Pierwsze próby pod wielkim namiotem
Mały Franek miał pięć lat i nosił czerwony szalik założony jak superbohater. Wszedł do cyrku trzymając mamę za rękę. Wszystko błyszczało: kolorowe światełka, trąbki, pachniało popcornem i szalonymi watami cukru.
„Zobacz, Franek! Tu będą akrobaci!” — szepnęła mama. Franek skakał na palcach i patrzył na olbrzymi pierścień. W środku ćwiczył akrobata po ziemi — Pan Grzmot. Był niski, z szerokim uśmiechem i włosami jak sprężynki. Robił przewrotki, saltka i potrafił złożyć się jak harmonijka.
Franek bardzo chciał spróbować. „Ja też chcę robić przewrotki!” — powiedział głośno. Pani z plakatu skinęła na niego. „Mały Franek, za chwilę będzie twoja kolej. Musisz trochę poczekać.” Franek spojrzał na zegar. Zegarek tykał jak małe bębny. Czekać było trudniej niż myślał.
Wtedy pojawił się pan Piórko, prowadzący próbę. Miał kapelusz z piórem i mówił śmiesznie: „W cyrku ważne są dwie rzeczy: porządek i uśmiech!” Franek próbował uśmiechać się tak szeroko jak Pan Grzmot, ale buzia mu drżała. W głowie miał tylko jedno: przewrotka, przewrotka, przewrotka.
Trening roulady i nowe przyjaźnie
„Chodź ze mną poćwiczyć rouladę,” powiedział Pan Grzmot, klepiąc miejsce na miękkiej macie. „Roulada to taka bezpieczna przewrotka. Najpierw schylasz głowę, turlasz się jak mały bursztyn i odpychasz nogami.”
Franek stanął na macie i zobaczył innych: Karolinka, która robiła koloryzowane skręty, i Zuzia, która śmiała się jak dzwoneczek. Wszyscy mieli różne stroje, różne kroki i różne tempo. Pan Grzmot pokazał jeszcze raz: „Ręce tu, broda do klatki, kolano przytuli się do brzucha… i turlaj!”
Franek spróbował. Pierwszy raz wyszło jak mały kotek — nie do końca, ale było śmiesznie. Drugi raz potknął się o własne sznurowadło i wpadł w stóg piórek. Wszyscy zaśmiali się razem, ale nikt nie śmiał się z niego złośliwie. Pan Piórko klasnął: „Brawa za próbę! A teraz nauczymy się czekać na swoją kolej.”
Czekanie zmieniło się w zabawę. Dzieci ustawiły się w kółko i każde robiło śmieszną minę, gdy ktoś inny ćwiczył. „Kto pokaże najdziwniejszą minę?” — zawołała Karolinka. Franek zrobił minę jak małpka i wszyscy parsknęli śmiechem. Czuł, że czekanie też może być fajne, bo był częścią drużyny.
Pan Grzmot opowiadał swoim niskim głosem: „W cyrku każdy ma swoje miejsce. Jedni latają po linie jak ptaki, inni robią salta, jeszcze inni grają na trąbkach. Trzeba tolerować różnice, bo to one robią show!” Franek pomyślał, że to znaczy, iż każdy może robić coś innego i wszyscy się wspierają.
Mały chaos i duże serca
Nagle z tylu namiotu dobiegł głośny szelest. Zawierucha konfetti! Ptyś, mały pies klauna, wbiegł na matę i zaczął gonić własny ogon. Dzieci zaczęły krzyczeć z radości. Jedna z lampek zgasła i zrobiło się chwilowo ciemniej. „O nie!” — zawołał pan Piórko, a potem sam się roześmiał, bo konfetti spadło mu na nos jak kolorowy broda.
W tym zamieszaniu Franek zapomniał o cierpliwym czekaniu. Wyskoczył przed karuzelą i… potknął się. Na szczęście maty były miękkie. Pan Grzmot pomógł mu wstać i sprawdził, czy nic nie boli. „Uczymy się na miękkiej ziemi,” mruknął i poklepał go po ramieniu.
Franek poczuł trochę zawstydzenia. „Przepraszam, nie chciałem przeszkadzać,” wyszeptał. Zuzia uśmiechnęła się szeroko: „To nic! Lepiej spróbować i popełnić błąd niż nigdy nie spróbować.” Karolinka dodała: „I wszyscy tu mają różne tempo. Właśnie to jest fajne!” To były słowa jak ciepły koc.
Pan Piórko zapytał: „Czy ktoś chcę opowiedzieć, co to znaczy tolerancja?” Dzieci podniosły ręce i mówiły na swój sposób: „To znaczy dzielić się miejscem!”, „To znaczy nie złościć się, gdy ktoś potrzebuje czasu!”, „To znaczy pomagać, kiedy ktoś upada!”. Franek pomyślał, że tolerancja to też pozwolić innym być innymi.
Finał z wielkim śmiechem
W końcu nadszedł moment Franek miał swoje pięć sekund w świetle reflektorów. Ustawił się na macie, przypomniał sobie instrukcje Pana Grzmota: broda do klatki, kolano przytula się do brzucha, ręce gotowe. W głowie miał jeszcze piórka, konfetti i śmiech przyjaciół.
„Gotowy?” — zapytała mama zza kurtyny. Franek kiwnął głową. Na trzy — turlania! Zrobił rouladę. Wyszedł na nogi jak mały kołowrotek, z grubym uśmiechem. Publiczność zagwizdała i klasnęła. Pan Grzmot pomachał mu kapeluszem jak wielki ptak.
A potem wydarzyło się coś cudownego. Ptyś skoczył jeszcze raz, pogonił konfetti i przewrócił mały stołek. Stołek potoczył się i uderzył w dzwonek. Dzwonek zabrzmiał jak śmiech, a potem wszyscy zaczęli się śmiać razem — głośno, potrójnie, do rozpuku. Śmiech rozszedł się po namiocie jak balonowy wiatr.
Franek śmiał się tak, że aż łzy mu stanęły w oczach. To był śmiech, który nie przeszkadzał, lecz łączył. Po chwili śmiech uspokoił się i zmienił w cichy chichot. Ludzie zaczęli oklaskiwać Franek jeszcze raz, ale tym razem klaskali też dla tolerancji, dla czekania, dla wspólnej radości.
Pan Grzmot przytulił Franek do ramienia i szepnął: „Dobra robota. Czekanie i próbowanie to też sztuka.” Mama pocałowała go w czoło. Franek poczuł, że jest ważny, chociaż nie musi być najszybszy, najwyższy czy najgłośniejszy. W cyrku każdy miał swoje miejsce i każdy mógł błyszczeć.
Kiedy zgasły reflektory, a namiot zaczął cicho szumieć, dzieci wyszły z matą w ręku i szły w rytmie kroków. Wszyscy byli trochę zmęczeni i bardzo szczęśliwi. Franek i jego nowi przyjaciele powtarzali swoje miny i ukłony. Na końcu Ptyś usiadł na kolanach Franek i obaj uśmiechnęli się szeroko.
Przed snem Franek myślał o dzisiejszym dniu: nauczył się czekać, zrobił rouladę i poznał znaczenie tolerancji. Uśmiech, który zaczynał się śmiechem, teraz był ciepłym, spokojnym uśmiechem. I gdy mama odgarniała mu włosy, Franek jeszcze raz wysyczał cichutko: „Ha-ha.” A ten śmiech przeszedł w cichy chichot, który uspokoił go na dobranoc.