nie lubi mokrych łap.
— Beczka jest pełna wody. To brzmi logicznie — przyznała Lena. — Tylko… po co beczka w polowaniu na jajka?
Z mapki wysunęła się jeszcze jedna karteczka. Było na niej zdanie:
„NIE WSZYSTKO, CO MOKRE, JEST STRASZNE. CZASEM TRZEBA SIĘ PODZIELIĆ, ŻEBY ODSŁONIĆ SUCHĄ DROGĘ.”
Bartek westchnął.
— To zagadki, które brzmią, jakby ktoś czytał poradnik „Jak mówić tajemniczo”.
Kaja schowała mapkę do kieszeni.
— No to co? Idziemy po kolory.
Rozdział 5: Beczka, która nie była tylko beczką
Beczka na deszczówkę stała przy ścianie stodoły. Była duża, zielona i miała kranik. Woda w środku pachniała wiosną i liśćmi.
Kaja podeszła pierwsza, jak zawsze.
— Jeśli tam jest coś ukryte, to… będzie mokre — powiedziała.
— Zając byłby oburzony — dodał Bartek.
Lena spojrzała na nich poważnie, ale z błyskiem w oku.
— Kartka mówiła, że nie wszystko, co mokre, jest straszne. Może trzeba użyć wody.
— Wody? — Bartek cofnął się odruchowo. — Ja jestem słodki, nie wodny.
Kaja zauważyła przy kraniku mały, przyklejony woskiem pakiecik. Wyglądał jak miniaturowa paczka.
— Jest tu coś! — zawołała.
Próbowała odkleić pakiecik, ale wosk trzymał mocno. Lena podeszła i wskazała na kranik.
— Może trzeba puścić trochę wody. Wosk się rozpuści… albo odpuści.
Bartek spojrzał na swoje buty.
— Tylko nie na mnie.
Kaja odkręciła kranik. Cienki strumień wody popłynął i dotknął wosku. Wosk zmiękł i paczuszka opadła im na dłonie. W środku był mały, drewniany stempel w kształcie zająca oraz kolejna wiadomość:
„ZROBCIE TRZY ODCISKI: JEDEN DLA SIEBIE, JEDEN DLA KOGOŚ, KTO JEST SAM, I JEDEN DLA KOGOŚ, KTO POMAGA W CISZY.”
— Kto jest sam… — Lena zastanowiła się. — Sąsiad pan Marian? On często siedzi na ławce i patrzy na drzewa. Chyba mu brakuje towarzystwa.
— A ktoś, kto pomaga w ciszy? — Bartek spojrzał na kuchnię. — Babcia. Zawsze robi milion rzeczy i nawet się nie chwali.
Kaja uśmiechnęła się.
— A dla siebie… to my. Tylko musimy zrobić odciski. Na czym?
Wtedy Pączek wskoczył na skrzynkę i potrząsnął głową. Dzwoneczek zadźwięczał, a z jego obroży spadła mała płócienna torebka. Nikt jej wcześniej nie widział.
— Hej! — Bartek otworzył szeroko oczy. — Kot nosi torbę?
— Kot ma swoje sprawy — skwitowała Lena i rozwiązała sznurek.
W środku były trzy małe kartoniki, trochę farby w trzech kolorach: żółtym, różowym i niebieskim, oraz pędzelek. Na dnie torebki leżała karteczka: „KOLORAMI ŁATWIEJ SIĘ DZIELIĆ”.
Usiedli na trawie. Kaja maczała stempel w farbie i robiła odcisk zająca na pierwszym kartoniku.
— Dla nas — powiedziała.
Lena zrobiła drugi odcisk, starannie.
— Dla pana Mariana.
Bartek zrobił trzeci odcisk, trochę krzywo, ale za to z rozmachem.
— Dla babci. I dla jej cierpliwości do mojego podjadania.
Kiedy farba wyschła, na odwrocie każdego kartonika pojawiły się drobne literki, jakby wsiąkły w papier:
Na ich kartoniku: „POD DĘBEM SZUKAJ PIERWSZEGO KOLORU.”
Na kartoniku dla pana Mariana: „PRZY HUŚTAWCE ZNAJDZIESZ DRUGI.”
Na kartoniku dla babci: „PRZY STOLE CZEKA TRZECI — ALE TYLKO, JEŚLI PODZIELICIE SIĘ GNIAZDAMI.”
Bartek podniósł głowę.
— Okej. To już nie jest zwykłe polowanie na jajka. To jest jak gra, która uczy, żeby nie myśleć tylko o sobie.
— I to jest fajne — dodała Kaja. — No to… roznosimy kartoniki.
Rozdział 6: Skarby, które rosną, gdy się je daje
Pan Marian siedział na ławce przed swoim domem, w kurtce zapiętej pod szyję, choć było ciepło. Patrzył na niebo, jakby liczył chmury.
— Dzień dobry! — zawołała Kaja i podeszła bez wahania. — Mamy dla pana wielkanocną pieczątkę.
Pan Marian zamrugał, jakby wrócił z dalekiej podróży.
— Pieczątkę? — powtórzył, a potem uśmiechnął się nieśmiało. — A to coś nowego.
Lena podała mu kartonik z różowym zającem.
— To takie… nasze życzenia. I trochę tajemnicy.
Pan Marian obejrzał kartonik, a jego twarz zrobiła się jaśniejsza.
— Dziękuję. Wiecie co? Dawno nikt mi niczego nie wręczył tak po prostu, bez okazji… chociaż to jest okazja. Wielkanoc. — Zaśmiał się cicho. — Macie rację.
— Proszę przyjść do babci Heli później — zaproponował Bartek. — Będą gniazda z czekolady.
— Gniazda z czekolady? — pan Marian uniósł brwi. — To brzmi jak miejsce, w którym chętnie się mieszka.
Wrócili do ogrodu babci. Kaja pobiegła pod stary dąb. Drzewo stało jak strażnik, z grubym pniem i gałęziami, które wyglądały jak ramiona.
— Pod dębem… — szepnęła.
Wśród korzeni znalazła pierwszego „kolora”: złote jajko, większe od zwykłych, owinięte w błyszczący papierek. Obok leżała mała kartka: „KOLOR PIERWSZY: ODWAGA”.
— To chyba do mnie — powiedziała Kaja, ale bez przechwałek. Raczej z ciepłym zdziwieniem.
Lena poszła do huśtawki. Deska skrzypnęła, jakby powiedziała „hej!”. Pod nią leżało drugie jajko, niebieskie.
— Mam! — zawołała. Kartka głosiła: „KOLOR DRUGI: UWAŻNOŚĆ”.
Bartek, choć udawał, że jest tylko „od jedzenia”, pobiegł do kompostownika, bo na mapie był zaznaczony po drodze. Znalazł tam zwykłe jajko, ale w środku była… gumowa rękawiczka i karteczka: „NIE WSZYSTKIE SKARBY SĄ CZYSTE. ALE WSZYSTKIE SĄ POTRZEBNE.”
— Ha! — krzyknął. — Kompostownik też ma poczucie humoru!
W końcu wrócili do kuchni, gdzie babcia Hela układała na talerzu ich czekoladowe gniazda. Wyglądały tak kusząco, że Bartek aż przestąpił z nogi na nogę.
— Babciu — zaczęła Lena. — Mamy dla ciebie kartonik.
Bartek podał babci kartonik z niebiesko-żółtym (trochę rozmazanym) zającem. Babcia spojrzała i jej oczy zrobiły się miękkie.
— Dziękuję, kochani — powiedziała cicho. — To najpiękniejsze, co można dostać: pamięć i czas.
W tej samej chwili na stole, obok talerza z gniazdami, pojawiło się trzecie jajko — różowe, lśniące, jakby ktoś je dopiero co przyniósł. Nikt nie widział, żeby drzwi się otworzyły. Pączek tylko mruknął, jakby wiedział od początku.
Kaja ostrożnie rozwinęła papierek. W środku było małe, papierowe serduszko i karteczka:
„KOLOR TRZECI: DZIELENIE SIĘ. TERAZ ZRÓBCIE TO, CO NAJLEPSZE: PODZIELCIE SIĘ GNIAZDAMI I ZATAŃCZCIE, ŻEBY ŚWIĘTO ZOSTAŁO W NOGACH.”
Bartek spojrzał na talerz, potem na nich.
— To jest moment, w którym ja mam powiedzieć: „Dobra, podzielę się”? — zapytał z teatralnym cierpieniem.
— Tak — odparła Lena.
— Okej — westchnął, po czym uśmiechnął się szeroko. — Ale ja wybieram największe dla pana Mariana.
Kaja zatrzymała wzrok na Bartku, jakby sprawdzała, czy to żart. Nie był.
— To… bardzo w twoim stylu — powiedziała i szturchnęła go w ramię.
— W moim stylu jest też zjedzenie największego — przyznał Bartek. — Ale dziś mamy Wielkanoc.
Rozdział 7: Farandola pod bukszpanem
Po południu w ogrodzie zrobiło się gwarno. Przyszli rodzice Kai, Bartka i Leny, przyszła ciocia z koszykiem pisanek, a nawet pan Marian, który przyniósł małą, drewnianą zabawkę — zająca na kółkach.
— Znalazłem go na strychu — powiedział, podając go dzieciom. — Pomyślałem, że jeśli dziś rozdaje się skarby, to ja też mogę.
Na stole pod jabłonią leżały ich czekoladowe gniazda. Dzieci rozdzielały je równo, a potem jeszcze dokładali, kto chciał: rodzynkę, kokos, dodatkowe jajeczko.
— Proszę, babciu — powiedziała Kaja, podając jedno gniazdo, zanim wzięła swoje. — Za to, że zawsze masz czas, nawet jak go nie masz.
Babcia Hela przytuliła ją krótko, mocno.
— A wy — powiedziała do wszystkich — macie dziś czas dla siebie. To jest najważniejsze.
Bartek podał panu Marianowi największe gniazdo. Pan Marian roześmiał się tak głośno, że aż ptaki na chwilę ucichły, jakby słuchały.
— To jest jak małe święto w święcie — powiedział.
Słońce chyliło się powoli, ale nadal było jasno, jakby dzień nie chciał się kończyć. Kaja wzięła do ręki dzwoneczek z obroży Pączka (kot pozwolił, jakby to było częścią umowy) i potrząsnęła nim.
— Dobra! — zawołała. — Skoro wiadomość mówiła o tańcu… robimy farandolę!
— Farandolę? — powtórzył Bartek. — To ta, co się idzie w wężyku?
— Dokładnie. Trzymamy się za ręce i idziemy, jak wesoły pociąg, tylko bez narzekania, że ktoś nadepnął — wyjaśniła Lena, choć wszyscy wiedzieli, że i tak ktoś nadepnie.
Ustawili się: Kaja na czele, bo oczywiście; za nią Lena, potem Bartek, potem babcia Hela, pan Marian i reszta. Kaja ruszyła wśród tulipanów, ostrożnie, żeby ich nie stratować, ale z takim rozmachem, że wyglądało to jak wiosenny wiatr, który postanowił zatańczyć.
— W lewo! — komenderowała, a dzwoneczek brzęczał.
— W prawo! — dodał Bartek, choć nikt go nie prosił.
Śmiali się, kluczyli między drzewami, okrążali stół, zahaczali o huśtawkę (która skrzypnęła z aprobatą), przeskakiwali rów (Bartek prawie wpadł, ale Lena go przytrzymała), a Pączek biegł obok, dumny, dzwoniąc jak przewodnik wycieczki.
W pewnej chwili Kaja spojrzała na ich dłonie: splątane, ciepłe, pewne. Pomyślała o trzech kolorach: odwadze, uważności i dzieleniu się. I o tym, że magia czasem nie jest w błyszczących jajkach, tylko w tym, że ktoś naprawdę oddaje największy kawałek.
Farandola zatoczyła ostatnie kółko i wszyscy zatrzymali się pod bukszpanem, zadyszani, roześmiani, z policzkami czerwonymi jak pisanki.
— To co? — zapytała Lena. — Zjedliśmy skarby, znaleźliśmy kolory, zatańczyliśmy. Koniec tajemnicy?
Kaja spojrzała na metalową foremkę, która stała na stole, jak zwykły przedmiot. Ale kiedy promień słońca padł na jej dno, mignęły literki — ostatni raz, jak mrugnięcie.
„MAGIA ZOSTAJE TAM, GDZIE SIĘ NIĄ DZIELI.”
Kaja nic nie powiedziała. Po prostu uśmiechnęła się i ścisnęła mocniej dłonie przyjaciół, jakby to był najpewniejszy sposób, żeby zatrzymać święto na dłużej.