Rozgrzewka chichotu
Nika tupnęła nogą i pokręciła kredką w palcach. Zula zawołała: „To moja żabka!”, a Roki już miał schować pudełko z kredkami do plecaka. Żółty Żżu, najmniejszy z nich, pogwizdał cichutko: „Ćwir, ćwir.”
— Nie bijcie się! — powiedziała Nika łagodnie, choć miała czerwoną buzię od emocji. — Zróbmy coś śmiesznego zamiast się kłócić.
Zula pogroziła palcem i przestała, bo w oczach Niki pojawił się pomysł. — Stworzymy Puchar Chichotu — oświadczyła nagle. — Będzie symbolem naszej przyjaźni. Tylko ten, kto nauczy innych śmiać się, dostanie puchar na tydzień!
Roki od razu klasnął w dłonie. — A jakie będą próby? — zapytał z błyskiem w oku.
Żółty Żżu zamrugał i zaczął kręcić się wokół własnej osi, jakby myślał. — Bęc, bęc! — zakwilił wesoło.
I tak rozpoczęła się zabawa. Dzieci ustaliły, że będą potrzebować zasad: żadnych płaczących oczu, żadnego obrażania się i dużo śmiechu. Uścisnęły dłonie, a kredki zaświeciły barwami gotowymi do przygody.
Próby śmiechowe
Pierwsza próba nazywała się „Tańczące kredki”. Roki poukładał kredki na podłodze i powiedział: — Każdy zatańczy z jedną kredką. Kto zatańczy najlepiej, ten dostanie punkt chichotu!
Zula wzięła różową kredkę i zaczęła wirować z nią jak baletnica. — Hop! — krzyczała, robiąc piruet. Kredki miały swoje oczka i śmieszne buźki, które rysowali wcześniej. Nika tańczyła powoli, udając starego słonia — „tup, tup” — i wszyscy wybuchnęli śmiechem. Żółty Żżu wskoczył na stolik i zaczął machać skrzydełkami jak mały ptaszek. — Ciur-ciur! — zaśpiewał.
Na koniec Roki udawał, że kredka to mikrofon i śpiewał piosenkę o marchewce. Jego fałszywe nuty były takie zabawne, że Zula güłał na podłodze: „Ha ha ha!” Punkt chichotu powędrował do całej trójki — tym razem nikt nie wygrał sam, bo wszyscy byli zbyt zabawni razem.
Druga próba nazywała się „Śmiechobitwa na miny”. Nika rozstawiła małe kartoniki z buźkami. — Na kartoniku z buźką wąsów trzeba zatańczyć, a na kartoniku z językiem — zrobić śmieszną minę! — tłumaczyła.
Roki podszedł pierwszy i zrobił minę kota, ale jego wąsy zaczęły drgać jak pędzelki. Zula spróbowała zrobić taką samą minę, ale jej język zawinął się w kokardkę i wszyscy parsknęli śmiechem. Żółty Żżu próbował wspiąć się na stos kartoników i zamiast miny zrobił „Buuu!” — kto usłyszał, ten się przestraszył, a potem śmiał, bo Żżu wyglądał jak mały duch w żółtej pelerynce.
W połowie próby usłyszeli szept zza zasłony. To była mama, która przyszła zobaczyć, co się dzieje. — Co to za hałas? — zapytała. — Uczymy kredki śmiać się — odpowiedziała Nika z powagą. Mama uśmiechnęła się szeroko, a jej oczy zrobiły się mokre od śmiechu. — Mogę dołączyć? — spytała. Dzieci przytaknęły. Mama zrobiła tak śmieszną minę z nosem jak marchewka, że wszyscy padli na kanapę i śmiali się długo, aż zabrakło im powietrza. Punkt chichotu został oddany rodzinie.
Trzecia próba była najtrudniejsza: „Most pogodzenia”. Dzieci miały za zadanie przejść po cienkim kocu ułożonym jak most, niosąc misia przyklejonego taśmą do dłoni. Kto upuści misia, ten musi powiedzieć coś miłego o innym.
Roki zaczął zbyt szybko i misio spadł. — Przepraszam, Niko — powiedział cicho. — Jesteś najlepsza w rysowaniu żabek.
Nika uśmiechnęła się i podała mu rękę. Zula prawie się rozpłakała ze wzruszenia, bo Roki nigdy nie mówił takich słów. Potem przyszła kolej Zuli. Jej misio też poleciał prosto pod kanapę. — Przepraszam, Roki. Twoje historyjki są najzabawniejsze — wyszeptała. Roki zaczął się czerwienić, a Żółty Żżu zapiał triumfalnie.
W chwili, gdy wszyscy przeszli most, puchar jeszcze nie istniał, ale serca dzieci wypełnił ciepły śmiech. Zrozumiały, że przyjaźń to więcej niż zwycięstwo.
Puchar chichotu i wielkie porozumienie
Gdy zapadł wieczór, dzieci usiadły przy świetle lampki i postanowiły zbudować prawdziwy Puchar Chichotu. Użyły plastikowej miseczki, brokatu, kolorowej taśmy i kilku nakrętek. Nika przykleiła serduszka, Zula namalowała uśmiech, Roki dodał gitarową naklejkę, a Żółty Żżu przyniósł listę „zasad chichotu”.
— Zasady są proste — przeczytał Roki. — 1. Jeśli się pokłócimy, musimy zrobić próbę pogodzenia. 2. Każde z nas ma tydzień na trzymanie pucharu. 3. Puchar przechodzi dalej tylko po śmiechu.
— Ha! — zaśmiała się Zula. — To będzie najweselszy puchar pod słońcem!
Mama przygotowała kakao z piankami i przyniosła miskę pop-cornii. W kuchni pachniało cynamonem i ciepłym chlebem. Dzieci postawiły Puchar Chichotu na środku dywanu i obwieściły, że oto rozpoczynają pierwsze oficjalne rozdanie.
— Kto zaczyna? — zapytała mama.
— Ja, ja! — krzyknął Żółty Żżu i wskoczył do pucharku, bo przecież był najmniejszy. Wszyscy śmiali się, widząc, jak żółty ptaszek ledwo mieści się w miseczce.
Pierwszy tydzień z pucharem był pełen drobnych prób. Rano Nika narysowała Zuli portret z trzema nosami i napisała: „Dla księżniczki, która czasem krzyczy, ale ma serce jak tęcza.” Zula rozkręciła się i oddała Rokiemu własnoręcznie napisaną komiksową historię, gdzie główny bohater nosił jego imię. Roki w zamian napisał piosenkę o kredkach, a Żółty Żżu nauczył wszystkich nowego tańca — „żżu-ża”.
Pewnego popołudnia Zula przypadkowo złamała żółtą kredkę. Jej oczy zaszkliły się natychmiast. — Ojej, przepraszam — wyszeptała.
Nika przytuliła ją i powiedziała: — To tylko kredka. Zrobimy z niej nową zabawkę!
Roki zaraz znalazł pomysł. — Zrobimy z niej flagę Pucharu Chichotu! — zawołał. Przykleili skrawek żółtej kredki do patyczka i powiewała teraz dumnie z pucharu. Zula wyszeptała: — Dziękuję, że mnie rozumiecie. I wszyscy zaczęli się śmiać, bo ta flagą wyglądała jak mała żółta antenka uśmiechu.
Dni mijały, a puchar przechodził z rąk do rąk. Każdy tydzień kończył się małym przedstawieniem — piosenką, tańcem, rysunkiem lub miną śmieszną. Jednego ranka mama obudziła ich śmiechem: niebo było w kropki! Okazało się, że to chmury oblały się farbami z ich ostatniego rysunku. Dzieci wybiegły na podwórko i śmiały się, bo krople deszczu brzmiały jak „plum, plum”.
Pewnego dnia do gry dołączył sąsiad, mały Franek. Przyglądał się uważnie i zapytał nieśmiało: — A mogę się śmiać z wami?
— Tak! — odpowiedziały dzieci jednogłośnie. — Puchar chichotu ma miejsce dla każdego.
Franek opowiedział dwie krótkie historyjki: jedna o pomidorze, który myślał, że jest kapeluszem, i druga o kaczuszce, która zapomniała pływać. Były tak zabawne, że Żółty Żżu zademonstrował swój najlepszy taniec i wszyscy zakręcili się jak ślimaki. Punkt chichotu posypał się jak gotowy groszek z magicznej torebki.
Nadszedł dzień, kiedy Roki, Nika i Zula pokłócili się o to, kto ma największy kawałek tortu. Spór zrobił się głośny i groźny. Puchar stał spokojnie w kącie i patrzył jakby smutny. Mama weszła do pokoju i powiedziała cicho: — Pamiętacie zasady?
Dzieci spojrzały na siebie i nagle zaczęły się śmiać, bo ich kłótnia wydawała się teraz taka mała i śmieszna. Nika wzięła łyżeczkę, Zula ułożyła tort jak domino, a Roki zaśpiewał piosenkę „Tort dla trzech przyjaciół”. Wszyscy zgromadzili się przy stole i podzielili tort na równe kawałki. Puchar rozbłysnął brokatem, jakby klepnął je po ramieniu.
Na koniec tygodnia ogłosili wielkie rozdanie Pucharu Chichotu. Każdy miał powiedzieć, dlaczego zasługuje na ten tytuł. Roki zaczął:
— Daję puchar temu, kto potrafi przeprosić najszybciej.
Zula dodała: — Dla tego, kto ma najwięcej pomysłów na zabawę.
Nika uśmiechnęła się i powiedziała: — Dla tego, kto potrafi uśmiechnąć się nawet wtedy, gdy coś się psuje.
Żółty Żżu zapiał raz jeszcze i wskoczył do pucharu. — Ten puchar należy do wszystkich — zawołał radosny głosik.
I tak postanowili, że Puchar Chichotu będzie mieszkać na środku pokoju i przypominać im, że ważniejsze od wygranej jest śmianie się razem i godzenie się po kłótni.
Gdy noc nadeszła, mama pocałowała każde z nich i powiedziała: — Dobranoc, mistrzowie śmiechu.
Dzieci położyły się z uśmiechami i pucharem między sobą. Żółty Żżu zasnął w miseczce, mrucząc „ćwir, ćwir” we śnie. Na zewnątrz księżyc zrobił uśmiech jak banana, a gwiazdy mrugały jak małe kredki. Wszyscy czuli, że jutro znów będą próbować nowych rzeczy, śmiać się i uczyć się, jak być przyjaciółmi.
I tak, w cieple domowego światła, wśród resztek brokatu i okruszków tortu, Puchar Chichotu lśnił spokojnie. A gdy rano ktoś zaczął mówić: „Ja chcę pierwszy!”, wszyscy zareagowali jednym chórem: „Najpierw śmiech!” i zaczęli nowy dzień od najweselszej próby — tańca na dwóch nogach i jednej kredce. Ha! Ha! Ha!