Rozdział 1: Sztuka bycia przeciętnym
Maks miał dwanaście lat, rude włosy, piegi i talent do… psucia wszystkiego, czego się dotknął. W jego świecie, który przypominał trochę nasz, tyle że koty potrafiły mówić (choć głównie marudziły), a zamiast autobusów po ulicach jeździły dywany latające na ekologiczny pył, nie było nic bardziej oczywistego niż magia. Każdy, nawet najgłupszy widelec, miał jakieś zaklęcie na zawołanie. I każdy, z wyjątkiem Maksa, świetnie sobie z tym radził.
Maks mieszkał w mieście Sroczogród. Ulica, przy której stał jego dom, była pełna sklepików z magicznymi drobiazgami. Była tu Żywa Skarpetka, sklep, gdzie każda skarpetka miała inną osobowość, oraz Punkt Znikających Czekoladek (nigdy nie było wiadomo, czy znikną po zjedzeniu, czy przed). Ludzie w mieście przywykli do dziwactw, więc nawet gdy Maks zdołał kiedyś zamienić ławkę szkolną w stado gołębi (przez przypadek oczywiście), pani nauczycielka tylko westchnęła i wyjęła z szuflady ławkę zapasową.
Maks był, jak mawiała jego babcia, „niezwykłym przypadkiem przeciętności”. Próbował być czarodziejem, kucharzem i trenerem smoków, ale skutki tych prób były raczej… wybuchowe. Babcia zwykła mawiać: „Grunt to się nie zrażać, Maksik. Jak nie wyjdzie czar, to zawsze możesz udawać, że to była część planu!”
Tego ranka Maks szedł do szkoły z czarną parasolką – prezentem od cioci Jadzi – która miała chronić przed wszelkim pechem. W praktyce sprowadzała deszcz na głowę właściciela. I tak, choć niebo było bezchmurne, Maks miał właśnie mokre włosy i minę, jakby przeszedł przez fontannę.
Rozdział 2: Kłopoty z magiczną kanapką
W klasie Maksa panowała atmosfera oczekiwania. Pani Wierzbicka, ich nauczycielka magii praktycznej, miała dziś przynieść „coś specjalnego” – nowy przedmiot do ćwiczeń.
— Maks, schowaj parasolkę — westchnęła, nim zaczęła lekcję. — W tej klasie nie może być bardziej mokro niż w szkolnym basenie.
Maks schował parasolkę do plecaka, z którego natychmiast zaczęła kapać woda. Obok niego siedziała Tosia, najlepsza uczennica w klasie. Potrafiła zamienić wodę w lemoniadę i miała notatnik w kształcie sowy, który sam robił notatki. Spojrzała na Maksa z uśmiechem:
— Ty to zawsze musisz się wyróżniać.
Maks wzruszył ramionami. — To nie moja wina. Może jestem magicznym pechowcem?
Pani Wierzbicka rozwinęła haftowany obrus na środku sali, a na nim położyła… kanapkę. Ale nie była to zwykła kanapka. Chleb świecił na zielono, sałata podskakiwała w środku, a ser mruczał cicho pod nosem jakieś kazania.
— Przed wami nowy cud naszej szkolnej kuchni: Kanapka Przygód! — oznajmiła nauczycielka z dumą. — Po jednym kęsie przeniesiecie się w losowe miejsce na świecie. Jednak pamiętajcie: efekt jest krótkotrwały… i czasami nieco zaskakujący.
Wszyscy uczniowie patrzyli na siebie z niepokojem. Tosia podniosła rękę.
— A czy są jakieś skutki uboczne?
— Cóż, czasami wraca się na przykład z ogonem wiewiórki. Ale to tylko na kilka godzin — zachichotała pani Wierzbicka.
Maks przełknął ślinę. Postanowił, że dziś będzie dzielny.
— Spróbujesz pierwszy? — szepnęła Tosia, podając mu kanapkę.
Maks odgryzł kęs. W jednej chwili poczuł, jak świat wokół niego wiruje, a jego stopy odrywają się od ziemi.
Rozdział 3: Piżamowa dżungla i papuga filozof
Gdy obraz znów się ustabilizował, Maks zobaczył, że stoi… w środku gęstej dżungli. Ale nie była to zwykła dżungla. Drzewa miały liście w kształcie skarpetek, a na gałęziach wisiały piżamy w kolorowe kropki. Z krzaków wychynęła wielka papuga, która nosiła na głowie kapelusz i czytała gazetę.
— Oho, mamy gościa! — skrzeczała papuga. — Jesteś tu przez Kanapkę Przygód? Ostrzegam, jeśli będziesz śmiecić, zamienię cię w pelargonię.
— Nie zamierzam śmiecić, naprawdę! Ja tylko… trochę się tu zgubiłem — wyjaśnił Maks.
Papuga zatrzepotała skrzydłami, podfrunęła do niego i spojrzała z góry.
— Przypadki się nie zdarzają. Każdy tu trafia z jakiegoś powodu. Najczęściej, bo ktoś źle odczytał instrukcję lub miał pecha. Ty pewnie to drugie.
— Jak mogę wrócić? — spytał Maks, rozglądając się z nadzieją za jakimś portalem.
— Hmm… Trzeba znaleźć Złotą Skarpetę. Ale uwaga, ona lubi się przemieszczać i opowiadać kawały. Czasem bardzo kiepskie — dodała papuga, odfruwając na pobliską gałąź.
Kiedy Maks zaczął szukać skarpet wśród liści, wpadł w pajęczynę, która okazała się… sznurem do bielizny. Z gęstwiny wypełzła para różowych kapci.
— Kto śmie niepokoić święty sznur? — zapytały kapcie groźnym szeptem.
— To tylko ja, Maks… Przepraszam, ja szukam Złotej Skarpety.
Kapcie parsknęły śmiechem.
— Skarpeta? Ha! Powodzenia! Ona dziś ma wolne. Zresztą, każdy, kto ją znajdzie, musi opowiedzieć jej najlepszy żart, inaczej nigdy nie wróci do domu!
Maks podrapał się po głowie. Kto by pomyślał, że w świecie, gdzie kanapki przenoszą cię w piżamową dżunglę, największym wyzwaniem okaże się wymyślenie żartu?
Rozdział 4: Stand-up Maksa i nieoczekiwane skutki uboczne
Poszukiwania Złotej Skarpety zajęły Maksowi całą wieczność (czyli dwadzieścia minut w świecie magicznych kanapek). Po drodze omal nie pogryzła go zła szczoteczka do zębów, a gigantyczny kubek z herbatą próbował go utopić w swoim aromacie.
W końcu znalazł Skarpetę: złota, lśniąca, z twarzą i wąsem jak u aktora. Siedziała na gałęzi i śmiała się sama do siebie.
— Ej, ty! — zawołał Maks. — Podobno muszę ci opowiedzieć dobry żart, żeby wrócić do domu.
— Ostatnio słyszałam samych sucharów — westchnęła Skarpeta. — No to słucham!
Maks myślał gorączkowo. W końcu wypalił:
— Co mówi widelec do łyżki? „Zróbmy razem zupę!”
Skarpeta spojrzała na niego z powagą, a potem zaczęła się śmiać tak bardzo, że spadła z gałęzi.
— Brawo, chłopcze! To najgorszy żart, jaki słyszałam od lat. Ale przynajmniej oryginalny. Możesz wracać… choć jest pewien drobny efekt uboczny.
Zanim Maks zdążył zapytać jaki, poczuł, jak świat znów wiruje.
Gdy otworzył oczy, znalazł się z powrotem w klasie. Wszyscy uczniowie patrzyli na niego, a Tosia zasłaniała usta dłonią, tłumiąc śmiech.
— Co jest? — zapytał Maks, ale wtedy poczuł, że coś na jego głowie się porusza.
Spojrzał w lustro stojące w rogu klasy. Z głowy wyrastały mu… uszy królika. Wielkie, miękkie i różowe.
Pani Wierzbicka uśmiechnęła się szeroko.
— Widzę, że Kanapka Przygód znowu działa! Maks, uszy miną za kilka godzin. A póki co, możesz nimi wachlować klasę.
Maks przewrócił oczami, ale potem zaczął machać uszami, wywołując w klasie prawdziwą burzę śmiechu. Nawet parasolka w jego plecaku drgała z rozbawienia.
Rozdział 5: Egzamin z magii, czyli jak wyhodować dżdżownicę
Po kanapkowej przygodzie na Maksa czekała jeszcze jedna niespodzianka. Po lekcji pani Wierzbicka poprosiła go na bok.
— Maks, wiem, że nie zawsze wszystko ci wychodzi… Ale mam dla ciebie specjalne zadanie na egzamin z magii. Musisz wyhodować magiczną dżdżownicę z ziarenka grochu. Jeśli ci się uda, przejdziesz do następnej klasy.
Maks zbladł. Hodowla magicznych stworzeń… to nie mogło się skończyć dobrze.
W domu zabrał się do pracy. Włożył groch do doniczki, posypał pyłem z magicznego młynka (podobno działał tylko w piątki) i podlewał codziennie wodą z eliksiru śmiechu. Jedyne, co wyrosło, to… marchewka, która śpiewała disco polo.
— No to pięknie — westchnął Maks. — Ale nie poddam się tak łatwo.
Postanowił poprosić o radę swojego kota Bazylego, który uchodził za najstarszego mędrca na podwórku, choć wszyscy wiedzieli, że po prostu dużo śpi.
— Bazyl, jak wyhodować dżdżownicę z grochu?
Bazyl przeciągnął się potężnie.
— Po pierwsze, musisz z nią rozmawiać. Każda magiczna dżdżownica lubi, jak się jej opowiada kawały. Po drugie, musisz uwierzyć, że się uda. Nawet jeśli wszyscy inni uważają, że jesteś… no, powiedzmy: nie najzdolniejszy.
Maks usiadł przy doniczce i zaczął opowiadać grochowi dowcipy. O dziwo, po kilku dniach z ziemi wychynęła różowa dżdżownica z melonikiem na głowie.
— Dziękuję za dobry humor! — pisnęła radośnie. — Chcesz, żebym zatańczyła?
Rozdział 6: Parada absurdów i triumf Maksa
Przed egzaminem Maks czuł się dziwnie spokojny. Może to przez te uszy królika, które nadal lekko wystawały spod czapki. Może przez to, że magiczna dżdżownica żartowała tak głośno, że nawet sąsiadka z trzeciego piętra przychodziła posłuchać.
Na egzaminie pani Wierzbicka siedziała z komisją (czyli z papugą w kapeluszu i Złotą Skarpetą, która została z wizytą po kanapkowej przygodzie). Maks wyciągnął doniczkę i powiedział:
— Proszę państwa, oto magiczna dżdżownica. Specjalność: taniec i opowiadanie sucharów.
Dżdżownica wykonała piruet, przewróciła się, a potem rzuciła:
— Dlaczego kura nie umie latać? Bo woli biegać po podwórku!
Komisja wybuchnęła śmiechem. Złota Skarpetka aż się rozciągnęła ze śmiechu.
— Maks, jesteś niepowtarzalny! — oznajmiła pani Wierzbicka. — Nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak kreatywnie rozwiązał magiczne zadanie.
— Albo tak nieprzewidywalnie — dodała papuga.
Maks poczuł, że pierwszy raz w życiu ktoś naprawdę docenił jego wyjątkowość. Może nie był genialnym czarodziejem, ale miał wyobraźnię, cierpliwość i odwagę, by przełamać nawet najgorszy pech.
Rozdział 7: Czym jest magia… i po co komu uszy królika?
W drodze do domu Maks wpadł na Tosię.
— Słyszałam, że dżdżownica była lepsza niż pokaz smoków! — śmiała się dziewczyna. — I jak się czujesz jako bohater?
Maks machnął ręką.
— Bohaterem? Chyba bardziej przypadkiem niezamierzonego sukcesu. Ale wiesz co, chyba wolę być sobą, nawet z króliczymi uszami.
Tosia przyjrzała mu się uważnie.
— Wiesz, czasem magia nie polega na tym, by wszystko wychodziło idealnie. Chodzi o to, by nie przestawać próbować… i potrafić się z siebie śmiać.
Maks przyznał jej rację. Gdy wrócił do domu, Bazyl już czekał na parapecie.
— Codzienność jest wystarczająco magiczna, jeśli potrafisz ją docenić — mruknął kot, zanim znów zasnął.
Maks spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Uszy królika właśnie znikały, ale uśmiech pozostał.
W końcu zrozumiał, że prawdziwa magia to nie czary i zaklęcia, ale radość z bycia sobą, nawet jeśli co chwila zalewasz się deszczem z własnej parasolki czy musisz wymyślić żart, by wrócić z piżamowej dżungli. Magia to umiejętność śmiania się z siebie i świadomość, że nawet największy pech może zaowocować czymś wyjątkowym.
A potem Maks poszedł spać z nadzieją, że następnego dnia jego śniadaniowa kanapka nie przeniesie go przypadkiem do świata gadających parówek. Choć, szczerze mówiąc, z Maksymilianem w Sroczogrodzie – wszystko było możliwe.