Rozdział 1: Puchata iskra
Kuba miał jedenaście lat i talent do zauważania rzeczy, których inni nie zauważali. Na przykład: że pani w sklepie osiedlowym zawsze liczy resztę, mrucząc pod nosem jak kot, albo że chmury nad boiskiem układają się w miny nauczycieli, gdy ktoś spóźnia się na lekcje.
Tego dnia Kuba wracał ze szkoły i niósł w kieszeni skarb: puchaty breloczek w kształcie alpaki, wygrany w szkolnej loterii. Był tak miękki, że gdyby dało się z niego zrobić poduszkę, człowiek zasypiałby w pół zdania.
Kuba ściskał alpaki-breloczek, żeby poprawić sobie humor po kartkówce z matematyki, która miała więcej pułapek niż gra w „podłoga to lawa”.
— Puchu, ratuj — mruknął do breloczka. — Jeśli jutro pani zapyta o ułamki, to ja się rozpadnę na ćwiartki.
Wtedy alpaka… kichnęła.
Kuba zatrzymał się jak wryty.
— Ty… właśnie… — spojrzał na breloczek. Alpaka miała maleńki nosek z guzika i spojrzenie „nie moja wina”. — Kichnęłaś?
Breloczek zatrząsł się i z kieszeni wysunął się skrawek materiału jak języczek. Na tym języczku było coś napisane, drobnymi literami, jak instrukcja do składania mebli, tylko bardziej podejrzanie:
„GŁASKAJ MNIE TRZY RAZY, A ZNAJDZIESZ TO, CZEGO NIE SZUKASZ.”
— To brzmi jak plan na kłopoty — powiedział Kuba, a potem, oczywiście, pogłaskał alpakę trzy razy.
Świat nie wybuchł. Nie otworzyła się dziura w chodniku. Za to obok kiosku z gazetami pojawiły się drzwi. Tak po prostu. Drzwi wciśnięte między stojak na lody a słup ogłoszeniowy. Na drzwiach wisiała tabliczka: „BUTIK SEKRETÓW — WEJDŹ CICHUTKO (ALBO ŚMIESZNIE)”.
Kuba rozejrzał się. Nikt nie widział. Nawet pan od lodów był zajęty rozmową z gofrem.
— Dobra… — szepnął Kuba. — Tylko zajrzę. Obserwacyjnie.
I wszedł.
Rozdział 2: Butik, który chichocze
W środku pachniało herbatą malinową i świeżo wyprasowanym snem. Sklep nie był duży, ale wyglądał, jakby miał dodatkowe metry schowane w kieszeniach. Półki uginały się od słoików z etykietami: „Sekret o tym, kto zjadł ostatni naleśnik”, „Sekret skarpetek znikających w praniu”, „Sekret, dlaczego nauczyciele mają oczy dookoła głowy”.
Za ladą stała kobieta w swetrze w kaczki. Kaczki na swetrze wyglądały, jakby właśnie wymyśliły dowcip.
— Dzień dobry! — powiedziała kobieta. — A może: „dzień dyskretny”? Witaj w Butiku Sekretów. Jestem pani Lila, doradczyni do spraw szeptów.
Kuba poczuł, że jego ciekawość robi fikołka.
— Ja tylko… patrzę — odpowiedział uczciwie. — Lubię obserwować.
— Ooo, obserwator! — pani Lila aż klasnęła. — To rzadki gatunek. Większość klientów to „pytatorzy” albo „wygadywacze”. A ty masz spojrzenie człowieka, który zauważy, że kanapka jest smutna, jeśli nie ma ogórka.
— Kanapki naprawdę bywają smutne — mruknął Kuba.
Pani Lila pochyliła się konspiracyjnie.
— Masz coś puchatego? Butik otwiera się na puch. Takie mamy zasady. Puch jest jak bilet.
Kuba wyciągnął alpakę.
— O, alpaka! — pani Lila uśmiechnęła się szeroko. — To znaczy, że drzwi cię lubią. A skoro już jesteś, proponuję ofertę dnia: „Sekret w promocji: kup jeden, dostaniesz dwa w gratisie, trzeci się obrazi”.
— Ja nic nie kupuję — powiedział Kuba szybko. — Ja nie mam… no wie pani.
— Spokojnie — pani Lila machnęła ręką, a kaczki na swetrze też jakby machnęły. — U nas płaci się inaczej. Masz jakiś sekret?
Kuba zmieszał się.
— Każdy ma.
— Właśnie! — pani Lila wyciągnęła spod lady małe pudełko z napisem: „WRZUĆ SEKRET, WYJMIESZ PRZYGODĘ”. — Tylko bez strasznych rzeczy. My tu trzymamy sekrety lekkie, śmieszne, czasem trochę wstydliwe. Takie, co nie gryzą, co najwyżej łaskoczą.
Kuba zawahał się. Potem szepnął do pudełka:
— Czasem… udaję, że czytam książkę, a tak naprawdę obserwuję ludzi w autobusie i wymyślam im dialogi.
Pudełko cichutko zachichotało.
— Doskonały sekret! — pani Lila wsunęła pudełko na półkę, jakby odkładała jajko na miękką poduszkę. — W zamian dostajesz… — sięgnęła po słoik z zieloną etykietą — „Bilet na pociąg specjalny. Kierunek: Tam, Gdzie Sekrety Jadą na Wakacje”.
— Pociąg specjalny? — Kuba poczuł, że jego serce robi „tu-tu”.
— O tak. Odjeżdża z peronu za zasłoną — pani Lila wskazała na wielką kotarę w groszki. — Tylko ostrzegam: w tym pociągu konduktor żartuje, nawet gdy sprawdza bilety. A wagony… cóż, mają własne zdanie.
— Ja lubię, jak rzeczy mają zdanie — powiedział Kuba, bo naprawdę lubił. Nawet jego plecak czasem wyglądał, jakby coś komentował.
— To chodź — pani Lila podała mu słoik. W środku coś połyskiwało: mały bilet zrobiony jakby z cukru pudru i papieru jednocześnie.
Kuba wziął słoik. Alpaka w kieszeni znowu kichnęła, jakby mówiła: „No to jedziemy”.
Rozdział 3: Peron za zasłoną
Kotara w groszki była ciężka jak zasłona w teatrze, tylko pachniała praniem. Kuba odsunął ją i… znalazł peron. Prawdziwy, z lampami, ławką i tablicą odjazdów. Tylko że tablica miała rubrykę „Nastrój pociągu” i w tej rubryce migało: „WESOŁY, ALE NIE PRZESADZAJ”.
Na ławce siedział pan w czapce konduktora i jadł precelka. Precelek wyglądał jak zakręcona litera „S”, czyli pewnie „Sekret”.
— Bileciki do kontroli? — zapytał pan, zanim Kuba zdążył podejść. Mówił głosem, jakby opowiadał dowcip, który dopiero się rozkręca.
— Ja… mam w słoiku — Kuba pokazał słoik.
— W słoiku! — konduktor aż się ucieszył. — Uwielbiam bilety w słoikach. Są konserwowane, nie uciekają.
Kuba odkręcił wieczko. Bilet wyskoczył sam, jak tost z opiekacza, i wylądował w dłoni Kuby. Był ciepły i miał pieczątkę w kształcie uśmiechu.
— Proszę, proszę… — konduktor przyjrzał się. — Bilet obserwatora. To znaczy, że nie musisz nic robić na siłę. Wystarczy, że będziesz patrzeć i… nie panikować, kiedy coś zrobi „bip”.
— Co może zrobić „bip”? — zapytał Kuba.
W odpowiedzi tablica odjazdów zrobiła „bip”.
— Ona — wyjaśnił konduktor z powagą, która była aż podejrzanie wesoła.
Z tunelu wjechał pociąg. Nie był długi. Był raczej… sprytny. Lokomotywa miała na boku namalowane wąsy, jakby udawała poważnego pana. Wagony były w różnych kolorach i każdy miał na drzwiach napis: „WAGON PÓŁPRAWD”, „WAGON NIEDOPowiedzeń”, „WAGON ZGUBIONYCH MYŚLI”, „WAGON GŁUPICH POMYSŁÓW (UWAGA: ŚLISKO)”.
— Który wagon? — spytał Kuba.
Konduktor oblizał palec i podniósł go do góry, jakby sprawdzał wiatr.
— Dla ciebie… — wskazał na wagon z napisem „ZGUBIONE MYŚLI”. — Tam jest spokojnie, tylko myśli czasem śpiewają.
— Myśli śpiewają? — Kuba poczuł, że to może być najdziwniejsze zdanie jego tygodnia.
— Cicho, bo się obrażą — szepnął konduktor. — One są wrażliwe. Jak kanapki bez ogórka.
Kuba wszedł do wagonu.
W środku siedziały… karteczki samoprzylepne. Setki. Na każdej była zapisana jakaś myśl: „Kupić mleko”, „Nie zapomnieć oddychać”, „Czy pingwin ma kolana?”, „Powiedzieć mamie, że… ojej, zapomniałem”.
Karteczki podfruwały jak ptaki i przyklejały się do sufitu, a potem odklejały i krążyły, nucąc cichutko melodię, jakby ktoś grał na grzebieniu.
— Witaj — odezwała się największa karteczka, która miała głos jak starsza siostra. — Jesteś nowy? Nie zgub nas, dobrze? My lubimy być zgubione, ale nie lubimy być… zapomniane.
— Postaram się — powiedział Kuba, bo czuł, że to ważne.
Pociąg ruszył miękko, jakby jechał po dywanie.
Rozdział 4: Wagon głupich pomysłów i dramat z bananem
Po chwili karteczki zaczęły szeptać:
— Idź do sąsiedniego wagonu… tam jest śmieszniej…
— Tam się dzieją rzeczy „plask”…
— Uważaj na banana…
— Banana? — Kuba zmrużył oczy. — Skąd tu banan?
Z ciekawości wyszedł na korytarz. Drzwi do kolejnego wagonu były uchylone, a na nich napis: „GŁUPIE POMYSŁY (UWAGA: ŚLISKO)”. Kuba poczuł się wywołany do tablicy przez los.
Wszedł.
Wagon wyglądał jak szkolna sala po lekcji, na której ktoś powiedział: „Dobra, teraz kreatywność na pełnej głośności!” Na podłodze leżały rolki taśmy klejącej, kapelusze z gazety, sprężyny, gumki recepturki i… oczywiście skórka od banana, która wyglądała niewinnie, jakby była zwykłą skórką, a nie bohaterką komedii.
Na środku stał mały stolik, a na nim siedział… sekret. Tak, sekret. Wyglądał jak kulka z waty cukrowej z oczami.
— Cześć — powiedział sekret. — Jestem Sekret Numer 17 i mam problem.
— Jaki? — Kuba zapytał, bo miał w sobie ten rodzaj ciekawości, który nie potrafi przejść obok „mam problem”.
Sekret skrzywił się.
— Ktoś tu zostawił głupi pomysł: „Zrobić żart, który sam się rozkręca”. I teraz żart się rozkręca tak bardzo, że nie mogę wysiąść na swoim przystanku. Ciągle ktoś się ślizga na tej skórce, wybucha śmiechem, a śmiech przykleja mi się do pleców. Jestem już cały obśmiany.
Kuba spojrzał na skórkę. Rzeczywiście, ktoś właśnie wszedł — chłopak w czapce z daszkiem, chyba z innego wagonu — i natychmiast zrobił „łup!”, „ślizg!”, „wiuu!” oraz „ha-ha-ha!”, po czym wstał, ukłonił się jak aktor i wyszedł, jakby to było zaplanowane.
— To wygląda… zabawnie — przyznał Kuba.
— Jest zabawnie! — pisnął sekret. — Ale ile można? Ja chcę spokojnie być sekretem, a nie kabaretem.
Kuba, jako obserwator, zrobił to, co obserwatorzy robią najlepiej: popatrzył dokładnie. Zauważył, że skórka od banana nie jest zwykła. Miała małą etykietkę: „NIE WYRZUCAĆ. WŁASNOŚĆ ŻARTU.”
— To żart jest właścicielem skórki? — mruknął.
W rogu wagonu stała walizka z naklejką „ŻARTY — OSTROŻNIE, ŁASKOCZĄ”. Walizka była lekko uchylona i słychać było z niej ciche chichoty, jak z pudełka z piegami.
Kuba podszedł i zapukał.
— Halo? — powiedział. — Kto tu zarządza skórkami?
Z walizki wysunął się nos klauna. Potem dwa oczy. Potem cały… Żart. Wyglądał jak człowiek zrobiony z konfetti, ale mówił bardzo rzeczowo.
— Zarządzam ja — oznajmił Żart. — Witam w moim małym królestwie „heheszek”.
— Twój żart męczy Sekret Numer 17 — powiedział Kuba. — On jest cały obśmiany i nie może wysiąść.
Żart zmarszczył konfettiowe brwi.
— Ale ja tylko chciałem, żeby było wesoło.
— Wesoło jest najlepiej, kiedy nie jest na siłę — zauważył Kuba. — Jak łaskotki. Raz śmiesznie, pięć razy człowiek już negocjuje pokój.
Sekret zaklaskał cicho, bo ktoś w końcu mówił jego językiem.
Żart westchnął, a kilka kawałków konfetti opadło na podłogę jak kolorowy śnieg.
— No dobrze. Tylko jak zatrzymać żart, który sam się rozkręca?
Kuba spojrzał na skórkę, na walizkę, na taśmę klejącą, na gumki recepturki. I nagle wpadł na pomysł, który był głupi, ale w bezpieczny sposób.
— A może… — powiedział — zamiast skórki od banana dasz skórkę od… ziemniaka?
— Ziemniaka? — Żart uniósł brwi.
— Nikt się nie ślizga na ziemniaku — wyjaśnił Kuba. — Co najwyżej pomyśli: „Kto tu obierał kartofle?” I tyle. Żart się uspokoi, sekret wysiądzie, a ty nadal będziesz zabawny, tylko mniej… śliski.
Żart zastanowił się. Konfetti w nim zaszurało.
— To absurdalne — powiedział w końcu. — Czyli idealne.
Wyciągnął z walizki skórkę od banana i zamienił ją w skórkę od ziemniaka, jakby miał w palcach pilot do rzeczywistości.
W tej samej chwili wagon przestał robić „wiuu!”, a zaczął robić „hm…”.
Sekret Numer 17 odetchnął.
— O, jak przyjemnie — mruknął. — Ciszej. Normalniej. Nadal śmiesznie, ale bez poślizgu.
— Widzisz? — Kuba uśmiechnął się. — Humor też może mieć hamulec.
Żart podał Kubie małą pieczątkę w kształcie uśmiechu.
— Za pomoc — powiedział. — Jeśli kiedyś będziesz chciał uspokoić sytuację, przybij tę pieczątkę na problemie. Problem zrobi się bardziej rozmowny.
— Brzmi przydatnie — Kuba schował pieczątkę do kieszeni obok alpaki.
Wrócił do swojego wagonu. Karteczki samoprzylepne nuciły teraz melodię trochę spokojniej, jakby pociąg też odetchnął.
Rozdział 5: Stacja „Szeptówka” i lekcja o sekretach
Pociąg zwolnił i zatrzymał się na stacji, która wyglądała jak mały park. Na tablicy było napisane: „SZEPTÓWKA — PROSIMY NIE KRZYCZEĆ, BO DRZEWA SIĘ ZAWSTYDZĄ”.
Kuba wysiadł. W powietrzu unosiły się szeptane słowa, jak bańki mydlane. Jedne były krótkie: „psst!”, inne dłuższe: „ja też czasem się boję, ale udaję, że nie”.
Obok ławki stała pani Lila. Jakby czekała, jakby to było normalne spotkać kogoś z Butiku Sekretów na stacji zrobionej ze szeptów.
— I jak podróż? — zapytała.
— Było… ślisko, ale już nie — odpowiedział Kuba. — Zmieniliśmy banana na ziemniaka.
Pani Lila zaśmiała się tak, że aż jedno drzewo poruszyło liśćmi, jakby klaskało.
— To bardzo dorosłe rozwiązanie — powiedziała. — Dorośli często zamieniają banany na ziemniaki, tylko nie przyznają, że to przez ślizganie.
Kuba rozejrzał się po Szeptówce. Na trawie siedziały sekrety w różnych kształtach: jeden wyglądał jak kłębek włóczki, drugi jak spinacz, trzeci jak mała chmurka w słoiku. Wszystkie rozmawiały cicho, a ich rozmowy brzmiały jak szelest kartek.
— Po co one tu są? — spytał Kuba.
— Tu odpoczywają — wyjaśniła pani Lila. — Sekrety też się męczą, kiedy ludzie je noszą zbyt mocno. Czasem trzeba je przewietrzyć. Nie wygadać wszystkim, tylko… powiedzieć w odpowiednim miejscu, że się je ma.
Kuba poczuł, że jego własny sekret — o obserwowaniu ludzi i wymyślaniu im dialogów — nagle nie jest czymś do ukrywania pod dywanem. Raczej czymś do ułożenia na półce.
— Czy mój sekret… też może odpocząć? — zapytał.
— Oczywiście. — pani Lila wskazała na małą skrzynkę z napisem „ODPOCZYWALNIA”. — Możesz go tu zostawić na chwilę, a potem zabrać z powrotem. Sekrety nie uciekają, jeśli się je traktuje uprzejmie.
Kuba podszedł do skrzynki i szepnął:
— Lubię obserwować. Lubię wymyślać dialogi. I czasem boję się, że to dziwne.
Skrzynka zamruczała, jakby była kotem.
— Nie dziwne — powiedziała pani Lila. — Twórcze. A twórcze rzeczy czasem potrzebują pociągu specjalnego, żeby człowiek się do nich uśmiechnął.
Kuba poczuł w kieszeni pieczątkę. Alpaka jakby się przytuliła do materiału.
— To co teraz? — zapytał.
— Teraz wracasz — odparła pani Lila. — Pociąg odjeżdża za minutę. A kiedy wrócisz do domu, zauważysz jedną rzecz więcej niż zwykle. I to będzie twój mały prezent.
Kuba skinął głową. Podobało mu się, że to wszystko jest trochę absurdalne, ale jednak działa, jak dobrze naoliwiony dowcip.
Wsiadł z powrotem do pociągu.
Rozdział 6: Powrót miękki jak koc
Pociąg jechał teraz ciszej. Karteczki w wagonie „Zgubione myśli” nie śpiewały już na grzebieniu, tylko nuciły jak ktoś, kto zaraz zaśnie, ale jeszcze chce dokończyć refren.
Kuba oparł czoło o szybę. Za oknem przelatywały znajome rzeczy w trochę nieznajomy sposób: latarnie mrugały powoli, billboardy zmieniały napisy na bardziej uprzejme („PAMIĘTAJ O WODZIE” zamiast „KUP TERAZ!”), a chmury układały się w miny, które wyglądały na rozbawione.
Konduktor przeszedł korytarzem i zajrzał do Kuby.
— Wszystko w porządku? — zapytał.
— Tak — powiedział Kuba. — Tylko… czuję, że jak wrócę, to matematyka nadal będzie istniała.
— O, niestety — konduktor kiwnął głową z powagą, która była prawie dramatyczna. — Matematyka ma bilet sezonowy. Nigdzie nie wysiada. Ale wiesz co? Ułamki też można obserwować. One mają charaktery. Jedna druga jest zawsze w połowie przekonana, jedna czwarta lubi się chować, a trzy piąte udają, że są większe, niż wyglądają.
Kuba parsknął śmiechem.
— Nigdy tak o tym nie myślałem.
— To właśnie robią pociągi specjalne — powiedział konduktor. — Przestawiają półkę w głowie o jeden centymetr. A potem wszystko stoi stabilniej.
Pociąg zwolnił. Kuba zobaczył zasłonę w groszki, potem drzwi Butiku Sekretów, a potem… znowu kioskarza i pana od lodów, jakby nic się nie stało.
Wysiadł. Drzwi do Butiku stały jeszcze chwilę, jakby mrugały, a potem zniknęły, zostawiając tylko słup ogłoszeniowy i zapach malinowej herbaty, który rozpłynął się jak mgiełka.
Kuba wrócił do domu. W przedpokoju stały buty, które wyglądały na zmęczone. W kuchni mama mieszała zupę.
— Jak było w szkole? — zapytała.
Kuba zawahał się. Mógł powiedzieć: „Byłem w Butiku Sekretów i jechałem pociągiem, gdzie żart miał skórkę od banana.” Mógł. Ale postanowił zacząć od czegoś prostszego.
— Było… interesująco — powiedział. — A wiesz co? Ułamki mają charaktery.
Mama uniosła brew.
— Doprawdy?
— Tak. Jedna czwarta się chowa — wyjaśnił Kuba z powagą. — I to wszystko tłumaczy.
Mama roześmiała się ciepło, a Kuba poczuł, że to śmiech, który nie przykleja się do pleców, tylko rozkłada się w pokoju jak miękki koc.
Wieczorem usiadł na łóżku, wyjął alpakę i pogłaskał ją raz. Tylko raz, żeby nie otwierać kolejnych drzwi, bo jutro jednak była szkoła.
— Dzięki, Puchu — szepnął. — Za pociąg. Za ziemniaka. I za to, że sekrety mogą odpoczywać.
Alpaka kichnęła cichutko, jakby mówiła: „Proszę bardzo. Dobranoc.”
Kuba zgasił lampkę. W półmroku zauważył prezent, o którym mówiła pani Lila: na biurku leżała karteczka samoprzylepna, której wcześniej tam nie było. Było na niej napisane:
„NIE ZAPOMNIJ: JUTRO ZAUWAŻ COŚ DOBREGO.”
Kuba uśmiechnął się do ciemności.
— Zauważę — powiedział, i jego głos był już spokojny, wolniejszy, jak pociąg, który dojechał do bezpiecznej stacji.
A potem zasnął, a jego myśli nuciły cicho, cicho, cicho.