Trwa ładowanie...
Fantastyczny humorystyczny 11-12 lat Czytanie 23 min.

Jak Bąbel rozczochrał chmurę Wypolerowaną

W Podkłówkowie szop pracz Bąbel i kuna Wrzoska, z pomocą magicznego Wiatromieszacza i pióra od Gęsi Generał Łucji, próbują rozczochrać nadmiernie gładką chmurę, co prowadzi do zabawnych i niespodziewanych perypetii.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Bąbel, figlarny młody szop o okrągłej twarzy i błyszczących czarnych oczach, stoi na szczycie stogu siana trzymając biały pędzel jak sztandar i drewnianą pozytywkę przy piersi, zawstydzony i dumny; za nim przysiada Wrzoska, zwinna kuna o lśniącej rudej sierści, energicznie kręcąca korbką pozytywki; generałowa Łucja, potężna gęś w militarnym stylu z lśniącym dziobem i nieskazitelnym białym upierzeniem, patrzy surowo, lecz trochę rozczulona, stojąc na krawędzi stogu; nad nimi unosi się Wypolerowana, wielka antropomorficzna chmura o miękkiej, watowatej fakturze, z eteryczną twarzą uformowaną z pary, zaskoczona, potem ulżywiona, lekko dotknięta pędzlem; poniżej wioska z drewnianymi dachami i kolorowymi straganami, zwierzęta ciekawie spoglądają w górę, cała scena o złotym świetle późnego popołudnia, stóg siana z żółtymi źdźbłami i unoszącymi się wiatrem pasmami — komiczny, czuły moment, gdy szop i kuna próbują rozplątać idealną chmurę pędzlem i zaczarowaną pozytywką, tworząc puszyste zawijasy na niebie; styl: nasycone, łagodne kolory, gładkie gradienty, zaokrąglone kontury, ciepłe zachodzące światło, baśniowa i humorystyczna atmosfera. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Chmura, która była zbyt grzeczna

W Miasteczku Podkłówkowo wszyscy byli zwierzętami i wszystko działało mniej więcej jak należy. Kaczki kłóciły się o okruszki, lisy udawały, że nie słyszą, a wiewiórki prowadziły poważne narady o przyszłości orzechów.

Na środku tego świata mieszkał Bąbel — młody szop pracz o oczach jak dwa czarne guziki i łapach wiecznie gotowych do psoty. Był odważny, ale ostrożny. Czyli taki, co wejdzie na drzewo, ale wcześniej sprawdzi, czy gałąź nie jest podejrzanie cienka. Taki, co otworzy cudzą paczkę… ale tylko, jeśli jest pewien, że to jego paczka. Przynajmniej przez pięć sekund.

Pewnego popołudnia Bąbel leżał na dachu starej budki z gazetami i patrzył w niebo. Nad miasteczkiem płynęły chmury: jedna była jak baranek, druga jak naleśnik, trzecia jak wielki kciuk. I jedna… jedna wyglądała jak idealnie gładka poduszka.

Za gładka.

— No nie — mruknął Bąbel. — To jest podejrzane.

Chmura była równa jak świeżo wyprasowana koszula, a w świecie zwierząt koszule prasowało się rzadko, bo to głupio wygląda na niedźwiedziu. Chmura sunęła powoli, elegancko, jakby miała zaproszenie na herbatkę u królowej mgły.

Bąbel poczuł w sercu świdrujące pragnienie. Nie pragnienie zjedzenia czegoś (to też), tylko pragnienie… zrobić coś ważnego, choć zupełnie niepotrzebnego.

Chciał ją… potargać. Rozczochrać. Zrobić jej fryzurę „po burzy”.

— Tylko odrobinę — powiedział sobie. — Mała korekta. Jak łaskotanie, nie jak tornado.

Z dachu zeskoczyła Wrzoska, kuna o szybkim języku i jeszcze szybszych nogach. Nosiła na szyi sznurek z kluczykiem, chociaż nikt nie wiedział, do czego jest ten kluczyk. Może do tajemnicy.

— Czemu patrzysz na niebo tak, jakby cię obraziło? — zapytała.

— Bo mnie obraziło — odparł Bąbel. — Widzisz tę chmurę? Tę… wypolerowaną?

Wrzoska zmrużyła oczy.

— O. Rzeczywiście. Wygląda jak mydło. Ktoś ją chyba umył.

— Właśnie! — Bąbel aż usiadł. — Chmura nie powinna wyglądać jak elegancki ser.

— Chcesz ją zjeść?

— Chcę ją rozczochrać.

Wrzoska wybuchnęła śmiechem.

— Bąbel, ty masz talent do planów, które brzmią jak kłopoty. Jak to zrobisz? Skoczysz? Masz drabinę do nieba?

Bąbel spojrzał na dach, potem na swoje łapy.

— Nie mam drabiny — przyznał. — Ale mam pomysł. I ostrożność. W rozsądnych ilościach.

Wrzoska przechyliła głowę.

— To znaczy?

— To znaczy, że nie zginę. Najwyżej się ośmieszę. A to już robię całkiem dobrze.

Rozdział 2: Magia codzienna i napar z mlecza

W Podkłówkowie magia istniała, ale była… domowa. Nikt nie przyzywał smoków do prania zasłon. Za to zdarzało się, że czajnik gwizdał melodie, gdy miał dobry dzień, a w starym zegarze mieszkał duch, który spóźniał czas z czystej przekory.

Najpoważniejszą magiczną instytucją była Apteka Pani Sowy. Pani Sowa miała okulary jak dwa spodki i spojrzenie, które potrafiło ułożyć pióra w idealny porządek. Sprzedawała maści na skrzydła, syropy na chrypkę i jedną rzecz, o której mówiło się szeptem: Wiatromieszacz.

Wiatromieszacz był małym drewnianym pudełkiem z korbką, a w środku mruczał jak zadowolony kot. Podobno potrafił „zamieszać powietrzem” w promieniu kilku kroków. Nic wielkiego. W sam raz, żeby przewrócić kapelusz albo popsuć fryzurę narcyzowi.

Bąbel i Wrzoska weszli do apteki, udając, że przyszli po coś normalnego. Na przykład po napar z mlecza. Wrzoska od razu wzięła słoiczek.

— Poproszę to — powiedziała słodkim głosem. — Na… hmm… spokojny sen.

— Kto ma spokojnie spać? — zapytała Pani Sowa, nie podnosząc wzroku z księgi.

— On — Wrzoska wskazała Bąbla.

Bąbel odchrząknął.

— Tak. Ja. Jestem… bardzo niespokojny. Śnią mi się… gładkie chmury.

Pani Sowa uniosła brwi.

— Gładkie chmury. Rozumiem. To nowy rodzaj problemu czy stary, tylko gorzej wychowany?

— Raczej… bardzo gładki — wymamrotał Bąbel.

Pani Sowa zamknęła księgę z hukiem, od którego aż słoiki z ziołami zadźwięczały.

— Macie szczęście, że dziś mam dobry humor. I że nie jesteście bobrami. Bobry zawsze coś gryzą.

— My nie gryziemy — zapewniła Wrzoska. — My tylko… mieszamy.

Pani Sowa przez chwilę patrzyła na nich, jakby rozważała, czy powinna zamienić ich w dwa kartofle dla bezpieczeństwa społecznego. W końcu westchnęła.

— Wiatromieszacz jest na półce. Ale pamiętajcie: wiatr to jak plotka. Wypuścisz trochę, a potem nie wiesz, dokąd doleci.

Bąbel połknął ślinę.

— Będę ostrożny. To moje drugie imię.

— Twoje drugie imię to „Ojej” — mruknęła Wrzoska.

Wiatromieszacz był cięższy, niż wyglądał. Bąbel trzymał go jak skarb.

— Co teraz? — zapytała kuna.

Bąbel spojrzał w górę. Gładka chmura wciąż płynęła, jakby nie miała żadnych zmartwień.

— Teraz… musimy podejść do niej na tyle blisko, żeby ją musnęło — powiedział. — Potrzebujemy miejsca wysokiego.

Wrzoska rozejrzała się.

— Mam jeden pomysł. Tylko jest w nim gęś.

— Każdy dobry plan ma w sobie coś strasznego — westchnął Bąbel.

Rozdział 3: Wieża z siana i gęś generał

Najwyższym miejscem w Podkłówkowie była Wieża Sianowa, czyli ogromna sterta siana na podwórzu Gęsi Generał Łucji. Nazywano ją Generał, bo potrafiła ustawić w szeregu pięć kur i trzy kaczki samym spojrzeniem. Miała też zdolność do obrony swojego terytorium, jakby w sianie ukrywały się tajne mapy.

Gęś stała na warcie, a jej dziób błyszczał jak ostrze.

— Stój! — zasyczała, gdy tylko zobaczyła Bąbla i Wrzoskę. — Co to za marsz bez meldunku?

Wrzoska wysunęła się do przodu.

— Generał Łucjo, to misja… pogodowa.

— Pogodowa? — Gęś zmrużyła oczy. — Pogoda to sprawa strategiczna. Co chcecie zrobić? Ukryć deszcz? Zaimportować słońce? Zakręcić wiatr na wschód, żeby sąsiadom śnieg w oczy?

Bąbel uniósł Wiatromieszacz jak dowód.

— Chcemy… poprawić chmurę.

Zapadła cisza. Nawet kury przestały gdakać, żeby posłuchać, jak Bąbel się kompromituje.

— Poprawić chmurę — powtórzyła Generał Łucja wolno, jakby smakowała słowa i sprawdzała, czy nie są trujące. — A po co?

Bąbel odchrząknął.

— Bo jest za gładka. Wygląda… nienaturalnie. Jakby udawała, że jest lepsza od innych chmur.

Gęś spojrzała w niebo. Rzeczywiście, gładka chmura płynęła jak arystokratka wśród zwykłych, poczciwych obłoków.

— Hm — mruknęła. — W mojej armii nikt nie może być zbyt gładki. Gładkość prowadzi do poślizgów. A poślizgi prowadzą do klęsk.

Wrzoska uśmiechnęła się.

— Czyli… możemy wejść na wieżę?

— Możecie — powiedziała Generał. — Ale pod jednym warunkiem.

Bąbel drgnął.

— Jakim?

Gęś wyprostowała szyję.

— Że zrobicie to porządnie. Jak należy. Żadnego ciamkania. Jak potargacie, to potargacie z rozmachem.

Bąbel poczuł ulgę i lekki niepokój.

— Z rozmachem, ale ostrożnie — dodał szybko.

— Ostrożnie z rozmachem — podsumowała Wrzoska.

Wspięli się na Wieżę Sianową. Siano łaskotało w łapy, a wiatr pachniał ziołami i przygodą. Gładka chmura zbliżała się, powoli, majestatycznie, jakby miała zamiar przejść tuż nad nimi i nawet nie spojrzeć w dół.

Bąbel postawił Wiatromieszacz na szczycie sterty. Korbka lśniła kusząco.

— Gotowa? — szepnął do Wrzoski.

— Zawsze — odparła. — Ale jak spadniesz, to powiem, że to był test grawitacji.

Bąbel chwycił korbkę.

— Tylko trochę… — mruknął. — Tak, żeby chmura miała… bardziej przyjazną fryzurę.

Zakręcił.

Wiatromieszacz zamruczał. Powietrze zadrżało. Siano podskoczyło, jakby ktoś je łaskotał od spodu.

I wtedy wiatr… kichnął.

Nie delikatnie. To było kichnięcie, które mogłoby przesunąć stół w jadalni i jeszcze przeprosić.

— Apsik! — powiedział wiatr, choć wiatry zwykle nie mówią, ale ten najwyraźniej był rozmowny.

Gładka chmura drgnęła, jakby ktoś ją pstryknął. Jej idealna powierzchnia zmarszczyła się… i nagle zaczęła puchnąć w jednym miejscu, robiąc wielki bąbel jak w zbyt długo gotowanej owsiance.

— O nie — wyszeptał Bąbel. — To nie jest „potarganie”. To jest… pryszcz.

Wrzoska parsknęła śmiechem.

— Chmura ma pryszcza! Bąbel, jesteś geniuszem dermatologii nieba!

— To nie miało tak wyglądać! — Bąbel kręcił korbką w drugą stronę, jakby to mogło cofnąć rzeczywistość.

Zamiast tego wiatr zrobił „apsik” jeszcze raz, a pryszcz na chmurze… przekształcił się w kształt dzióba. I dwóch oczu. I miny, która wyglądała obrażona.

Chmura spojrzała na nich z góry.

— Czy ktoś mnie dotykał? — zabrzmiał głos, miękki i wilgotny, jakby mówiła wata cukrowa.

Bąbel zamarł.

— Chmura… mówi.

— Czasem mówią — szepnęła Wrzoska. — Tylko zwykle nie do nas.

— Ja zawsze mówię — obruszyła się chmura. — Tylko nikt nie słucha, bo wszyscy myślą, że chmury są od bycia… tłem.

Bąbel uniósł łapy w geście pokoju.

— Przepraszamy. Ja… chciałem tylko cię… rozczochrać. Trochę.

— Rozczochrać? — Chmura uniosła „brwi”, które były po prostu bardziej puszystymi fragmentami. — Jestem Wypolerowana. To moje imię. Moja rodzina od pokoleń była gładka.

Wrzoska szturchnęła Bąbla.

— Powiedz jej coś miłego. Teraz. Szybko, zanim nas skropi.

Bąbel przełknął ślinę.

— Jesteś… bardzo… błyszcząca — wykrztusił. — I… hm… imponująco równa.

Wypolerowana rozpromieniła się, co u chmury oznaczało, że stała się trochę jaśniejsza.

— Dziękuję. Nareszcie ktoś docenia.

— Ale — dodał Bąbel ostrożnie — czasem… czasem dobrze jest się potargać. Dla zabawy. Dla luzu. Żeby nie wyglądać, jakby się szło na egzamin z geometrii.

Chmura prychnęła, co spowodowało mały opad mżawki.

— Ja nie umiem być „luz”. Ja umiem być „ładnie”.

Bąbel spojrzał na jej nowy „dziób” i „oczy”. Wyglądała trochę śmiesznie, ale też… jak ktoś, kto bardzo się stara.

— Mogę ci pomóc? — zapytał nagle. — Nie po to, żeby cię zepsuć. Po to, żebyś spróbowała. Jeśli chcesz.

Wrzoska mrugnęła, zaskoczona.

Wypolerowana zamilkła na chwilę. Wiatr też przestał kichać, jakby czekał na odpowiedź.

— Może… — powiedziała chmura cicho. — Może odrobinę. Ale delikatnie. I bez pryszczy.

— Bez pryszczy — obiecał Bąbel. — Mam plan B. Taki… bardziej uprzejmy.

— Masz plan B? — Wrzoska uniosła brwi. — Od kiedy?

— Od teraz — odparł Bąbel.

Rozdział 4: Lekcja łaskotania i kłopot z zaklęciem

Plan B był prosty: zamiast wiatru-apsika, użyć… pióra. Tylko że pióro w świecie zwierząt to nie była zwykła rzecz. Pióra były jak szczotki do włosów: można je pożyczyć, ale trzeba oddać w stanie godnym.

Generał Łucja miała piór aż nadto. W końcu była gęsią. Gdy usłyszała, że chmura chce spróbować „luzu”, prychnęła z dumą.

— W mojej armii uczymy dyscypliny — powiedziała. — Ale czasem dyscyplina wymaga… kontrolowanego bałaganu. To się nazywa manewr.

Dała im jedno pióro, długie i białe, z końcówką miękką jak szept.

— To pióro jest odpowiedzialne — ostrzegła. — Jak je zgubicie, będziecie musieli mi oddać… dwa.

— A jak nie mamy? — spytała Wrzoska.

— To wtedy oddacie spokój ducha — odparła Generał. — A to boli najbardziej.

Wrócili na szczyt Wieży Sianowej. Wypolerowana czekała, kręcąc się w powietrzu jak ktoś, kto nie wie, co zrobić z łapami podczas zdjęcia.

Bąbel uniósł pióro wysoko.

— Dobrze — powiedział do chmury. — To będzie jak łaskotanie. Jak gdyby ktoś cię… czesał, tylko w drugą stronę.

— Brzmi niebezpiecznie — mruknęła Wypolerowana.

— Jest bezpieczne. Wrzoska będzie patrzeć, czy nie robią się pryszcze.

— Jestem specjalistką od pryszczy chmurowych — oświadczyła Wrzoska poważnie, po czym zachichotała.

Bąbel sięgnął piórem do chmury. To było trudniejsze, niż myślał. Chmury są daleko, nawet kiedy są blisko. Trzeba trochę wiary, trochę równowagi i bardzo mocnego postanowienia, że nie spadnie się w swoją własną głupotę.

Pióro musnęło powierzchnię Wypolerowanej. Chmura zadrżała.

— O! — zapiszczała. — To… to dziwne. Jakby ktoś mi czytał po skórze.

— To dobrze? — zapytał Bąbel.

— Nie wiem! Ale… kontynuuj. Tylko nie za mocno!

Bąbel zrobił delikatny ruch. Potem kolejny. Gładka powierzchnia zaczęła się marszczyć, mięknąć, układać w fale. Chmura powoli traciła swój „wyprasowany” wygląd i stawała się… normalna. Puchata. Trochę zwariowana.

Wrzoska klasnęła w łapy.

— O, patrz! Masz loki! Jak baran w wietrze!

Wypolerowana spojrzała na siebie, jakby to było możliwe.

— Ja… ja mam… teksturę — powiedziała z niedowierzaniem. — To jest… przyjemne. Trochę jakby się przestać spinać.

Bąbel uśmiechnął się, czując dumę, która była ciepła i nie kłuła.

I wtedy Wiatromieszacz, stojący obok, zamruczał zazdrośnie. Jakby mówił: „A ja? Nikt mną nie kręci?”.

Zanim Bąbel zdążył go uciszyć, Wrzoska — bo Wrzoska miała ręce szybsze od rozsądku — zakręciła korbką.

— Tylko troszeczkę! — zawołała. — Dla efektu!

Wiatr nie kichnął.

Tym razem… zagwizdał. I to tak, jak gwizdżą czajniki, gdy chcą zwrócić na siebie uwagę całej kuchni. Powietrze wokół Wieży Sianowej zawirowało, podrywając siano w tańcu. Pióro w łapie Bąbla zamieniło się w chorągiewkę.

— Wrzoska! — krzyknął Bąbel. — Mówiłem: ostrożnie!

— To było ostrożnie! — odkrzyknęła, walcząc z wiatrem. — Po prostu wiatr ma inne zdanie!

Wypolerowana zaczęła się rozciągać, falować i kręcić jak cukrowa wata na karuzeli. Jej świeżo zdobyte loki zamieniły się w gigantyczny bałagan. Taki, że nawet burza by się zawstydziła.

— Przestańcie! — zawołała chmura, już nie obrażona, tylko przerażona. — Ja… ja się rozpadnę!

Bąbel rzucił się do Wiatromieszacza i przytrzymał korbkę obiema łapami.

— Wrzoska, puść! — syknął.

— Nie mogę! — sapnęła. — To się kręci samo!

I rzeczywiście. Korbka zaczęła się kręcić jak zaczarowana. Bo była zaczarowana. Magia codzienna ma to do siebie, że lubi, kiedy coś się dzieje.

Bąbel poczuł, jak strach próbuje wcisnąć mu się do brzucha. Ale odwaga, ta ostrożna, stanęła mu na palcach.

— Dobra — mruknął. — Skoro magia chce zabawy, to dostanie… kierownictwo.

Przypomniał sobie słowa Pani Sowy: wiatr jest jak plotka. Trzeba go prowadzić, a nie puszczać samopas.

Bąbel przyłożył ucho do pudełka. Mruczało. Rytmicznie. Jakby w środku było małe, uparte serce.

— Słuchaj, Wiatromieszaczu — powiedział cicho. — Pomóż nam. Nie rób krzywdy. Tylko… rozczochraj z życzliwością. Rozumiesz? Życzliwość.

Wrzoska spojrzała na niego, jakby zastanawiała się, czy Bąbel właśnie rozmawia z pudełkiem, czy z własnym sumieniem.

Wiatromieszacz zamruczał inaczej. Łagodniej. Korbka zwolniła.

— O… działa? — wyszeptała Wrzoska.

— Magia lubi, jak się ją traktuje jak kogoś, a nie jak narzędzie — odparł Bąbel. — To trochę jak z tobą.

— Hej!

Wiatr przestał gwizdać i przeszedł w miękki szum. Chmura uspokoiła się, jej kształt wrócił do równowagi. Loki zostały, ale teraz wyglądały jak puchaty wianek, a nie katastrofa.

Wypolerowana odetchnęła… co u chmury znaczyło, że wypuściła lekką mgiełkę.

— Dziękuję — powiedziała cicho. — Myślałam, że zrobię się… deszczem ze wstydu.

Bąbel otarł czoło.

— Przepraszamy. To miało być miłe.

Wrzoska spuściła głowę.

— Ja też przepraszam. Czasem jestem jak… korek od soku. Strzelam, zanim ktoś mnie odkręci.

Wypolerowana zachichotała, a to brzmiało jak drobniutkie krople na liściach.

— To nawet zabawne — przyznała. — I wiecie co? Czuję się… lżej. Jakbym nie musiała być idealna.

Bąbel poczuł, że jego pragnienie rozczochrania chmury spełnia się w sposób dziwnie… dobry. Nie jako psota przeciw komuś, tylko psota z kimś.

Rozdział 5: Festiwal Puchu i wielkie nieporozumienie

Wieść o mówiącej chmurze rozeszła się po Podkłówkowie szybciej niż zapach świeżo pieczonych kukurydzianych placków. A zapach placków był bardzo szybki.

Zwierzęta zaczęły wychodzić na ulice, patrzeć w górę i dyskutować, jakby to była nowa gra.

— Ja zawsze mówiłem, że chmury mają charakter! — krzyczał borsuk, który zawsze coś mówił.

— To na pewno propaganda wiatru! — podejrzewała kaczka.

— Może ona chce założyć sklep z watą? — zastanawiała się koza.

Generał Łucja ogłosiła, że skoro chmura ma fryzurę, to należy urządzić „Festiwal Puchu”, bo każde wydarzenie można uporządkować, jeśli da się mu nazwę i regulamin.

Na rynku ustawiono stoły z przysmakami. Wiewiórki sprzedawały „orzechy w chmurze” (czyli orzechy w mące), a jeż prowadził konkurs na najbardziej dramatyczne spojrzenie w niebo.

Wypolerowana unosiła się nad miasteczkiem, już nie gładka, tylko miękko pofalowana. Wyglądała na… szczęśliwą i trochę zawstydzoną, jak ktoś, kto pierwszy raz przyszedł na imprezę i nie wie, gdzie postawić łapy.

Bąbel i Wrzoska stali z boku.

— To chyba przesada — szepnął Bąbel.

— Ludzie… znaczy zwierzęta… kochają przesadę — odparła Wrzoska. — Bez przesady życie byłoby jak suchy liść.

W tym momencie do Bąbla podszedł młody królik z notatnikiem.

— Ty jesteś ten, co rozczochrał chmurę? — zapytał z zachwytem.

Bąbel poczuł, jak rumieniec próbuje przebić się przez jego futro.

— Trochę… z pomocą… i z problemami — przyznał.

— To znaczy, że jesteś Zaklinaczem Fryzur! — zawołał królik i pobiegł dalej, krzycząc to wszystkim.

— Zaklinacz Fryzur… — powtórzyła Wrzoska z rozbawieniem. — Bąbel, to brzmi jak zawód, który kończy się łzami.

Nagle tłum zaczął skandować:

— Jeszcze! Jeszcze! Jeszcze!

Bąbel zesztywniał.

— O nie. Oni chcą, żebym rozczochrał… więcej chmur?

Wrzoska spojrzała w niebo. Obok Wypolerowanej pojawiły się inne chmury, zainteresowane zamieszaniem. Jedna była jak wielka ryba, druga jak zgnieciony kapelusz, trzecia jak coś, co mogło być mapą, ale nikt nie był pewien.

— Wygląda na to, że chmury też chcą zobaczyć, o co chodzi — powiedziała.

Bąbel poczuł odpowiedzialność, która była ciężka jak mokry koc.

— Ja nie jestem żadnym zaklinaczem — mruknął. — Ja tylko… chciałem jedną chmurę. I to z życzliwością.

Wypolerowana zniżyła się trochę, tak by mogli ją usłyszeć.

— Nie musisz nic robić dla tłumu — powiedziała. — Tłum jest jak wiatr bez pudełka. Kręci się, bo może.

Bąbel spojrzał na zwierzęta. Wszyscy patrzyli na niego jak na bohatera, który zaraz zrobi coś spektakularnego. A on wiedział, że spektakularne rzeczy często kończą się tym, że ktoś dostaje sianem w nos.

Wrzoska szturchnęła go.

— Powiedz im coś. Zanim ktoś zbuduje ci tron z marchewek.

Bąbel wszedł na skrzynkę po jabłkach i uniósł łapy.

— Hej! — zawołał. — To nie jest pokaz! To… to była pomoc. Dla jednej chmury. Która chciała spróbować czegoś nowego.

W tłumie rozległy się pomruki. Ktoś krzyknął:

— A ja też chcę coś nowego!

— To spróbuj nie podjadać cudzych zapasów! — odkrzyknęła Wrzoska, wskazując na lisa. Lis udawał, że nie słyszy.

Bąbel odetchnął i mówił dalej:

— Jeśli chcecie świętować, to świętujcie… jej odwagę. To ona była odważna, że pozwoliła sobie nie być idealna. A my… my tylko… łaskotaliśmy.

Wypolerowana zrobiła coś, co wyglądało jak ukłon.

Tłum ucichł. A potem, ku zdziwieniu Bąbla, ktoś zaczął klaskać. Najpierw cicho, potem coraz głośniej. Nawet Generał Łucja skinęła głową, jakby zatwierdzała raport.

— Dobrze powiedziane — mruknęła gęś. — Życzliwość w rozkazach. To rzadkie, ale skuteczne.

Wrzoska uśmiechnęła się.

— Widzisz? Możesz być bohaterem bez robienia katastrofy.

— Nie zapeszaj — szepnął Bąbel.

Wiatromieszacz w jego łapach zamruczał cicho, jakby też klaskał w środku.

Rozdział 6: Spokojny wschód księżyca

Wieczorem Festiwal Puchu powoli się rozchodził. Stoły pustoszały, a ostatnie okruszki znikały w tajemniczy sposób, który podejrzanie często prowadził do kieszeni pewnego szopa pracza. Bąbel jednak tego dnia był zbyt zmęczony, żeby kraść okruszki z pełnym zaangażowaniem.

Usiadł z Wrzoską na wzgórku za miasteczkiem. Trawa była chłodna, a powietrze pachniało spokojem po śmiechu. Nad nimi Wypolerowana unosiła się leniwie, już nie spięta, tylko miękka jak poduszka, która przeszła wreszcie przez prawdziwe życie.

— Czuję się inaczej — powiedziała chmura. — Jakby ktoś mi poluzował sznurek.

— To dobrze — odparł Bąbel. — Sznurki są do wiązania paczek, nie do wiązania… siebie.

Wrzoska położyła się na plecach.

— Bąbel, a po co ci było to rozczochranie? Tak naprawdę.

Bąbel pomyślał chwilę. Patrzył, jak niebo ciemnieje, a pierwsze gwiazdy zapalają się jak małe, niecierpliwe latarki.

— Chyba… bo ta chmura wyglądała, jakby się bała być sobą — powiedział powoli. — A ja wiem, jak to jest. Jak chcesz być odważny, ale też chcesz, żeby nic się nie posypało.

Wrzoska spojrzała na niego z boku.

— To brzmi prawie mądrze.

— Prawie to mój poziom bezpieczeństwa — mruknął Bąbel.

Wypolerowana zachichotała.

— Dziękuję wam — powiedziała. — Nie za fryzurę. Za to, że mnie zapytaliście, a nie tylko… poprawialiście.

Bąbel skinął głową.

— Przepraszam, że na początku chciałem zrobić to bez pytania.

— W sumie… — chmura zawahała się — gdybyś zapytał od razu, pewnie bym powiedziała „nie”. A teraz… jestem wdzięczna, że się odważyłam. Ale następnym razem pytaj.

— Następnym razem pytam — obiecał Bąbel.

Wrzoska przeciągnęła się.

— A następnym razem ja nie kręcę korbką, jeśli nie wiem, co robi.

— Też obiecujesz? — zapytał Bąbel.

— Obiecuję… że postaram się obiecywać — odparła, a potem zaśmiała się cicho.

Na horyzoncie pojawił się księżyc. Wschodził powoli, spokojnie, jakby miał czas. Jego światło rozlało się po wzgórkach, po dachach Podkłówkowa, po miękkich falach Wypolerowanej.

Chmura przesunęła się tak, by nie zasłaniać księżyca.

— Pasuje mu — szepnęła Wrzoska. — Taki spokojny, jakby nic go nie obchodziło.

— Może go obchodzi — powiedział Bąbel. — Tylko nie musi tego pokazywać. To też rodzaj odwagi.

Siedzieli w ciszy, słuchając, jak noc układa świat do snu. Wiatromieszacz mruczał cichutko, już nie zazdrosny, tylko zadowolony, że nie narobił więcej kłopotów niż trzeba.

A Wypolerowana, już nie zupełnie wypolerowana, tylko przyjemnie potargana, płynęła nad nimi i wyglądała… po prostu dobrze. Nie idealnie. Dobrze.

Księżyc wznosił się dalej, spokojny jak obietnica, i światło na chwilę zrobiło wszystko miękkim. Nawet wspomnienia o kichającym wietrze. Nawet śmiech.

I tak zakończył się dzień, w którym chmura nauczyła się być trochę mniej gładka, a szop pracz nauczył się, że życzliwość potrafi rozczochrać lepiej niż najsilniejszy wiatr.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Rozczochrać
Zrobić coś potarganym, nieuporządkowanym, np. włosy lekko pognieść.
Wiatromieszacz
Magiczne, drewniane pudełko z korbką, które miesza powietrze i robi wiatr.
Przekory
Działanie z uporu, żeby zrobić coś na znak sprzeciwu lub dla żartu.
Manewr
Zaplanowany ruch lub działanie, robione po to, by osiągnąć cel.
Dyscypliny
Zasady i porządek, których trzeba przestrzegać, na przykład w armii.
Mgiełkę
Bardzo cienka warstwa pary lub małych kropelek unoszących się w powietrzu.
Zaklinaczem Fryzur!
żartobliwy tytuł nadany komuś, kto potrafi zmieniać wygląd chmur.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Fantazyjna komedia (light fantasy) dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.