Rozdział 1: Kapitan, który liczy do trzech
Morze tego ranka pachniało solą i mokrym drewnem, a wiatr smagał żagle jak niecierpliwa dłoń. Na pokładzie „Srebrnej Wydry” panował ruch, jakby statek sam się wiercił, marząc o wypłynięciu.
Kapitan Borys Kędzierzawy stał przy relingu i patrzył na port. Nie był wysokim, pomnikowym piratem z legend. Miał za to szerokie barki, dłonie twarde jak liny i spojrzenie, które umiało być spokojne nawet wtedy, gdy wszystko szło krzywo. Nosił skromny płaszcz, żadnych złotych guzików, tylko mały srebrny guzik przy mankiecie — pamiątkę po ojcu, marynarzu.
— Kapitanie! — zawołała Nela, nawigatorka, dziewczyna o włosach związanych w węzeł równie ciasny jak jej charakter. — Jeśli mamy dziś wypłynąć, to nie możemy znów zrobić „kotwicznego kankana”.
Borys uśmiechnął się krzywo.
— Spokojnie. Dziś robimy to metodycznie. Jak przepis na zupę rybną. Bez wrzucania wszystkiego naraz.
Zza beczek wyskoczył Kacper „Mucha”, najmłodszy majtek, chudy jak maszt i szybki jak plotka.
— A może by tak po prostu… pociągnąć? Mocno?
— I potem naprawiać pół burty? — burknął bosman Gruby Iwo, który wcale nie był tak gruby, tylko miał głos, jakby połknął dzwon okrętowy. — Kapitan powiedział: metodycznie.
Borys klasnął w dłonie.
— Słuchać! Kotwica to nie kapryśna koza, ale potrafi ugryźć. Najpierw sprawdzamy kabestan, potem łańcuch, potem dno pod nami. Nela, głębokość!
Nela przyłożyła do oka lunetę i rzuciła okiem na znaki przy nabrzeżu.
— Sześć sążni. Dno muliste. Idealne, żeby kotwica trzymała jak uparty krab.
— I dlatego trzeba ją wyciągnąć jak zęba, a nie wyrwać szczękę — mruknął Borys.
Załoga parsknęła śmiechem, bo każdy pamiętał ostatni raz, gdy kotwica „nie chciała”. Wtedy statek zrobił obrót jak w tańcu, a portowy strażnik krzyczał, że piraci urządzają mu balet.
Borys przeszedł do kabestanu i dotknął dłonią zimnego metalu. Czuł pod palcami drobne rysy, jak mapę dawnych błędów.
— Iwo, daj ludzi do korb. Mucha, ty pilnujesz łańcucha. Jak zacznie skakać, krzyczysz. Nie bohaterujesz.
— Ja? Bohaterować? — Mucha zrobił minę niewiniątka. — Ja tylko… czasem ratuję świat.
— Ratuj go po cichu — rzuciła Nela.
Zaczęli kręcić. Kabestan jęknął, lina napięła się, a łańcuch zgrzytnął, jakby ktoś ciągnął po dnie worek z kamieniami. Borys liczył w myślach.
Raz. Dwa. Trzy.
Zawsze liczył do trzech, zanim podjął decyzję. To pomagało nie robić głupstw w pierwszej sekundzie.
Nagle łańcuch szarpnął tak, że Mucha prawie wpadł do morza.
— Skacze! — wrzasnął, łapiąc się relingu jak małpa.
— Stop! — rozkazał Borys.
Wszystko zamarło. Nawet wiatr jakby na chwilę wstrzymał oddech.
— Coś ją trzyma — powiedziała Nela, pochylając się nad burtą.
Borys spojrzał w wodę. Pod powierzchnią, w mętnym zielonkawym świetle, mignęło coś czarnego jak cień. Nie był to kamień. Poruszyło się.
— Iwo… — Borys mówił cicho, ale w jego głosie brzmiała stal. — To nie jest zwykły mul.
Bosman przełknął ślinę.
— Może… stara sieć? Albo wrak?
Mucha wychylił się za daleko, aż Nela chwyciła go za kołnierz.
— Nie podglądaj potwora, jeśli nie masz mu czego zaoferować — syknęła.
Borys uniósł dłoń.
— Nie panikujemy. Piraci panikują tylko wtedy, gdy zabraknie herbaty. A herbatę mamy.
— Mamy? — Mucha rozjaśnił się.
— Mamy — potwierdził Iwo z powagą, jakby mówił o broni.
Borys spojrzał na zaciśnięty łańcuch.
— Nasza misja jest prosta: podnieść kotwicę z głową. Ale morze, jak zwykle, wtrąca swoje uwagi.
Rozdział 2: Szept pod kilem
Borys kazał opuścić małą łódź. Deski skrzypnęły, kiedy zsunęła się na wodę. Zszedł do niej wraz z Nelą i Iwem. Mucha próbował się wcisnąć, ale kapitan pokręcił głową.
— Ty zostajesz. Pilnujesz pokładu i… herbaty.
Mucha wyprostował się jak żołnierz.
— Herbaty będę bronił do ostatniej kropli!
Łódź kołysała się, a portowe zapachy ustępowały zapachowi otwartego morza: surowemu, chłodnemu, pełnemu obietnic i kłopotów. Nela trzymała bosak, Iwo linę, a Borys patrzył w wodę, szukając tego cienia.
— Widziałeś to? — szepnęła Nela.
— Widziałem — odparł Borys. — I wolałbym, żeby to była stara beczka.
Podpłynęli do miejsca, gdzie łańcuch znikał pod powierzchnią. Iwo zanurzył bosak, próbując wyczuć opór. Coś twardego. Coś, co nie chciało puścić.
— To… drewno? — mruknął.
Borys wyciągnął z kieszeni mały, ciężki nóż i kawałek kredy. Zaznaczył na łańcuchu linię.
— Jeśli przeciągniemy, może coś urwiemy. A urwane rzeczy w porcie wracają w formie rachunków.
Nela parsknęła cicho.
— Port lubi rachunki bardziej niż fale.
Borys odchylił się, by spojrzeć głębiej. Woda była mętna, ale kiedy słońce przebiło chmurę, zobaczył kształt: jakby wielki pierścień z żelaza, porośnięty małymi muszlami. A do niego przywiązany łańcuch kotwiczny. Ktoś kiedyś zaczepił tu coś celowo.
— To jest zaczep — powiedział Borys. — Stary pierścień cumowniczy… tylko że na dnie.
Iwo zmrużył oczy.
— Po co komu pierścień na dnie?
Nela spojrzała na Borysa.
— Żeby łapać statki, które próbują wypłynąć.
Powietrze nagle zrobiło się cięższe. Z daleka dobiegł krzyk mew, jak ostrzeżenie.
— Kto by to zrobił? — warknął Iwo.
Borys policzył w myślach.
Raz. Dwa. Trzy.
— Ktoś, kto chce, żebyśmy zostali w porcie. Albo żebyśmy wypłynęli dopiero, gdy będzie mu wygodnie.
Nela odgarnęła włosy z czoła.
— Długi Szkwat?
To imię miało smak zgniłej ryby. Długi Szkwat był piratem, który udawał dżentelmena, a kradł jak szczur. Ostatnio kręcił się po porcie i sprzedawał „mapy skarbów”, które prowadziły do pustych plaż i starych butów.
Borys zacisnął szczękę.
— Nie wiemy. Ale wiemy, co zrobić.
— Przeciąć łańcuch? — zaproponował Iwo.
— Nie. — Borys potrząsnął głową. — To byłoby jak zostawić but w błocie i iść boso. Zrobimy to porządnie.
Nela uniosła brwi.
— To znaczy?
— Odczepimy nasz łańcuch od tego pierścienia. I dowiemy się, kto go tu wpakował. Metodycznie.
Iwo prychnął.
— Metodycznie to ja zwykle jem. Najpierw mięso, potem ziemniaki.
— A ja najpierw myślę, potem rąbię — odparł Borys. — Iwo, daj mi bosak. Nela, trzymaj łódź przy łańcuchu.
Borys zanurzył bosak i wyczuł ogniwo, które tkwiło w pierścieniu. Było spięte dodatkowym hakiem, ukrytym pod nalotem. Sprytne. Ale spryt nie zawsze wygrywa z cierpliwością.
Kapitan zahaczył bosakiem o hak i zaczął go podważać. Mięśnie na jego ramionach napięły się jak liny w sztormie. Woda chlupnęła, a łódź zachwiała się.
— Borys! — syknęła Nela, chwytając jego pas.
— Mam… to… — warknął, zębami niemal gryząc powietrze.
Hak drgnął. Potem puścił z metalicznym „klang!”, który zabrzmiał jak dzwonek alarmowy.
I właśnie wtedy pod wodą coś się poruszyło. Cień, większy niż wcześniej, przesunął się pod łodzią. Iwo aż cofnął bosak.
— Kapitanie… to nie wygląda na wrak.
Borys spojrzał w dół. W mętnej zieleni zamigotały dwa blade punkty, jak oczy.
— Wiosłować — powiedział spokojnie. — Powoli. Bez chlapania. Jakbyśmy byli… nudni.
Nela, mimo strachu, uśmiechnęła się krzywo.
— Nudziarz pirat. To nowość.
— Lepiej nudziarz niż przynęta — odparł Borys.
Oddalili się kilka metrów. Cień nie podążył, tylko zniknął pod pierścieniem, jakby pilnował swojej pułapki.
Borys odetchnął.
— Wracamy na pokład. Teraz wiemy jedno: ktoś tu nie tylko kombinuje z żelazem, ale i z… czymś żywym.
Rozdział 3: Plan, który pachniał smołą
Na „Srebrnej Wydrze” czekała załoga z Muchą na czele, który trzymał kubek herbaty jak trofeum.
— I? — wypalił. — Widzieliście morskiego smoka?
— Widzieliśmy twój język, jak ci się plącze z ciekawości — mruknął Iwo, wchodząc na pokład.
Borys zebrał wszystkich przy maszczie. Słońce wyszło na dobre, ale kapitan czuł chłód na karku. To był ten rodzaj chłodu, który nie pochodzi od wiatru, tylko od świadomości, że ktoś ci zastawia sidła.
— Słuchajcie — zaczął. — Kotwica jest złapana w dodatkowy hak przy pierścieniu na dnie. Hak puścił, ale… pod wodą jest coś, co pilnuje miejsca. Nie wiem, co to. Wiem tylko, że nie chcę, żeby ktokolwiek tam nurkował bez planu.
— Ja mogę! — Mucha podniósł rękę tak wysoko, że prawie uderzył mewę. — Umem wstrzymać oddech dłużej niż Gruby Iwo umie wytrzymać bez żartu.
— To akurat nie jest wielki rekord — fuknął Iwo.
Borys uniósł dłoń.
— Odwaga to nie skakanie w kłopoty z uśmiechem. Odwaga to umieć powiedzieć: „poczekajmy i zróbmy to mądrze”.
Załoga przycichła. Nawet Mucha wyglądał, jakby próbował połknąć własne „ja mogę”.
Nela rozwinęła mapę portu, pożółkłą i poplamioną smołą.
— Jeśli ktoś chce nas zatrzymać, to pewnie ma czas. Ale my też mamy coś: spryt i… beczkę smoły.
— Beczka smoły? — powtórzył Iwo podejrzliwie, jakby to była propozycja małżeństwa.
Borys skinął głową.
— Smoła unosi się i brudzi. Jeśli to coś pod wodą ma oczy, nie lubi brudu. A jeśli to człowiek… też nie lubi, gdy jego sztuczki wychodzą na jaw.
Mucha zrobił minę zachwyconą.
— Czyli zrobimy morzu… psikus?
— Raczej porządek — poprawił Borys. — Najpierw podciągniemy łańcuch tyle, ile się da. Potem wylejemy trochę smoły w miejsce pierścienia, żeby zobaczyć ruchy pod wodą. Nela, ty będziesz obserwować. Iwo, przygotujesz hak bosmański i sieć. Mucha… ty będziesz kręcić kabestan razem z innymi. I żadnych „bohaterskich skoków”, rozumiesz?
Mucha westchnął.
— Rozumiem. Bohaterstwo na sucho.
Przygotowania ruszyły jak dobrze naoliwiony mechanizm. Smoła pachniała ostro, jak spalone drewno. Nela stała przy burcie z lunetą. Iwo rozciągał sieć, mrucząc pod nosem, że gdyby ryby miały honor, same by wskakiwały do garnka.
— Ciągnąć! — zawołał Borys.
Kabestan zaczął śpiewać swoim skrzypiącym głosem. Łańcuch wysuwał się, centymetr po centymetrze, ociekając wodą. Nagle znów szarpnęło. Mocniej.
— Wylewać! — rozkazał kapitan.
Dwóch marynarzy przechyliło małą beczułkę. Smoła spłynęła po wodzie jak czarna plama atramentu. Rozlała się, rozciągnęła, a potem… zafalowała, jakby ktoś pod nią przeciągnął dłoń.
— Tam! — Nela wskazała palcem.
W czerni zamigotał grzbiet. Nie smok. Nie rekin. Coś jak ogromny węgorz, ale z metalowym kołnierzem na szyi, jakby ktoś go uwiązał. Stworzenie wysunęło łeb, a jego oczy były matowe, zmęczone.
— Kto zakłada kołnierz węgorzowi? — wyszeptał Mucha.
— Ktoś, kto chce mieć strażnika — odpowiedział Borys cicho.
Węgorz (albo cokolwiek to było) uderzył ogonem, rozbijając smołę i wodę w czarne krople. Łańcuch naprężył się.
— Sieć! — krzyknął Iwo.
Rzucili sieć w plamę smoły. Lina świsnęła, oczka rozpostarły się i opadły na wodę. Stworzenie szarpnęło, ale sieć chwyciła je na moment — wystarczająco długo, by Borys zobaczył coś jeszcze: do kołnierza była przytwierdzona cienka linka, prowadząca w stronę nabrzeża, pod pomost.
— To nie jest dzikie zwierzę — powiedział Borys. — To jest… uwiązane.
Nela zacisnęła pięści.
— Czyli ktoś w porcie steruje tym, co pilnuje naszej kotwicy.
Borys policzył do trzech. Raz. Dwa. Trzy.
— Nie będziemy walczyć z węgorzem. Rozwiążemy problem u źródła. Mucha, widzisz tę linkę?
— Widzę. I wygląda jak kłopot na sznurku.
— Właśnie. Idziemy po kłopot. Metodycznie.
Rozdział 4: Pod pomostem, gdzie śmieje się ciemność
W porcie każdy pomost miał swoje tajemnice: zgubione noże, butelki po rumie, a czasem i coś gorszego. Borys, Nela i Iwo zeszli na nabrzeże, zostawiając część załogi na statku. Mucha miał zostać, ale patrzył na kapitana tak żałośnie, że Borys westchnął.
— Dobrze. Ale trzymasz się za mną, jak cień. I bez rozmów z podejrzanymi beczkami.
— Nie rozmawiam z beczkami — oburzył się Mucha. — One są zamknięte w sobie.
Pod pomostem pachniało glonami i zgnilizną. Deski były śliskie, a światło wpadało szczelinami jak cienkie noże. Linka, którą widzieli, prowadziła do metalowego kołka wbitego w belkę.
— Ktoś to tu mocno umocował — mruknął Iwo, dotykając węzła. — I użył dobrego sznura. Taki nie pęka od byle szarpnięcia.
Borys przyklęknął. Węzeł był skomplikowany, ale nie idealny. Ktoś się spieszył albo uważał, że nikt nie będzie patrzył.
— Nela, latarnia.
Nela podała małą latarnię olejną. Jej płomień drżał, rzucając cienie, które wyglądały jak tańczące szczury.
Mucha szeptał:
— Jeśli tu mieszka potwór, to wolałbym, żeby miał dobre maniery.
— Potwory w porcie mają zwykle kieszenie — mruknął Iwo.
Borys przyjrzał się węzłowi i zauważył drobny szczegół: na sznurze był ślad czerwonej farby. Taką farbą malowano skrzynie w magazynie Długiego Szkwata.
— A więc jednak — powiedział cicho.
Nagle z góry dobiegł stuk kroków. Ktoś szedł po pomoście, wolno, jakby liczył deski. Borys zgasił latarnię ruchem kciuka. Ciemność natychmiast ich połknęła.
Głos zabrzmiał nad nimi, przeciągły i zadowolony:
— No, no… ktoś tu lubi grzebać w cudzych sznurkach.
To był Długi Szkwat. Poznać go było po głosie, który brzmiał, jakby śmiał się nawet wtedy, gdy nie mówił żartu.
— Wyjdź, Borysie — ciągnął. — Wiem, że tam jesteś. A ja nie lubię, gdy ktoś dotyka moich… interesów.
Mucha zacisnął zęby, ale Borys położył mu dłoń na ramieniu. Cicho. Spokojnie.
Raz. Dwa. Trzy.
Borys wyszedł spod pomostu, stając w świetle dnia. Nela i Iwo wyszli za nim. Mucha wysunął się ostatni, udając, że wcale się nie boi. Wcale.
Szkwat stał na pomoście z dwoma ludźmi. Był chudy jak wysuszona ryba, wysoki, z długimi rękami i uśmiechem, który wyglądał jak naciągnięta lina.
— Kapitan Borys — powiedział słodko. — Słyszałem, że chcesz wypłynąć. A port… port ma dziś humor, żeby cię zatrzymać.
Borys spojrzał mu w oczy.
— Port nie wiąże węgorzy na smyczy. To ty.
Szkwat rozłożył ręce.
— Ja? Ja tylko dbam o bezpieczeństwo. Ktoś mógłby odpłynąć i… nie wrócić. Straszne, prawda?
Nela weszła krok do przodu.
— Straszne jest to, że używasz zwierzęcia jak narzędzia.
Szkwat wzruszył ramionami.
— Zwierzę, człowiek, lina… wszystko to tylko rzeczy, jeśli umiesz je trzymać.
Borys poczuł, jak w nim rośnie gniew, ale nie pozwolił mu wybuchnąć. Odwaga czasem polega na tym, by nie dać się sprowokować.
— Co chcesz? — zapytał.
Szkwat uśmiechnął się szerzej.
— Tylko drobiazg. Słyszałem, że masz mapę. Taką… ciekawą. Oddasz ją, a ja… przypadkiem zapomnę o twojej kotwicy.
Mucha wyskoczył:
— My nie mamy mapy! Mamy tylko… listę zakupów!
Iwo prychnął.
— Lista zakupów, co prowadzi do skarbu.
Szkwat zmrużył oczy.
— Kłamstwa są jak mokre buty. Niewygodne, ale ludzie i tak w nich chodzą.
Borys powoli sięgnął do kieszeni. Szkwat natychmiast napiął się, jego ludzie chwycili za noże.
Borys wyjął… srebrny guzik.
— To mam — powiedział. — Pamiątkę. I zasady. Nie handluję przyjaźnią ani wolnością mojego statku.
Szkwat parsknął.
— Więc zostaniesz tu. A twój statek będzie tańczył z kotwicą do końca dnia.
Borys spojrzał na Nela i Iwa. W ich oczach było to samo pytanie: jak to rozwiązać bez rozlewu krwi?
I wtedy Mucha, stojąc z tyłu, kichnął. Tak głośno, że aż mewa spadła z poręczy.
— Na zdrowie — powiedział Szkwat złośliwie.
Mucha otarł nos i szepnął do Borysa:
— Kapitanie… widziałem ten kołek. Jeśli go poluzujemy, linka puści. A jak puści, węgorz… będzie wolny.
Borys poczuł, jak w jego głowie układa się plan. Prosty. Odważny. I trochę szalony — ale nie głupi.
— Szkwat — powiedział głośno. — Zrobimy układ.
Szkwat uniósł brew.
— Słucham.
— Ty puścisz naszą kotwicę, a ja… dam ci coś lepszego niż mapa.
Szkwat zaintrygował się.
— Co?
Borys uśmiechnął się lekko, malicjnie.
— Pokażę ci, jak wygląda pirat, który nie da się kupić.
I zanim Szkwat zdążył odpowiedzieć, Borys ruszył — nie do ataku, tylko do kołka. Iwo i Nela zrozumieli w sekundę. Iwo zasłonił Borysa swoim ciałem, a Nela kopnęła w beczkę stojącą obok. Beczka potoczyła się, hałasując jak orkiestra garnków.
— Hej! — krzyknął jeden z ludzi Szkwata, odwracając się.
W tej chwili Mucha wskoczył pod pomost jak jaszczurka. Jego palce, szybkie i zwinne, zaczęły rozplątywać węzeł. Nie idealnie. Ale skutecznie.
Węzeł puścił.
Linka zasyczała, jakby miała własny język, i zniknęła w wodzie.
Rozdział 5: Kotwica w górę, serce w przód
Na wodzie rozległ się nagły plusk. Coś ciężkiego poruszyło się pod powierzchnią. Węgorz — strażnik na smyczy — szarpnął raz, drugi… i nagle poczuł, że jest wolny.
Zamiast zaatakować, wynurzył się na moment. Jego metalowy kołnierz zsunął się, jakby wreszcie przestał pasować. Stworzenie zamigotało w słońcu i odpłynęło, zostawiając po sobie tylko falę i czarną smugę smoły, która powoli się rozpraszała.
Szkwat pobladł.
— Idioci! — wrzasnął do swoich ludzi. — To było drogie!
Borys nie czekał. Krzyknął do załogi na statku:
— Kabestan! Ciągnąć, jakbyście ciągnęli cały port na obiad!
Na „Srebrnej Wydrze” ludzie rzucili się do korb. Mucha już był z powrotem na pokładzie, dysząc i śmiejąc się jednocześnie, jakby właśnie wygrał wyścig z własnym strachem.
Łańcuch zgrzytał, ale tym razem bez szarpnięć. Kotwica, uwolniona od pułapki, zaczęła iść w górę. Woda spływała z jej ramion, a słońce odbijało się w mokrym metalu.
— Jeszcze! — dopingował Iwo. — Dawajcie! Niech ta kotwica zobaczy niebo i się zawstydzi!
Nela stała przy dziobie, obserwując wszystko.
— Szkwat ma łódź przy drugim pomoście — powiedziała. — Może spróbować nas ścigać.
Borys skinął głową.
— Niech próbuje. My mamy przewagę: działamy razem.
Szkwat rzucił się biegiem po pomoście, wrzeszcząc rozkazy. Jego ludzie miotali się, próbując odcumować małą, szybką łódź. Ale w porcie panował tłok, a „Srebrna Wydra” była już gotowa.
— Kotwica w górę! — zawołał ktoś z załogi.
To był moment, na który Borys czekał. Czuł, jak serce bije mu mocno, ale równym rytmem. Odwaga nie była brakiem strachu. Była sterem, który trzyma kierunek mimo fal.
— Odwiązać cumy! — rozkazał.
Liny poszły w ruch. Żagle złapały wiatr jak wielkie, białe dłonie. Statek drgnął, a potem ruszył, powoli, dostojnie, jakby chciał pokazać portowi, że nie da się zatrzymać tanimi sztuczkami.
Szkwat dopadł swojej łodzi, ale było za późno. „Srebrna Wydra” mijała już falochron. Woda za rufą pieniła się srebrzyście.
Mucha podbiegł do kapitana.
— Kapitanie! Ja… ja się bałem — powiedział szeptem, jakby to była tajemnica. — Ale ręce i tak zrobiły, co trzeba.
Borys położył mu dłoń na głowie, lekko, bez przesady.
— I właśnie to jest odwaga, Mucha. Bać się i robić właściwą rzecz.
Nela podeszła bliżej, wiatr targał jej włosy.
— A co z mapą, o której mówił Szkwat? — zapytała. — Mamy jakąś?
Borys uśmiechnął się.
— Każdy pirat ma mapę. Czasem jest na papierze, a czasem w głowie. Nasza prowadzi tam, gdzie jest wolność… i przygoda.
Iwo splunął przez burtę, jakby wypluwał resztki portowych kłopotów.
— I gdzie jest obiad.
— Obiad też jest ważny — przyznał Borys poważnie, a załoga parsknęła śmiechem.
Morze otworzyło się przed nimi szeroko. Wiatr był czysty, bez zapachu zgniłych pomostów. Fale uderzały o burtę jak bębny, w rytmie, który mówił: „dalej, dalej”.
Rozdział 6: Horyzont bez przeszkód
Gdy port został za nimi, świat zrobił się prostszy. Nie łatwiejszy — morze nigdy nie jest łatwe — ale uczciwszy. Tu przeszkody miały twarz fal, chmur i wiatru, a nie uśmiechu Szkwata.
Borys stał na dziobie. Słońce osuszało mokre deski, a wiatr przynosił zapach dalekich wysp: ciepły, zielony, pełen obietnic. „Srebrna Wydra” sunęła naprzód, a jej żagle napięte były jak pewność.
Nela podeszła i podała kapitanowi lunetę.
— Czysto — powiedziała. — Żadnych pościgów. Żadnych podejrzanych łodzi. Tylko my i morze.
Borys spojrzał przez lunetę. Horyzont był wyraźny, wolny od przeszkód, jak linia narysowana pewną ręką. Poczuł, jak coś w nim się rozluźnia — nie czujność, tylko ciężar.
— Dobra robota — powiedział do załogi. — Wypłynęliśmy nie siłą, tylko głową. I sercem.
Mucha przysiadł obok beczki z zapasami i westchnął.
— Kapitanie, a jeśli ten węgorz wróci i będzie chciał… podziękować?
Iwo roześmiał się głośno.
— Jeśli wróci, to dam mu czapkę i zatrudnię jako strażnika garnka.
Nela uśmiechnęła się, ale w jej oczach było coś miękkiego.
— Dobrze, że go uwolniliśmy. Nikt nie powinien być na smyczy.
Borys dotknął srebrnego guzika w kieszeni.
— Pamiętajcie — powiedział. — Pirat to nie ten, kto bierze, ile się da. Pirat to ten, kto umie wybierać, czego nie weźmie. My nie weźmiemy cudzej wolności.
Załoga ucichła na moment, jakby morze też słuchało. Potem ktoś krzyknął, że w kambuzie przypala się ryba, i cisza pękła śmiechem.
Borys odwrócił się jeszcze raz w stronę portu. Był już małą plamą na tle brzegu. Szkwat mógł tam stać i złościć się do wieczora, ale nie miał już wpływu na „Srebrną Wydrę”.
Kapitan uniósł głowę. Przed nimi rozciągała się szeroka woda, błękitna i niepokorna. Horyzont był odsłonięty, czysty, zachęcający.
— Naprzód — powiedział cicho, bardziej do siebie niż do innych. — Metodycznie… i odważnie.
A statek popłynął dalej, prosto w otwarte morze, pod jasnym niebem, z horyzontem tak przejrzystym, jakby ktoś zdmuchnął z niego wszystkie przeszkody.