Rozdział 1: Pustynia poduszek i tablica z napisem „NIE DA SIĘ”
Kuba miał osiem lat i był raczej spokojny. Nie biegał bez przerwy jak wiatrak w pralce. Wolał najpierw popatrzeć, pomyśleć, a dopiero potem… też popatrzeć, czy na pewno warto.
Tego dnia stał na skraju Pustyni Poduszek. Wyglądała jak morze: fale z jaśków, wydmy z kołder, a tu i ówdzie sterczały „kaktusy” z wałków do spania. Kiedy Kuba zrobił krok, pod stopą zapadła się miękka górka.
„Oho, to będzie długa droga” — mruknął.
Z piasku… to znaczy z poduszek… wysunęła się głowa wielbłąda. Tylko że to nie był zwykły wielbłąd. Miał na szyi apaszkę w groszki i okulary przeciwsłoneczne, choć słońce było z lampki nocnej.
„Witam na Pustyni Poduszek!” — zawołał. — „Jestem Wielbłąd Bąbel. Masz coś do zrobienia?”
„Chciałem przejść na drugą stronę” — odpowiedział Kuba.
Wielbłąd gwizdnął. Z poduszek wynurzyła się tablica, a na niej wielkimi literami: NIE DA SIĘ.
„To słynne wyzwania niemożliwe!” — ucieszył się Bąbel. — „Każdy tu próbuje. Nikt nie przechodzi bez… no, bez zrobienia śmiesznej miny.”
„Śmiesznej miny?” — Kuba uniósł brwi.
„Tak! Inaczej poduszki się obrażają i robią się… jeszcze bardziej poduszkowe.”
Kuba westchnął, ale zrobił minę jak żaba, która zobaczyła cytrynę. Poduszki zafalowały wesoło.
„Dobrze!” — klasnął Bąbel kopytkami. — „Pierwsze wyzwanie: Most, którego nie ma!”
Kuba spojrzał przed siebie. Była przerwa między dwiema wielkimi wydmami z kołder. Pod spodem nie było przepaści, tylko sterta puchu, ale wyglądało to bardzo poważnie, bo ktoś postawił obok znak: UWAGA! NIC.
„Jak mam przejść po moście, którego nie ma?” — zapytał Kuba.
„No właśnie!” — Bąbel aż się zakrztusił śmiechem. — „Niemożliwe!”
Kuba usiadł na poduszce, która zapiszczała jak gumowa kaczka.
„Spokojnie” — powiedział do siebie. — „Jak nie ma mostu, to… trzeba go udawać.”
„Udawać most?” — Bąbel przekrzywił okulary.
Kuba zdjął z plecaka szalik. Położył go na dwóch poduszkach jak wąską ścieżkę.
„Proszę bardzo. To jest most. Trochę cienki, ale ma osobowość.”
„Most z szalika?” — Bąbel parsknął. — „To brzmi jak nazwa zespołu!”
Kuba przeszedł po szaliku bardzo ostrożnie, robiąc przy tym minę kapitana statku. Gdy dotarł na drugą stronę, tablica „NIE DA SIĘ” zafalowała i dopisała małym druczkiem: „No dobra, czasem się da”.
„Widzisz?” — Kuba uśmiechnął się. — „Wystarczy kreatywność… i trochę udawania.”
Rozdział 2: Burza Pierzynowa i łopatka do naleśników
Dalej pustynia była jeszcze bardziej miękka. Poduszki robiły „plum, plum”, jakby ktoś gotował zupę z puchu. Nagle zawiał wiatr. Z góry posypały się drobne piórka, jak śnieg, tylko że łaskotał w nos.
„Apsik!” — kichnął Kuba.
„O nie!” — zawołał Bąbel. — „Burza Pierzynowa! Wyzwanie drugie: Przejdź przez wir piór bez zgubienia kierunku!”
Kuba spojrzał. Piórka kręciły się w kółko jak wielka biała karuzela. W środku stała chorągiewka z napisem: „Tu jest właściwie wszędzie”.
„To ma być kierunek?” — Kuba zmrużył oczy. — „Tu jest tak samo miękko w prawo i w lewo.”
„Właśnie!” — Bąbel dramatycznie przyłożył kopyto do czoła. — „Niemożliwe!”
Kuba pogrzebał w plecaku. Znalazł… łopatkę do naleśników. Bo mama kiedyś powiedziała: „Kuba, wkładaj do plecaka rzeczy przydatne”. Nie sprecyzowała, kiedy i do czego.
„Po co ci łopatka?” — zdziwił się Bąbel.
„Do mieszania burzy” — odparł Kuba, jakby to było oczywiste.
Wszedł w piórkowy wir i zaczął delikatnie „mieszać” powietrze łopatką, jakby robił ciasto na naleśniki. Piórka zaczęły kręcić się wolniej.
„Hej, burzo!” — zawołał Kuba. — „Robimy przerwę na przekąskę!”
Piórka, jakby zaskoczone uprzejmością, opadły trochę niżej. Kuba przyłożył łopatkę do ucha.
„Słyszę… szum. To znaczy, że wiatr jest po lewej” — powiedział. — „A jak wiatr jest po lewej, to idę tak, żeby nie wpadł mi do nosa.”
„To jest strategia?” — Bąbel aż przysiadł na poduszce.
„Strategia anty-apsik” — potwierdził Kuba.
Przeszedł spokojnie, zasłaniając nos rękawem. Na końcu burzy stała mała skrzynka. Na niej napis: „Nagroda za niepanikowanie”.
Kuba otworzył. W środku był kompas. Tylko że zamiast N, S, E, W miał: „Tam”, „O, tu”, „Gdziekolwiek” i „W stronę ciastek”.
„To najlepszy kompas!” — ucieszył się Kuba.
„To najbardziej bezczelny kompas” — dodał Bąbel z podziwem.
Tablica „NIE DA SIĘ” znów dopisała: „Okej, ale bez przesady”.
Rozdział 3: Ściana z Jaśków i rozmowa z Poduszką Strażniczką
Wędrówka trwała, aż w końcu dotarli do czegoś, co wyglądało jak mur. Ogromna Ściana z Jaśków stała prosto jak książki na półce, tylko miększa i bardziej pachnąca praniem.
Na środku ściany wisiał dzwonek. Kuba nacisnął go palcem. Dzwonek powiedział: „Pip!” jakby był zadowolony.
Z jaśka po lewej wysunęła się twarz. Tak, poduszka miała twarz. I wąsy. Narysowane markerem, ale bardzo poważne.
„Jestem Poduszka Strażniczka!” — oznajmiła. — „Wyzwanie trzecie: Przejdź przez ścianę bez robienia dziury!”
„Bez dziury?” — Kuba dotknął muru. — „Ale… ściana jest z poduszek.”
„Tym bardziej!” — poduszka zmarszczyła wąsy. — „Dziury są niemodne. Poza tym potem wiatr wpada i robi mi fryzurę na jeża.”
Bąbel szepnął: „Niemożliwe. Nikt nie przeszedł. Jeden próbował się wspiąć i utknął w poszewce na tydzień. Dostał kanapki, ale i tak.”
Kuba przyjrzał się jaśkom. Widział, że niektóre mają zamki błyskawiczne.
„A jeśli… nie robić dziury, tylko zrobić… drzwi?” — zapytał.
Poduszka Strażniczka poruszyła wąsami. „Drzwi w ścianie z jaśków? To brzmi jak żart.”
„I o to chodzi” — odparł Kuba.
Wyjął z plecaka spinacze do bielizny. Przypiął dwa jaśki obok siebie tak, żeby tworzyły „skrzydła”. Potem odpiął zamki w poszewkach i związał końce wstążką.
„Proszę!” — powiedział. — „Drzwi wahadłowe. Jak w saloonie, tylko bez kowbojów.”
Bąbel otworzył oczy szeroko. „Jak w saloonie… z poduszek!”
Kuba przeszedł przez „drzwi” z miną ważnego szeryfa. Poduszka Strażniczka aż zachichotała, a wąsy jej się rozprostowały.
„To było… eleganckie!” — przyznała. — „I wcale nie mam fryzury na jeża.”
Tablica „NIE DA SIĘ” tym razem westchnęła i dopisała: „No dobra, to już zaczyna być zabawne”.
Rozdział 4: Kiedy dość, to dość — i sekret, który szepcze puch
Za ścianą czekało ostatnie wyzwanie. Na środku pustyni stała wieża z kołder, a na jej szczycie błyszczała złota poszewka. Obok był napis: „Zdobądź ją. To NAJbardziej niemożliwe”.
Bąbel podskakiwał z emocji. „No! No! Wejdziemy? Zrobimy rekord? Zrobimy zdjęcie? Ja mogę pozować jak bohater!”
Kuba popatrzył na wieżę. Była wysoka. Bardzo wysoka. I trochę chwiejna, jak stos naleśników, kiedy ktoś kichnie.
„Mogę spróbować” — powiedział Kuba powoli. — „Ale… wiesz co? Ja chyba już mam dość niemożliwych rzeczy na dziś.”
Bąbel zamarł. „Jak to? Przecież zostało jedno!”
Kuba usiadł na poduszce i poklepał ją jak psa.
„Kreatywność to nie tylko wymyślanie sposobów, żeby wejść na wieżę” — wyjaśnił. — „To też wymyślanie sposobów, żeby się dobrze bawić i nie przesadzić. A ja lubię wracać do domu bez bycia… naleśnikiem.”
Poduszki wokół zaszeleściły, jakby szeptały: „Mądry… mądry…”
Bąbel opuścił uszy. „Czyli… rezygnujemy?”
„Nie rezygnujemy” — poprawił Kuba. — „Po prostu wybieramy inne zwycięstwo.”
Kuba wyjął kompas z napisem „W stronę ciastek”. Wskazówka zatrzymała się… na nim.
„Ha!” — Kuba zaśmiał się. — „Kompas mówi, że ciastka są ze mną. Czyli mam w kieszeni.”
I rzeczywiście: znalazł dwa małe herbatniki. Jeden podał Bąblowi.
„To jest nagroda?” — zdziwił się wielbłąd.
„To jest celebracja” — odpowiedział Kuba. — „Za most z szalika, burzę naleśnikową i drzwi z jaśków.”
Usiedli na miękkiej wydmie i chrupali. Wieża z kołder lekko się zachwiała, jakby obrażona, ale potem… sama z siebie ułożyła się wygodniej, jakby też chciała odpocząć.
Poduszka Strażniczka pojawiła się z boku. „Chłopcze, mało kto potrafi powiedzieć: ‘Stop, wystarczy'. To też jest sztuczka.”
Kuba wzruszył ramionami. „Po prostu słucham brzucha i nóg.”
Bąbel nachylił się do Kuby i szepnął: „A chcesz poznać sekret Pustyni Poduszek?”
„Jaki?” — Kuba ściszył głos, bo sekrety lubią ciszę.
Bąbel rozejrzał się, jakby poduszki miały uszy. (Miały, przynajmniej niektóre, doszyte.)
„Sekret jest taki…” — szepnął. — „Ta tablica ‘NIE DA SIĘ' jest… łaskotliwa.”
„Łaskotliwa?”
„Tak. Jak ktoś podchodzi z humorem, tablica sama zmienia zdanie, bo nie może wytrzymać ze śmiechu.”
Kuba parsknął. „Czyli to nie wyzwania są niemożliwe…”
„Tylko miny są obowiązkowe” — dokończył Bąbel.
Kuba spojrzał na tablicę w oddali. Wydawało mu się, że lekko drży, jakby chichotała.
„Zachowam ten sekret” — obiecał Kuba. — „Niech inni też się trochę pogłówkują.”
„I niech mają herbatniki na wszelki wypadek” — dodał Bąbel.
Kuba wstał, otrzepał się z piórek i ruszył w stronę wyjścia z pustyni, spokojny jak zawsze. Za nim poduszki układały się w miękkie fale, a wiatr niósł cichy szept puchu:
„Nie da się… chyba że z uśmiechem.”