Na wielkiej, złotej prerii wiatr tańczył w trawie. Słońce było ciepłe jak koc. W małym miasteczku na Dzikim Zachodzie stał drewniany domek i stajnia. Tam mieszkał kowboj Bartek. Był dorosły i silny, ale miał też miękkie serce. Zawsze mówił spokojnie: „Dam radę. Krok po kroku”.
Bartek miał konia o imieniu Kropka. Kropka była szybka i mądra. Obok stajni mieszkała też krowa Łatka i piesek Bąbel, mały jak poduszka, ale odważny jak lew.
Pewnego poranka Bartek znalazł list przy drzwiach. List był od pana Banka. Bartek przeczytał na głos:
„Jeśli nie zapłacisz dziś do zachodu słońca, stajnia zostanie sprzedana. Przymusowo”.
Bartek mrugnął raz, potem drugi raz. Westchnął, ale nie przestraszył się. Pogłaskał Kropkę po szyi.
„Spokojnie. Znajdziemy sposób”.
Do stajni przyszła sąsiadka, pani Rosa. Miała ciemną skórę i szeroki uśmiech. Przyjechała tu z daleka i mówiła trochę inaczej niż inni, ale Bartek ją lubił.
„Bartek, słyszałam o liście” — powiedziała ciepło. — „Nie jesteś sam”.
Za nią stał pan Li, który miał wózek z herbatą i ciasteczkami. Pan Li był spokojny i zawsze mówił: „Razem łatwiej”.
Była też młoda Indianka o imieniu Mewa. Miała warkocze i oczy jak niebo. Znała ścieżki na prerii.
Bartek poczuł, że robi mu się lżej.
„Dziękuję. Każdy jest tu mile widziany” — powiedział. — „Nie ważne, skąd jest. Ważne, że ma dobre serce”.
Trzeba było zdobyć pieniądze. W miasteczku miał się dziś odbyć Jarmark Pod Zachodem Słońca. Były tam wyścigi, tańce i muzyka. Bartek wpadł na pomysł.
„Zrobimy pokaz! Będzie szybko, będzie śmiesznie i będzie bezpiecznie” — powiedział.
„Jaki pokaz?” — zapytał Bąbel i merdnął ogonkiem.
„Pokaz zręczności i dobroci” — uśmiechnął się Bartek. — „Kropka pobiegnie jak wiatr, a ja będę łapał kolorowe obręcze. A potem zbierzemy monety do kapelusza”.
Wszyscy zabrali się do pracy. Pani Rosa uszyła wielką, czerwoną chustę, żeby powiewała jak flaga. Pan Li zrobił dzban słodkiej herbaty. Mewa narysowała znak na desce: „Pomóżmy stajni Bartka”.
Bąbel ćwiczył „ukłon” i „obrót”. Łatka ćwiczyła… jedzenie siana. To też było ważne.
Gdy słońce było wysoko, Bartek ruszył na rynek. Na ulicy było głośno: stuk, stuk, stuk kopyt, śmiech dzieci, śpiew banjo.
Bartek stanął pośrodku i zawołał:
„Hej! Zapraszam! Będzie pokaz, będzie radość!”
Ludzie podeszli bliżej. Niektórzy byli w kapeluszach, inni w chustach, inni w kolorowych koszulach. Bartek zobaczył, że wszyscy są różni. I to było dobre.
„Gotowa, Kropko?” — szepnął.
„Iha!” — parsknęła Kropka, jakby mówiła: „Jasne!”
Bartek wskoczył na siodło. Kropka ruszyła. Najpierw wolno. Potem szybciej. Potem bardzo szybko! Czerwona chusta pani Rosy powiewała. Obręcze błyszczały w słońcu: żółta, niebieska, zielona.
„Hop!” — wołał Bartek i łapał obręcz. „Hop!” — i znów.
Bąbel pobiegł obok i zrobił obrót.
„Brawo!” — krzyknęły dzieci.
Łatka zamuczała głośno, jak trąbka, i wszyscy się roześmiali.
Nagle wiatr dmuchnął mocniej. Jedna obręcz potoczyła się w stronę beczek z wodą. Potoczyła się i potoczyła.
„O-o!” — powiedział Bartek.
Ale nie było strachu. Bartek ściągnął wodze miękko.
„Spokojnie, Kropko. Powoli” — powiedział.
Kropka zwolniła. Bartek zeskoczył, pobiegł i zatrzymał obręcz nogą. Bąbel szczeknął:
„Hau! Uda się!”
„Uda się” — powtórzył Bartek. — „Zawsze próbujemy jeszcze raz”.
Pokaz trwał dalej. Na koniec Bartek zdjął kapelusz i ukłonił się.
„Dziękuję, przyjaciele. Jeśli chcecie, możecie wrzucić monetę. To na stajnię”.
Ludzie wrzucali monety: dzyń, dzyń, dzyń. Ktoś wrzucił guzik, bo nie miał monety. Bartek uśmiechnął się i powiedział:
„Guzik też jest dobry. Liczy się chęć”.
Pan Bank stał z boku. Miał poważną minę. Bartek podszedł do niego z kapeluszem pełnym brzęku.
„To jest na stajnię” — powiedział spokojnie.
Pan Bank policzył. Jeszcze brakowało trochę. Bartek poczuł małe ukłucie w brzuchu, ale zaraz wziął oddech.
„Krok po kroku” — szepnął.
Wtedy pani Rosa wystąpiła naprzód.
„Ja dorzucę” — powiedziała.
Pan Li podniósł rękę.
„I ja” — dodał.
Mewa położyła na dłoni mały woreczek.
„To od mojej rodziny” — powiedziała cicho. — „Dziękujemy, że nas szanujesz”.
Dzieci też podbiegły z drobnymi monetami.
„Bo lubimy Kropkę!” — zawołały.
Pan Bank spojrzał na nich wszystkich. Zmieszał się, a potem jego twarz zmiękła.
„Widzę, że to ważne miejsce” — mruknął. — „Dobrze. Sprzedaży nie będzie. A ja… ja też dorzucę jedną monetę”.
„Dziękuję” — powiedział Bartek. — „To miłe”.
Słońce zaczęło schodzić niżej. Niebo zrobiło się pomarańczowe jak dynia. Bartek wrócił do stajni z przyjaciółmi. Kropka parskała wesoło. Bąbel zasnął przy progu.
Bartek zapalił małą lampę. Ciepłe światło zrobiło krąg na ścianie.
„Dziś byliśmy odważni” — powiedział Bartek. — „I mądrzy. I wytrwali”.
„I razem” — dodał pan Li.
„I życzliwi” — uśmiechnęła się pani Rosa.
Mewa spojrzała na prerię.
„Na tej ziemi jest miejsce dla każdego” — powiedziała.
Bartek pogłaskał Kropkę i szepnął:
„Dobranoc, Dziky Zachodzie. Jutro znów pojedziemy przez wielkie przestrzenie. Ale dziś… dziś jest spokojnie”.
Wiatr zaśpiewał cichą piosenkę w trawie, a stajnia stała bezpieczna, ciepła i pełna przyjaźni.