Rozdział 1: Coś lśniącego na wietrznym płaskowyżu
Kuba miał dziesięć lat i talent do pakowania się w kłopoty z miną niewiniątka. Tego popołudnia uciekł z podwórka „tylko na chwilę”, bo wiatr na płaskowyżu zawsze opowiadał ciekawe historie. Płaskowyż był szeroki jak boisko, porośnięty trawą, która kładła się i podnosiła jak zielone fale. Daleko stały samotne snopy siana, a przy ścieżce rósł rząd zbóż, jeszcze zielonkawych, ale już obiecujących.
Kuba wspiął się na mały pagórek, przytrzymał czapkę i zobaczył coś, co na pewno nie było kamieniem. Coś lśniącego leżało między kępami trawy, jakby zgubił je sam wiatr.
Podszedł bliżej. To była gładka kula wielkości piłki, srebrna i cicha. Na jej powierzchni pojawiły się cienkie linie, jak rysunek robiony światłem. Kula drgnęła, a potem… westchnęła. Tak, Kuba był pewien: westchnęła, jak ktoś zmęczony po długim biegu.
„Halo?” powiedział Kuba, bo kiedy nie wiesz, co zrobić, warto zacząć od „halo”.
Kula rozsunęła się jak mandarynka. Z jej środka wyjrzały trzy głowy naraz. Wszystkie miały wielkie oczy, małe noski i włosy jak puch z dmuchawca. Wyglądały jak bardzo zdziwione kocięta, tylko że świeciły lekko na niebiesko.
„Czy tu… pachnie jedzeniem?” zapytała jedna głowa, a jej głos był miękki, jakby mówiła przez poduszkę.
Kuba mrugnął. „Tu jest płaskowyż. Pachnie… wiatrem. Czasem kiełbasą, jak są ogniska.”
Trzy głowy wciągnęły powietrze jednocześnie i aż im się oczy zaświeciły. „Kieł-ba-sa?” powtórzyły, jakby to było zaklęcie.
Kuba poczuł, że jego serce robi fikołka. Kosmici. Prawdziwi. I… głodni.
Rozdział 2: Goście, którzy jedzą… zapachy
Kosmici wysunęli się z kuli. Byli mali, sięgali Kubie do pasa. Mieli po trzy palce, a na każdym palcu coś w rodzaju mini-łyżeczki. Kiedy poruszali dłońmi, łyżeczki dzwoniły cichutko.
„Jesteśmy Smakogłodni z planety Mniam-Mniam” powiedziała druga głowa, która okazała się jednak nie głową, tylko jednym z trzech Smakogłodnych. „Nasz statek zgubił drogę. A my zgubiliśmy… kolację.”
Trzeci Smakogłodny dodał z powagą: „Jedzenie to sprawa poważna. Bez jedzenia nie ma śmiechu.”
Kuba odruchowo się uśmiechnął. „U nas bez śmiechu też nie ma jedzenia. Przynajmniej w domu, bo mama mówi, że kwaśna mina psuje zupę.”
Smakogłodni spojrzeli na siebie i zapisali coś w powietrzu. Dosłownie. Nad ich palcami pojawiły się małe, świecące znaczki, jak latające literki.
„Czy możesz nas nakarmić?” zapytali chórem.
Kuba przełknął ślinę. Miał w kieszeni tylko dwa cukierki i gumę do żucia, którą oszczędzał „na ważną okazję”. To chyba była ważna okazja, ale… karmienie kosmitów gumą brzmiało jak przepis na katastrofę.
„Mogę was… poczęstować” powiedział uczciwie. „Ale lepiej będzie, jak pokażę wam prawdziwą ziemską kuchnię. Tylko musimy iść do domu. Albo do babci. Babcia to jest… kosmiczny poziom jedzenia.”
Smakogłodni podskoczyli, a ich włosy-puch zatańczyły na wietrze. „Prowadź, Kapitanie Kiełbasa!” zawołali.
„Nie jestem kapitanem” zaczął Kuba, ale gdy zobaczył ich oczekiwanie, dodał szybko: „No dobra. Tylko… musimy być szczerzy. Jeśli mama spyta, gdzie byłem, powiem prawdę. Wy też.”
Smakogłodni zamilkli, jakby słowo „prawda” miało smak. Potem pierwszy skinął głową. „Szczerość brzmi chrupiąco. Zgoda.”
Rozdział 3: Kuchnia, która potrafi czarować
W domu pachniało cebulką i czymś, co bulgotało w garnku. Kuba poczuł nagle, że jego przygoda ma też ryzyko: mama. Mama miała radary na wybryki, nawet kiedy kroiła marchewkę.
Kuba wprowadził Smakogłodnych bocznymi drzwiami, ale oczywiście potknął się o wycieraczkę, a jeden Smakogłodny wydał z siebie głośne „Mniiii!”, jakby testował echo. Mama od razu stanęła w progu kuchni, z łyżką w ręku.
„Kuba?” jej brwi uniosły się wysoko. „Kto to?”
Kuba wziął wdech. Szczerze, to szczerze. „To są… Smakogłodni. Z kosmosu. Są głodni. I ja… byłem na płaskowyżu.”
Mama patrzyła przez sekundę tak długo, że nawet lodówka zrobiła się cichsza. Potem westchnęła, jakby przyjęła do wiadomości, że świat jest dziwniejszy, niż mówiły podręczniki. „Dobrze. Najpierw ręce. W kosmosie też się myje ręce?”
Smakogłodni spojrzeli na swoje łyżeczko-palce. „Myjemy… anteny” odpowiedzieli ostrożnie.
„To dziś myjemy ręce. I anteny też, jeśli macie” powiedziała mama. A potem dodała: „Skoro już tu jesteście, możecie pomóc. Kuba, wyjmij talerze.”
Kuba aż się rozjaśnił. To był dobry znak. Mama nie krzyczała. A Smakogłodni wpatrywali się w kuchnię jak w muzeum cudów: w czajnik, który syczał, w piekarnik, który mruczał, w deskę do krojenia, która pachniała drewnem.
Mama podała im łyżeczkę z rosołem. Smakogłodni powąchali, a potem… zamiast zjeść, przejechali swoimi mini-łyżeczkami-palcykami po parze unoszącej się nad zupą. Para wciągnęła się do ich dłoni jak wstążka.
„Ooo!” zapiszczał jeden. „To jest smak w postaci chmurki!”
„My jemy zapachy i pary” wyjaśnili. „Twarde rzeczy gryzą nas w myśli.”
Kuba parsknął śmiechem. „Czyli jakbyście zjedli chipsy, to by wam się myśli połamały?”
Smakogłodni spojrzeli przerażeni. „Nie łam chipsów myślami!” powiedzieli poważnie, a Kuba śmiał się jeszcze bardziej, bo to było najdziwniejsze ostrzeżenie, jakie słyszał.
Mama uśmiechnęła się pod nosem. „To co wam zrobić? Coś, co ma dużo zapachu.”
I wtedy Kuba wpadł na pomysł. „Naleśniki! Naleśniki pachną jak szczęście.”
Rozdział 4: Naleśniki, wiatr i mały kłopot
Mama smażyła naleśniki, a kuchnia napełniała się zapachem wanilii i masła. Smakogłodni krążyli wokół patelni jak trzy małe planety, wciągając parę z taką radością, że aż im włosy-puch stawały dęba.
Kuba robił nadzienie: dżem truskawkowy i twaróg z cukrem. Trochę podjadał, bo „trzeba testować jakość”, ale starał się nie przesadzić.
„Ziemia jest pyszna” westchnęli Smakogłodni.
„Ziemia jest też czasem… skomplikowana” mruknął Kuba, bo przypomniał sobie, że jeszcze nie powiedział tacie, że zniknął. Szczerze, to był problem.
Wtedy z zewnątrz dobiegło głuche buczenie. Okno zadrżało. Smakogłodni zamarli.
„To nasz statek!” zawołali. „Znalazł nas! Ale… on ląduje na wietrznym płaskowyżu. A wiatr dziś jest bardzo… niegrzeczny.”
Kuba wyglądał przez okno. Nad płaskowyżem kręcił się wir powietrza, podnosił kurz i źdźbła trawy. Coś srebrnego błyskało w środku, jak ryba w falach.
„Jeśli statek się przewróci, wasz obiad ucieknie w kosmos” powiedział Kuba, bo jego mózg działał szybko, gdy w grę wchodziły naleśniki.
Mama odłożyła łopatkę. „Dobra. Pakujemy naleśniki na wynos. Kuba, bierz koc. I żadnych tajemnic po drodze.”
Kuba skinął. „Obiecuję. Naprawdę.”
Na płaskowyżu wiatr szarpał im ubrania, jakby chciał sprawdzić, czy mają kieszenie. Smakogłodni trzymali pudełko z naleśnikami jak skarb. Statek – większy niż kula, ale wciąż okrągły – kręcił się lekko, jak bąk, który nie może zdecydować, gdzie usiąść.
„Musimy go uspokoić” powiedział Smakogłodny. „On reaguje na emocje.”
„To niech poczuje… spokój i jedzenie!” zawołał Kuba. Podniósł koc jak żagiel. Wiatr uderzył, koc się napiął, a Kuba poczuł, że prawie odlatuje jak latawiec.
Mama chwyciła drugi róg. „Trzymaj mocno!”
Smakogłodni zaczęli wciągać parę z naleśników i dmuchać ją w stronę statku, jakby wysyłali mu pachnący list. Zapach wanilii i masła popłynął przez wiatr. Coś w srebrnym bąku zadrżało… i buczenie zmieniło się w ciche mruczenie, jak zadowolony kot.
Statek opadł na trawę delikatnie, aż źdźbła tylko się ugięły i podniosły z powrotem.
„Udało się!” krzyknął Kuba.
A potem dodał szybciej, bo szczerość to szczerość: „I przepraszam, że najpierw chciałem was wprowadzić tylnymi drzwiami. Bałem się, że nikt mi nie uwierzy.”
Smakogłodni popatrzyli na niego długo, a wiatr w tym czasie śmigał im między uszami.
„Szczerość” powiedzieli w końcu „ma najlepszy zapach.”
Rozdział 5: Pożegnanie, które pachnie prawdą
Statek otworzył wejście jak uśmiech. W środku było jasno, miękko i pełno pływających światełek, jakby ktoś zamknął w nim kawałek nocnego nieba. Smakogłodni weszli pierwsi, ale zanim zniknęli, odwrócili się do Kuby i mamy.
„Zostawimy wam coś w zamian” powiedzieli. Jeden wyciągnął mały, przezroczysty słoiczek. W środku kręciła się miniaturowa chmurka, a na niej błyszczały iskierki.
„To jest Zapachowy Wspominacz” wyjaśnili. „Kiedy jest ci trudno powiedzieć prawdę, otwórz go. Przypomni ci, że szczerość może być ciepła jak naleśnik.”
Kuba wziął słoiczek ostrożnie, jakby trzymał w dłoniach śmiech. „Dzięki. I… możecie wrócić kiedyś. Mam jeszcze przepis na pierogi.”
Smakogłodni aż zadrżeli z zachwytu. „Pie-ro-gi!” powtórzyli nabożnie. „Brzmi jak przygoda.”
Mama machnęła im spokojnie. „Tylko proszę nie lądować w ogródku sąsiadów. Pan Marek i tak myśli, że wiatr kradnie mu czapki.”
Statek zamruczał jeszcze ciszej, jakby się śmiał. Potem uniósł się lekko, nie robiąc wielkiego hałasu, tylko poruszając trawę dookoła, jak niewidzialna dłoń.
Kuba patrzył, jak srebrna kula rośnie w niebie, aż staje się kropką, a potem znika w jasności. Wiatr na płaskowyżu uspokoił się, jakby też był najedzony.
Kuba odwrócił się do pola. Wśród zielonych łanów jeden kłos wyróżniał się najbardziej. Stał na skraju, blisko ścieżki, i poruszał się powoli, dostojnie, falując w rytm ostatnich podmuchów. Jakby machał na pożegnanie.
Kuba uśmiechnął się, ściskając w kieszeni Zapachowy Wspominacz. Obok mama niosła puste pudełko po naleśnikach, a jej krok był lekki.
„W domu opowiesz tacie wszystko?” zapytała.
„Tak” powiedział Kuba. „Szczerze. Nawet o tym, że prawie zostałem Kapitanem Kiełbasa.”
Mama zaśmiała się cicho. „To będzie najlepsza kolacja do opowieści.”
A kłos dalej falował, jak mała zielona flaga, która mówiła: tu, na Ziemi, też bywają kosmiczne dni. I można je przeżyć z prawdą, odrobiną odwagi oraz zapachem naleśników w powietrzu.