Rozdział 1: Zniknięty gwizdek
W moim notatniku detektywa nowa sprawa zaczęła się od trzech wielkich liter: GW. Zanim zdążyłam dopisać "izdek", trenerka Basia już biegła przez szkolny korytarz, potrząsając pustą smyczą.
— Ktoś widział mój złoty gwizdek? — zawołała. — Bez niego jutrzejszy festyn sportowy nie ruszy. Stadion jest zarezerwowany, wszystko gotowe... a ja mam tylko smycz!
Zatrzasnęłam notatnik. Mówią na mnie Lila. Jestem niska, szybka i mam drobne, zielone łuski, które połyskują jak żółte liście po deszczu. Składam skrzydła tak, żeby nikt nie potknął się o pióra. W plecaku trzymam lupę, kredę i paczkę miętowych cukierków. Mam też nosa. Dosłownie.
— My ci pomożemy — powiedziałam, stając obok trenerki. — Ja i Maks.
Maks, mój najlepszy przyjaciel, wypiął dumnie klatkę piersiową, choć jego okulary zsunęły się na czubek nosa.
— Plan działania? — spytał.
— Trzy kroki — wyrecytowałam. — 1: Ustalamy, kiedy gwizdek zniknął. 2: Szukamy śladów. 3: Łączymy fakty.
Trenerka wzruszyła ramionami.
— Rano miałam gwizdek. Na przerwie prowadziłam rozgrzewkę na boisku, gwizdałam jak zwykle. Potem spakowałam rzeczy do torby i poszłam do sali. Przy obiedzie zauważyłam pustą smycz.
— Gdzie torba? — spytałam.
— W szatni przy sali gimnastycznej. — Basia uśmiechnęła się słabo. — Jeśli go nie znajdziecie... nie wiem, co zrobimy.
Popatrzyłam na Maksa. Skinął głową.
— Czas na stadionową sprawę — mruknął.
Narysowałam w notatniku linię czasu: RANO — ROZGRZEWKA — TORBA — OBIAD. Położyłam obok trzy pytajniki. A potem zaciągnęłam nosem. W powietrzu wisiała nuta cytryny. Trenerka zawsze miała cytrynowe landrynki.
— Czujesz? — szepnęłam do Maksa.
— Ja czuję tylko szpinak ze stołówki — parsknął, ale uśmiechnął się.
Zaczęliśmy od szatni. Drzwi lekko skrzypnęły. Na ławce leżała torba trenerki. Miała małą dziurkę przy szwie. W środku rzeczy: notes, gwizdka brak. Pod ławką — nic.
— Kto tu był na przerwie? — zapytałam.
— Pół drużyny — odparł Maks. — Ale to nie znaczy, że ktoś coś ukradł.
To prawda. W mojej pracy zaufanie to nie ozdoba. To narzędzie.
— Dobrze — powiedziałam. — Idziemy na stadion.
Rozdział 2: Ślady na stadionie
Stadion pachniał tartanem, kiełbaskami z budki i mgłą poranka. Trybuny siedziały cichutko jak wielkie zielone koty. Na tablicy świetlnej migało 07:07, chociaż była czternasta. Zawsze kochałam ten dźwięk: echo naszych kroków pod wiatą, skrzypienie bramek, oddech murawy.
— Od czego zaczynamy? — spytał Maks.
— Od tego, co można zobaczyć — odparłam, zakładając lupę na oko. — I od tego, co można powąchać.
W tunelu łączącym boisko z szatniami ktoś rozlał sok. Słodki zapach kleił się do podłogi. Obok leżał czerwony kawałek nitki. Schyliłam się.
— Patrz — powiedziałam. — Nitka. Czerwona i błyszcząca.
Maks zgiął się w pół.
— To od butów Oleka? On ma czerwone sznurówki.
Zanotowałam to, ale w brzuchu coś mnie zakłuło. Zbyt łatwe.
Przy bramce startowej znalazłam drugi ślad. Odciśnięty w lekko wilgotnym tartanie ślad podeszwy. Na podeszwie był zygzak, jak piorun.
— Czyje to? — zapytałam.
Maks wzruszył ramionami.
— Połowa biegaczy ma zygzaki. Ale Zosia na pewno.
Zosia była szybka jak wiatr. I zawsze się śmiała.
Zaciągnęłam powietrze. Poza zapachem soku i tartanu poczułam coś jeszcze. Cytryna. Silniejsza niż w szkole.
— Trenerka Basia była tu po rozgrzewce — powiedziałam, wskazując na plamki cukru pod ławką sędziowską. — Spadły jej landrynki.
Pod ławką moją łuskę musnął chłód. Metalowa sztanga wzdłuż rzędu siedzeń brzęknęła cicho, jakby coś uderzyło w rurę. Przysunęłam ucho. Daleki, cichutki dźwięk. Jakby gwizdek? A może tylko wiatr?
— Słyszałeś? — spytałam.
— Skąd? — Maks przerzucił się na drugą stronę ławki. — Mi się wydaje, że tablica pika.
Tablica rzeczywiście piknęła i zamigotała. 12:21. Potem wróciło 07:07.
— Dziwne — mruknęłam. — Zanotuj.
Przeszliśmy obok budki z napojami. Pani Hania wystawiła pudełko z kubkami.
— Lila, Maks! — pomachała. — Jutro będzie tłum. Uważajcie na nogi.
— Pani Haniu, ktoś mógł wziąć gwizdek trenerki? — spytałam.
— Ja nic nie słyszałam. — Zamyśliła się. — Ale widziałam dziś rano chłopaka z innej szkoły. Przyszedł popatrzeć na tablicę. Ten, co zawsze biega w czerwonych butach. Olek?
Maks spojrzał na mnie znacząco.
— On mógł przyjść zobaczyć przeciwników — powiedziałam. — To nie dowód.
Ale czerwony kawałek nitki w kieszeni palił mnie jak rozgrzany węgielek. Zadaj sobie pytanie, Lila, które zawsze zadajesz: czy ślad pasuje do historii? Czy historia pasuje do ludzi?
Rozdział 3: Poboczny trop
Olek stał przy ogrodzeniu parku, za stadionem. Ćwiczył starty, a jego czerwone sznurówki jak płomyki cięły trawę. Miał plecak i rulon plakatu.
— Hej, Olek! — zawołałam. — Porozmawiamy?
Odwrócił się, nieco zdziwiony.
— O co chodzi?
— Zaginął gwizdek trenerki Basi — powiedział Maks. — Widziano cię na stadionie. Znalazłem — wskazał na nitkę — coś czerwonego.
Olek prychnął.
— Czerwona nitka? Super dowód. Te plakaty są czerwone. Przyszedłem przykleić ogłoszenia o biegu charytatywnym. Zresztą… — pokazał nam rolkę taśmy i plakat: "NIEDZIELA. BIEG DLA SCHRONISKA". — Wiem, że jutro macie festyn. Chciałem pożyczyć drabinę od pana Tadka, żeby zawiesić banery.
— A gwizdek? — zapytałam spokojnie.
— Widzę, że mnie podejrzewacie, bo jestem z innej szkoły. Fajnie. — Uniósł ręce. — Powodzenia.
Wciągnęłam powietrze. Czułam farbę plakatu, pot po treningu i... słodką miętę. Olek miał takie same cukierki jak ja. Czy ktoś, kto kradnie gwizdek, mógłby pachnieć jak mój ulubiony cukierek? Mógł. Ale w jego oczach nie było kłamstwa. Była złość i trochę smutku.
— Wierzysz mi? — zapytał nagle.
Spojrzałam mu w twarz.
— Chcę wierzyć — odpowiedziałam. — Ale muszę sprawdzić wszystko.
— To sprawdź — odparł. — A potem przyjdź na mój bieg.
Odeszliśmy, a mi w głowie brzęczało 12:21. I 07:07. Jakie to ma znaczenie?
— Może tablica jest zepsuta — mruknął Maks. — Po co się tym zajmować? Musimy znaleźć gwizdek. Olek mnie nie przekonuje.
Zatrzymałam się przy wejściu do korytarza pod trybunami. Ktoś narysował kredą strzałki na posadzce. Jedna w prawo, druga w lewo. Pod nimi trzy litery: C-3, później C-4. Jak zagadka.
— Tu jest coś ciekawszego — powiedziałam. — Pytanie do ciebie, Maks: którą stronę byś wybrał?
— Zawsze wybieram tę, której nie wybierasz ty — uśmiechnął się.
— W porządku — spojrzałam na strzałki. — Ja w lewo. Ty w prawo. Spotykamy się przy kiosku pani Hani za pięć minut. Zgoda?
Skinął. Rozdzieliliśmy się. Wiedziałam, że to ryzyko. Ale ufałam mu. On ufał mnie. Zaufanie to lina. Jak jest napięta, nie spadniesz.
Korytarz był chłodny i pachniał kredą. Ściany miały ślady rąk. Na końcu drzwi z tabliczką "MAGAZYN C-4". Zamek z trzema kolorowymi kluczykami namalowanymi obok: niebieski, żółty, zielony. Ktoś zostawił rozmazane plamki farby na klamce. Zielone.
Uśmiechnęłam się.
— Jeśli byś tu był, czytelniku, jaki klucz byś wybrał? — mruknęłam do swojego notatnika. — Ja stawiam na zielony.
Pchnęłam drzwi. Były otwarte.
W środku stały kartony. Na jednym napis: "KONFETTI — MEGA". Na drugim: "MASA KREPOWA, CZERWONA". Rozejrzałam się. Na haku wisiała wielka, pluszowa głowa kozła — maskotki naszego klubu. Z brody zwisała znajoma, czerwona nitka.
— Nitka, plakat, konfetti, strzałki… — szeptałam. — Tu ktoś planuje niespodziankę. A nie kradzież.
Pod kartonem leżała mała, różowa kartka. "Start punktualny 16:00. Niespodzianka gotowa. P.S. Tylko cicho!"
Te literki lepiły się jak lukier. Czułam czekoladę, farbę i... przyjaźń.
Kiedy wyszłam, przy kiosku pani Hani czekał już Maks. Miał minę zdobywcy.
— C-3 to ślepy zaułek, ale w powietrzu wyraźnie dzwoni — powiedział. — Jakby metal uderzał o metal. I tablica znów pokazała 12:21. Potem 21:12. Komplet bzdur.
Zatrzymałam się. Nie bzdury. Lustro. Coś z lustrami liczb.
— Maks — powiedziałam wolno — a gdyby to były sektory na trybunach?
— Jakie sektory?
— Rząd 12, miejsce 21. Albo odwrotnie. — Wbiłam oko w trybuny. — I ten dźwięk.
Rozdział 4: Sektor, który szeptał
Sektor C był pod dachem. Rzędy krzesełek liczyły się posłusznie, aż do 30. W rządzie 12, miejsce 21, ktoś zostawił kubek po lemoniadzie. Odstawiłam go, wsunęłam łapę pod siedzenie. Metal był chłodny. Zaczepiłam pazurem o coś okrągłego. Coś poturlało się w głąb.
— Trzymaj latarkę — poprosiłam Maksa.
Zaświecił. Połyskiwało coś złotego, jak słońce ukryte w rurze. Tylko trochę za daleko.
— Mogę? — spytałam szeptem.
— Tylko delikatnie — odpowiedział. — Jak z herbatą u mojej babci.
Nachyliłam się i wypuściłam bardzo mały, ciepły oddech. Nie płomień. Tylko ciepełko. Metal rury lekko się rozgrzał, osadzona para zniknęła i usłyszeliśmy "ping", a potem "dryń". Kula potoczyła się w moją stronę, stuknęła o śrubę i zatrzymała w zasięgu dłoni.
— No chodź — wyszeptałam.
Wyciągnęłam złoty gwizdek. Z bliska wyglądał jak medal i pachniał cytryną.
— Lila! — Maks aż podskoczył. — Udało się!
Uśmiechnęłam się, ale coś mi nie pasowało. Gwizdek sam nie wpełzł do rury. Jak tam trafił?
Na śrubie zobaczyłam drobne zadrapanie. Na krawędzi siedzenia — uderzenie. Ktoś, może trenerka Basia, siadając, machnęła torbą. Z dziurki w torbie gwizdek wypadł, stuknął w rurę i wturlał się do środka. Potem tablica pokazała tajemnicze liczby. To nie przypadek?
— Kto bawi się tablicą? — spytał Maks. — I rysuje strzałki?
Z korytarza wyszedł pan Tadeusz, dozorca stadionu. Szary fartuch, farba na dłoniach i najlepszy uśmiech na świecie.
— A wy tu co robicie? — zapytał. — Tablicy nie dotykać, bo ustawiam niespodziankę.
— Niespodziankę? — powtórzył Maks.
— Ciii. — Pan Tadeusz przyłożył palec do ust. — Na jutrzejsze otwarcie. Trochę konfetti, trochę muzyczki i tę tablicę, żeby mignęła paroma liczbami. Wiecie, 12:21 to taki nasz kod. Dwunasty rząd, dwudzieste pierwsze miejsce. Tam zamierzałem zostawić dla trenerki list z podziękowaniem. Ale jeszcze nie zostawiłem. Widzę, że znaleźliście coś lepszego.
— Gwizdek — powiedziałam i podałam mu go do obejrzenia.
— O rany! — Pan Tadeusz zaśmiał się. — A Basia pół dnia biegała. Dziura w torbie i proszę, mamy zagadkę. Dobrze, że macie nos do takich spraw.
Popatrzyłam na Maksa. W jego oczach zatańczyła iskra. Zaufanie, które mu dałam, wracało do mnie jak piłka.
— Panie Tadku — zapytałam — to pan rysował strzałki?
— Ja? Gdzie tam. — Zamachał ręką. — Może dzieciaki od maskotki. Przygotowują przejście dla charakteru, co ma wejść w odpowiednim momencie. Ale mi się podoba. Wygląda jak prawdziwe śledztwo.
Kątem oka zauważyłam Zosię, przemykającą korytarzem z wielkim pudłem balonów. Uśmiechnęła się do nas i pomachała. Na jej butach był zygzak. Oczywiście.
— A Olek? — zapytał Maks, jakby czytał mi w myślach.
— Spotkaliśmy go — odpowiedziałam. — I nie jest tym, kim plotki z niego robią.
Wtedy z daleka dobiegł nas głos trenerki Basi.
— Lila! Maks! — Wbiegła na trybuny. — Pan Tadek powiedział, że was widział. Coś znaleźliście? Bo ja już szukam nawet pod kosiarką.
Wyciągnęłam dłoń ze złotym cudem.
— Proszę — powiedziałam. — Spadł pani do rury pod siedzeniem. Tablica przypadkiem pomogła.
Trenerka przysiadła na chwilę, jakby ktoś wyłączył jej mięśnie.
— Uratowaliście dzień — wyszeptała. — Bez niego byłoby... dziwnie.
— Mamy jeszcze sprawę niespodzianki — dodał pan Tadeusz, uśmiechając się szeroko. — Ale cicho, Basia.
Trenerka zaśmiała się i schowała gwizdek do kieszeni, nie do torby. W oczach miała wdzięczność.
— Dziękuję. Poważnie. A ja... — zawahała się. — Przeproszę kilka osób, którym zdążyłam powiedzieć, że pewnie ktoś wziął gwizdek "na żarty". To nie było fair.
— To była tylko dziura — powiedziałam. — Dziury dużo narozrabiają.
Rozdział 5: Wątpliwości i odpowiedzi
Po południu wróciłam na stadion, tym razem sama. Lubię sprawdzać dwa razy. Zobaczyłam, że strzałki z korytarza prowadzą do drzwi, za którymi przygotowano strefę "TAJEMNICA". Na kartonie ktoś dopisał: "Wchodzi KOSZULA". Ktoś niechcący dopisał "R" i wyszło "KOZŁURA". Uśmiechnęłam się. Kozioł, nasza maskotka, miał wejść w genialnie pomylonym momencie.
Przysiadłam na brzegu boiska z notatnikiem. Przepisuję ślady i odpowiedzi. Dla ciebie, drogi czytelniku, kilka pytań, które mnie prowadziły:
— Co zrobiłabyś, gdybyś znalazła czerwoną nitkę? Czy od razu połączyłabyś ją z konkretną osobą?
— Jak byś odczytał 12:21 na tablicy? Jako czas, czy jako wskazówkę?
— Czy zygzak na bucie oznacza jednego biegacza, czy wielu?
Odpowiedzi nie zawsze są proste. Ale kiedy dodasz do nich tylko odrobinę zaufania, nagle robi się jaśniej.
Usłyszałam ciche kroki. Olek. Stał niezręcznie, trzymając dwie puszki z napojem.
— Nie wkurzaj się — powiedział. — Przyszedłem oddać taśmę panu Tadkowi. I... przeprosić, jeśli byłem niemiły.
— Byłeś uczciwy — odparłam. — A ja... też przepraszam, że pomyślałam o tobie źle przez chwilę. Strzałki i plakaty mnie zmyliły.
— Plotki to plotki — mruknął Olek. — Odkąd przeszedłem do innej szkoły, wszystko robię źle. Ale spoko. Jutro wpadnę na wasz festyn. Trzymam kciuki za rekordy.
— A ja za twój bieg — uśmiechnęłam się. — Umowa?
— Umowa.
Podał mi jedną puszkę.
— Tylko nie mów, że cię przekupuję — zaśmiał się.
Na moment pomyślałam, że gwizdek w rurze mógłby zostać niezauważony, gdyby nie "zepsuta" tablica. Ktoś przypadkiem wystukał kod, który otworzył nam oczy. Albo... może nieprzypadkiem?
Gdy wieczorem słońce zaszło nad stadionem, tablica znów mignęła. 21:12. Tym razem widziałam to jak zwierciadło: liczby mówią "popatrz w drugą stronę". Na rząd 21, miejsce 12, ktoś włożył mały bilecik. Podeszłam. "Dziękuję, że zaufaliście. — T." Uśmiechnęłam się. Pan Tadeusz wiedział, że lubię zagadki.
Rozdział 6: Start i nowa strona
Następnego dnia stadion był morzem kolorów. Konfetti strzelało w niebo jak fajerwerki, balony tańczyły na wietrze, a kozioł z "kozlurą" wkraczał w idealnym momencie. Trenerka Basia dmuchnęła w gwizdek. Dźwięk przeciął powietrze jak promień światła.
— Ready? — krzyknęła, trochę po angielsku, trochę po swojemu. — Zaczynamy!
Dzieci ruszyły. Jedni biegli, inni skakali, jeszcze inni mierzyli się z rzutem woreczkiem do celu. Pani Hania sprzedawała lemoniadę i mówiła wszystkim "na zdrowie". Tablica mrugała radośnie, już bez zagadek, pokazując wyniki.
— Lila! — zawołał Maks, podskakując. — Widzisz? Działa! I patrz, Olek przyszedł.
Podeszłam do ogrodzenia. Olek pomachał z uśmiechem, trzymając w ręku bigos w bułce.
— Dzięki — powiedziałam. — Za to, że nie obraziłeś się na nas na śmierć.
— Drobiazg — wzruszył ramionami. — To tyle, co okrążenie rozgrzewkowe.
Wtedy podszedł pan Tadeusz.
— Mam dla was coś — oznajmił i podał nam małe, metalowe odznaki: "PRZYJACIEL STADIONU". — Za zaufanie i za detektywistyczny nos. A także za to, że nie zniszczyliście mi niespodzianki.
Maks błyszczał dumnie jak nowa chorągiewka.
— A mogę spytać? — powiedziałam. — Tablica. Te liczby. Pan?
— Trochę ja, trochę przypadek — uśmiechnął się pan Tadeusz. — Lubię, jak rzeczy mrugają do ludzi, którzy patrzą uważnie.
Popatrzyłam na trenerkę Basię, która teraz nie wypuszczała gwizdka nawet na sekundę. Popatrzyłam na Zosię, która wymachiwała zygzakami butów w powietrzu tak szybko, że aż zamazywały się jak błyskawice. Popatrzyłam na Maksa, który trzymał w dłoni miętowego cukierka i udawał, że to medal. I na Olek, który gwizdnął, ale tylko na własnej dłoni, bo gwizdek był przecież w użyciu.
— Lila — powiedział cicho Maks. — Zapiszesz w notatniku?
Wyjęłam zeszyt. Na pierwszej stronie sprawy napisałam: "SPRAWA GWIZDKA — ROZWIĄZANA". A pod spodem: "NIGDY NIE ZACZYNAJ OD PODEJRZEWANIA. ZACZNIJ OD UWAŻNEGO PATRZENIA. I ZAUFANIA".
Przewróciłam kartkę. Czysta, gładka, pusta, gotowa. Palcem narysowałam na niej maleńką lupę.
— Co teraz? — zapytał Maks.
— Teraz — odpowiedziałam, słysząc drugi, radosny ton gwizdka — czekamy, aż jakaś nowa zagadka sama do nas podejdzie. Albo my do niej. Bo świat jest jak stadion: pełen ścieżek, skrótów i strzałek. Tylko trzeba patrzeć, dokąd prowadzą.
A kiedy trenerka Basia zagwizdała po raz ostatni i festyn zakończył się wielkim brawem, zamknęłam notatnik, przytuliłam go do piersi i przewróciłam stronę, szykując się na następny krok. Bo każda rozwiązana tajemnica to tylko początek kolejnej. I to jest w tym wszystkim najlepsze.