Rozpoczyna się wystawa, a ja stoję jak skała
Na wielkiej Hali Pomysłów wszystko pachniało świeżą farbą, klejem i… prażonymi pestkami dyni. Wszędzie stały stoiska z projektami: mosty z makaronu, latające czapki z piór, karmniki dla chmurnych ptaków i maszyny do mieszania soku z borówek z bąbelkami.
W samym środku, na okrągłej platformie, stał Gromek. Był szeroki w barach, mocny jak stara szafa i miał tak twarde łapy, że gdy klaskał, robiło się „KLOP!” jak od dwóch desek. Na głowie miał rożek w kształcie haczyka, a na ogonie zawiązaną wstążkę, bo twierdził, że „wstążka dodaje szybkości, nawet kiedy się stoi”.
A właśnie: Gromek stał. I miał stać jeszcze długo.
Przed nim wisiał plakat z wielkimi literami:
„WYZWANIE NIEMOŻLIWE: STAĆ BEZ PORUSZENIA I UTRZYMAĆ NA NOSIE TRZY RZECZY NARAZ!”
Obok plakatu leżały trzy przedmioty: piórko, kapelusz z dzwoneczkiem i… kisielowa galaretka w miseczce, która drżała jak wesoły brzuch.
Gromek spojrzał na to i mruknął:
„Trzy rzeczy na nosie? Ja mam nos jak pagórek, dam radę.”
Zza stoiska wysunęła się malutka, okrągła sowa w okularach, która pilnowała zasad. Jej okulary były tak duże, że wyglądały jak dwa talerze.
„Zasady!” zapiszczała. „Nie wolno siadać, nie wolno się podpierać, nie wolno zamykać oczu na dłużej niż trzy mrugnięcia. I trzeba się uśmiechać, bo to wystawa radosna!”
Gromek uśmiechnął się tak szeroko, że aż mu rożek lekko zadrżał.
„Uśmiech mam w pakiecie.”
Z tyłu ustawił się tłumek widzów: sznurek ślimaków, stado małych wiewiórek o uszach jak liście i jedna żaba w muszce, która co chwila mówiła:
„Niemożliwe, niemożliwe, niemożliwe!”
Gromek wzruszył łapami. Wziął piórko i położył je na czubku nosa. Piórko było tak lekkie, że niemal odleciało od samego „hyy!”.
Potem ostrożnie wsadził na nos kapelusz z dzwoneczkiem. Dzwoneczek zadźwięczał cichutko: „dzyń”.
Została galaretka. Drżała jak śmiech.
„To już drobiazg,” powiedział Gromek. „Trzecia rzecz, proszę bardzo.”
Sowa w okularach uniosła brwi.
„Drobiazg? Galaretka? Na nosie?”
Żaba w muszce cmoknęła:
„Niemożliwe! To się rozleje jak plotka!”
Gromek wyprostował się jeszcze bardziej. Stał dumnie, jakby był pomnikiem w parku. I wtedy pomyślał: „Dobrze. Najpierw spróbuję normalnie. A potem… wymyślę coś śmiesznego.”
Podniósł miseczkę z galaretką. Galaretka zakołysała się jak łódka na kałuży.
„Uwaga,” wyszeptał do własnego nosa. „Bądź dzielny.”
I położył miseczkę na nosie.
Przez sekundę wszystko wyglądało świetnie. Przez drugą sekundę dzwoneczek zrobił „dzyń” trochę głośniej, bo kapelusz się przechylił. A przez trzecią sekundę galaretka zrobiła „plum!” i zjechała po rożku jak zjeżdżalnia.
Gromek nawet się nie poruszył. Tylko jego oczy zrobiły się okrągłe.
Galaretka nie spadła na podłogę. Zatrzymała się na jego policzku i dyndała, jakby chciała powiedzieć: „Cześć, tu mieszkam.”
Tłumek wybuchł śmiechem. Ślimaki śmiały się wolno: „hyyy… hyyy…”, a wiewiórki śmiały się szybko: „ha-ha-ha-ha!”
Żaba w muszce aż się zakrztusiła:
„Niemożliwe… że to takie zabawne!”
Sowa poprawiła okulary.
„Próba pierwsza: galaretka nie jest na nosie. Ale plus za stanie. Stoisz bardzo porządnie.”
Gromek nadal stał. Galaretka drżała mu na policzku jak śmieszna łatka.
„Dobrze,” szepnął. „Niem… no, trudne. Ale ja nie odpuszczam.”
Śmieszne sposoby na trudną galaretkę
Gromek miał plan: próbować dalej, ale nie tracić humoru. Na wystawie było tyle dziwnych projektów, że aż się prosiło o nietypowe pomysły.
Z prawej strony stało stoisko z napisem: „Wiatrołapacz – łapie porywy i robi z nich muzykę!” Nad nim kręciły się kolorowe wiatraczki, a z rurki co chwilę wydobywało się „fiuu!” jak kichnięcie.
Gromek spojrzał na swoje piórko. Piórko lekko tańczyło od podmuchów.
„Aha,” pomyślał. „Wiatr mi miesza na nosie.”
Zawołał do wiatrołapacza:
„Hej, wiatraczkowe stoisko! Możesz dmuchać… ale bardzo delikatnie? Tak jakbyś szeptało?”
Wiatraczki zakręciły się powoli. Rurka zrobiła „fiii…” jak cicha piosenka.
Gromek spróbował drugi raz. Piórko na nos, kapelusz na piórko, miseczka z galaretką na kapelusz. Stał sztywniej niż kij od miotły.
Przez pierwszą sekundę: super.
Przez drugą: dzwoneczek „dzyń-dzyń” jakby się cieszył.
Przez trzecią: wiatraczek szepnął „fiii…” i… piórko podskoczyło!
Kapelusz zrobił „hop”, a miseczka „ojej!” i zjechała w dół. Tym razem galaretka wylądowała na jego rożku i zawisła na nim jak przezroczysta czapka.
Widzowie ryknęli śmiechem. Żaba w muszce klasnęła:
„To już prawie jak korona! Niemożliwe, a jednak!”
Sowa pokręciła głową, ale też się uśmiechnęła.
„Galaretka jest na rożku, nie na nosie. Ale przyznaję: wyglądasz bardzo królewsko.”
Gromek stał dalej. Nie mógł się pochylić ani podrapać, bo zasady. Galaretka drżała, piórko łaskotało, a dzwoneczek robił „dzyń”, jakby liczył czas.
„Dobra,” powiedział przez zęby, żeby nic nie spadło. „Trzeba mądrzej.”
Po lewej stronie zauważył stoisko z „Taśmą Cud-Mocną”. To była taśma, która kleiła wszystko, ale tylko wtedy, gdy ktoś mówił do niej miło.
Obok stał mały jeż z rolką taśmy i recytował:
„Taśmo kochana, bądź dziś wytrwana!”
Gromek, nadal stojąc, zawołał:
„Jeżu! Dasz mi kawałeczek? Obiecuję, że będę do taśmy mówił jak do przyjaciela.”
Jeż podał kawałek taśmy na długim patyczku, żeby Gromek nie musiał się schylać.
„Tylko delikatnie,” ostrzegł jeż. „Taśma nie lubi, jak się ją straszy.”
Gromek przyłożył taśmę do miseczki. Szepnął:
„Taśmo, jesteś dzielna i błyszcząca.”
Taśma aż zaszeleściła z dumy.
Spróbował trzeci raz. Piórko, kapelusz, miseczka. Teraz miseczka była lekko przyklejona do kapelusza.
„Stoję,” powiedział Gromek. „Stoję jak latarnia.”
Minęła jedna sekunda.
Dwie.
Trzy.
I wtedy okazało się, że taśma jest tak mocna, że… piórko przykleiło się do nosa. A piórko, kiedy się je przykleja, robi się bardzo odważne i zaczyna łaskotać podwójnie.
Gromek chciał kichnąć. Naprawdę chciał. Kichnięcie było gotowe, jak sprężynka w zabawce.
„Nie!” wyszeptał.
Widzowie wstrzymali oddech.
Żaba w muszce szepnęła: „Niemożliwe… teraz będzie BUM-KICH!”
Gromek zacisnął zęby. Stał. Stał. Stał.
Kichnięcie zamieniło się w… bardzo dziwny dźwięk:
„Pfff… bąbel!”
I wtedy galaretka w miseczce odpowiedziała bąbelkiem: „blup!”
Wszyscy wybuchli śmiechem jeszcze raz. Sowa aż przetarła okulary.
„To było najgrzeczniejsze nie-kichnięcie w historii.”
Gromek poczuł, że mimo żartów robi postęp: umie stać, umie panować nad sobą, a problemem jest tylko to, że wszystko jest śliskie, lekkie i skacze.
„Nie poddam się,” powiedział w myślach. „Nawet jeśli galaretka zacznie tańczyć polkę.”
Rozejrzał się uważnie. Na końcu hali stało stoisko z projektem, który wyglądał jak krzesło… ale bez siedziska. Same nogi i ramka.
Tabliczka głosiła: „Stojak do stania – pomaga stać, gdy stoisz.”
Gromek zmrużył oczy.
„To brzmi jak żart, ale ja lubię żarty.”
Podszedł (ostrożnie, wciąż stojąc, bo on w ogóle nie siadał) i obejrzał konstrukcję. Były tam miękkie poduszki na wysokości brzucha i sprężynki, które delikatnie przytulały.
„To nie podpórka,” mruknął. „To… przyjaciel do stania.”
Sowa zapiszczała z daleka:
„Możesz użyć projektów z wystawy, jeśli ich nie łamiesz! To jest Wystawa Pomysłów, więc pomysły są mile widziane!”
Gromek poczuł, że w jego głowie zapala się mała lampka. A kiedy w jego głowie zapalała się lampka, zwykle działo się coś zabawnego.
Wielki finał: stojący stojak i galaretkowy trik
Gromek wrócił na platformę. Ustawił „Stojak do stania” tuż za sobą. Ramka delikatnie obejmowała go z boków, jakby mówiła: „Nie musisz walczyć sam.”
„Teraz,” szepnął Gromek, „zrobię to inaczej. Nie siłą nosa. Sprytem.”
Wziął piórko. Ale zamiast kłaść je na nosie, położył je na… kapeluszu. Kapelusz założył sobie na rożek w taki sposób, że dzwoneczek wisiał z przodu jak mały znak drogowy: „Uwaga, śmieszność!”
Sowa uniosła skrzydło.
„Piórko ma być na nosie.”
„Będzie,” obiecał Gromek. „Tylko najpierw przygotuję nos na sukces.”
Z kieszonki przy pasie wyjął mały słoiczek z czymś, co wyglądało jak miód. To był „Krem Antypoślizgowy do Łap”, używany przy budowie śliskich mostów z makaronu. Pachniał wanilią i naleśnikami.
„Czy to jest dozwolone?” zapytała żaba w muszce, podejrzliwie marszcząc brwi.
Sowa przejrzała regulamin, który był gruby jak poduszka.
„Nie ma nic o kremie. Jest tylko: ‘bez oszustw'. Krem nie jest oszustwem, jeśli pomaga, a nie klei na stałe.”
Gromek uśmiechnął się.
„To będzie krem do śmiechu.”
Delikatnie posmarował czubek nosa odrobinką kremu. Nos zrobił się matowy, nie śliski, jak guma od trampka.
Potem wziął piórko i ułożył je na nosie. Piórko przestało tańczyć jak szalone i tylko lekko falowało, jakby odpoczywało na hamaku.
„Ooo!” zrobiły wiewiórki.
Na piórko położył kapelusz. Dzwoneczek zadźwięczał: „dzyń!” wesoło, ale stabilnie.
Została galaretka.
Wszyscy ucichli. Nawet ślimaki przestały „hyyy…”.
Gromek spojrzał na miseczkę z galaretką, a potem na swoje łapy. One były mocne, ale teraz miały zrobić coś delikatnego jak piórko. To było prawdziwe wyzwanie.
„Gromek,” szepnął do siebie, „pamiętaj: stoisz. Oddychasz. I masz prawo próbować więcej niż raz.”
Wziął miseczkę. Galaretka drżała. Jakby sama była ciekawa, czy uda się „niemożliwe”.
I wtedy Gromek zastosował metodę niezwykłą: zanim postawił miseczkę na nosie, dmuchnął w galaretkę… ale nie zwyczajnie. Dmuchnął tak, jak się dmucha na gorącą zupę, tylko że z uśmiechem.
Galaretka zadrżała i… na jej powierzchni pojawiła się mała, okrągła górka, jak mini-poduszka z bąbelków.
„Ha!” pomyślał Gromek. „Zrobiłem jej miejsce do siedzenia.”
Ostrożnie postawił miseczkę na kapeluszu, a kapelusz na piórku, a piórko na nosie. Cała wieża była jak śmieszna piramida.
Minęła sekunda.
Druga.
Trzecia.
Nic nie spadło.
Dzwoneczek zadźwięczał tak cicho, jakby szeptał: „udało się”.
Galaretka drżała, ale trzymała się, bo bąbelkowa poduszka działała jak hamulec.
Gromek stał i stał. „Stojak do stania” miękko go obejmował, ale nie pchał ani nie podpierał nachalnie. Po prostu pomagał mu nie kręcić się ze zmęczenia.
Sowa w okularach aż otworzyła dziób.
„To… to się trzyma!”
Żaba w muszce wyskoczyła w górę:
„Niemożliwe! Znaczy… możliwe! I jeszcze śmieszne!”
Wiewiórki zaczęły skandować:
„GRO-MEK! GRO-MEK!”
Gromek stał dalej, bo wyzwanie miało trwać jeszcze chwilę. W tym czasie ktoś z tłumu podał mu tabliczkę „UŚMIECH OBOWIĄZKOWY”. Gromek nie mógł jej wziąć łapą, bo ręce musiały być wolne, więc tabliczkę przyczepiono do jego ogona na klamerkę. Teraz za nim dyndał napis, jakby ogon robił reklamy.
Gromek parsknął śmiechem, ale bardzo ostrożnie, żeby nic nie spadło.
„Jak ja wyglądam?” zapytał.
„Jak bohater, który wygrał z galaretką!” krzyknął jeż z taśmą.
„Jak posąg w kapeluszu!” zapiszczała sowa.
„Jak naleśnik z dzwoneczkiem!” dodała żaba, bo żaby mają własne porównania.
Wreszcie sowa podniosła skrzydło.
„Czas minął! Wyzwanie zaliczone!”
Wszyscy zaklaskali. Gromek zdjął ostrożnie kapelusz, piórko i miseczkę. Galaretka wciąż była w całości. A na jego nosie została mała waniliowa kropka kremu.
„To na pamiątkę,” powiedział Gromek i przetarł nos, ale tak śmiesznie, że zrobił minę jakby nos zatańczył.
Sowa podała mu medal zrobiony z korka i guzika, z napisem: „UPARTY I POMYSŁOWY”.
„Zasłużyłeś,” powiedziała. „Nie dlatego, że od razu wyszło, tylko dlatego, że próbowałeś, stałeś i wymyślałeś.”
Gromek spojrzał na medal. Potem na galaretkę. Potem na piórko.
I wtedy w jego głowie strzeliła ta końcowa, kreatywna iskierka.
„Hej!” zawołał. „A gdyby tak zrobić nowy projekt na następną wystawę?”
Wszyscy nachylili się, ciekawi.
Gromek postawił galaretkę na platformie i delikatnie wcisnął w nią dzwoneczek z kapelusza. Galaretka zadrżała i… „dzyń!” zadźwięczała w środku, jakby połknęła małą piosenkę.
„Przedstawiam,” oznajmił Gromek, „Galaretkowy Dzwonek Odwagi! Kiedy coś jest trudne, potrząsasz miseczką i słyszysz ‘dzyń', które mówi: ‘Próbuj dalej!'”
Żaba w muszce aż zapiszczała ze śmiechu:
„To jest najlepszy dzwonek na świecie! Niemożliwe, że takie mądre!”
Sowa zanotowała coś w swoim wielkim notesie.
„Projekt przyjęty. I bardzo… dźwięczny.”
Gromek uśmiechnął się szeroko. W hali znów pachniało klejem i pestkami dyni, a wszędzie brzmiały śmiechy i ciche „dzyń” z galaretki.
I choć wyzwanie było „niemożliwe”, okazało się po prostu kolejną zabawą dla kogoś, kto umie stać przy swoim pomyśle.