Il był sobie raz zaczarowany kraj o nazwie Pofalinka, gdzie chmury miały kształt bułek, a wiatr pachniał jak kompot malinowy. W tym kraju magia nie straszyła, tylko łaskotała — czasem w nos, czasem w uszy, a najczęściej w brzuch, aż człowiek musiał się śmiać, choćby nie chciał.
Rozdział 1
Księżniczka Lila mieszkała w pałacu zbudowanym z jasnego kamienia, który w słońcu migał jak rozsypany cukier. Lila była ostrożna. Nie taka ostrożna, że chowała się pod łóżkiem, tylko taka, co dwa razy sprawdza, czy sznurowadło jest zawiązane, a trzy razy, czy na herbacie jest przykrywka.
— Ojej, ostrożność to mój ulubiony kapelusz! — mówiła czasem i poprawiała swój warkocz.
Pewnego popołudnia do pałacowej bramy zapukał gość. Był to Skrzypkołek — wróżek z długimi uszami, które drżały, kiedy się cieszył, i składały jak wachlarz, kiedy się wstydził. Na plecach nosił małe skrzypce, ale zamiast smyczka miał piórko.
— Witam, księżniczko Lilo! — ukłonił się tak nisko, że prawie dotknął brodą swoich butów. — Jestem gościem w Pofalince, ale… brr! Jestem z krainy Ciepłogłosu, a tu wieje mi po łokciach.
Rzeczywiście, wiatr tego dnia był figlarny. Podwiewał zasłony, podkradał guziki z kieszeni i raz nawet próbował założyć sobie na głowę rondel z kuchni.
Lila spojrzała na Skrzypkołka, potem na jego chude ramiona i na jego ręce, które same siebie obejmowały.
— Gość powinien czuć się u nas dobrze — powiedziała spokojnie. — Mam płaszcz. Pożyczę ci mój zielony płaszcz z kapturkiem.
— Twój? Księżniczki płaszcze są zwykle… hm… bardzo księżniczkowe! — zdziwił się Skrzypkołek.
— Ten jest praktyczny — odparła Lila i przyniosła płaszcz. Był zielony jak groszek i miękki jak kocyk. — Ale proszę, uważaj na guzik w kształcie żołędzia. To guzik z poczuciem humoru.
— Guzik z poczuciem humoru? — Skrzypkołek zamrugał.
Guzik jakby to usłyszał i… cichutko chichotnął: „hi-hi”.
Skrzypkołek założył płaszcz, a kaptur od razu ułożył mu się na głowie jak grzeczny kot.
— Oooo! Ciepło! — westchnął wróżek. — Dziękuję! Obiecuję oddać płaszcz szybciej niż… niż ślimak robi „pstryk”!
— Ślimak nie robi „pstryk” — zauważyła Lila.
— Właśnie dlatego szybciej! — ucieszył się Skrzypkołek.
W tym momencie guzik-żołądź kichnął.
— Apsik! — i odskoczył z płaszcza, turla-turla, prosto po marmurowej posadzce.
— Ojej! — Lila podniosła ręce. — Bez guzika płaszcz może się rozchylać. A wiatr w Pofalince to spryciarz.
Skrzypkołek przytrzymał brzegi płaszcza, ale guzik już potoczył się dalej, jakby gonił własny dowcip.
— To ja za nim! — zawołał i ruszył.
Lila, ostrożna jak zawsze, wzięła małą torebkę z nitką, zapasowym sznurkiem i… drugim zapasowym sznurkiem, bo zapas też powinien mieć zapas.
— Idę z tobą — powiedziała. — Pożyczanie płaszcza to odpowiedzialna sprawa.
I tak zaczęła się ich komiczna przygoda.
Rozdział 2
Guzik-żołądź toczył się przez dziedziniec, przez ogród, aż dotarł do miasteczka Błyskotków, gdzie bruk był tak gładki, że nawet kamienie wyglądały na wypolerowane. Po drodze wiatr robił psikusy: raz dmuchnął tak, że Skrzypkołkowi kaptur zasłonił oczy.
— Nic nie widzę! — jęknął.
— To dobrze — pocieszyła go Lila. — Jak nic nie widzisz, to nie wpadniesz na to, czego nie widzisz… choć możesz wpaść na coś innego.
— To nie brzmi pocieszająco! — Skrzypkołek zachichotał mimo wszystko.
Wreszcie guzik zatrzymał się przy drzwiach sklepu. Nad drzwiami wisiał szyld: „QUINCZARKA U PANA TRZASKU — wszystko, co brzęczy, trzyma i się przydaje”. W oknie stały młotki, śrubki, klucze, a obok nich… ogromna sprężyna, która wyglądała, jakby miała ochotę skoczyć.
— To… quinca… — Skrzypkołek zmarszczył nos.
— To quincaillerie — powiedziała Lila. — Po polsku mówimy „sklep z narzędziami” albo „żelazny sklep”. W Pofalince mówimy „quinczarka”, bo tak śmieszniej.
Weszli do środka. W powietrzu pachniało drewnem, metalem i czymś, co przypominało zapach naleśników, choć to na pewno nie były naleśniki.
Za ladą stał Pan Trzask — krasnolud o brodzie jak miotła i okularach jak dwa spodki. Kiedy mówił, jego wąsy podskakiwały.
— Trzask-bęc! Dzień dobry! Czego szukacie? — zapytał.
Guzik-żołądź siedział na półce i udawał, że jest zwykłym żołędziem. Ale jego „hi-hi” zdradziło go od razu.
— O, to ten gagatek! — Lila wskazała palcem. — Potrzebujemy go z powrotem. To guzik od płaszcza, który pożyczyłam gościowi.
Pan Trzask przyjrzał się guzikowi, a potem pokiwał głową tak mocno, że okulary mu zjechały na czubek nosa.
— Guzik psotnik! Takie guziki mają w środku… żart. — Uśmiechnął się. — Możemy go przyszyć, ale najpierw trzeba go przekonać, żeby przestał uciekać.
— Jak się przekonuje guzik? — spytał Skrzypkołek i ścisnął płaszcz, jakby bał się, że ten zaraz zacznie tańczyć.
— Z szacunkiem — odpowiedziała Lila poważnie, ale w oczach miała iskierkę. — Nawet guzik zasługuje na szacunek.
Guzik-żołądź uniósł się dumnie, jakby był królem półki.
Pan Trzask podał Lili mały kluczyk.
— To Kluczyk Do Rozmów. Otwiera… ucho — powiedział tajemniczo.
Lila wzięła kluczyk, przykucnęła przy guziku i powiedziała łagodnie:
— Guziku-Żołędziu, pożyczyłam płaszcz Skrzypkołkowi, żeby było mu ciepło. Bez ciebie płaszcz nie domyka się i wiatr robi z niego latawiec. Proszę, wróć na swoje miejsce. Twoje żarty są zabawne, ale niech będą bez uciekania.
Guzik-żołądź milczał chwilę. Potem zrobił: „hm-hm”.
— A czy ktoś mnie zapytał, czy chcę być przyszyty? — burknął cienkim głosikiem.
— Masz rację — przyznała Lila. — Powinnam zapytać. Czy chcesz wrócić na płaszcz, jeśli obiecamy, że będziemy cię traktować uprzejmie i nie będziemy cię ciągnąć, kiedy się zahaczysz?
Skrzypkołek pochylił się.
— I ja obiecuję, że nie będę na tobie grał na skrzypcach. Raz próbowałem… i guzik zaczął stepować.
— To ja stepowałem! — obruszył się guzik, ale widać było, że mu się podoba.
Pan Trzask chrząknął.
— Możemy też dać guziczkowi małą poduszeczkę do spania… w kieszeni — mrugnął.
Guzik-żołądź westchnął teatralnie.
— No dobrze. Ale chcę też… małe „hi-hi” raz dziennie.
— Zgoda — powiedziała Lila. — Raz dziennie, najlepiej po obiedzie, bo wtedy każdy i tak jest w dobrym humorze.
I guzik sam wskoczył na miejsce, jakby był kropelką deszczu trafiającą do kałuży.
Rozdział 3
Pan Trzask wyjął igłę, ale nie była to zwykła igła. Świeciła jak gwiazdka i brzęczała cichutko, jak pszczółka, która uczy się śpiewać.
— Igła-Śpiewu — oznajmił. — Z nią szyje się równo, bo jak zrobisz krzywo, igła zaczyna fałszować.
— O nie, fałszująca igła! — Skrzypkołek aż przykrył uszy.
— Spokojnie — uspokoiła go Lila. — To tylko trochę „łiii-łaaa”, nie „aaaaa!” — i zaśmiała się, a śmiech zabrzmiał jak dzwoneczki.
Pan Trzask przyszył guzik mocnym ściegiem. Igła nuciła: „tra-la-la, tra-la-la”, a nitka układała się jak równiutka dróżka z mrówek.
Gdy skończył, guzik-żołądź poruszył się dumnie.
— Jestem na miejscu! Jestem na miejscu! — powtórzył dwa razy, bo lubił powtórki.
Lila sprawdziła płaszcz: zapięty, domknięty, grzeczny.
— Skrzypkołku, teraz nic ci nie zawieje w łokcie — powiedziała.
Skrzypkołek spróbował rozłożyć ręce. Płaszcz trzymał się dzielnie. Wiatr, który wślizgnął się do sklepu przez uchylone okno, zrobił zawiedzioną minę i zamiast psocić, zaczął dmuchać delikatnie w dzwoneczek na drzwiach: „ding-dong, ding-dong”, jakby grał na instrumencie.
— Wiesz, Lilo — powiedział Skrzypkołek ciszej — myślałem, że jak coś ucieknie, to trzeba je złapać mocno. A ty… ty z nim rozmawiałaś.
— Bo szacunek działa lepiej niż łapanie — odpowiedziała Lila. — I jest mniej męczący dla rąk.
Pan Trzask klasnął.
— Trzask-bęc! Mądrze! A teraz, skoro już jesteście w quinczarce… może chcecie coś śmiesznego? Mam śrubki, które opowiadają dowcipy, i młotek, który stuka tylko w rytmie polki.
— Nie, dziękujemy — uśmiechnęła się Lila. — Dziś wystarczy nam jeden dowcipny guzik.
Guzik-żołądź zachichotał: „hi-hi”. Dokładnie raz.
Skrzypkołek popatrzył na Lile z wdzięcznością.
— Oddam płaszcz jeszcze dziś, obiecuję. I… dziękuję, że go pożyczyłaś. Czułem się tu mile widziany.
— To ważne — powiedziała Lila. — Gość to gość.
Wyszli ze sklepu. Droga do pałacu była już spokojniejsza. Nawet chmury-bułki wyglądały, jakby się uśmiechały od spodu. Po drodze spotkali kota-króliczka (w Pofalince takie też były), który powiedział „miau” i od razu dodał „hop!”, bo nie mógł się zdecydować, kim jest.
Skrzypkołek po drodze próbował raz jeszcze przyspieszyć.
— Już prawie, już prawie, już prawie! — powtarzał.
— Spokojnie — powtarzała Lila. — Spokojnie.
I tak, z powtórką i spokojem, dotarli do pałacu.
Rozdział 4
Wieczorem w pałacu zapalono lampki, które świeciły jak świetliki w słoikach, tylko że nikt ich nie zamykał. Skrzypkołek stanął w sali wejściowej, poprawił kaptur i ostrożnie odpiął guzik-żołądź.
— Guziku, pozwolisz? — zapytał grzecznie.
— Pozwolę — odparł guzik z dumą. — Ale delikatnie. Jestem ważny.
— Oczywiście — powiedział Skrzypkołek i oddał płaszcz Lili, jakby przekazywał skarb.
Lila przyjęła go i pogładziła materiał.
— Dziękuję, że dbałeś o niego — powiedziała.
— Dziękuję, że mi zaufałaś — odpowiedział Skrzypkołek. — I że okazałaś szacunek… nawet guziczkowi.
Guzik-żołądź odchrząknął.
— I że pozwoliliście mi na jedno „hi-hi” dziennie — dodał.
— Tak — zaśmiała się Lila. — Ale pamiętaj: „hi-hi” bez uciekania.
— „Hi-hi” bez uciekania! — powtórzył guzik, bo lubił zasady, które brzmią jak rym.
Skrzypkołek wyciągnął rękę.
— Księżniczko Lilo, w mojej krainie Ciepłogłosu, gdy ktoś okazuje szacunek, kończy się to… tak.
Lila wyciągnęła swoją dłoń. Ich uścisk był pewny, ciepły i prosty, jak dobra obietnica. W tej chwili wiatr, który znów kręcił się pod sufitem, zamiast zrobić psikus, tylko cichutko klasnął w zasłony: „fiu-fiu”, jakby mówił: „ładnie, ładnie”.
— Do zobaczenia, Skrzypkołku — powiedziała Lila.
— Do zobaczenia! — odparł wróżek. — I pozdrów guzik.
— „Hi-hi” — szepnął guzik-żołądź, dokładnie raz, jak trzeba.
A potem w Pofalince zrobiło się spokojnie, miękko i wesoło, jakby cały zaczarowany kraj owinął się w zielony płaszcz i zasnął z uśmiechem.