Rozdział 1: Jajko z liczbą, które nie powinno tu być
W sobotni poranek Kacper obudził się szybciej niż jego budzik. To było podejrzane, bo budzik zwykle wygrywał każdą bitwę, a on — cóż — był raczej typem „jeszcze pięć minut”. Z kuchni dochodził zapach cynamonu i czegoś, co brzmiało jak śmiech miksera.
— Kacper! — zawołała mama. — Wstawaj, bo babka stygnie!
„Babka stygnie” to w ich domu alarm najwyższego stopnia. Kacper wyskoczył z łóżka, wciągnął bluzę na lewą stronę (nie zauważył), i pobiegł do kuchni. Na stole stały farbki, pędzle, koszyczek i góra pisanek, które wyglądały jak miniaturowe planety.
— W tym roku robimy też ozdoby z drewna — powiedział tata, trzymając coś, co wyglądało jak jajko, ale było twarde i gładkie. — Zobacz.
Kacper wyciągnął rękę… i w tej samej chwili jego wzrok zahaczył o coś pod krzesłem. Leżało tam drewniane jajko, ale inne niż to taty: miało ciemniejsze słoje, jakby narysowane falami, i małą, wyraźną cyfrę wyrytą na boku.
„1”.
— Hej, kto zgubił…? — zaczął, podnosząc je ostrożnie, jakby mogło kichnąć.
Jajko było ciepłe. Naprawdę ciepłe, jak kubek kakao.
— To nie moje — mruknął tata.
— I nie moje — dodała mama, marszcząc brwi. — Skąd to się wzięło?
Kacper przekręcił jajko w palcach. Cyfra „1” błysnęła, jakby była zrobiona z czegoś jaśniejszego niż drewno. Przez sekundę wydawało mu się, że w środku coś… cichutko dzwoni. Jak malutki dzwoneczek, który udaje, że go nie ma.
— Może to od Zająca? — zapytał półżartem, ale serce mu podskoczyło.
Mama uśmiechnęła się tak, jak uśmiechają się dorośli, kiedy nie chcą psuć magii, ale też nie chcą obiecywać, że lodówka potrafi śpiewać.
— Jeśli to od Zająca, to chyba ma plan. A ty chyba masz dzisiaj nos do przygód.
Kacper wsunął drewniane jajko do kieszeni. Wtedy poczuł delikatne… mrowienie. Jakby jajko mówiło: „No, no. Ruszaj.”
Rozdział 2: Trop z marchewki i podejrzany dywanik
Po śniadaniu (babka zniknęła w tempie, które zaniepokoiłoby nawet fizyków) Kacper wyszedł na podwórko. Wiosna była jak rozkręcony konfetti: żółte żonkile, zielone trawniki i słońce, które mrugało bez przerwy, jakby miało sekret.
Za furtką spotkał Maję z sąsiedztwa, która zawsze wiedziała rzeczy wcześniej niż internet.
— Czemu masz bluzę na lewą stronę? — zapytała bez „cześć”.
Kacper spojrzał w dół.
— To… styl wielkanocny. Odwrócona moda, wiesz.
Maja parsknęła.
— Okej, stylu. A co tam chowasz? Kieszeń wygląda, jakby połknęła ziemniaka.
Kacper pokazał jej drewniane jajko z cyfrą „1”. Maja zmrużyła oczy, jak detektyw, który ogląda odcisk łapy.
— To jest… wyryte. I świeci. Trochę. Widzisz?
— Widzę. I jest ciepłe — powiedział Kacper. — Szukam innych. Chyba.
— Chyba?! — Maja uniosła brwi. — Kacper, to jest najlepsze „chyba” w tym tygodniu. Szukamy.
Ruszyli w stronę ogrodu Kacpra. I wtedy Maja zatrzymała się przy wycieraczce przed drzwiami.
— Ta wycieraczka jest… krzywo — stwierdziła.
— Ona zawsze jest krzywo. To jej osobowość.
Maja przykucnęła i podniosła róg wycieraczki. Pod spodem coś błysnęło, jakby ktoś schował mały kawałek poranka.
Drewniane jajko.
Z cyfrą „2”.
— No proszę — powiedziała Maja triumfalnie. — Zając ma gust. I ukrywa rzeczy pod nosem.
Kacper wziął „2” do drugiej kieszeni. Oba jajka przez chwilę zadrżały, jakby przywitały się bez słów.
— Czujesz? — szepnął.
— Jakby telefon wibrował, ale bez telefonu — przyznała Maja. — To co, gdzie trójka?
W tej samej chwili z krzaków wyskoczył prawdziwy królik. Uszy miał jak anteny, a pysk jakby się uśmiechał, choć króliki rzadko podpisują umowy uśmiechem. W pysku trzymał… marchewkę. A na marchewce, nie do wiary, było przywiązane wstążką coś małego i drewnianego.
Królik spojrzał na nich, jakby mówił: „Nie róbcie sceny, to tylko magia”, po czym dał susa i zniknął za żywopłotem. Marchewka spadła na trawę.
Kacper podniósł ją. Wstążka była żółta jak kurczak z reklamy.
Na drewnianym jajku wyryto „3”.
— To było… bardzo bezczelne — stwierdziła Maja.
— Bezczelne, ale skuteczne — odparł Kacper, czując, jak serce mu tańczy polkę.
Rozdział 3: Biblioteka pachnąca pisankami
Maja uznała, że skoro jest seria, to powinna być logika.
— Gdzie ktoś ukryłby czwórkę? — zapytała, machając ręką, jakby mapowała powietrze. — Tam, gdzie nikt nie szuka?
— W lodówce? — zaproponował Kacper.
— Nikt nie szuka w lodówce?! Kacper, ja tam zaglądam co pięć minut. Dla nauki.
Zdecydowali się na miejsce, które naprawdę było „niewidzialne” dla większości dzieci w sobotę: biblioteka. Po drodze mijali domy udekorowane wstążkami i kolorowymi zajączkami w oknach. Kacper czuł, że całe osiedle jest jak wielki koszyk wielkanocny, tylko ludzie udają, że to normalne.
W bibliotece było cicho, ale nie takie „nudne” cicho. Raczej takie, w którym słychać, jak książki mrugają stronami.
Pani bibliotekarka, pani Elżbieta, spojrzała na nich znad okularów.
— Szukacie czegoś konkretnego czy tylko uciekacie przed sprzątaniem?
— To drugie brzmi zbyt prawdziwie — szepnęła Maja.
Kacper wyjął na chwilę jajka „1”, „2” i „3”. Ich cyfry wydawały się jaśniejsze w tym półmroku.
Pani Elżbieta uniosła brwi, ale zamiast krzyczeć „nie biegać” albo „to nie zabawki”, uśmiechnęła się.
— Ach. Widzę, że Zając znów robi porządki w tradycjach — powiedziała. — Dobrze. Tylko nie kładźcie tego na półce z horrorami, bo potem się robi zamieszanie.
— Skąd pani…? — zaczął Kacper.
— Bibliotekarze wiedzą różne rzeczy — odparła, tajemnicza jak zakładka w starej książce. — Spróbujcie przy dziale z legendami i zwyczajami. Tam, gdzie dzieci rzadko zaglądają, bo myślą, że tradycje są jak instrukcja do pralki.
Poszli między regały. W powietrzu unosił się zapach papieru i… coś jak wanilia. Kacper zauważył, że na jednym z regałów stoi mały wiklinowy koszyczek, którego wcześniej tam nie było. W środku leżały papierowe wycinanki: kurki, baranki, kwiaty. A pod nimi — drewniane jajko.
„4”.
Gdy Kacper je podniósł, z koszyczka wysunęła się karteczka. Napis na niej był krótki:
„Nie licz na szczęście. Licz dalej.”
Maja zachichotała.
— Zając ma poczucie humoru. Trochę jak mój wujek, tylko mniej głośny.
Kacper schował „4”. Jajka w kieszeniach zrobiły się cięższe, jakby każda kolejna liczba dodawała nie tylko drewna, ale i odwagi.
Rozdział 4: Dzwonek w parku i ławka, która mruga
Na zewnątrz słońce było tak jasne, że wszystko wyglądało, jakby miało filtr „wielkanocna radość”. W parku dzieci biegały z koszyczkami, a dorośli udawali, że „tylko patrzą”, choć sami wyglądali, jakby mieli ochotę szukać jajek.
Kacper i Maja przeszli obok fontanny. Woda skakała w górę, opadała i szeptała coś, czego nie dało się złapać uchem.
— Słyszysz? — spytał Kacper.
— Jeśli fontanna mówi „zjedz loda”, to słyszę bardzo wyraźnie — odparła Maja.
Wtedy Kacper poczuł w kieszeni delikatne dźwięczenie. Jak mały dzwonek, który przypomina: „Hej, tu jestem, chodź!”
Zatrzymał się. Spojrzał na jajka. Cyfry „1–4” pulsowały ledwo zauważalnie, jak światła na choince, która pomyliła święta.
— One… wskazują — szepnął.
Ruszyli w stronę starej ławki pod kasztanem. Ławka była trochę krzywa, ale stała tam od zawsze, jak dziadek parku. Na oparciu ktoś wyciął kiedyś serce i inicjały, które teraz wyglądały jak znak z innej epoki.
Kacper usiadł. Nic.
Maja usiadła. Też nic.
— Może trzeba… — Kacper podniósł brew. — …powiedzieć coś w stylu „proszę”?
— Ty serio chcesz być grzeczny wobec ławki? — Maja prychnęła, ale po chwili, z udawaną powagą, powiedziała: — Proszę, ławko, jeśli masz jajko, to się nim podziel.
Ławka… skrzypnęła. I to nie było zwykłe skrzypnięcie. Brzmiało jak: „No dobrze, skoro tak ładnie prosisz”.
Z boku, spod deski, wysunęło się drewniane jajko, jak szufladka w tajnym biurku.
„5”.
— Okej — powiedział Kacper, trzymając jajko jak trofeum. — Od dziś mówię „proszę” także do krzeseł. Na wszelki wypadek.
— I „dziękuję” do szafek — dodała Maja. — Nigdy nie wiesz, co planuje komoda.
Kacper schował „5”. W tej samej chwili gdzieś nad nimi rozległo się krótkie „hop!” — jakby ktoś skoczył po chmurach. Kacper spojrzał w górę, ale zobaczył tylko gałęzie i kawałek nieba.
— Widziałeś? — zapytał.
— Jeśli mówisz o chmurze, która wygląda jak zając w kaloszach, to tak — odparła Maja. — I trochę mnie to cieszy, a trochę martwi. Bo co, jeśli zając naprawdę nosi kalosze?
Rozdział 5: Kościółek, koszyczki i tajemnicza szóstka
W niedzielę rano całe miasteczko było w ruchu. Ludzie szli z koszyczkami do święcenia: białe serwetki, bazie, baranki z cukru i kiełbasa, która wyglądała, jakby miała własne plany na dzień.
Kacper szedł z rodzicami, a Maja dołączyła po drodze. Jajka „1–5” miał w plecaku, owinięte w chusteczkę, bo mama powiedziała: „Nie chcę, żeby ci się przygoda porysowała”.
Przed kościółkiem stał stolik z wodą święconą i bukietami. Dzieci zaglądały do cudzych koszyczków z miną: „O, ktoś ma czekoladowego zająca, zdrada stulecia”.
Kacper poczuł z plecaka lekkie szarpnięcie, jakby jajka mówiły: „Tu! Tu!”
Rozejrzał się. Pod ławką przy wejściu stała mała, drewniana skrzynka, jak na listy. Na niej wisiał napis: „ŻYCZENIA”. Ktoś wrzucał karteczki z życzeniami dla innych.
— Może… — Kacper podszedł, a Maja za nim. — Może to tu.
Włożył rękę do skrzynki. Oprócz karteczek dotknął czegoś gładkiego i znajomego.
Wyciągnął drewniane jajko.
„6”.
— Sześć! — wyszeptała Maja. — To już prawie jak ocena z matmy, tylko bardziej sympatyczna.
Kacper uśmiechnął się i zauważył, że na skrzynce ktoś dopisał ołówkiem małe zdanie: „Życz radości, a radość wróci.”
Poczuł nagle ciepło w środku, nie od jajek, tylko takie normalne, ludzkie. Jak wtedy, gdy ktoś cię rozumie bez tłumaczenia.
— Dobra — powiedział. — Życzę.
Wziął karteczkę i napisał: „Życzę wszystkim, żeby dziś znaleźli coś miłego. Nawet jeśli to tylko uśmiech.”
Wrzucił ją do skrzynki. I przysięgałby, że w środku coś cichutko zadzwoniło. Jak małe „dziękuję”.
Rozdział 6: Siódme jajko i finał wśród kolorów
Po południu Kacper siedział w swoim pokoju i ułożył jajka na biurku: 1, 2, 3, 4, 5, 6. Tworzyły równy szereg, jak drużyna, która wygrała mecz i teraz udaje skromność.
— Brakuje siódemki — powiedział do Mai przez telefon, bo Maja musiała wrócić do domu, „żeby uratować rodzinę przed nadmiarem sałatki”.
— Siódemka zawsze jest problematyczna — odpowiedziała. — Jak siódma lekcja.
Kacper przyłożył ucho do jajek. Delikatne dzwonienie znów wróciło, tym razem wyraźniejsze, jakby ktoś grał na miniaturowej pozytywce. Dźwięk ciągnął go w stronę… okna.
Na parapecie leżało piórko. Nie ptasie — za duże i zbyt puszyste. Białe jak cukier puder. A obok piórka… malutki ślad błota. Jakby ktoś w kaloszach naprawdę tu był.
Kacper otworzył okno. Na podwórku, przy huśtawce, stał koszyk z kolorową wstążką. A obok koszyka — coś ruszyło się w krzakach. Dwa długie uszy wystawały na sekundę, po czym zniknęły, jak żart, który ucieka, zanim go opowiesz.
Kacper zbiegł na dół. Serce miał jak bębenek na szkolnym apelu: szybkie, ale radosne.
W koszyku były czekoladowe jajeczka, kilka cukrowych kurczaków i… drewniane jajko z wyrytą cyfrą „7”. Pod nim leżała karteczka.
„Kiedy masz ciąg, masz też drogę. A kiedy masz drogę, pamiętaj: idź z radością.”
Kacper podniósł „7”. Wszystkie drewniane jajka nagle zrobiły się ciepłe jednocześnie, jakby ktoś rozpalił w nich małe lampki. Ułożył je w szeregu na trawie: 1–7. Dzwonienie zamieniło się w krótką, wesołą melodyjkę, ledwo słyszalną, ale wyraźną jak promień słońca.
Z krzaków wysunął się królik. Ten sam. Spojrzał na Kacpra, jakby sprawdzał, czy chłopak naprawdę policzył do końca. Potem… kiwnął głową. Tak po prostu, poważnie i z klasą, jak nauczyciel, który mówi: „Dobra robota”.
Kacper roześmiał się cicho.
— Też potrafię — powiedział i odwzajemnił kiwnięcie głową, zadowolony, jakby właśnie odkrył tajne przejście do świata, w którym święta trwają odrobinę dłużej.
Królik zniknął, a wiatr poruszył wstążką na koszyku. Kacper zebrał jajka, wsunął je do kieszeni i jeszcze raz, już spokojniej, kiwnął głową sam do siebie.