Rozdział 1: Zniknięcie w kąciku bibliotecznym
W Leśnogrodzie było spokojnie jak w słoiku miodu. Aż do popołudnia, gdy w bibliotece „Pod Szeleszczącą Kartką” rozległ się pisk.
„Moja zakładka! Zniknęła!” – zawołała Wiewiórka Wera, machając łapkami tak szybko, że prawie zrobiła wiatr.
Zakładka była wyjątkowa: czerwona, z złotym listkiem i maleńkim dzwoneczkiem, który cichutko brzęczał, kiedy się przewracało strony.
Między regałami stał Brunek – nieduży, brązowy niedźwiedź z nosem do tropienia i oczami, które widziały nawet okruszek ciastka na ciemnym dywanie. Wszyscy mówili na niego Detektyw Brunek, choć on wolał: „Brunek, co lubi porządek”.
„Spokojnie, Wero” – mruknął łagodnie. – „Opowiedz wszystko od początku. Bez skakania jak po gałęziach.”
Wera wzięła wdech. „Czytałam przy oknie. Zakładkę wsunęłam w książkę. Potem… poszłam po wodę. Wróciłam, a zakładki nie ma. I dzwoneczek też nie dzwoni!”
Brunek spojrzał na stół. Książka leżała otwarta, obok stał kubek z wodą, a na podłodze błyszczał… srebrny pyłek.
„Kto był blisko?” – zapytał.
„Kret Klemens sprawdzał mapy, Jeż Julek oddawał książki, a Pani Sowa… znaczy Sowa Sabina… układała katalog.” Wera ściszyła głos. „I jeszcze przejeżdżał tramwaj za oknem. Zadzwonił dokładnie, kiedy wróciłam.”
Brunek uniósł brwi. „Tramwaj? To ciekawy dźwięk jak na bibliotekę.”
Podniósł srebrny pyłek na łapkę. Pachniał… jak metal i słodkie cukierki.
„Dobrze” – powiedział. – „Zrobimy dochodzenie. A ty, czytelniku, pomóż mi: zapamiętaj trzy rzeczy – dzwoneczek, srebrny pyłek i dźwięk tramwaju.”
Rozdział 2: Trop prowadzi na przystanek
Brunek przeszedł między półkami wolno, jakby liczył kroki. Lubił, gdy wszystko ma swoje miejsce: książki w rzędach, kredki w pudełku, a tajemnice… w notatniku.
Najpierw zajrzał pod stół. Znalazł tylko okruszek herbatnika.
„To nie jest dowód” – mruknął. – „To jest przekąska, która uciekła.”
Potem podszedł do Jeża Julka. Kolce Julka drżały z przejęcia.
„Julek, oddawałeś książki. Widziałeś zakładkę?”
„Nie!” – Julek aż podskoczył. – „Ja tylko… kichnąłem. Od kurzu. I… i widziałem błysk, jakby coś metalowego.”
„Błysk?” – Brunek zanotował. – „Gdzie?”
„Przy oknie. Ale zaraz potem zadzwonił tramwaj i zrobiło się głośno.”
Brunek podszedł do okna. Na parapecie leżał kolejny srebrny pyłek. A na ramie okna – cienka, czerwona nitka.
„Zakładka była czerwona” – szepnął. – „A nitka nie rośnie na drzewach.”
Wera przybiegła. „Czy to znaczy, że… ktoś ją wyniósł?”
„Jeszcze nie oskarżamy” – powiedział Brunek stanowczo. – „Najpierw myślimy.”
Wtedy spod regału wysunęła się łapka Kreta Klemensa, a potem cały Kret, cały w papierowych mapach.
„Ja nic nie wiem!” – burknął. – „Tylko szukałem drogi do… eee… sklepu z cukierkami.”
Brunek udawał, że nie słyszy tego „eee”. Spojrzał na mapy. Jedna była pognieciona i miała narysowaną linię… dokładnie wzdłuż torów tramwajowych.
„Ciekawe” – powiedział Brunek. – „Wybieramy się na przystanek.”
Wyszli przed bibliotekę. Torowisko błyszczało, a na słupku przystanku wisiał rozkład jazdy. Tramwaj nadjechał, dzwoniąc wesoło: dzyń-dzyń!
„Wsiadamy” – oznajmił Brunek. – „Czytelniku, pomyśl: jeśli zakładka ma dzwoneczek, to gdzie mogłaby zadzwonić w tramwaju?”
Rozdział 3: Tajemnica między siedzeniami
W tramwaju było ciepło i pachniało drewnem oraz… karmelkami. Konduktor, Bocian Bolek, stał przy drzwiach w czapce z daszkiem.
„Bileciki do kontroli!” – zawołał, uśmiechając się dziobem. – „O! Detektyw Brunek. Co dziś porządkujesz?”
„Zniknięcie zakładki” – odparł Brunek. – „Czy ktoś zgłaszał zgubę?”
Bocian Bolek pokręcił głową. „Nie, ale znalazłem rano srebrne brokatowe coś na podłodze. Myślałem, że to z jakiegoś przedstawienia.”
Brunek przykucnął i zajrzał pod siedzenia. W rowku przy kółku wózka (ktoś musiał tu wjechać z wózkiem na zakupy) leżało coś czerwonego. Brunek wyciągnął łapą… i dzwoneczek cichutko brzdęknął.
„Mamy!” – szepnęła Wera, aż jej ogon zadrżał z radości.
Ale Brunek nie oddał zakładki od razu. Obejrzał ją dokładnie. Była lekko przyklejona lepką plamką, a na plamce błyszczał srebrny pyłek.
„To nie jest zwykła zguba” – powiedział. – „To jest zguba z historią.”
Wera zmarszczyła nos. „Z historią?”
„Tak. Ktoś ją wziął lub podniósł, a potem… musiała tu trafić.” Brunek podrapał się po uchu. „Kto dzisiaj jechał tramwajem z biblioteki?”
Bocian Bolek zastukał dziobem o kasownik, jakby myślał. „Widziałem Kreta Klemensa. Wysiadł dwa przystanki dalej, przy sklepie z cukierkami. I coś mu szeleściło w kieszeni.”
Wera aż zapiszczała: „To on!”
Brunek uniósł łapę. „Spokojnie. Czytelniku, teraz twoja kolej: zakładka była przyklejona. Czym? I dlaczego pachnie karmelkami? Co to może znaczyć?”
Rozdział 4: Cukierkowy ślad i szczera prawda
Tramwaj zahamował miękko. Wysiedli przy sklepie „Słodka Szyszka”. W środku półki uginały się od karmelków, landrynek i lizaków. A za ladą stał… Kret Klemens, czerwony ze wstydu jak dojrzała jarzębina.
„Brunek…” – wyjąkał. – „Ja… ja nie chciałem!”
Brunek położył zakładkę na ladzie. Dzwoneczek zabrzęczał cicho, jakby też słuchał.
„Opowiedz” – powiedział niedźwiedź spokojnie. – „Szczerze. Prawda jest jak latarka: nie gryzie, tylko świeci.”
Klemens spojrzał na swoje łapki. Były lekko lepkie. „W bibliotece znalazłem zakładkę na podłodze. Przysięgam! Wera poszła po wodę, a ja… ja ją zobaczyłem. Chciałem oddać, ale…”
„Ale?” – Wera zmrużyła oczy.
„Ale pomyślałem, że ten dzwoneczek byłby świetny do mojego… projektu.” Klemens wyjął zza lady małą papierową makietę tramwaju, obklejoną srebrnym brokatem. „Robię konkurs: ‘Najładniejszy tramwaj Leśnogrodu'. Chciałem na chwilę pożyczyć dzwoneczek, tylko na zdjęcie. Wziąłem zakładkę, wsadziłem do kieszeni, a potem w tramwaju przykleiła się do karmelka. Wypadła pod siedzenie. I… przestraszyłem się. Nie powiedziałem.”
Wera patrzyła na zakładkę, potem na Kreta. W jej oczach było i złość, i ulga.
Brunek westchnął. „Widzisz, Klemensie? Kiedy się nie mówi prawdy, robi się bałagan większy niż w szufladzie z szyszkami.”
Klemens skinął głową. „Przepraszam, Wero. Oddam. I… obiecuję: już nigdy nic nie wezmę bez pytania.”
Wera wzięła zakładkę, a dzwoneczek zadzwonił radośnie. „Przyjmuję przeprosiny. Ale następnym razem powiedz od razu. Bo ja przez to myślałam, że ktoś mi nie ufa.”
„I ja przez to myślałem, że jestem złodziejem” – jęknął Klemens. – „A ja tylko… głupi.”
„Nie głupi” – poprawił go Brunek. – „Tylko przestraszony. A strach lubi ciszę. Prawda lubi głos.”
Rozdział 5: Porządek wraca, a dzwonek dzwoni
Następnego dnia w bibliotece pachniało papierem i spokojem. Wera siedziała przy oknie, a zakładka znów mieszkała tam, gdzie jej miejsce – między stronami.
Kret Klemens przyszedł z pudełkiem karmelków i makietą tramwaju.
„To dla ciebie, Wero” – powiedział. – „Karmelki są… bez klejenia. I czy mogę… prosić o pomoc? Chcę zrobić dzwoneczek do makiety, ale z papieru, nie z cudzej zakładki.”
Wera uśmiechnęła się. „Pewnie. Zrobimy taki, że będzie dzwonił w wyobraźni.”
Brunek obserwował ich zza regału. Poczuł, jak coś w środku układa się równo, jak książki po alfabecie.
Sowa Sabina podeszła cicho. „Dobra robota, Brunek. I nikt nie został sam z problemem.”
Brunek mruknął zadowolony. „Bo w Leśnogrodzie porządek to nie tylko rzeczy na półkach. To też słowa między przyjaciółmi.”
Za oknem przejechał tramwaj i zadzwonił: dzyń-dzyń! Wera odpowiedziała cichutkim brzdękiem zakładki, jakby mówiła: „Zaufanie wróciło na swoje miejsce.”