Rozgrzewka w deszczu
Był raz pewien lis. Nazywał się Rudek i miał ogon tak puszysty, że dzieci na łące myślały, iż to chmurka, która nauczyła się biegać. Rudek był logiczny. Lubił porządek. Lubił też herbatę z miodem i mapy z kreskami, które się zgadzały.
Pewnego ranka obudził go deszcz. Deszcz, który nie chciał odejść. Padał uporczywie, jakby ktoś w niebie zapomniał wyłączyć kran. Krople bębniły o dachy, o liście, o kapelusze przechodniów. Mieszkańcy wiochy mówili: "To tylko prysznic." Ale prysznic trwał już trzeci dzień. I był twardy jak stara marchewka.
Rudek postanowił. "Sprawdzę, dlaczego pada." Upił herbaty, złapał pelerynę(prawie suchą) i wyszedł z domu. Na ścieżce spotkał żabę w butach od baletu. "Hej, żabo, nie przeszkadza ci deszcz?" "Przeszkadza mi, ale tańczę," odpowiedziała. Rudek uśmiechnął się i pomyślał, że przynajmniej ktoś czerpie z tego korzyść.
Plan i herbata z porannych chmur
Rudek miał plan. Logika mówiła: najpierw diagnoza, potem działanie. Najpierw trzeba znaleźć źródło. Poszedł nad rzekę, bo rzeka znała wiele sekretów. Na brzegu siedział Stary Bóbr, który rzeźbił tratwy z myśli. "Co robisz, Rudku?" spytał. "Deszcz nie chce przestać. Szukam źródła." Bóbr spojrzał poważnie. "Źródło deszczu to nie zawsze chmura. Czasem to serce kogoś, kto tęskni, albo stara rura, albo..." Bóbr wzruszył ramionami. "Albo ktoś w niebie ma katar."
Rudek zanotował wszystkie możliwości w notesie. "Tęsknota, rura, katar." To brzmiało sensownie. Zdecydował, że zacznie od najprostszej rzeczy — porozmawia z chmurami. Wszedł na Wzgórze Rozmyśleń, które było idealne do mówienia z chmurami, bo one lubiły tam siadać i pamiętać imiona dawnych deszczy.
Na szczycie zaczął: "Słuchajcie, chmury! Deszcz trochę przesadza. Może byś przestały?" Chmury przewróciły się w powietrzu jak koty i odpowiedziały chórem: "A dlaczego?" "Bo miasta są mokre, zupy rozcieczone, kapelusze zmoczone." Chmury zamyśliły się. "Czy ktoś nas kiedyś zapytał, czy możemy przestać padać?" mruknęła jedna, bardziej szary niż reszta. Rudek poczuł, że ma tu do czynienia z kwestią etyczną. Zaproponował herbatę — chmury piły ją deszczem. Rozmowa trwała, ale chmury twierdziły, że padają, bo mają zwyczaj. Zwyczaje są trudne do zmiany.
Spotkanie z Panią Parasol
Kiedy schodził ze wzgórza, podbiegła do niego Pani Parasol. Była panią od parasoli. Miała wielką torebkę zapasów. "Rudku! Twoje negocjacje z chmurami były w porządku. Ale to może być nie zwyczaj, a głupia rola." "Rola?" zapytał. "Tak. W świecie jest wiele ról. Chmury grają rolę deszczu, słońce gra rolę słońca. Co jeśli ktoś zapomniał, że może improwizować?" Pani Parasol wyjęła z torebki mały gwizdek. "Ten gwizdek potrafi poprosić pogodę do stołu. Działa jednak tylko wtedy, gdy ktoś wykona akt odwagi."
Rudek poczuł, jak serce bije mu szybciej. Odwaga nie była jego ulubioną kategorią emocji. Wolał zagadki. Ale grudka w środku powiedziała: "Zrób to." "A co to za akt odwagi?" spytał. Pani Parasol uśmiechnęła się. "Trzeba zrobić coś nieoczekiwanego. Na przykład zatańczyć na rynku w kapeluszu, który sięga kolan." Rudek spojrzał na swój ogon i pomyślał, że to absurd. A jednak — absurd czasem jest drzwiami do rozwiązań.
Rynek, kapelusz i deszcz, który się nie spodziewał
Na rynku stał tłum. Mieszkańcy byli mokrzy, ale życzliwi. Żaden z nich nie spodziewał się, że Rudek może zatańczyć. A Rudek też sam nie bardzo spodziewał się. Włożył kapelusz od Pani Parasol, który faktycznie sięgał mu kolan. Wyglądał w nim trochę jak taboret o ambicjach. Zagrał gwizdek. Gwizdek brzmiał jak kubek uderzony łyżeczką — lekko i poważnie.
"Tańcz!" zawołał ktoś. Rudek poczłapał. Najpierw noga, potem druga noga. Potem ogon. Potem uśmiech. Tańczył krok błazeński, krok poprawny, krok zupełnie nowy. Robił rzeczy, których logika by nie zaplanowała. Publiczność klaskała. Chmury na górze nasłuchiwały. Krople zaczęły się wiercić. Kropka spadła i odbiła się od czubka kapelusza. "Co ty robisz?" prychnęła chmura. "Czy to przedstawienie?" Rudek przeskoczył i zrobił piruet. Kiedy zrobił piruet, w powietrzu zrobiło się echo szczęścia. To echo było jak nić, która łączyła chmury z ziemią.
Nagle deszcz zaczął się cofać. Jakby ktoś powiedział: "To występ na bis." Krople zrobiły ukłon. "Przepraszamy," powiedziała najmniejsza z chmur. "Nie wiedziałyśmy, że was rozpieszczać też może być nudne." Rudek wskoczył na kamień i przemówił: "Czasem trzeba iść za logiką, a czasem zatańczyć z głupstwami. Obie rzeczy są potrzebne."
Wieczór świetlisty
Kiedy deszcz się uspokoił, niebo zrobiło coś bardzo miłego. Pojawiło się nie słońce, nie burza, lecz cisza z wyjęciem drobnych gwiazd. Ludzie wyszli z podwórek. Stare parasole wstawały jak hieroglify. Pani Parasol podała Rudkowi mały słoik z czymś, co wyglądało jak przewodnik po nocy. "To znaki wdzięczności," powiedziała. "Od chmur, od deszczu, od nas."
Rudek odkręcił słoik. W środku tańczyły maleńkie, złote światełka. To były świetliki. "To oni!" zawołało dziecię, które zawsze wiedziało, kiedy wydarzy się coś miłego. Świetliki krążyły wokół jak maleńkie latarnie. Jeden siadł na czubku kapelusza Rudka i mrugnął mu okiem. Mrugnęło też trochę odwagi, trochę ulgowego śmiechu, trochę logiki, która zrozumiała, że ma też poczucie humoru.
Pani Parasol powiedziała: "Świetliki zawsze wolą, kiedy deszcz ma umiar. To jest ich znak, że wszystko wróciło do równowagi." Słoik zaczął wydawać cichy dźwięk — jakby ktoś śpiewał kołysankę z piórek. Rudek poczuł ciepło. W jego notesie pojawiła się nowa linijka: "Czasem trzeba zatańczyć, żeby deszcz mógł odpocząć."
Noc zapadła miękko. Mieszkańcy rozpalili ogniska. Ktoś zrobił herbatę. Ktoś inny opowiadał o tym, jak żaba w butach od baletu zatańczyła solo. Rudek usiadł obok rzeki. Świetliki leciały jak maleńkie drogowskazy. Jeden poleciał przed nim i zatrzymał się nad rzeką. Świetlik ułożył dla niego świecącą ścieżkę.
Rudek spojrzał w górę. Chmury skinęły. Pani Parasol uśmiechnęła się tajemniczo. Bóbr zanucił melodię tratwy. A lis pomyślał, że logika jest jak herbata: najlepsza, gdy ma odrobinę miodu i śmiesznego kapelusza. I kiedy zamknął oczy, świetliki zatańczyły ostatni ukłon — mały, migoczący znak, że wszystko jest dobrze.
Koniec.