Rozkaz rosy
W poniedziałek rano świat wyglądał, jakby ktoś go wypolerował miękką szmatką. Trawa błyszczała, liście szeleściły w tajemnicy, a powietrze pachniało jak świeżo otwarta paczka herbatników.
Wiktor wcisnął na nos okulary, które zawsze zjeżdżały mu na czubek. Maja zarzuciła na ramię płócienną torbę. Igor jechał obok na swoim wózku, kręcąc kołami z takim rozmachem, jakby gonił wiatr na wyścigu.
— Dzisiaj zbieramy świetlistą rosę — oznajmiła Maja tonem, jakby właśnie została mianowana czarodziejką od spraw pilnych.
— A po co komu rosa? — Wiktor zmarszczył brwi. — Rosa jest od mokrych skarpet.
— To nie zwykła. Świetlista. Babcia mówiła, że jak ją złapiesz w słoiku, to spełnia drobne życzenia. Takie… codzienne. Na przykład żeby kakao nie robiło kożucha.
Igor prychnął.
— Ja poproszę, żeby moje zadanie domowe samo się odrobiło.
— Drobne życzenia — przypomniała Maja. — Czyli bez przesady. Zadanie może co najwyżej samo się… uśmiechnąć.
Wiktor rozejrzał się po ogrodzie za blokiem. Był zwyczajny: huśtawka, piaskownica, krzak agrestu i tablica „Nie deptać trawnika”, którą ktoś już dawno zignorował.
— I gdzie ta świetlista? — zapytał.
Maja wyjęła z torby trzy małe słoiki po dżemie.
— W świetle poranka. Trzeba ją zebrać, zanim słońce ją wypije. Cicho, delikatnie i z sercem.
— Z sercem? — Wiktor spojrzał na własną koszulkę, jakby sprawdzał, czy serce nie wystaje z kieszeni.
— Z empatią — doprecyzował Igor. — Czyli nie krzyczysz na trawę, że jest mokra.
— W takim razie jestem mistrzem — mruknął Wiktor. — Nigdy nie krzyczę na trawę. Na matematykę też nie. Ona i tak nie słucha.
Ruszyli w stronę krzaka agrestu, bo Maja twierdziła, że tam rosa lubi się zbierać, tak jak dzieci lubią się zbierać przy lodziarni.
Miotła, która miała własne zdanie
Plan był prosty: podstawić słoik pod błyszczącą kropelkę i… „siup”. Kropelka do środka. Planom prostym w świecie magii często brakuje jednego: zgody świata.
Pierwsza kropelka na liściu naprawdę świeciła. Nie mocno, ale tak, jakby udawała gwiazdę w miniaturze. Maja nachyliła słoik. Wiktor trzymał liść, żeby nie drżał. Igor obserwował, gotów do komentarza.
Kropelka drgnęła.
— No, no, spokojnie — szepnęła Maja. — Jesteś bezpieczna.
Kropelka… podskoczyła.
A potem, zupełnie bezczelnie, odtoczyła się po liściu i zsunęła w dół, jak po zjeżdżalni. Zniknęła w trawie, zostawiając po sobie tylko zwykłą wilgoć i poczucie, że ktoś właśnie zrobił im psikusa.
— Ona uciekła! — oburzył się Wiktor.
— Może się boi słoika — stwierdził Igor. — Też bym się bał, gdyby ktoś chciał mnie zamknąć w dżemie.
— To nie dżem, to… — Maja urwała, bo obok huśtawki stała miotła.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby miotła nie stała pionowo. Sama. I nie chrząknęła, jak ktoś, kto chce zwrócić na siebie uwagę.
— Przepraszam — powiedziała miotła całkiem wyraźnie. — Czy państwo prowadzą polowanie na rosę?
Wiktor otworzył usta, zamknął, a potem zrobił to jeszcze raz, jak ryba, która próbuje zrozumieć suchy żart.
— Miotła… mówi? — wyszeptał.
— Oczywiście — odparła miotła. — Tylko zazwyczaj nikt nie pyta. A ja mam swoje zdanie. I drążek. To pomaga.
Maja, zamiast uciec, przyklękła i zapytała grzecznie:
— Tak. Zbieramy świetlistą rosę. Widzieliśmy, że ucieka.
— Bo ją łapie Łapacz — oznajmiła miotła z miną, której miotły nie powinny mieć, ale jakoś miała. — W sensie… z temperamentem. Zwykły wiatr? Nie. To jest wiatr z ambicjami.
— Łapacz? — Igor przechylił głowę. — Brzmi jak ktoś, kto nie umie siedzieć spokojnie.
— Siedzenie spokojnie jest przereklamowane — stwierdziła miotła. — Proszę za mną. Znam ścieżki między kropelkami.
— Ty masz nogi? — zapytał Wiktor podejrzliwie.
— Nie. Mam doświadczenie. Chodźcie, zanim rosa zamieni się w zwykłe „mokrutko”.
Miotła stuknęła drążkiem o ziemię i ruszyła, zamiatając powietrze, jakby odgarniała niewidzialne pajęczyny. Dzieci spojrzały na siebie.
— Idziemy? — zapytała Maja.
— Jeżeli miotła mnie porwie do lochu, to chcę, żebyście napisali o mnie balladę — westchnął Wiktor.
— Balladę? — Igor uśmiechnął się. — Maksymalnie rymowankę.
I poszli.
Stragan Pani Wiatrówki i mapa z naleśnika
Miotła poprowadziła ich za krzak agrestu, tam gdzie niby nic nie było, a jednak było: wąska ścieżka zrobiona z porannego blasku. Wyglądała jak pasek światła, który ktoś zapomniał zwinąć.
Ścieżka doprowadziła do małego straganu. Stał tuż przy śmietniku, co było bardzo podejrzane, bo zwykle stragany nie wybierają takich miejsc. Ale ten miał na daszku girlandę z suszonych skórki pomarańczy, a na ladzie stały buteleczki z etykietami: „Odrobina odwagi”, „Szept cierpliwości”, „Śmiech w proszku (uwaga: kicha się)”.
Za ladą siedziała Pani Wiatrówka. Tak się przynajmniej przedstawiła, poprawiając kapelusz z piórkiem.
— O, klienci! — zawołała. — A może poszukiwacze? U mnie wszystko jedno, byle płatność była uczciwa.
— My nie mamy pieniędzy — powiedział Wiktor szybko, bo znał zasady świata dorosłych.
— Pieniądze? — Pani Wiatrówka zrobiła minę, jakby ktoś zaproponował jej zupę z gwoździ. — Tu płaci się drobiazgami. Na przykład dobrym słowem. Albo… dzieleniem się.
Maja od razu się ożywiła.
— Możemy się podzielić kanapką. Mam z serem.
— I ja mam jabłko — dodał Igor.
— A ja mam… gumkę do mazania — dorzucił Wiktor po chwili. — Pachnie truskawką, ale nie polecam jeść.
Pani Wiatrówka klasnęła w dłonie.
— Wspaniale! W zamian dam wam wskazówkę, gdzie Łapacz trzyma świetlistą rosę. Ale potrzebujecie mapy.
Sięgnęła pod ladę i wyciągnęła… naleśnik.
— To mapa? — Wiktor przymrużył oczy.
— Naleśnikowa. Najlepsza. Jak się pomylisz, można zjeść i zacząć od nowa.
Pani Wiatrówka polała naleśnik kroplą miodu, który ułożył się w linie. Linie zmieniały się, układały w zygzaki i kółka, aż powstał plan: huśtawka, piaskownica, a dalej… wielki liść łopianu z zaznaczoną kropką.
— Tam jest Łapacz — powiedziała. — Siedzi w liściowej misce i zbiera rosę do swojego Gwizdka. Nie pytajcie, po co. On sam nie jest pewien. Po prostu lubi, jak coś gwizda.
Igor zmarszczył nos.
— Czyli musimy mu ją odebrać?
— Nie „odebrać”. — Miotła stuknęła drążkiem. — Wynegocjować. Albo rozśmieszyć. Albo… zrobić coś miłego.
Pani Wiatrówka uśmiechnęła się szeroko.
— Najlepsza magia jest z życzliwości. I z odrobiny sprytu. A teraz marsz. Słońce już się rozgrzewa jak patelnia.
Dzieci podzieliły się kanapką, jabłkiem i nawet gumką (tylko do wąchania). Pani Wiatrówka zadowolona skinęła głową, a naleśnik-mapa zwinął się w rulon i sam wskoczył Mai do torby, jak posłuszny zwój.
Łapacz i gwizdek, który gwizdał za dużo
Przy liściu łopianu było jak w małym amfiteatrze. Liść tworzył misę, w której lśniły kropelki, setki maleńkich światełek. Nad nimi kręcił się wiatr, ale nie taki zwykły. Ten miał minę urwisa i włosy z kurzu. A na szyi… gwizdek zrobiony z zagiętej trzcinki.
— Ha! — zawołał Łapacz, kiedy ich zobaczył. — Kolejni łowcy mokrych świecidełek! Spóźniliście się. Wszystko moje!
Gwizdnął. Gwizdek odpowiedział dźwiękiem tak głośnym, że aż mrówka w pobliżu położyła się na plecy z wrażenia.
Wiktor zatkał uszy.
— Może mógłbyś gwizdać ciszej? — krzyknął. — To boli matematykę w mojej głowie!
— Nie umiem ciszej! — Łapacz zrobił obrażoną minę. — Jak gwizdam, to z rozmachem. Poza tym rosa lubi dźwięk. Wtedy tańczy.
Rzeczywiście, kropelki drgały jak małe lampki na wietrze.
Maja podeszła krok bliżej, ostrożnie.
— My nie chcemy zabrać całej. Tylko trochę. Dzisiaj mamy cel: zebrać świetlistą rosę. Chcemy się nią podzielić. Z sąsiadką, która jest smutna. I z babcią. I może… z tobą, jeśli chcesz.
Łapacz zmrużył oczy.
— Ze mną?
— Jasne — wtrącił Igor. — Tylko bez ogłuszania owadów. Możemy ci dać coś w zamian.
— Na przykład rymowankę o wietrze, który zgubił skarpetkę! — wypalił Wiktor, bo kiedy się stresował, wymyślał rzeczy dziwne.
— Skarpetkę? — Łapacz aż przestał się kręcić. — Opowiadaj.
Wiktor przełknął ślinę i zaczął:
— Wiatr poleciał przez podwórko,
szuka skarpety, szuka piórko.
Wleciał do buta, wyszedł z czapki,
a skarpetka… robi naleśnik z łapki!
Zapadła cisza. Mrówki wstrzymały oddech, a miotła wyglądała, jakby oceniała sztukę.
Nagle Łapacz wybuchnął śmiechem. Takim, że liść łopianu aż zadrżał, a kilka kropelek podskoczyło jak piłeczki.
— Naleśnik z łapki! — chichotał. — To jest bez sensu. Uwielbiam!
Gwizdek zapiszczał sam z siebie, jakby też się śmiał. I wtedy stało się coś dziwnego: zbyt głośny śmiech sprawił, że gwizdek… zakrztusił się dźwiękiem. Zamiast gwizdać, zaczął bąbelkować.
— O nie — jęknął Łapacz. — Mój Gwizdek Przeznaczenia! On teraz robi „bulbul”.
Igor popatrzył uważnie.
— Może się zatkał rosą. Jak słomka w soku.
Maja rozpromieniła się.
— Możemy pomóc! Wystarczy odrobina cierpliwości i… delikatność.
Miotła kiwnęła drążkiem.
— I empatia. Nikt nie lubi, jak mu się śmieją z bulgotania.
Łapacz spoważniał. Był urwisem, ale nie był zły. Tylko trochę… zagubiony w swojej zabawie.
— Pomóżcie, a dam wam rosę — powiedział cicho. — Ale nie wszystko. Trochę też zostawię dla poranka.
— Uczciwie — zgodziła się Maja.
Wiktor wyjął swój słoik, Igor swój, a Maja trzeci. Maja podsunęła Łapaczowi słoik.
— Weź odrobinę zwykłej wody z fontanny przy placu. Przepłucz gwizdek. A my w tym czasie zbierzemy rosę spokojnie, bez gonitwy.
Łapacz skinął głową i… po prostu zniknął w podmuchu, jakby ktoś przewrócił kartkę w książce.
— On wróci? — spytał Wiktor.
— Wiatr zawsze wraca — stwierdził Igor. — Nawet jeśli tylko po to, żeby popsuć fryzurę.
Dzieci zabrały się do pracy. Tym razem nie łapały kropelek jak złodzieje dżemu. Maja mówiła do rosy szeptem, jak do płochliwego zwierzaka. Igor trzymał liść tak, by się nie trząsł. Wiktor oddychał powoli i nie robił min „zaraz kichnę”.
Kropelki, jakby przekonane, że nikt ich nie uwięzi na zawsze, same spływały do słoików. Świetliły spokojnie, ciepło, jak małe latarnie.
Kiedy słoiki były do połowy pełne, Łapacz wrócił. Gwizdek wyglądał świeżo i gwizdał już tylko cichutko, jak czajnik, który wie, kiedy przestać.
— Dziękuję — powiedział Łapacz, a to słowo zabrzmiało trochę jak podmuch, który uczy się grzeczności. — I… rymowanka była świetna.
— Dzięki — Wiktor poczerwieniał. — Mogę dopracować naleśnik z łapki.
— Nie ruszaj arcydzieła — ostrzegła miotła.
Łapacz dmuchnął lekko w misę z rosy. Kropelki, które zostały, ułożyły się w mały świecący uśmiech.
— To dla poranka — oznajmił.
Świetlista rosa i zasłużony odpoczynek
Wrócili na podwórko zwykłą drogą, bo ścieżka z blasku już zgasła. Stragan Pani Wiatrówki też zniknął, jakby był tylko myślą, która postanowiła się przejść.
— I co teraz? — zapytał Igor, gdy słoiki delikatnie brzęczały w torbie Mai, jakby śpiewały.
— Dzielimy się — odpowiedziała Maja.
Najpierw poszli do pani Zosi z parteru, która często siedziała sama na ławce i mówiła, że świat robi się za szybki. Maja postawiła przed nią słoik i odkręciła wieczko.
Światło rosy uniosło się jak mgiełka i zatańczyło nad dłonią pani Zosi. Kobieta uśmiechnęła się tak nagle, jakby ktoś otworzył w niej okno.
— Och… jakie to piękne — szepnęła. — Aż mi się chce upiec ciasto. Dla was. I dla sąsiadów.
— Właśnie o to chodzi — mruknął Igor do Wiktora. — Magia dzielenia się. Uwaga: może skutkować nadmiarem ciasta.
Potem Maja zaniosła kilka kropli babci, która zmęczona wróciła z targu. Rosa rozświetliła kuchnię, a babcia od razu przestała narzekać na ciężkie siatki.
— No proszę — powiedziała, mrużąc oczy z radością. — Jakbym miała w domu małą gwiazdę. Zrobimy herbatę. I opowiesz mi wszystko.
Wiktor i Igor dostali po kropelce na własne „drobne życzenie”. Wiktor poprosił, żeby jego ołówek nie łamał się co pięć sekund. Igor poprosił, żeby jego ulubiony kubek zawsze był czysty, nawet gdy ktoś zapomni go umyć.
Rosa zamigotała, jakby mówiła: „Dobra, da się zrobić”.
Na koniec usiedli na trawie przy huśtawce. Słońce było już wyżej, a poranne chłody uciekły. Miotła stała obok, udając, że jest zwykłą miotłą. Ale raz na jakiś czas chrząkała znacząco.
— Myślisz, że jutro też będzie świetlista? — spytał Wiktor.
— Może — odparła Maja. — Ale nawet jak nie, to i tak było warto. Zebraliśmy ją razem.
Igor oparł dłonie na obręczy wózka i westchnął z zadowoleniem.
— Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nikt nie musiał nikomu nic zabierać. Wystarczyło się dogadać. I podzielić.
— I zrobić naleśnik z łapki — dodał Wiktor.
Miotła nie wytrzymała.
— Proszę już nigdy nie mówić „naleśnik z łapki” przy ważnych zaklęciach — burknęła, ale brzmiała, jakby walczyła ze śmiechem.
Leżeli chwilę w ciszy. Świat był zwyczajny, a jednak jakby odrobinę jaśniejszy. W torbie Mai słoiki pobrzękiwały cichutko, jak kołysanka.
— Odpoczynek — oznajmiła Maja. — Zasłużony. Bohaterowie też muszą czasem nic nie robić.
— Jestem w tym bardzo dobry — zapewnił Wiktor i zamknął oczy.
Igor też przymknął powieki, słuchając szelestu liści. A miotła, jak na miotłę przystało, stanęła na straży ich drzemki, udając, że to tylko przypadek.
I tak odpoczywali, spokojni i rozbawieni, jakby cały dzień był miękkim kocem, pod którym jeszcze przez chwilę świeciła odrobina porannej magii.