Był sobie raz mały chłopiec. Miał cztery lata i nazywał się Jaś. Była Wigilia. Dom był ciepły jak koc. Pachniały pierniki i pomarańcze. Choinka stała w kącie jak zielony las w pokoju. Na gałązkach mrugały świeczki pod opieką mamy i taty. Za oknem spadały ciche płatki.
Pada cichutki śnieg. Dzyń-dzyń dzwonią dzwonki. Pachnie choinka. Migocą świeczki.
Jaś trzymał mały dzwoneczek. Słuchał go uchem. Jakby szeptał. „Dzyń… dzyń… podaj dalej.” Jaś podniósł oczy.
„Mamo, co to znaczy podaj dalej?” zapytał.
Mama usiadła obok. „To znaczy podziel się dobrem, synku. Tak jak światło od świeczki. Jak dotknie drugiej, to też się zapala. A pierwsza nie gaśnie.”
„Nie gaśnie?” zdziwił się Jaś.
„Nie. Światło lubi wędrować od serca do serca” powiedziała mama i uśmiechnęła się.
Babcia poprawiła obrusek. „W Wigilię dobry uczynek ma skrzydełka. Leci dalej jak płatek śniegu.”
Jaś zamrugał. „Chcę spróbować.”
Mama wzięła zapaloną świeczkę i trzymała wysoko, bezpiecznie. „Patrz” powiedziała. „Ja trzymam, ty podasz ogienek drugiej.”
Jaś dotknął knot drugiej świeczki. „Proszę, światełko, idź dalej” wyszeptał.
Pstryk. Zapaliła się i druga. Zatańczyły dwie jasne gwiazdki.
„Widzisz?” szepnęła mama. „Światło się mnoży, kiedy się nim dzielisz.”
Pada cichutki śnieg. Dzyń-dzyń dzwonią dzwonki. Pachnie choinka. Migocą świeczki.
Przyszła kuzynka Zuzia. Miała trzy lata i różową spinkę. Oczy jej świeciły.
„Chcesz zadzwonić?” spytał Jaś i podał jej dzwoneczek.
„Mogę?” szepnęła.
„Twoja kolej” powiedział Jaś poważnie, jak prawdziwy strażnik dzwonków.
„Dzyń-dzyń!” zadzwoniła Zuzia i klasnęła.
Jaś się uśmiechnął. W jego sercu zrobiło się jasno. Jakby świeczka zapaliła się jeszcze raz, tylko wewnątrz.
Dziadek przyniósł złotą gwiazdkę. „Kto mi poda?” zagadnął.
„Ja podam, ty zawieś wysoko” powiedział Jaś. Podał gwiazdkę dziadkowi. Dziadek zawiesił ją na czubku choinki. Gwiazdka zamigotała jak oczko nieba.
„Podajemy dalej” zaśmiała się babcia i podała talerzyk z piernikami.
Jaś wziął pierniczek w kształcie serca. Rozejrzał się. „Zuzia, to dla ciebie” powiedział. „Podaj dalej tacie.”
Zuzia podała tacie. Tata podał mamie. Mama podała babci. Krążyło serce. Krążył uśmiech.
Pada cichutki śnieg. Dzyń-dzyń dzwonią dzwonki. Pachnie choinka. Migocą świeczki.
Jaś popatrzył na swoje małe dłonie. „Czy ja nie jestem za mały, żeby podawać?” zapytał cicho.
Mama pogłaskała go po głowie. „Małe dłonie najlepiej niosą światło. Są delikatne i pamiętają ciepło.”
„Słowa też są jak świeczki” dodał dziadek. „Jak powiesz dziękuję i proszę, to w sercu drugiej osoby zapala się światełko.”
Jaś skinął głową. „Dziękuję” powiedział. Światełko zamrugało w oczach wszystkich.
Śnieg padał jak białe piórka. Dzwonki brzmiały jak złote pszczółki. Choinka pachniała lasem i bajką. Świeczki były jak ciche gwiazdy na dłoni.
Przy oknie stał mały talerzyk. Jaś położył na nim pierniczek i kubek mleka.
„To dla Świętego Mikołaja” powiedział.
„A co mu powiesz?” zapytała babcia.
Jaś narysował kredką serduszko i płatek śniegu. Pod spodem, powoli, napisał: „Podam dalej.”
„Pięknie” szepnęła mama.
Zrobiło się cicho jak w kołysance. Światełka mrugały łagodnie. Jaś ziewnął i przytulił misia.
„Dobranoc, choinko” powiedział.
„Dobranoc, świeczki” dodał.
„Dobranoc, dzwonki. Dobranoc, śniegu.”
„Dobranoc, dobry świecie, podaj dalej.”
Kiedy Jaś zasypiał, światło wędrowało. Z serca do serca. Z dłoni do dłoni. Z uśmiechu do uśmiechu. A śnieg szeptał miękko, dzwonki brzmiały cichutko, choinka pachniała domem, a świeczki strzegły snów. Wszystko było jasne i spokojne. I było dobrze.