Przyjęcie w małym domu
W małym domu na końcu ulicy Pachnącej trawy mieszkał pięcioletni Jaś. Miał włosy jak zboże i oczy błyszczące jak dwa zielone groszki. Dzisiaj był jego dzień. Mama zawiesiła kolorowe lampki, a tata napompował balony w kształcie zwierzątek. Na stole stała misy z ciasteczkami, a na kanapie leżały pelerynki i kapelusze.
— Czy wszyscy już są? — zapytał Jaś, skacząc na palcach.
— Jeszcze dwie minuty — odparła mama z uśmiechem. — Goście zaraz wejdą.
Drzwi się otworzyły i do domu wszedł gwar. Były tu dzieci z przedszkola, sąsiedzi, babcia z dziadkiem i pies Fifi, który merdał ogonem, jakby znał wszystkie piosenki świata. Wszyscy zaśpiewali „Sto lat” z radosnym chaosem. Jaś poczuł motylki w brzuchu i uśmiechnął się szeroko.
— Dziś zagramy w coś specjalnego — oznajmił Jaś, stojąc na małym stołku. — Zrobimy wielkie przedstawienie ze śmiechem!
Dzieci klasnęły. Dorośli posadzili się w zapartej widowni, jakby to miało być spektakl w teatrze. Na środku pokoju stanęła papierowa kurtyna z brystolu, z malowanymi gwiazdkami i księżycem. Mama pomogła Jaśowi przymocować ją na patyku.
Gra w pantomimę
— Nazwa to gra w mimesy — wyjaśnił Jaś. — To znaczy, że będziecie pokazywać coś bez słów. Tylko ruchem i twarzą!
Mały chłopiec siadał pierwszy. Wybrał kapelusz klauna i założył go nieco krzywo. Wydawało się, że kapelusz ma swoje pomysły. Jaś skłonił się, zamknął oczy i... zaczął grać.
Najpierw zrobił wielkie oczy, jakby zobaczył latający tort. Potem podniósł ręce wysoko, jakby łapał balony. Skakał, obracał się, wyginał się jak sprężyna. Dzieci wybuchły śmiechem. Babcia pokryła usta ręką, a dziadek klaskał w rytm.
— Co to jest? — szeptała jedna z koleżanek.
— Może to jest miś? — zaproponował chłopiec w czerwonej koszulce.
— Nie, to na pewno rakieta! — krzyknęła inna.
Jaś udawał, że leci, a potem nagle udawał, że zdmuchuje świeczkę. Usta robiły "fff", a policzki dmuchały jak baloniki. Wszyscy się śmiali tak, że bawił się nawet pies Fifi, który szczeknął rytmicznie.
Po Jaśku przyszła Zosia. Miała królicze uszy z bibuły. Zosia pokazała kroki tańca, potem robiła śmieszne miny i w końcu udawała, że piecze ciasteczka. Ktoś zgadł — i okazało się, że to prawda. Zosia pokiwała głową dumnie.
Gra zaczęła się rozwijać. Każde dziecko miało swoją turę. Ktoś udawał statek, ktoś papugę, ktoś… tęczę. Dorośli też wzięli udział. Tata udawał gwiazdę rocka i zrobił minę, która poruszyła wszystkie dzieci. Babcia nagle zaczęła grać na wyimaginowanym skrzypcowym łuku i cała grupa zatańczyła przy tym cichutko.
W pewnym momencie Jaś wymyślił dodatkową zasadę.
— Kto zgadnie, musi dołączyć do przedstawienia! — zawołał.
To była niespodzianka. Ktoś zgadł, ktoś nie, ale każdy kto dołączył, dodał trochę własnej fantazji. Mały Alan, który był nieśmiały, na początku stał cicho przy ścianie. Gdy usłyszał, że może dołączyć, spojrzał na Jaśka. Jaś uśmiechnął się i pokazał kciuk w górę. Alan wyszedł na środek. Zrobił krok. Potem drugi. I zaczął udawać długą, powolną żabę. Ktoś podał mu kapelusz, a on zamienił go w łódkę. Sala wybuchnęła śmiechem. Alan zaczął się śmiać też. Był czerwony jak jabłko szczęścia.
Nagle kurtyna, która miała być tylko dekoracją, zaczęła drżeć. Dzieci pomyślały, że to wiatr albo magia. Okazało się, że Fifi, ciekawski pies, pociągnął ją łapą i zrobił małą dziurę. Zamiast się złościć, Jaś wziął pędzel i pomalował wokół dziury uśmiech. Powstała buzia, która śmiała się razem z nimi. To był mały, zabawny detal, który sprawił, że wszyscy klasnęli z zachwytu.
Tort, świeczki i kurtyna
Gdy już wszyscy pokazali swoje pantomimy, mama przyniosła tort. Był duży i miękki, pokryty kremem w kolorach tęczy. Na wierzchu stały pięć świeczek. Jaś spojrzał na nie jak na małe latarenki.
— Jedna świeczka za każdy rok — szepnęła mama.
— I jedna za każdy uśmiech — dodał tata.
Wszyscy ułożyli dłonie razem. Dzieci formowały koło, a dorośli śpiewali cicho piosenkę. Jaś zamknął oczy, pomyślał życzenie i… zdmuchnął świeczki jednym wielkim dmuchnięciem. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć. Płomienie uciekały jak małe motyle.
— Hurra! — krzyknęły dzieci.
Po torcie przyszła chwila prezentów. Każdy upominek był inny. Ktoś podarował Jaśkowi kredki, ktoś książeczkę, a kolega z przedszkola dał mu pudełko piór do robienia kapeluszy. Jaś otwierał, chwytał, śmiał się i przytulał. Każdy prezent był jak marzenie z papieru. Jaś powiedział krótkie „dziękuję” do każdego. Jego głos drżał z radości.
Potem nastąpił ostatni akt. Jaś zorganizował mini teatr. Dzieci ustawiły się za papierową kurtyną. Każde miało swój fragment. Były ruchome cienie, powtarzane dźwięki i dużo dziwnych min. Jaś grał narratora. Jego głos był miękki, ale pewny. Opowiadał o krainie, gdzie balony uczą latać snów, a ciasteczka śpiewają do rana.
W trakcie spektaklu, na środku, pojawił się mały nieplanowany hałas. To Fifi, zadowolony po kawałku tortu, wyskoczył z tłumu i rozrzucił kolorowe serpentyny. Wszystko zamieniło się w konfetti. Dzieci klasnęły tak głośno, że echo uśmiechów odbijało się od ścian. Jaś roześmiał się aż do łez. To był najpiękniejszy chaos.
Gdy przedstawienie dobiegło końca, Jaś podziękował wszystkim. Jego głos był niski i miękki, jak pluszowy miś.
— Dziękuję, że przyszliście. Dzięki wam to było najlepsze urodziny. Zrobiliśmy razem coś pięknego.
Widzowie powstali i dali owacje. To były oklaski, które grzały jak koc. Dzieci tulili się do siebie, dorośli uśmiechali, a babcia miała łezkę w oku.
Na końcu tata pociągnął sznurek. Papierowa kurtyna powoli opadła. Na niej zostały odciski małych dłoni, trochę kremu od tortu i malutka dziurka w kształcie uśmiechu — ślad wszelkich wzruszeń i śmiechów. Kurtyna opadła cicho, jakby szeptała: „dobranoc”.
Jaś siedział na małym stołku, trzymając ostatni kawałek tortu. Spojrzał na przyjaciół. Wszystkie twarze były zmęczone, ale szczęśliwe. W powietrzu unosił się zapach świeżych kolorów i ciepłych rąk.
— Śpijcie dobrze — powiedział Jaś cicho. — Dziękuję, że bawiliście się ze mną.
Goście zaczęli się żegnać, a dom wypełniła noc. Mama zgasiła lampki jedna po drugiej. Tata otulił Jaśka kocem z małymi gwiazdkami. Fifi wskoczył na dywan i zasnął z nosem opartym o kapelusz.
Jaś zamknął oczy. W myślach miał jeszcze jeden obraz: kurtyna, która opadła z odciskami rękawiczek, kapeluszy i śmiechu. Wiedział, że ta noc została zanurzona w ciepłych wspomnieniach. Śnił o balonach, które śpiewały kołysankę, i o kredkach, które rysowały mosty między marzeniami.
Kurtyna w pokoju opadła definitywnie i zgasły światła. Dzień Jaśka dobiegł końca, a w jego sercu została pewność — że tworzenie razem jest piękniejsze niż wszystkie prezenty świata.