W sobotni poranek słońce zaglądało do okna jak ciekawski kot. W kuchni pachniało babką, a na stole stała miska z farbkami. To było to! Wielkanoc.
Tomek, Kuba i Franek mieli prawie po cztery lata. Prawie, czyli już bardzo poważni… ale tylko przez chwilkę. Bo zaraz Franek zrobił minę jak żabka i powiedział: „Rech, rech, ja jestem królik!”
„Królik nie robi rech” — zaśmiał się Kuba i machnął pędzelkiem tak mocno, że kropka farby poleciała na jego nos.
„Masz pieg!” — pisnął Tomek. „Wielkanocny!”
Mama podała im ugotowane jajka. „Delikatnie, chłopcy. Malujemy jak motylki, nie jak traktory.”
„Ja umiem jak motylek” — zapewnił Franek i natychmiast zrobił na jajku wielką zieloną plamę.
„To będzie… smok-motylek” — stwierdził Tomek. „Zielony, bo lubi sałatę.”
Chłopcy malowali, dmuchali, śmiali się. Jajka robiły się w paski, kropki i zawijasy. Jedno wyglądało jak małe słońce, drugie jak biedronka, a trzecie… jak nos Kuby, bo było w plamki.
Gdy farbki schły, tata zawołał z przedpokoju: „Uwaga, uwaga! Kto widział zajączka?”
„Ja!” — krzyknął Franek. „W lustrze!”
Tata uśmiechnął się i mrugnął. „To teraz czas na szukanie jajek. Ale najpierw ubieramy buty.”
Buty wskoczyły na stopy. Czapki siadły na głowy. Chłopcy wybiegli do ogródka, gdzie trawa była świeża i zielona, jakby ktoś ją właśnie pomalował.
„Szukamy!” — powiedział Tomek i zrobił dłonie jak lornetkę.
Pod krzakiem nic. Za doniczką nic. W konewce… „O, woda!” — ucieszył się Kuba. „Nie jajko, ale też skarb.”
Franek zajrzał pod ławkę. „Tylko listek. On też się schował!”
Wtedy Tomek zauważył płaski kamień przy płocie. Był szary i wyglądał zwyczajnie, ale Tomek poczuł w brzuchu małe „pyk”, jakby ktoś zagrał na dzwoneczku.
„Tam!” — szepnął. „Pod tym kamieniem.”
„Kamień to nie kieszeń” — zdziwił się Kuba.
„A może jednak” — powiedział Franek i ukląkł.
Chłopcy razem podnieśli kamień. Był ciężkawy, ale dali radę, bo byli prawie czterolatkami, czyli prawie superbohaterami. I wtedy zobaczyli… jajko.
Leżało w małym dołku, suchutkie, czyste i błyszczące. Było nie tylko kolorowe. Ono świeciło! Delikatnie, jak lampka nocna, która mówi: „Dobranoc”, ale bez słów.
„Oooo…” — zrobili wszyscy trzej naraz.
„To magiczne!” — szepnął Franek tak cicho, jakby nie chciał go spłoszyć.
Kuba wyciągnął palec, ale nie dotknął. „A jak jest gorące?”
„Nie jest gorące” — stwierdził Tomek, bo dotknął je jednym włoskiem palca. „Jest… łaskotliwe.”
Jajko naprawdę łaskotało, jak piórko. I wtedy stało się coś jeszcze: na skorupce pojawił się mały rysunek, jakby ktoś go narysował niewidzialną kredką. Najpierw była kropka, potem druga, potem trzecia. A potem z kropek zrobił się uśmiech.
„Jajko się śmieje!” — zachichotał Kuba.
„Może mu wesoło, bo znaleźliśmy je pod kamieniem” — powiedział Tomek.
„Ja też bym się śmiał, jakbym mieszkał pod kamieniem. Tam jest ciemno” — dodał Franek i pogłaskał kamień. „Nie martw się, kamieniu. Ty też jesteś fajny.”
Tomek wziął jajko do dłoni. Światło było miękkie, jak żółty kocyk. Jajko cichutko zadzwoniło: „dzyń… dzyń…” Tak cicho, że trzeba było mieć uszy jak zajączek.
„Co ono chce?” — zapytał Kuba.
Jajko zadzwoniło jeszcze raz i… wskazało. Naprawdę! Światełko przesunęło się jak mała strzałka w stronę rabatki.
Chłopcy pobiegli. Za rabatką, między krokusami, leżały dwa zwykłe jajka czekoladowe.
„Aha! Jajko przewodnik!” — zawołał Franek. „Prowadzi do czekolady!”
„To najlepsza magia” — stwierdził Kuba z powagą tak wielką, że aż śmiesznie.
Tata podszedł bliżej. „No proszę. Znaleźliście skarby. A to świecące… to chyba jajko-niespodzianka.”
Mama wyszła na próg i klasnęła w dłonie. „Jak pięknie. Zanieście je do koszyczka. Będzie pilnowało reszty.”
Chłopcy ułożyli świecące jajko w koszyczku obok pisanek, które malowali rano. Obok smoka-motylka, obok biedronki i obok jajka w piegi jak nos Kuby.
„Pasujesz” — powiedział Tomek. „Jesteś nasze.”
Jajko zaświeciło troszkę mocniej, jakby się zgadzało. A potem jego światło uspokoiło się i stało się spokojne, miłe, domowe.
Po obiedzie wszyscy usiedli przy stole. Był żurek, był mazurek i były śmiechy. Chłopcy opowiadali jeszcze raz i jeszcze raz o kamieniu, o uśmiechu na skorupce i o jajku przewodniku.
„I ja nie robię już rech” — obiecał Franek. Po chwili dodał: „No… tylko troszeczkę.”
Wieczorem, gdy w pokoju zrobiło się cicho, koszyczek stał na półce. Świecące jajko mrugało leciutko, jak gwiazdka, która nie chce nikogo budzić.
Tomek szepnął do Kuby i Franka: „Wielkanoc jest jak to jajko. Trochę prawdziwa, trochę magiczna.”
„I trochę czekoladowa” — odpowiedział Kuba.
„I trochę zielona jak smok-motylek” — dodał Franek.
A potem wszyscy zasnęli spokojnie, z uśmiechami, jakby pod ich poduszkami też ukryło się małe, jasne „dzyń”.