Rozgrzewka w leśnym kempingu
Lulek, mały zajączek, mieszkał z rodzeństwem w domku na kempingu. Byli trzy: Lulek, jego siostra Mela i brat Rudy. Wokół rosły sosny. Było wesoło i pachniało igliwiem.
Tego ranka Lulek obudził się z pomysłem. Pokój był pełen misiów, klocków i skarpetek. Mela krzyczała: „To moje klocki!” Rudy gwizdał i skakał. Lulek westchnął. Nie chciał kłótni. Chciał zabawy.
„Zróbmy grę!” zaproponował cicho. Oczy rodzeństwa rozbłysły. Gra na sprzątanie? Tak, to brzmiało dziwnie, ale zabawnie. Lulek zaczął rysować mapę. Narysował ścieżki, skarby i tajne hasła. Kto znajdzie skarb, dostanie plasterek ciasta. Mela złapała kredki. Rudy bębnił patykiem. „Hurra!” zawołali razem.
Wielka gra i małe zgrzyty
Gra zaczęła się przy namiocie. Kempingowy plac był pełen śmiechu. Na mapie były zadania: posprzątaj pluszaka, ułóż klocki, złap latający kapelusz. Każde zadanie było szybkie. Każde było śmieszne.
Rudy biegł szybko. „Łap!” krzyknął i przewrócił się na trawie. Ojej. Mela pomogła mu wstać. Lulek patrzył i poczuł ciepło w brzuszku. Nie lubił, gdy kłócili się o zabawki. Teraz śmiali się razem. Bum! – ktoś przewrócił stojący stos klocków. Klocki pospadały dźwięcznym „klik, klak, klik”. Mela lekko się zdenerwowała. „To było moje zamki!” powiedziała. Rudy natychmiast przeprosił. „Przepraszam, pomogę odbudować.” Mela uśmiechnęła się i razem zrobili jeszcze wyższy zamek. Wszyscy klasnęli.
Na mapie było też zadanie „Tajemnicza skrzynia”. Skrzynia była stara i pełna starych chust. Kto ją otworzy, znajdzie wesoły dźwięk. Lulek pociągnął sznurek. Skrzynia otworzyła się z trudem. Puf! – wyskoczył z niej mały dzwoneczek, którym dźwięcznie zadzwonili. Ha ha ha! Dźwięk sprawił, że nawet sosenki zdawały się tańczyć. Rodzeństwo śmiało się razem, aż zrobiło im się ciepło i zmęczeniaki zaczęli klaskać.
Gra nauczyła ich czegoś prostego. Kiedy współpracują, to sprzątanie jest zabawą. Kiedy się kłócą, ktoś smutnieje. Kiedy przepraszają, świat staje się jasny jak poranek.
Ciasto, które chciało być chmurą
Po zabawie mama wysłała zapach. W kempingowej kuchni piekło się ciasto. „Mmm!” westchnął Rudy. Ciasto miało być nagrodą za sprzątanie. Lulek dostał specjalne zadanie: pilnować timera. Był bardzo dumny.
Ciasto rosło w piecu. Najpierw ledwo mu było widać brzeg. Potem puchło jak poduszka. „Puff, puff!” słychać było z kuchni. Lulek patrzył przez szybkę. Ząbki mu drżały z ciekawości. Ciasto urosło i urosło. Wyglądało jak mała chmurka.
Wtedy coś zabawnego się stało. Ciasto postanowiło być jeszcze większe. „Bum!” – jeden bok lekko wyskoczył nad brzeg formy. „Oj!” mruknęła Mela. Rudy pstryknął palcem. Mama śmiała się cicho. Lulek miał palec na przycisku timera. Nacisnął i… nic. Timer miauczał jak stary kot: „Miauuu?” I zmilczał.
Ciasto kontynuowało swój wielki sen. W końcu zrobił się z niego miękki pagórek. Kiedy mama wyjąła formę, to ciasto zaczęło się „pluf” rozkładać na talerzu. Pluf! Takie plufiasto-śmieszne. Trochę spadło na stół, trochę na podłogę, a trochę delikatnie wskoczyło na nos Lulka, który skoczył, żeby pomóc.
Wszyscy zatrzymali oddech. Potem wybuchnęli śmiechem. „Ha ha!” – zamiast gniewu było rozbawienie. Mela otrzepała ciasto z futerka Lulka, Rudy zdmuchnął kawałek, który usiadł mu na uszach. Mama podała łyżkę i wszyscy spróbowali. Ciasto smakowało jak obłok z miodem. Mmm!
To było ciasto, które chciało być chmurą. I chociaż nie wyglądało ładnie, smakowało najlepiej na świecie. Bo jedli je razem.
Zdjęcie, którego nikt nie zrobił, ale wszyscy pamiętali
Po obiedzie Lulek znalazł stary aparat w przyczepie. Aparat był zabawny. Nie miał baterii, ale miał wielki błyszczący wizjer. „Zróbmy zdjęcie!” powiedział Lulek. Chcieli upamiętnić dzień. Ustawili się. Mama ustawiła patyk jak statyw. Lulek spojrzał przez wizjer. Tam widział wszystko jak w małej bajce: sosny jak wachlarze, namiot jak domek, trawa jak dywan, a rodzeństwo z okruszkami ciasta na nosach.
Rudy udawał, że jest szefem kuchni. Mela wkładała na głowę kapelusz z liścia. Lulek robił minę poważnego fotografa. Wcisnęli wyimaginowany przycisk. Klik! Aparat nic nie zrobił. Ale w ich głowach pojawiło się zdjęcie. Zdjęcie śmiechu. Zdjęcie, gdzie ciasto lata, a misie tańczą. Zdjęcie, gdzie każda skarpetka jest bohaterką. Zdjęcie, które było ciepłe i miękkie jak koc.
To zdjęcie było bardzo ważne. Nie musieli go wywoływać. Mieli je w sercach. Kiedy ktoś był smutny, Lulek przypominał: „Pamiętasz nasze zdjęcie?” I zaraz robiło się weselej.
Wieczorem, gdy gwiazdy zaczęły mrugać, trójka zasnęła w jednym namiocie. Mieli okruszki na poduszkach i uśmiechy na pyszczkach. Lulek przytulił rodzeństwo. „Dziękuję,” szepnął. Mela i Rudy odpowiedzieli cichym chrapaniem. Tylko sowa daleko za lasem zrobiła „hu-hu”, jak podpis pod ich dniem.
Zasypiali, myśląc o jutrze. Wiedzieli, że będą się jeszcze droczyć. Wiedzieli też, że zawsze znajdą sposób, by się pogodzić. Bo tolerancja to takie małe serce, które rośnie, kiedy ktoś podaje drugiemu kawałek ciasta, albo pomaga odbudować zamek z klocków. I to serce sprawia, że każdy dzień na kempingu staje się wielką, śmieszną przygodą.