Dawno, dawno temu w królestwie, gdzie chmury pachniały lukrem, a drzewa szumiały piosenki, mieszkała księżniczka o imieniu Lilia. Lilia miała włosy jak miód i uśmiech, który potrafił rozpalić nawet kamienne fontanny. Była bardzo pilna i zawsze powtarzała swoje ulubione słowa, gdy zaczynała coś robić: "on y va". I wtedy wszystko się działo — powolne marchewki przyspieszały wzrost, a ślimaki zakładały kapelusze i tańczyły polkę.
Pierwszy krok: Plan w ogrodzie
Pewnego ranka Lilia wstała wcześniej niż kur zapiał. W ogrodzie zamkowym warzywa mrugały do niej poranną rosą. "Dzień dobry, Księżniczko!" zawołał ogórek, kiwając liściem. "Dzień dobry!" odpowiedziała Lilia, klapiąc radośnie. Obok pracował ogrodnik Pankracy — krasnolud z grubym uśmiechem i brodą pełną nasion. Miał kapelusz z dziurkami, bojący się deszczu śmiechu.
— Co dziś robimy? — zapytała Lilia.
— Zbieramy marchewki i pilnujemy, żeby kapusta nie uczyła tańca deszczu — odparł Pankracy. — A potem pokażę ci sekretne miejsce, gdzie rosną gwiezdne pomidory.
Lilia spojrzała na ogród. Był jak scena z musicalu: grządki humorem poruszały się w takt wiatru, a każde warzywo miało swoją melodię. Nagle coś zaszeleściło pod kapustą. Wyskoczył mały smok, który bardziej przypominał kominek niż bestię — z piórkami zamiast łusek i uśmiechem, który zawsze kończył się kichnięciem kwiatów.
— Ojej, przepraszam! — zamruczał smok. — Mam alergię na nudy. Lilia przesunęła dłoń po jego pyszczku, a smok kichał drobnymi płatkami stokrotek. Pankracy roześmiał się tak, że mu się korzenie butów rozespały.
— On y va — powiedziała Lilia i puściła oczko. To był znak: zaczynała się wielka, malutka przygoda.
Środek: Przyjaciele, pułapki i piosenki
Lilia, Pankracy i smok — który nazywał się Fuzik — wyruszyli w stronę starej furtki, za którą rosły wspomniane gwiezdne pomidory. Po drodze spotkali gębatego groszku, który opowiadał żarty tak szybko, że trzeba było zakładać uszy na koralikach, żeby nie zgubić końcówki.
— Dlaczego marchewka nie lubi nocnych opowieści? — zapytał groszek.
— Dlaczego? — zainteresowała się Lilia.
— Bo boi się pająków... kabaretów! — wybuchnął groszek śmiechem, a marchewki aż się zarumieniły.
W pewnym momencie ścieżka zrobiła się śliska od musztardowych liści. Fuzik poślizgnął się i zamiast upaść, zaczął robić piruety jak baletnica. "Ooo!" zawołał Pankracy, klaszcząc. Lilia zakrzyknęła: "On y va!" — i wszyscy zaśpiewali piosenkę, która miała moc suszenia butów: "Susz, susz, susz, buty moje, niech się śmieją z deszczu!" Ścieżka natychmiast wyschła, a nawet kilka kropelek ułożyło się w gwiazdy.
Niedaleko stała chatka Pani Marchewki, która była zielarką i kolekcjonerką kapeluszy. Miała kapelusz większy niż księżyc i w nim schowany cały album z dowcipami. Pani Marchewka kazała wszystkim spróbować herbaty z liści komicznej mięty. Po jednym łyku każdy zaczynał mówić rymami, nawet kamienie w fontannie nuciły: "Kropla, kropla, brzęczy w garnku, śmiech budzi cały zamek z ranku".
— Przyjaciele, przed nami furtka, ale pilnuje jej Stary Kogut, który liczy swoje pióra co godzinę — powiedział Pankracy.
— To łatwe — zaśmiała się Lilia. — Porozmawiamy z nim jak z sąsiadem.
Pod bramą siedział Kogut z dzwonkiem przy szyi. Spojrzał na nich poważnie.
— Kto idzie przez mój próg? — zapytał.
— My! — odparli chórem. — Jesteśmy tu, by zerwać gwiezdne pomidory.
— A czy wiecie, że pomidory śpiewają za ogrodzeniem? — zapytał Kogut łudząco.
— Ojej, naprawdę? — Lilia przyklękła. — Pokaż nam, co potrafią.
Kogut zmarszczył grzebień, ale uśmiech mu drgnął. Zamiast pilnować, zaczął liczyć pióra i... zasnął. Fuzik zaczepił piórkiem jego ogona i Kogut chichotał na jawie. W ten sposób przyjaciele przekradli się przez bramę, śmiejąc się cichutko jak konserwa z figami.
Na środku ogrodu rosły pomidory, które wyglądały jak małe księżyczki. Kiedy Lilia sięgnęła po pierwszy, pomidor zaśpiewał arię tak czystą, że motyle przestały trzepać skrzydłami, aby posłuchać. Lilia zebrała je do małego koszyka i nagle… ziemia zaczęła lekko drgać. Nie był to strach, lecz taniec — pod spodem mieszkały małe pchły-skrzypaczki, które rozstawiały małą orkiestrę.
— Ach! — zawołała Pani Marchewka, która przybiegła z filiżankami. — To nasza tradycja: gdy zrywasz gwiezdne pomidory, orkiestra gra, żeby warzywa mogły się rozruszać.
Wszystko tańczyło i śpiewało. Lilia zatańczyła z marchewką, Pankracy grał na szpadlu, a Fuzik dmuchał bąbelki, które pękały w konfetti. Przyjaźń pulsowała jak bęben, a radość wypełniała ogród jak słońce w słoiku.
Trzecia część: Mały kłopot, wielkie serce
Nagle pojawił się chmurkowy problem: jeden z pomidorów zsunął się ze skórki i poturlał w stronę stawu z zielonymi żelkami. Fuzik rzucił się za nim, ale jego ogon splątał się w pnącza. Lilia natychmiast krzyknęła: "On y va!" i ruszyła. Nie bali się już, bo wiedzieli, że razem wszystko się da.
— Pomogę! — zawołał Pankracy i użył swojej brody jako liny, a Pani Marchewka przywiązała do niej kwiatowy supeł. Groszek opowiedział żart o pchłach-orkiestrze, który rozśmieszył pnącza tak, że one się rozluźniły.
Fuzik został wyciągnięty, zmachany, ale szczęśliwy. Pomidor wrócił do koszyka i zaczął nucić spokojną kołysankę. Kogut obudził się, spojrzał na nich, pokiwał głową i zawył: "Dobra robota!" — co brzmiało prawie jak bębenek.
— Widzisz, Lilio — powiedział Pankracy, wycierając łzę śmiechu — przyjaźń to taka lina, która nigdy nie pęka.
— Albo jak długi kapelusz, który mieści wszystkich — dodała Pani Marchewka.
Lilia poczuła, że serce jej rośnie jak dynia na sterydach radości. Przytuliła Fuzika, Pankracego i nawet Koguta. Wszyscy zasiedli na trawie, żeby zjeść pomidory i posłuchać nocnej opowieści, którą opowiadał groszek w rytmie tupania.
Końcówka: Spokojne tchnienie
Gdy gwiazdy zaczęły mrugać jak małe latarenki, wszyscy powoli wracali do zamku. Księżniczka Lilia trzymała koszyk z pomidorami, a reszta przyjaciół szła tuż za nią. Na zamkowych schodach Pankracy opowiedział jeszcze jedną ostatnią anegdotę, która sprawiła, że ściany zamku zaczęły się delikatnie uśmiechać.
— Jutro zrobimy piknik i nauczymy ślimaki tańczyć walca — zaproponowała Lilia.
— Tylko nie zapomnijcie kapeluszy na deszcz śmiechu — przypomniała Pani Marchewka.
— On y va! — mruknęła księżniczka i wszyscy zgodzili się chórem.
W komnacie księżniczki było cicho jak w książce, w której ktoś przysypia na ostatniej stronie. Lilia położyła głowę na poduszce z płatków stulika, zamknęła oczy i wyszeptała do swoich przyjaciół: "Dziękuję." Fuzik ułożył się u jej stóp, Pankracy schował nasiona do kieszeni, a Kogut zawinął się w pióra jak płatek ciepła.
Zamek oddychał równomiernie — jak stary zegar, który nuci kołysankę. Wszyscy czuli, że przyjaźń jest jak miękki koc, który okrywa królestwo. Lilia wzięła głęboki, spokojny oddech i jej oddech stał się równy, jak fale na jeziorze po letnim śnie.