1. Zapach kakao i tajemnicza wskazówka
Mały wilczek o imieniu Kłaczek obudził się, bo coś łaskotało go w nos. To nie był pyłek ani piórko. To był zapach. Słodki, ciepły, jakby ktoś rozpuścił słońce w garnku z kakao.
— Wielkanoc! — mruknął Kłaczek i aż podskoczył na posłaniu z mchu.
W jego norce panował przyjemny bałagan: pęk wierzbowych bazi w słoiku, barwniki z jagód w małych skorupkach po orzechach, wstążki z trawy i piórka znalezione w lesie. Wszędzie połyskiwały drobinki brokatu… to znaczy pyłku z kwiatów, ale Kłaczek udawał, że to brokat, bo to brzmiało bardziej świątecznie.
Wyszorował pyszczek, poprawił uszy i wyjrzał na polanę. Było tak jasno, jakby niebo otworzyło okno na całą szerokość. W krzakach świergotały ptaki, a w zaroślach ktoś chichotał podejrzanie.
— Kto tam? — zawołał Kłaczek.
Z cienia wyskoczył zając Błysk, z miną jakby właśnie wymyślił dowcip na trzy tygodnie do przodu.
— Tajna misja! — szepnął. — Dla ciebie. W sprawie… jaja.
— Jaja? — Kłaczek zmrużył oczy. — Ja mam jedno, ty masz dwa, a kura ma… no, dużo.
— Nie takie jaja! — Błysk parsknął śmiechem i podał mu zwinięty listek. — Chodzi o Specjalne Jajo. Wielkanocne. Podobno jest jedno jedyne, a kto je znajdzie, temu w sercu robi się jaśniej, nawet jak pada.
Kłaczek rozwinął listek. Były tam narysowane trzy symbole: bazie, kropla miodu i mały księżyc.
— A gdzie to jest? — zapytał.
— Hm… — Zając udał, że czyta w powietrzu. — „Tam, gdzie bazie łaskoczą wiatr, miód śpiewa, a księżyc potrafi się schować w kieszeni.” Proste jak skok przez marchewkę!
— Marchewka nie skacze — burknął Kłaczek, ale poczuł, jak coś w nim podskakuje: ciekawość, nadzieja i odrobina świątecznej brawury.
— Idziesz? — Błysk już przestępował z łapy na łapę.
— Idę. Ale jak to Specjalne Jajo okaże się cebulą w farbie, to ja… — Kłaczek zawiesił groźbę, bo nie chciał przestraszyć Wielkanocy.
I ruszyli, zostawiając za sobą norę pachnącą kakao i wielkie, wiosenne „zaraz się coś wydarzy”.
2. Bazie, które łaskoczą wiatr
Wierzby stały nad strumieniem jak stare, mądre ciotki, które wszystko wiedzą i jeszcze udają, że nie. Na gałązkach puszyły się srebrne bazie, miękkie jak chmury.
Kłaczek podszedł, powąchał jedną i kichnął tak głośno, że ptaki na chwilę przestały śpiewać.
— O! Bazie łaskoczą nie tylko wiatr — skomentował Błysk, ocierając łzy śmiechu.
Między wierzbami kręciła się sroka Łupinka, znana w lesie z tego, że lubiła zbierać wszystko, co błyszczy: guziki, szkiełka i… cudze pomysły.
— Patrzcie, patrzcie, kto tu przyszedł! — zawołała. — Wilczek i zając. Brzmi jak początek dowcipu. Jakieś świąteczne sprawy?
— Wcale nie — powiedział szybko Kłaczek, ale Błysk już się uśmiechał.
— Szukamy czegoś, co jest… okrągłe. I na pewno nie jest twoje — palnął zając.
Sroka zmrużyła oczy.
— Okrągłe rzeczy są bardzo interesujące — stwierdziła i natychmiast zaczęła udawać, że nic ją nie obchodzi, co było jej najgorszym udawaniem w życiu. — A ja tu tylko spaceruję. Wcale nie za wami.
— To spaceruj w drugą stronę — mruknął Kłaczek.
Pod wierzbą leżało coś jak mała, zielona koperta, zrobiona z liścia. Na niej ktoś odcisnął ślad łapki w miodzie.
Kłaczek ostrożnie otworzył liść. W środku był kawałek białej kory z kolejną wskazówką:
„Gdy miód zaczyna śpiewać, idź za jego nutą. Uważaj na język, bo będzie chciał próbować.”
— Miód śpiewa? — Kłaczek przechylił głowę. — Mój język na pewno będzie chciał próbować.
— Mój też — przyznał Błysk. — Ale nie możemy zjeść wskazówki. Wskazówka nie jest jadalna. Chyba.
Sroka wsunęła dziób bliżej.
— Ja mogę sprawdzić, czy jadalna — zaproponowała z fałszywą skromnością.
— Nie, dziękujemy. — Kłaczek schował korę do małej torby z łopianu, którą nosił na szyi jak bardzo poważny odkrywca.
Ruszyli w stronę pasieki dzikich pszczół, bo gdzie indziej miód miałby śpiewać? Po drodze Błysk ćwiczył miny triumfalne, a Kłaczek ćwiczył minę „na pewno się nie denerwuję”, co wychodziło mu średnio, bo ogon zdradzał wszystko.
3. Piosenka miodu i próba języka
Pasieka znajdowała się w wydrążonym pniu starego dębu. Wokół pachniało kwiatami tak mocno, że Kłaczekowi zakręciło się w głowie, jakby wypił cały bukiet.
Z pnia dobiegało bzyczenie. Nie takie zwykłe bzyczenie. To brzmiało jak chór, który rozgrzewa gardła przed występem.
— One naprawdę śpiewają — szepnął Kłaczek.
Na pniu wisiała kropla miodu, wielka jak bursztynowa łza. Drżała i… wydawała cichy dźwięk, jakby ktoś dotykał szklanki palcem. „Tiiiing”.
— To nuta! — Błysk aż klasnął łapami.
Kłaczek już wysunął język.
— Uważaj — syknął Błysk. — Wskazówka mówiła…
— Tylko odrobinkę — wymamrotał wilczek i liznął.
Świat na sekundę stał się bardziej złoty. Nawet cień pod krzakiem wyglądał, jakby ktoś posypał go cynamonem.
— Ojej… — Kłaczek oblizał pyszczek. — Miód ma rację. Jest pyszny.
Wtem z pnia wysunęła się pszczoła o poważnej minie i jeszcze poważniejszych skrzydłach.
— Kto stroi nasz instrument? — zapytała, jakby miód był skrzypcami, a Kłaczek właśnie smykiem zrobił „skrzyp”.
— Przepraszamy! — Błysk ukłonił się tak nisko, że prawie przewrócił się do przodu. — Szukamy Specjalnego Jaja. Mamy wskazówkę o miodzie, co śpiewa.
Pszczoła zmierzyła ich spojrzeniem, które mówiło: „Dobrze, ale bez lizania dekoracji”.
— Wielkanocne poszukiwania — mruknęła. — Rozumiem. W lesie krążą różne jaja. Niektóre zwykłe, niektóre czekoladowe, a niektóre… hm… potrafią robić rzeczy.
— Jakie rzeczy? — Kłaczek poczuł dreszcz, ten przyjemny, jak gdy znajdujesz monetę w kieszeni starej kurtki.
Pszczoła wskazała skrzydłem na ścieżkę, gdzie na liściu leżał mały, połyskujący płatek czegoś srebrnego.
— Idźcie za nutą. Ten płatek to część księżyca, który lubi się gubić. Kto go zbierze, temu wskaże drogę.
— Księżyc się gubi? — Błysk wytrzeszczył oczy. — Mój brzuch też się gubi, kiedy widzi marchewkę.
— Cicho, bo jeszcze ktoś go usłyszy i też będzie szukał — mruknęła pszczoła, zerkając znacząco na krzaki.
Z krzaków wystawał czarny koniuszek sroczej łapki.
Kłaczek udawał, że nie widzi.
— Dziękujemy — powiedział grzecznie i zabrał srebrny płatek. Był chłodny, ale nie zimny. Jak łyżka w kompotowej misce.
Kiedy ruszyli, płatek w jego torbie cichutko dzwonił przy każdym kroku. „Tiiiing, tiiing”. Jakby mówił: „Tędy, tędy”.
Sroka Łupinka wyskoczyła na ścieżkę.
— Och, co za przypadek! — zawołała. — Ja też akurat idę… dokładnie w tę stronę. Jakie to miłe, że możemy iść razem. Uwielbiam towarzystwo. Szczególnie, kiedy niesie coś błyszczącego.
— A ja uwielbiam ciszę — odparł Kłaczek.
— To będziesz zachwycony, bo ja potrafię milczeć… przez trzy sekundy — powiedziała sroka i natychmiast zaczęła opowiadać, jak raz znalazła guzik tak piękny, że guzik sam się do niej uśmiechnął.
Kłaczek i Błysk wymienili spojrzenia: „To będzie długa droga”.
4. Księżyc w kieszeni i kłopotliwe błyskotki
Ścieżka prowadziła do polany, gdzie rosły zawilce, a w środku stał wielki kamień. Na nim ktoś wyrysował kredą (a może pyłkiem) okrąg, jak gniazdo dla księżyca.
Kłaczek wyjął srebrny płatek. Płatek zadrżał i poleciał sam na kamień, jakby miał własne łapki. Uderzył o okrąg i „klik!” — dołączył do innych płatków, których Kłaczek wcześniej nie widział. Zrobiło się ich więcej, układały się w mały księżyc, cieniutki jak pazur.
— Oooo — westchnął Błysk. — To wygląda jak rogalik, tylko mniej chrupie.
Mały księżyc błysnął i… skurczył się. Zrobił się wielkości guzika.
— Księżyc do kieszeni! — zawołała sroka, oczy jej świeciły jak dwie latarnie. — Idealnie!
Rzuciła się do przodu, ale Kłaczek był szybszy. Złapał księżyc-guzik i wsunął do swojej torby.
Torba cicho zamruczała, jakby zadowolona, że ma nowego lokatora.
— To moje! — zaprotestowała Łupinka. — Ja kocham błyskotki. Bez błyskotek jestem jak… jak sroka bez srokowania!
— My tego potrzebujemy, żeby znaleźć Specjalne Jajo — powiedział spokojnie Kłaczek. — A ty potrzebujesz… um… przyjaciela? Może?
Sroka zamrugała, jakby ktoś rzucił jej w głowę miękką poduszkę.
— Ja? Przyjaciela? — powtórzyła ostrożnie. — Ja mam… lustro.
— Lustro nie pożyczy ci skrzydła, kiedy utkniesz w błocie — zauważył Błysk.
Łupinka prychnęła, ale w jej spojrzeniu coś drgnęło. Może ciekawość. Może tęsknota. A może po prostu myśl: „Jeśli będę z nimi, zobaczę więcej błyskotek.”
Księżyc-guzik zaczął dzwonić w torbie Kłaczka. „Tiiiing!” — tym razem głośniej, jakby nie cierpiał zwłoki.
Z kamienia uniósł się delikatny, srebrny pył i ułożył w powietrzu strzałkę, prowadzącą do zagajnika.
— No to mamy kompas — powiedział Kłaczek. — Księżycny.
— Księżycny kompas! — powtórzył Błysk z zachwytem. — Brzmi jak nazwa zespołu muzycznego.
— Ja mogę być wokalistką — wtrąciła sroka. — Mam donośny głos.
— To już wiemy — mruknął Kłaczek, ale uśmiechnął się pod nosem.
Ruszyli za strzałką. Im dalej w zagajnik, tym bardziej świat robił się… jakby świeżo pomalowany. Zieleń była bardziej zielona, a powietrze pachniało czekoladą tak wyraźnie, że Kłaczek miał wrażenie, iż ktoś tu ukrył cały sklepik.
— Jeśli to pułapka, to jest bardzo smaczna pułapka — stwierdził.
— Pułapki zwykle są mniej eleganckie — odparła Łupinka. — Ta pachnie luksusem.
W zagajniku znaleźli małe drzwi w pniu brzozy. Takie na wysokość łapy.
Na drzwiach wisiał wianek z bazi, a klamka była zrobiona z… cukrowego patyczka.
Błysk polizał patyczek.
— Słodkie. To na pewno prawdziwe — orzekł.
Kłaczek westchnął.
— Ty też masz problem z językiem.
— To nie problem. To talent — odparł zając.
Kłaczek zapukał. Z wnętrza dobiegł cichy chichot i dźwięk przesuwanych skorup.
Drzwi uchyliły się same.
5. Pracownia pisanek i jajo, które nie lubi pośpiechu
W środku było ciepło i jasno, choć nie było tam żadnej lampy. Ściany mieniły się kolorami, jakby ktoś rozlał tęczę i pozwolił jej wyschnąć w paski. Na półkach stały dziesiątki pisanek: w kropki, w gwiazdki, w liście i w spirale. Niektóre wyglądały zupełnie zwyczajnie, a inne… jakby zaraz miały kichnąć konfetti.
Za stołem z kory siedziała sówka Kreda, w okularach z cienkich gałązek. Jej pióra były przyprószone barwnikiem, jakby przed chwilą przytuliła się do palety.
— Witam poszukiwaczy — powiedziała miękkim głosem. — Wielkanoc lubi, kiedy ktoś czegoś szuka, bo wtedy nadzieja ma gdzie pobiegać.
— Szukamy Specjalnego Jaja — wyrecytował Błysk, jakby to było hasło do tajnego klubu.
Sówka skinęła głową.
— Wiem. Ono nie jest tu wystawione jak ciasteczka na półce. Specjalne Jajo wybiera, kiedy da się znaleźć.
— To trochę… uparte — mruknął Kłaczek.
— Uparte? — powtórzyła sówka z rozbawieniem. — Raczej mądre. Nie chce, żeby je złapał pierwszy lepszy pazur albo dziób.
Łupinka chrząknęła i udawała, że patrzy na sufit.
Sówka wyciągnęła małą miseczkę. W środku leżało jajo, matowe, jasne, bez wzorów. Nie było ani czekoladowe, ani kolorowe. Wyglądało jak cisza przed śmiechem.
— To ono? — Kłaczek poczuł lekki zawód, jakby otworzył orzech, a w środku znalazł… drugi orzech.
— Nie — powiedziała sówka. — To jest Jajo Próby.
— Próby czego? — zapytał Błysk.
— Próby cierpliwości i serca — odparła Kreda. — Dotknijcie go po kolei i powiedzcie, czego najbardziej chcecie na tę Wielkanoc. Ale szczerze. Jajo nie znosi ściemy.
Kłaczek spojrzał na swoich towarzyszy. Zając aż się trząsł z emocji, a sroka udawała, że się nie trzęsie, choć jej ogon tańczył jak chorągiewka.
Kłaczek dotknął jaja. Było ciepłe.
— Chcę znaleźć Specjalne Jajo — powiedział. — I… żeby w lesie było więcej światła, nawet kiedy ktoś ma gorszy dzień. Żeby każdy miał powód, żeby rano wstać i powiedzieć: „No dobra, spróbuję jeszcze raz.”
Jajo lekko zadrżało.
Błysk dotknął.
— Ja chcę, żeby śmiech nigdy się nie kończył — wypalił. — Nawet kiedy się potknę o własne łapy. I żeby marchewki zawsze były chrupiące. To też ważne.
Jajo zadrżało mocniej, jakby się śmiało bezgłośnie.
Łupinka dotknęła ostatnia. Zamilkła na dłużej, co było tak niezwykłe, że nawet kurz przystanął.
— Ja… — zaczęła i urwała, jakby słowo utknęło jej w dziobie. — Ja chcę… żeby ktoś mnie nie lubił tylko za błyskotki. Żeby… — przełknęła ślinę — …żeby ktoś został, nawet gdy nic nie błyszczy.
Jajo zadrżało tak mocno, że prawie wyskoczyło z miseczki. Z jego powierzchni popłynęła cienka, złota nitka światła i narysowała w powietrzu znak: małe gniazdo.
Sówka uśmiechnęła się.
— Dobrze. Teraz możecie iść. Specjalne Jajo czeka tam, gdzie robi się gniazdo dla nadziei.
— Gniazdo? — powtórzył Kłaczek. — Gdzie?
Sówka wskazała na okno, a raczej dziurę w pniu, przez którą widać było skraj polany, gdzie wiatr kręcił małe wiry z płatków.
— Tam, gdzie kiedyś była burza i połamała gałęzie — powiedziała. — Wszyscy omijają to miejsce, bo wygląda smutno. A właśnie tam Wielkanoc lubi zostawiać prezenty. Bo to, co nadłamane, może się jeszcze odbudować.
Kłaczek poczuł w środku ciepłe „tak”. Nie takie głośne. Raczej ciche, ale uparte.
— Chodźmy — powiedział.
Wyszli z pracowni, a drzwi w pniu brzozy zamknęły się za nimi z lekkim „klik”, jakby ktoś zamykał pudełko z farbami.
6. Specjalne Jajo i światło, które się dzieli
Miejsce po burzy było jak rozrzucona układanka: połamane patyki, sterty liści, kilka przewróconych kamieni. Ale między tym wszystkim rosły świeże pędy, zielone i odważne, jakby w ogóle nie obchodziło ich, że tu kiedyś było strasznie.
— Tu ma być prezent? — Błysk rozejrzał się sceptycznie. — Wygląda jak… jak po sprzątaniu, które się poddało.
— Czasem najlepsze rzeczy są schowane w brzydkich miejscach — powiedział Kłaczek i zaczął grzebać w liściach.
Łupinka też pomogła, choć co chwilę podnosiła jakiś błyszczący kamyk i szeptała do niego „hej”, jakby to był stary znajomy.
Księżyc-guzik w torbie Kłaczka zadzwonił głośno. „Tiiiing!” Tak, że aż liście podskoczyły.
— Tu! — zawołał wilczek.
Pod stertą patyków było gniazdo, splecione z trawy, mchu i… wstążek z kory brzozy. A w środku leżało jajo.
Nie było ogromne. Nie świeciło jak latarnia. Było po prostu piękne: ciepłe, w pastelowych kolorach, jak poranek. Na skorupce miało wzór przypominający drogę: zakręty, kropki i małe, jasne ślady łap.
Kłaczek wziął je delikatnie. Jajo było cięższe niż się spodziewał, jakby miało w środku nie tylko coś, ale też znaczenie.
— To ono — szepnął Błysk.
Łupinka nie powiedziała nic. Tylko patrzyła, a w jej oczach odbijały się kolory.
Jajo nagle lekko zatrzęsło się, jakby ktoś w środku zapukał.
— Hej! — Kłaczek odruchowo przytulił je mocniej. — Spokojnie, spokojnie. Nie upuścimy cię.
Na skorupce pojawił się cienki pęk, ale nie groźny. Z pęknięcia wysunęła się… mała iskierka światła. Poleciała w powietrze i zawisła nad nimi jak złoty pyłek.
Iskierka dotknęła najpierw Kłaczka. Poczuł, jak w sercu robi mu się jaśniej, jakby ktoś odsunął zasłonę. Potem iskierka dotknęła Błyska — zając roześmiał się tak, że aż przewrócił się na plecy. Na końcu dotknęła Łupinki — sroka zamknęła oczy i przez chwilę wyglądała… spokojnie.
— Co to było? — sapnął Błysk, wstając i otrzepując futro.
— Nadzieja — powiedział Kłaczek, zaskoczony, że to słowo pasuje tu tak naturalnie, jakby zawsze czekało na tę chwilę. — Taka… przenośna.
Jajo uspokoiło się. Pęknięcie zniknęło, zostawiając tylko złotą kreskę jak podpis.
— To co teraz? — zapytała cicho Łupinka.
Kłaczek spojrzał na polanę, na rozrzucone patyki, na świeże pędy.
— Teraz wracamy — zdecydował. — I robimy święto. Takie prawdziwe. Z kolorami, z tradycjami i z odpoczynkiem. Bo nawet najdzielniejsze łapy muszą czasem poleżeć.
— Repose… panier? — Błysk przekręcił łeb. — Co to w ogóle znaczy?
— Nie wiem, ale brzmi jak „odpoczynek z koszykiem” — odparł Kłaczek. — A koszyk może być pełen czekolady. Więc jestem za.
Łupinka chrząknęła.
— Ja też… jestem za — powiedziała. — Mogę ponieść coś. Nie musi błyszczeć.
Kłaczek uśmiechnął się.
— Poniesiesz nasze barwniki. A ja poniosę jajo. Ostrożnie.
I ruszyli w drogę powrotną, a las wydawał się im kibicować szelestem liści.
7. Koszyk, kolory i wielkanocny odpoczynek
Na polanie przy norce Kłaczka wszystko było gotowe, jakby wiosna sama rozłożyła obrus z promieni. Kłaczek ustawił koszyk z plecionych gałązek, wyłożony mchem. Błysk przyniósł czekoladowe jajka (nikt nie pytał skąd, bo w Wielkanoc nie zadaje się trudnych pytań). Łupinka przyniosła piórka i wstążki, a także… jeden guzik.
— Na szczęście — powiedziała szybko, zanim ktokolwiek skomentował.
Kłaczek położył Specjalne Jajo na środku koszyka. Nie po to, by je ukryć, tylko by miało swoje miejsce, jak król w spokojnym królestwie.
— I co, teraz ono zrobi coś spektakularnego? — zapytał Błysk, rozglądając się, jakby spodziewał się fajerwerków z mleczu.
— Może już zrobiło — odparł Kłaczek.
Usiedli obok koszyka. Wokół nich pachniały bazie, miód i czekolada. Ptaki śpiewały, jakby też dostały swoją porcję radości. Nawet wiatr brzmiał lżej.
Łupinka spojrzała na swoje odbicie w błyszczącej skorupce czekoladowego jajka.
— Wiecie — zaczęła — ja… ja przepraszam za to, że chciałam podkraść księżyc.
— Każdy czasem chce coś podkraść — stwierdził Błysk. — Ja na przykład chciałem podkraść własną marchewkę z własnej kryjówki. I prawie mi się udało.
Kłaczek parsknął.
— Ważne, że jesteśmy tu razem — powiedział. — A Specjalne Jajo… niech sobie leży. Nie musi nic udowadniać.
Przez chwilę wszyscy milczeli, ale to było dobre milczenie. Takie, w którym słychać, jak rośnie trawa.
Potem Błysk wyciągnął jedno czekoladowe jajko i podał Kłaczkowi.
— Podzielimy się? — zapytał.
Kłaczek podzielił. Połówka dla zająca, połówka dla sroki, a sobie zostawił… najmniejszy kawałek, bo najbardziej smakowało mu to, że inni też mają.
Specjalne Jajo lekko zadrżało w koszyku, jakby mrugnęło. Ze złotej kreski na skorupce uniósł się drobny pyłek i opadł na ich łapy, pióra i futro. Nie brudził. Raczej rozświetlał.
— To jest ten odpoczynek z koszykiem — stwierdził Błysk, z pełnymi policzkami. — Repose-panier. Bardzo mądra tradycja.
— Uznajmy, że nasza — powiedział Kłaczek.
Łupinka ułożyła się obok koszyka, nie na nim (to był postęp), i westchnęła.
— Wiecie co? — powiedziała. — Dziś nic nie musi błyszczeć. Wystarczy, że jest ciepło.
Kłaczek spojrzał w niebo. Było jasne, nawet w miejscach, gdzie chmury próbowały się wcisnąć. Pomyślał o burzy, o połamaniach i o świeżych pędach. I o tym, że nadzieja to nie wielka magia, tylko mała iskierka, którą można podać dalej, jak czekoladowe jajko.
— Wesołej Wielkanocy — powiedział cicho.
— Wesołej! — odpowiedział Błysk.
— Wesołej — dodała Łupinka, a w jej głosie zabrzmiało coś, co nie było błyskotką. Coś prawdziwego.
Leżeli tak razem przy koszyku, wśród kolorów i śmiechu, odpoczywając jakby świat na chwilę powiedział: „Macie przerwę. Oddychajcie. Jest dobrze. I będzie.”