Rozdział 1 — Plan na wielki żart
Był sobie mały domek przy krzywej uliczce. W nim mieszkało czterech chłopców. Mieli po pięć lat. Każdy miał inne buty i ten sam uśmiech.
Pierwszy to Franek. Franek był głośny. Krzyczał ze śmiechu przed jedzeniem. Drugi to Jasiek. Jasiek nosił kapelusz z piórkiem. Trzeci to Olek. Olek zbierał kamyczki i robił z nich wieże. Czwarty to Kuba. Kuba potrafił robić miny, które śmieszyły nawet kota.
Pewnego ranka Kuba odbił piłkę w okno i piłka pięknie zatańczyła. Piłka powiedziała: „Bum!” — nie dosłownie, bo piłki nie mówią, ale tak się wszyscy śmiali, że zabrzmiało jak słowo. Franek klepnął ręce. „Zróbmy konkurs żartów!” — zawołał.
„Konkurs?” — zainteresował się Jasiek. „Tak, konkurs! Najlepszy żart wygra magiczny cukierek.” Franek wskazał pudełko na półce. Pudełko świeciło tak lekko, jakby było wesołe.
„Ale… skąd cukierek jest magiczny?” — zapytał Olek. „Bo potrafi sprawić, że ktoś zrobi siup i zapomni smutki” — powiedział Franek.
Chłopcy postanowili. Zrobimy konkurs. Zaprosimy wszystkich. Wymyślimy żarty. Będzie wesoło. Plan był prosty. I trochę szalony.
Rozdział 2 — Próby i psoty
Najpierw trzeba było zrobić plakaty. Jasiek narysował koguta, Franek narysował księżyc w kapeluszu, Olek dorysował kamyk, a Kuba narysował wielką buzię. Plakaty przyczepili do drzewa, ławki i listonosza.
Wsiadł też do zabawy stary miot. Miot siedział w kuchni i warczał, bo nikt go nie używał. „Dajcie mi żart!” — mruczał miot. Chłopcy podbiegli i zaczęli mu opowiadać kawały. Miot aż się rozkręcił i powietrze w kuchni zatańczyło. Miot postanowił pomóc — zamiatał cele konkursu na próżno.
Pierwsza próba była u Franka. Franek opowiadał dowcip o chmurze, która zgubiła parasolkę. Chmura, według Franka, mówiła „Gdzie jest mój parasol? Ach, mam skrzydła!” Dzieci śmiały się. Pies sąsiada zawył, bo myślał, że to nowa piosenka.
Jasiek próbował z żartem o kapeluszu, który stał się kapeluszem przyjaciela. Kapelusz tańczył swing. Śmiech był taki głośny, że liście w drzewie zaczęły klaskać.
Olek miał inny plan. On zrobił pokaz kamyków. Kamień numer jeden udawał ogórek, kamień numer dwa udawał misia. W pewnym momencie kamyczek nr trzy spadł. „Ups!” — powiedział Olek, bo tak było bezpieczniej. Wszyscy śmiali się cicho i ciepło.
Kuba natomiast uczepił się min. Wykonał minę zdziwionego króliczka, potem minę roześmianego kaczuszki, a na końcu minę, która wyglądała jak dwie marchewki w okularach. To był hit. Nawet ptak przysiadł i zakrakał „jeszcze raz!”.
Po próbach nadszedł czas na magiczne psoty. Malutka wróżka z kuchennej kredensu — nazywała się Kukiełka — wyskoczyła i zabłysła. „Niech będzie konkurs i niech będzie sprawiedliwie! Ale żarty muszą być skromne.” Skromne — to znaczy nie krzyczeć, nie chwalić się i nie mówić, że jesteś najlepszy. Wesoło, ale skromnie.
Chłopcy spojrzeli na siebie. „Skromnie?” — powtórzył Franek. „To trochę jak zjedzenie ciastka bez mówienia wszystkim, że było najlepsze.” „To się da” — rzekł Olek i uśmiechnął się tak słabo, że aż zrobiło się ciepło.
Rozdział 3 — Dzień konkursu
Nadszedł dzień konkursu. Drzewo miało ładny kapelusz z liści. Pudełko z cukierkiem stało na stoliku. Przybyli goście: kilka żab, jedna stara szafka, i słońce, które przysiadło trochę niżej, żeby lepiej widzieć.
Konkurs rozpoczął się od klaskania. Klaskały drzwi, klaskały buty, klaskały nawet cienkie promienie słońca. Franek wszedł pierwszy. Opowiadał dowcip o chmurze, ale tym razem dodał, że chmura nie szukała parasolki, bo ma kieszenie. Publiczność zaśmiała się głośno. Franek poczuł się miły. „Uwielbiam to!” — chciał powiedzieć, ale zamiast tego powiedział: „To było nieźle.” I usiadł. To było skromne.
Jasiek zaczął swój numer. Kapelusz zrobił turę honorową, przewrócił się i wstał. To była taka śmieszna turka, że nawet stare kamienie zaczęły się chichrać. Jasiek uśmiechnął się i powiedział: „To było śmieszne, ale nie lepsze niż wasze placki.” Publiczność klasnęła. Skromnie i z humorem.
Olek przyniósł kamyczki. Jeden kamyk zaczął opowiadać o marzeniu zostania księżycem. „Ja chcę być księżycem!” — powiedział kamyk. Ktoś z tłumu zapytał: „A co z twoją wagą?” Kamyk odpowiedział: „Zostanę lekki od śmiechu!” Wszyscy roześmiali się miękko. Olek, który lubił być cichy, narysował potem uśmiech na palcu i schował go w kieszeni.
Kuba wyszedł ostatni. Zrobił minę, która wyglądała jak zupa z chichotem. Potem opowiedział żart o króliku, który bał się marchewek. „Bo marchewki miały okulary!” — i wszyscy wybuchnęli śmiechem. Kuba zatulił się w ramiona i nie krzyczał, że jest najlepszy. Powiedział: „Dobre! Ale wasze żarty też były fajne.” To było skromne.
Gdy nadszedł czas ogłoszenia zwycięzcy, wystąpiła Kukiełka. „Kto wygra?” — szepnął mikrofon, który był w rzeczywistości starym kieliszkiem. Kukiełka spojrzała na pudełko. Otworzyła je powoli. W środku był nie jeden, a siedem cukierków.
„Dlaczego siedem?” — zapytał Franek. Kukiełka mrugnęła. „Bo śmiech się mnoży. Kiedy ktoś dostaje cukierek, daje kolejny komuś, kto sprawił mu radość.” Chłopcy spojrzeli na siebie. Uśmiechy na ich twarzach rozkwitły.
Zamiast wybrać jednego zwycięzcę, Kukiełka podała cukierki czterem chłopcom. „Dla was wszystkich” — powiedziała. „I jeszcze trzy dla tych, których rozbawiliście.” Chłopcy dali cukierki żabom, starej szafce i słońcu. Słońce, zjadło cukierek i zrobiło małą piruetę na niebie.
Po rozdaniu cukierków każdy opowiedział jeszcze jeden krótki żart. Były śmieszne, ciche i miłe. Każdy miał swoją porcję śmiechu, nie za dużo, nie za mało. Wszystko było w porządku i skromne.
Rozdział 4 — Nocna kołysanka
Kiedy zrobiło się ciemniej, domek przy krzywej uliczce zaświecił lampką. Chłopcy byli zmęczeni. Śmiech miękko opadał jak puch. Pies sąsiada przyszedł i położył głowę na progu.
Jasiek powiedział: „Było fajnie.” Franek dodał: „Było więcej niż fajnie.” Olek wstał i podał każdemu po kamyku na szczęście. Kuba przytulił misia.
Wróżka Kukiełka usiadła na parapecie i zaczęła śpiewać. Jej głos brzmiał jak dzwoneczki i herbata na małym ogniu. Zaśpiewała kołysankę, ale nie taką zwykłą. To była kołysanka o tym, jak śmiech jest jak mały, ciepły kocyk.
„Śpij, mały żartownisiu, niech cię okryje śmiech,
niech każdy szept i miną, ciche serce ma w pamięć.
Gdy rano wstaniesz, znów spróbuj, znów powiedz coś miłego,
pamiętaj — małość serca jest największą siłą.”
Chłopcy leżeli i słuchali. Zamykali powoli oczy. Frankowi przyszło do głowy, że bycie skromnym nie oznacza bycia małym. To znaczy dzielenie się. Jasiek myślał o kapeluszu, który tańczył dla innych. Olek trzymał kamień, który nie marzył o byciu księżycem samemu, a Kuba smakował w ustach ostatni kawałek cukierka.
Kukiełka zakończyła kołysankę cichym dźwiękiem kłębka nici. Domek zasypiał. Drzewo zatrzymało liście, żeby nie szeleścić. Miot przestał marudzić i w końcu odpoczął.
Na końcu, zanim sen wziął chłopców, każdy wypowiedział jedno słowo. „Dziękuję.” Było proste. Było prawdziwe. I nikt nie mówił, że jest najlepszy.
Pospali długo i głęboko. A za oknem, gdzieś nad płotem, ptak nucił jeszcze raz pierwszą melodię z konkursu. Miękka, cicha i pełna uśmiechu.