Rozdział 1: Zniknięcie z półki
Kuba miał dziewięć lat i nos jak radar. Wyczuwał kłopoty szybciej niż jego kot Mietek wyczuwał kabanosa.
Tego popołudnia w szkolnej świetlicy miało się odbyć małe wydarzenie: kiermasz „Zrób to sam”. Każda klasa przygotowała drobiazgi. Największą atrakcją był drewniany model latarni morskiej, zrobiony w szkolnym warsztacie stolarskim. Pachniał świeżym drewnem i miał czerwony daszek.
Kuba podszedł do półki, gdzie stały prace.
„O! Latarnia!” — uśmiechnął się… i zamarł.
Na półce zostało tylko puste miejsce i odrobina jasnych trocin.
„Gdzie ona jest?” — szepnął.
Obok pojawiła się Maja z jego klasy. Miała warkocz i minę, jakby ktoś właśnie zjadł jej ostatniego naleśnika.
„Nie ma latarni… To miała być nasza duma!”
Dołączył też Bartek, który zawsze wszystko gubił, ale zawsze miał przy tym bardzo niewinną minę.
„Może… sama poszła na spacer?” — próbował żartować.
Kuba uniósł brwi.
„Latarnie nie chodzą. Ktoś ją zabrał.”
Pani Ania ze świetlicy klasnęła w dłonie.
„Dzieci, spokojnie. Sprawdzimy. Kiermasz za godzinę.”
Kuba poczuł, jak w głowie zapala mu się lampka. Nie prawdziwa latarnia, tylko ta od zagadek.
„Maju, Bartku… robimy śledztwo?”
Maja przytaknęła.
„Tylko szybko.”
Kuba spojrzał na półkę jeszcze raz. Były tam trociny. I coś jeszcze: mały, błyszczący okruszek czerwonej farby.
„Pierwsza wskazówka” — powiedział. — „Latarnia miała czerwony daszek. Ktoś musiał ją dotknąć… albo zahaczyć.”
Bartek nachylił się nad półką.
„A tu jest… ślad buta? Taki w trocinach.”
Kuba przykucnął. Rzeczywiście, na podłodze, tuż obok półki, widać było odcisk podeszwy, jakby ktoś depnął w coś sypkiego.
„To nas prowadzi do warsztatu” — stwierdził.
Maja przełknęła ślinę.
„Warsztat jest po drugiej stronie korytarza. Tam zawsze pachnie jak… ołówek.”
Kuba uśmiechnął się krótko.
„To jedyny zapach, którego dziś potrzebujemy.”
Rozdział 2: Trop w warsztacie stolarskim
Warsztat stolarski był mały, ale pełen rzeczy, które wyglądały groźnie, a wcale takie nie były. Piły wisiały na ścianie jak metalowe uśmiechy. Na stołach leżały deski, papier ścierny i pudełka z wkrętami, które zawsze umiały uciec pod szafkę.
W rogu stał odkurzacz do trocin. Brzmiał jak stary smok z katarem.
Pan Marek, opiekun warsztatu, podniósł głowę znad imadła.
„O, detektywi. Co was tu sprowadza?”
Kuba podszedł bliżej.
„Zniknęła latarnia z półki w świetlicy. Czy ktoś tu był przed chwilą?”
Pan Marek zdjął okulary i je przetarł.
„Kilka osób. Przyszli oddać narzędzia. I ktoś prosił o klej.”
Maja rozejrzała się. Na podłodze też leżały trociny, ale tutaj to było normalne, jak piasek na plaży.
Bartek wpadł na pomysł:
„A może latarnia jest tu? Ktoś ją przyniósł, bo się… poluzowała?”
Kuba skinął głową.
„Sprawdźmy spokojnie. I niczego nie dotykamy bez pytania, jasne?”
„Jasne” — odpowiedzieli chórem, choć Bartek brzmiał, jakby to słowo było dla niego nowe.
Kuba zauważył coś przy jednym ze stołów: na brzegu leżała kropla czerwonej farby. Taka sama jak okruszek z półki.
„Pan Marek, czy dziś ktoś malował coś na czerwono?”
Pan Marek zmarszczył czoło.
„Nie planowałem. Farby są w szafce. Zamkniętej.”
Kuba podszedł do szafki. Na drzwiach wisiała kartka: „Tylko z pozwoleniem!” A pod kartką — mały identyfikator na sznurku, jak plakietka.
„Co to?” — zapytał Kuba.
Pan Marek westchnął.
„To identyfikator warsztatowy. Kto go ma, ten może wejść z opiekunem. Dziś rano dałem go uczniowi z koła technicznego, żeby przyniósł listę narzędzi. Powinien oddać.”
Kuba poczuł dreszcz, ale taki przyjemny, jak przed rozwiązaniem krzyżówki.
„Musimy sprawdzić ten identyfikator.”
Maja pochyliła się.
„Jest tu zdjęcie?”
Na plakietce była mała fotografia i imię: „Olek”. Do tego numer: 7.
Bartek zagwizdał.
„Olek z piątej? Ten, co zawsze mówi ‘spoko' nawet, jak mu spada kanapka masłem do dołu?”
Kuba spojrzał na pana Marka.
„Czy Olek oddał już identyfikator?”
„Nie” — odpowiedział pan Marek. — „I to mnie martwi.”
Kuba dotknął delikatnie sznurka, ale nie zdjął plakietki.
„To ważna wskazówka. Ktoś mógł wejść tu bez pytania.”
Maja wskazała na kosz na ścinki drewna.
„A tam? Coś czerwonego wystaje.”
Bartek zajrzał i aż podskoczył.
„To… kawałek czerwonego kartonu!”
Kuba wyciągnął wzrok, nie ręce.
„Pan Marek, może pan sprawdzić?”
Pan Marek włożył rękawiczki i wyjął kawałek. Był czerwony, sztywny, z wyciętym trójkątnym rogiem.
„To wygląda jak część daszku z kartonu… Ale latarnia miała drewniany daszek.”
Kuba mruknął.
„Chyba że ktoś dorobił osłonkę albo… zapakował latarnię w coś czerwonego.”
Maja nachyliła się do Kuby.
„Czyli ktoś wyniósł ją przez warsztat?”
Kuba spojrzał na drzwi z tyłu, prowadzące na korytarz gospodarczy.
„Albo tędy. Zobaczmy, ale nie biegniemy. Detektyw nie biega… chyba że po lody.”
Rozdział 3: Rozmowy i trzy podejrzenia
Na korytarzu gospodarczym było ciszej. Słychać było tylko kapanie kranu gdzieś w oddali i szuranie miotły, jakby ktoś sprzątał tajemnice.
Kuba zatrzymał się przy tablicy ogłoszeń. Ktoś przypiął tam karteczkę: „Próba przedstawienia — sala 12”.
Maja wskazała na ślady na podłodze.
„Tu są trociny! Takie same jak w świetlicy.”
Kuba przyklęknął. Trociny tworzyły cienką ścieżkę, jak okruszki z bajki, tylko mniej smaczne.
„Idą w stronę sali 12.”
Bartek nagle zrobił wielkie oczy.
„Może to teatr! Tam jest kurtyna. Można schować latarnię!”
Kuba powiedział spokojnie:
„Najpierw zbieramy informacje. Kto dziś miał powód, żeby ruszać latarnię?”
Maja zaczęła wyliczać na palcach.
„Po pierwsze: Olek z identyfikatorem.”
„Po drugie” — dodał Bartek — „pani woźna, bo sprząta i przenosi rzeczy.”
„Po trzecie” — Kuba spojrzał na nich — „ktoś, kto chciał zrobić niespodziankę… albo ktoś, kto się bał, że coś zepsuł.”
Doszli do sali 12. Drzwi były uchylone. W środku dzieci ćwiczyły scenkę. Na podłodze stały rekwizyty: korona z papieru, miecz z tektury i… duża, czerwona torba.
Kuba podniósł rękę i zapukał.
„Przepraszam. Możemy na chwilę?”
Dziewczynka w koronie przerwała.
„Jasne, tylko nie mówcie, że źle gram króla, bo się rozpłaczę.”
Kuba uśmiechnął się.
„Grasz świetnie, nawet nie słysząc. Szukamy szkolnej latarni morskiej. Widzieliście ją?”
Chłopak z mieczem wskazał na torbę.
„My nic nie braliśmy! Torba jest z plastyki. Pani kazała przynieść czerwone rzeczy.”
Maja spojrzała na Kubę: czerwone rzeczy, czerwony karton, czerwony okruszek farby.
„Czy ktoś przyniósł coś z warsztatu?”
Dziewczynka w koronie pokręciła głową.
„Tylko Olek przyszedł przed chwilą i pytał, czy nie widzieliśmy jego identyfikatora. Szukał na podłodze.”
Kuba poczuł klik w głowie.
„Olek szukał identyfikatora… czyli go zgubił. Gdzie?”
Bartek wypalił:
„A jak zgubił, to ktoś mógł go znaleźć i wejść do warsztatu!”
Maja dodała:
„Albo Olek coś zrobił i się przestraszył.”
Kuba podszedł do czerwonej torby, ale nie dotknął jej.
„Czy możemy zajrzeć do środka? Z waszą zgodą.”
Dzieci z przedstawienia spojrzały po sobie.
„Możecie” — powiedziały.
Bartek już chciał włożyć rękę, ale Kuba go powstrzymał.
„Spokojnie. Najpierw pytamy panią, która was pilnuje.”
W tej chwili weszła pani Kasia, nauczycielka od plastyki. Miała na palcach trochę kleju i minę człowieka, który walczył z brokatem i przegrał.
„Co się dzieje?”
Kuba powiedział jasno:
„Zginęła latarnia morska z kiermaszu. Trafiliśmy na trop czerwonych rzeczy. Czy możemy sprawdzić torbę?”
Pani Kasia skinęła głową.
„Oczywiście. Uczciwie i przy mnie.”
Kuba delikatnie rozchylił torbę. W środku były: czerwone bibuły, rolka taśmy… i drewniana latarnia morska.
Maja aż klasnęła w dłonie.
„Jest!”
Bartek szepnął:
„To nie duch. Uff.”
Ale Kuba nie cieszył się od razu. Zauważył, że latarnia ma lekko krzywo przyklejony daszek. I małą rysę na boku.
„Kto ją tu włożył?” — zapytał spokojnie.
W drzwiach pojawił się Olek. Spuścił głowę.
„Ja…”
Rozdział 4: Prawda, która nie gryzie
Olek wszedł powoli, jakby stąpał po kałużach, których nikt nie widział.
„Nie chciałem ukraść” — powiedział szybko. — „Słowo.”
Kuba zrobił krok w jego stronę.
„To powiedz, co się stało. Prawda pomaga. Kłamstwo tylko robi większy bałagan, jak rozsypane wkręty.”
Olek przełknął ślinę.
„Pomagałem rano w warsztacie. Niosłem latarnię do świetlicy, bo pan Marek poprosił, żeby ją odstawić na półkę. Ale… potknąłem się. Daszek się odkleił, a na boku zrobiła się rysa.”
Maja otworzyła usta, ale Kuba uniósł dłoń.
„I co wtedy?”
„Spanikowałem” — przyznał Olek. — „Bałem się, że dostanę karę i wszyscy będą mówić, że zepsułem. Więc wziąłem ją z półki później i pomyślałem, że naprawię po cichu. Pani Kasia ma klej i farby. Schowałem latarnię do czerwonej torby, żeby nikt nie zobaczył.”
Bartek mruknął:
„Czerwona torba… sprytne. Jak peleryna niewidzialności, tylko z plastiku.”
Olek spojrzał na niego, trochę mniej przestraszony.
„Tylko potem zgubiłem identyfikator. Szukałem go wszędzie. A jak usłyszałem, że latarnia zniknęła, to już… bałem się jeszcze bardziej.”
Kuba spojrzał na panią Kasię, potem na Maję.
„Najważniejsze: latarnia jest. Teraz trzeba zrobić uczciwą rzecz.”
Maja westchnęła, ale jej głos był miękki.
„Olek, mogłeś powiedzieć od razu.”
Olek kiwnął głową.
„Wiem. Przepraszam.”
Kuba powiedział:
„Chodźmy do pana Marka i pani Ani. I powiemy wszystko. Razem.”
Olek uniósł brwi.
„Razem?”
Bartek klepnął go lekko w ramię.
„Jasne. Jak się boimy, to się idzie w paczce. Paczka jest jak tarcza. Tylko bez rzucania paczką.”
Pani Kasia wzięła latarnię ostrożnie.
„Da się to naprawić. Rysa też może zostać — czasem takie ślady mówią, że ktoś się uczył.”
W drodze do warsztatu Kuba zauważył na korytarzu coś błyszczącego pod kaloryferem.
„Stop. Wskazówka numer… ostatnia.”
Schylił się i podniósł identyfikator. „Olek, numer 7”.
Kuba podał mu go.
„Zguba znaleziona. Ale pamiętaj: znalezione nie znaczy ‘zatrzymane', tylko ‘oddane'.”
Olek uśmiechnął się słabo.
„Oddam. I powiem prawdę.”
Rozdział 5: Naprawa i udany bilans
W warsztacie pan Marek wysłuchał wszystkiego, nie przerywając. Pani Ania też przyszła ze świetlicy. Była poważna, ale jej oczy były ciepłe.
Olek powiedział na końcu:
„Przepraszam. Schowałem latarnię, bo się bałem. To nie było uczciwe.”
Zapadła krótka cisza. Bartek wyglądał, jakby cisza miała go ugryźć w nos.
Pan Marek odchrząknął.
„Dziękuję, że powiedziałeś prawdę. To wymaga odwagi. A odwaga w warsztacie przydaje się bardziej niż siła.”
Pani Ania dodała:
„Ważne, że nic nie zginęło. I że potrafimy rozmawiać.”
Kuba spojrzał na latarnię.
„Możemy ją naprawić teraz? Kiermasz za chwilę.”
Pan Marek uśmiechnął się.
„Drużyna naprawcza, do pracy.”
Kuba trzymał latarnię stabilnie, Maja podawała klej, a Bartek dmuchał, żeby szybciej wyschło, choć pan Marek musiał go upominać:
„Nie za mocno, bo zrobisz sztorm.”
Olek, czerwony na twarzy, delikatnie docisnął daszek.
„Tak dobrze?”
„Idealnie” — powiedziała Maja. — „I pamiętaj: jak coś zepsujesz, to mówisz. Każdy czasem coś psuje.”
Gdy latarnia wróciła na półkę w świetlicy, wyglądała dumnie. Rysa była prawie niewidoczna, ale Kuba wiedział, że tam jest. Jak małe przypomnienie.
Pani Ania zebrała całą czwórkę na bok.
„Zróbmy bilans zespołu. Co nam się udało?”
Bartek podniósł rękę.
„Udało mi się nie dotykać dowodów bez pytania… prawie.”
Maja dodała:
„Zebraliśmy wskazówki: trociny, czerwień, identyfikator.”
Kuba powiedział:
„I sprawdziliśmy identyfikator. To pomogło zrozumieć, kto miał dostęp do warsztatu.”
Olek wziął głęboki oddech.
„A ja… nauczyłem się, że prawda jest lepsza niż chowanie rzeczy. Bo chowanie robi większy strach.”
Pani Ania skinęła głową.
„To najlepszy wniosek.”
Kiermasz ruszył. Dzieci oglądały latarnię, zachwycały się i pytały, jak powstała. Kuba stał obok z Mają, Bartkiem i Olkiem. Czuli się jak prawdziwy zespół, który rozwiązał zagadkę bez pościgów i bez krzyków.
Bartek szepnął do Kuby:
„To co, detektywie… następna sprawa to znikające ciasteczka?”
Kuba spojrzał na stół z wypiekami.
„To już inny wydział. Wydział Smacznych Tajemnic.”
I wszyscy czterej roześmiali się, a latarnia morska stała na półce i jakby świeciła… choć była tylko z drewna.