Rozdział 1: Ciche poranki nad jeziorem
Tego lata Tofik, młody królik o miękkich uszach i czujnym nosie, pojechał na wakacje nad jezioro. Nie był typem, który od razu zagaduje obcych. Kiedy nie znał kogoś dobrze, wolał stać z boku, udawać, że ogląda trawę albo liczy bąbelki na wodzie.
Poranek pachniał żywicą i ciepłym piaskiem. Słońce wspinało się powoli, jakby też miało wakacje. Tofik siedział przed swoją norką w kępce koniczyny i słuchał koncertu: brzęczenia pszczół, plusku fal o kamyki i śmiechu mew, które zawsze brzmiały, jakby opowiadały sobie żarty.
— Dziś spróbuję sam — mruknął do siebie, bo do kogo innego?
Plan był prosty: pójść ścieżką wzdłuż trzcin, znaleźć ładne miejsce na przekąskę i wrócić, zanim zrobi się zbyt gorąco. Tofik spakował do małej torby liść sałaty, marchewkę i pustą butelkę po soku z porzeczek, żeby napełnić ją wodą z zimnego źródełka.
Gdy ruszył, zobaczył na ścieżce ślimaka. Sunął odważnie, jakby był królem całej polany.
— Cześć — szepnął Tofik, choć ślimak pewnie i tak go słyszał bardziej po drganiach ziemi. — Miłego dnia.
Ślimak wysunął czułki i jakby skinął głową. Tofik poczuł w brzuchu lekkie łaskotanie. „Zaczynam od małych rzeczy” — pomyślał. To było łatwiejsze niż rozmowa z kimś, kto ma szybkie odpowiedzi.
Rozdział 2: Tablica o sąsiadach z trzcin
Ścieżka doprowadziła go do miejsca, gdzie stała drewniana tablica. Była duża, z rysunkami i napisami. Z daleka wyglądała jak otwarta książka.
Tofik podszedł ostrożnie. Deski pachniały słońcem. Na tablicy widniał tytuł: „Fauna jeziora i trzcinowisk”. Były tam narysowane: wydra z mokrym wąsem, perkoz z czerwonym okiem, ważka błyszcząca jak szkło i żaba, która wyglądała, jakby właśnie miała powiedzieć coś mądrego.
— O, to ty! — odezwał się ktoś z boku.
To była wiewiórka Kaja. Miała ogon jak pędzel i oczy, które widziały wszystko naraz.
Tofik zamarł na sekundę. Nie znał Kai dobrze. Spotkali się raz zimą, gdy szukał schowanych orzechów. Wtedy tylko kiwnął głową i uciekł. Teraz serce mu przyspieszyło, ale nie chciał uciekać.
— Cześć — powiedział cicho. — Czytasz?
— Jasne! — Kaja podskoczyła. — Patrz, tu jest o jeżu… ale jeże raczej nie pływają. A tu o zaskrońcu! Widziałeś kiedyś?
Tofik pokręcił głową.
— Nie. Trochę się boję takich… długich.
— Spokojnie, to nie musi być straszne. — Kaja zmrużyła oczy i wskazała rysunek. — Widzisz? Ma żółte plamki. Jakby nosił dwa plasterki cytryny.
Tofik niechcący się uśmiechnął.
Czytali razem. Tofik zbliżył się do tablicy, dotknął palcem gładkiego rysunku wydry. Poczuł, że świat jest większy, gdy zna się nazwy. Jakby jezioro nagle miało więcej tajnych przejść.
— Dzięki, że mi to pokazujesz — powiedział po chwili. To zabrzmiało w jego uszach trochę odważniej niż planował.
Kaja spojrzała na niego z zadowoleniem.
— Nie ma sprawy. Lubię być przewodnikiem. A ty… ty masz spokojny głos. Dobrze się przy nim czyta.
Tofik poczuł ciepło pod futrem. To było miłe. I bezpieczne.
Rozdział 3: Pierwsza przeszkoda — zgubiona ścieżka
Po wspólnym czytaniu Kaja zaproponowała:
— Chodź, pokażę ci miejsce, gdzie ważki latają tak nisko, że wyglądają jak kolorowe igły.
Tofik zawahał się. Lubił plan. A plan mówił: „wróć przed upałem”. Ale lato miało w sobie coś, co szeptało: „spróbuj”.
— Dobrze — zgodził się. — Tylko… nie za daleko.
Poszli wzdłuż trzcin. Ziemia była miękka, a na liściach połyskiwały krople, jakby noc zostawiła tu swoje drobne monety. Tofik słyszał skrzypienie łodyg i ciche „plup” wody, gdy coś w niej poruszało się pod powierzchnią.
W pewnym momencie ścieżka rozdzieliła się na dwie. Jedna prowadziła w cień olch, druga skręcała w słońce i wydawała się bardziej wydeptana.
— Tędy — powiedziała Kaja i skoczyła w stronę słońca.
Tofik poszedł za nią. Po kilku minutach zauważył, że trzciny są gęstsze, a ziemia bardziej mokra. Buty… właściwie on nie nosił butów, ale łapy zaczęły mu się lekko zapadać.
— Kaja? — zawołał.
Nie odpowiedziała od razu. Słychać było tylko brzęczenie owadów. Tofik przyspieszył, czując, jak niepokój wślizguje mu się do gardła.
— Kaja!
— Jestem! — odezwała się w końcu, trochę z przodu, ale jej głos był mniej pewny. — Chyba… chyba tu się zmieniło od wiosny. Było sucho.
Tofik stanął. Przed nimi ciągnęła się błotnista łatka. Nie ogromna, ale zdradliwa. Woda stała w małych kałużach, a trzciny splatały się jak płot.
— Nie przejdę — powiedział Tofik szczerze. — Utknę.
Kaja przygryzła wargę.
— Mogłyśmy wrócić… tylko nie wiem, czy pamiętam tę pierwszą ścieżkę.
Tofikowi zrobiło się gorąco, choć nie od słońca. Pomyślał o swojej norce, o koniczynie, o prostym planie. Najłatwiej byłoby teraz powiedzieć: „to bez sensu” i rzucić się w ucieczkę byle gdzie.
Zamiast tego usiadł na suchszym kawałku ziemi i zamknął oczy na chwilę.
„Oddychaj. Popatrz. Pomyśl” — przypomniał sobie. To była jego mała zasada, gdy panika próbowała go popchnąć.
Otworzył oczy i zauważył coś: na jednej z trzcin wisiała cienka, jasna nitka. Pajęczyna. A obok niej, na błocie, ślady małych łapek, jakby ktoś niedawno przechodził.
— Ktoś tędy szedł — powiedział. — Może jest suchsza krawędź.
Kaja zbliżyła się, ostrożnie stawiając łapy.
— Masz rację. Patrz, tu! — wskazała na wąski pas twardszej ziemi przy krzakach.
Tofik poczuł ulgę, ale też dumę, że nie uciekł od razu. Zaczęli iść powoli, krok po kroku, jakby przechodzili po długiej, cienkiej linie. Tofik czuł zapach mokrej ziemi, intensywny i ciężki. Serce waliło mu jak bęben, ale łapy słuchały.
Kiedy wyszli na suchy grunt, Kaja wypuściła powietrze.
— Uff. Dzięki. Ja bym pewnie skoczyła na oślep.
Tofik pokręcił głową.
— Ja zwykle też… tylko w drugą stronę. Uciekam.
Powiedzenie tego na głos było dziwne. I trochę oczyszczające, jak zimna woda w upał.
Rozdział 4: Ławka w cieniu i słowa „dziękuję”
Znalazły miejsce w cieniu starych drzew. Stała tam ławka zrobiona z dwóch desek i pnia. Obok rosły dzikie poziomki, czerwone jak małe lampki.
Na ławce siedziała sowa Berta. Nie była stara, ale wyglądała poważnie, jakby zawsze miała w głowie listę ważnych spraw.
— Dzień dobry — powiedziała Berta, poprawiając pióra. — Widzę błoto na łapach. Trzciny was zatrzymały?
Kaja westchnęła.
— Trochę się zgubiłyśmy.
Tofik poczuł, że znów robi się cichy. Sowy miały w sobie coś, co sprawiało, że chciało się mówić mądrze albo wcale.
Berta jednak uśmiechnęła się łagodnie.
— To normalne. Latem ścieżki potrafią się zmieniać. Jeśli chcecie wrócić do tablicy, idźcie wzdłuż tego powalonego pnia, a potem trzymajcie się śpiewu świerszczy. Tam jest bardziej sucho.
Tofik spojrzał na powalony pień. Rzeczywiście, prowadził jak strzałka.
— Dziękuję — powiedział szybko, zanim strach zdążył go uciszyć.
Berta mrugnęła.
— Proszę. A wy… uważajcie na siebie. I pijcie wodę. Słońce jest dziś uparte.
Kaja szturchnęła Tofika w bok.
— Widzisz? Prawie jak znak drogowy, tylko mądrzejszy.
Tofik zachichotał.
— Znak drogowy, który mruga.
Usiedli na chwilę. Tofik wyjął marchewkę i przełamał ją na pół.
— Chcesz? — zapytał.
— Jasne. — Kaja wzięła kawałek. — Dzięki.
Tofik przełknął kęs i poczuł, że „dziękuję” działa w obie strony. Jak mały most. Kiedy je mówisz, coś się łączy.
Wrócili zgodnie z radą Berty. Świerszcze rzeczywiście „prowadziły” ich cienkim, stałym dźwiękiem. Tofik był zdziwiony, jak łatwo można się orientować, gdy się nie pędzi i słucha.
Rozdział 5: Samodzielna misja — woda i porządek
Po powrocie do tablicy Kaja musiała już iść, bo obiecała pomóc dzięciołowi w zbieraniu kory na naprawę dziupli.
— To co, jutro też tu przyjdziesz? — zapytała.
Tofik przytaknął.
— Tak. Chcę jeszcze poczytać o tych ptakach. I… dzięki za dziś.
Kaja uśmiechnęła się szeroko.
— Nie ma sprawy. A ty dzięki, że nie spanikowałeś. To było… fajne.
Gdy została już sama, Tofik poczuł nagle, że dzień jeszcze się nie skończył. Słońce grzało mocniej, ale wciąż było przyjemnie. Przypomniał sobie o butelce. Źródełko było niedaleko, a on obiecał sobie, że będzie bardziej samodzielny, nie tylko ostrożny.
Poszedł do źródełka. Woda wypływała spod kamienia i była zimna, aż zęby chciały tańczyć. Napełnił butelkę, a potem zauważył coś jeszcze: przy kamieniu leżały porozrzucane suche liście i kilka patyków, jakby ktoś urządził tu bałagan.
Tofik popatrzył dookoła. Nie było nikogo. Wiatr szeleścił w paprociach. „Jeśli ja to widzę, to mogę coś z tym zrobić” — pomyślał.
Zebrał patyki w mały stos z boku, tak żeby nie blokowały strużki wody. Liście odsunął na suchy kawałek ziemi. To nie była wielka praca, ale poczuł się, jakby uporządkował kawałek świata.
— Gotowe — powiedział do kamienia, trochę śmiesznie, ale z satysfakcją.
W drodze powrotnej minął jeża, który człapał w cieniu.
— Dzień dobry — powiedział Tofik. — Uważaj na gorący piasek.
Jeż uniósł pysk.
— Dzięki, króliku. Dobrej wędrówki.
Tofik poczuł się dziwnie dorosły. Nie dlatego, że wszystko umiał, tylko dlatego, że zauważał innych i potrafił powiedzieć coś życzliwego.
Rozdział 6: Wieczór, który pachniał dumą
Pod wieczór niebo zrobiło się jaśniejsze przy horyzoncie, jakby ktoś rozlał morelowy sok. Tofik usiadł znów przed norką. W dłoniach trzymał butelkę z wodą i oglądał, jak w środku skaczą małe bąbelki.
Myślał o tablicy i o tym, że nazwy zwierząt zostają w głowie jak małe latarnie: wydra, perkoz, zaskroniec. Myślał o Kaj i o Bertcie. I o błocie, które prawie go zatrzymało.
„Pierwsza przeszkoda” — powtórzył w myślach. Bo to nie było ostatnie błoto na świecie. Ale dziś zobaczył, że można stanąć, oddychać i szukać rozwiązania. Nawet gdy serce chce uciekać.
W pewnym momencie usłyszał szelest. To Kaja przyszła na chwilę, niosąc mały bukiet traw i pachnących ziół.
— Znalazłam to po drodze — powiedziała. — Na herbatkę. Wiesz, taką letnią, z wodą i ziołami. Orzeźwia.
Tofik wziął bukiet ostrożnie, jakby to był skarb.
— Dziękuję, Kaja. Naprawdę.
Kaja usiadła obok.
— A ja dziękuję, że dziś poszedłeś ze mną. — Zawahała się. — Nie każdy by poszedł.
Tofik spojrzał na jezioro. Woda była spokojna, a po niej sunęły złote kreski światła.
— Ja też nie zawsze chodzę — przyznał. — Ale… nie chcę się poddawać przy pierwszym kłopocie.
Kaja skinęła głową.
— To dobra zasada. I wiesz co? Jutro możemy pójść znowu, tylko wybierzemy trasę mądrzej. Albo zrobimy mapę. Taką prawdziwą, z patyków i kamyków.
Tofik wyobraził sobie mapę. Małe kamyki jako zakręty. Patyk jako powalony pień. Kropka z żołędzia jako tablica o faunie. Uśmiechnął się.
— Zrobimy. Sam ją narysuję w piasku. A potem… potem ją zapamiętam.
Siedzieli chwilę w ciszy, która nie była niezręczna. Była jak ciepły koc.
Kiedy Kaja poszła, Tofik wszedł do norki. Położył bukiet ziół obok. Zamknął oczy i jeszcze raz zobaczył błotnistą ścieżkę. Tym razem jednak nie była straszna. Była tylko miejscem, gdzie nauczył się wytrwać.
Zasypiając, pomyślał: „Dziś byłem samodzielny. I podziękowałem. I nie zrezygnowałem.” A to było uczucie, które smakowało jak najpierwsza, słodka poziomka w środku lata.