Rozdział 1: Zniknięcie z półki „Oddane”
W bibliotece osiedlowej pachniało papierem, klejem i herbatą z malinowych liści. Leon — rudy lis o spokojnym spojrzeniu — stał przy ladzie i obracał w łapach ołówek, jakby był narzędziem do ważnych spraw. Leon nie podnosił głosu. Wolał, żeby fakty same się układały.
— Zniknęła — sapnęła bibliotekarka, sowa pani Hela, poprawiając okulary na dziobie. — „Mapa Podziemnych Korytarzy”. Wróciła dziś rano, położyłam ją na półce „Oddane”, a teraz… pusto.
— Ktoś ją pożyczył? — zapytał Leon flegmatycznie.
— Nie ma wpisu. A ta książka jest specjalna. Zawiera plany starych przejść, legendy, historyjki… i jedną stronę z zagadkami. Dzieci to uwielbiają.
Do Leona podbiegła wiewiórka Miki, jego sąsiadka i mistrzyni wspinania się na wszystko, co miało krawędź.
— To brzmi jak sprawa! — szepnęła. — Wczoraj widziałam tę książkę. Miała na grzbiecie niebieską wstążkę.
Leon skinął głową.
— Zanim zaczniemy szukać podejrzanych, znajdźmy ślady. Pani Helo, kto był dziś rano w bibliotece?
Sowa wyliczyła:
— Kret Kazio przyszedł po atlas grzybów. Jeżynka, listonoszka, zostawiła paczkę. I borsuk Roman… siedział przy stoliku, notował coś w kajecie.
Leon przesunął palcem po krawędzi półki „Oddane”. Na drewnie zostały drobne ziarenka piasku, jakby ktoś przyniósł na łapach kawałek peronu.
Miki zmarszczyła nos.
— Piasek? Przecież tu jest dywan.
Leon podniósł jedno ziarenko.
— Piasek z butów… albo z metra. Tam zawsze coś chrzęści pod łapami.
— Metro! — Miki aż podskoczyła. — To znaczy, że książka pojechała pod ziemię?
Leon odłożył ołówek do kieszeni. Jego ogon poruszył się jak wahadło zegara.
— Sprawdzimy. Ale najpierw: kto z tej trójki mógł mieć piasek? Kret Kazio… może, ale on raczej nosi ziemię, nie piasek. Jeżynka biega wszędzie. Borsuk Roman często jeździ metrem do pracy w urzędzie.
Miki uśmiechnęła się szeroko.
— To co, detektywie? Na stację?
Leon spojrzał na panią Helę.
— Proszę się nie martwić. Oddamy książkę. I to bez dramatów.
Sowa zamrugała.
— Wolałabym bez dramatów. W bibliotece dramaty brudzą strony.
Rozdział 2: Peron, który wszystko słyszy
Stacja metra „Dąbrowa” była znajoma: płytki w kolorze miodu, zielone ławki i echo, które powtarzało każdy krok, jakby ktoś szedł tuż za tobą. Nad głowami mrugały tablice: „Następny pociąg: 2 minuty”.
Miki kręciła się jak wskazówka kompasu.
— Gdzie szukać książki w całym metrze?
Leon uniósł łapę.
— Spokojnie. Metro to nie ocean. To rzeka z przystankami. Jeśli książka tu trafiła, ktoś ją tu czytał, zostawił albo przekazał dalej. Szukamy ludzi, którzy czytają.
Na ławce siedział bóbr w kamizelce odblaskowej i przeglądał gazetę, ale to nie było to. Obok stała koza z torbą, w której dzwoniły butelki. Też nie.
Wtedy Miki wskazała na tablicę ogłoszeń. Między reklamą warsztatów ceramiki i plakatem o „Dniu Marchewki” wisiała kartka z narysowaną niebieską wstążką.
Na kartce było napisane:
„ZGUBA? SZUKAJ TAM, GDZIE NIKT NIE SZUKA.
POD ŁAWKĄ ZIELONĄ.
POD ZEGAREM, CO NIE TYKA.
A POTEM: KIERUNEK ‘MUZEUM'. — R.”
Leon przeczytał na głos. Miki przełknęła ślinę.
— „R.” jak Roman?
— Może. Albo jak „Rudy”, ale to nie ja — mruknął Leon i obejrzał się, czy ktoś się uśmiecha. Nikt nie. Metro miało poważną minę.
Podeszli do zielonej ławki. Leon uklęknął, wsunął łapę pod siedzisko i wyciągnął… małą zakładkę z niebieską wstążką. Na zakładce był odcisk łapy — okrągły, z mocnymi palcami.
— To nie kret — stwierdził Leon. — Kret ma delikatniejsze ślady. To raczej borsuk… albo ktoś w grubych rękawicach.
— A „zegarek, co nie tyka”? — zapytała Miki.
W głębi peronu wisiał stary zegar, który od dawna stał na 11:11, jakby uparł się na wieczną przerwę.
Pod zegarem, w szczelinie między kafelkami a ramą tablicy informacyjnej, Leon zauważył coś białego. Wyciągnął zwinięty bilecik.
„NIE BIORĘ DLA SIEBIE.
CHCĘ TYLKO, ŻEBY KTOŚ ZNALAZŁ ‘STRONĘ Z ZAGADKAMI'.
BO KTOŚ INNY SZUKA JEJ PIERWSZY. — R.”
Miki zrobiła wielkie oczy.
— Ktoś inny? Czyli to nie tylko zagubiona książka, ale… wyścig?
Leon wsunął bilecik do kieszeni.
— Raczej ostrożność. Ktoś chciał, by książka była bezpieczna, ale nie mógł jej oddać wprost. I prowadzi nas na stację „Muzeum”.
Pociąg wjechał z wiatrem i świstem. Drzwi otworzyły się z westchnieniem.
— Jedziemy? — zapytała Miki, już na pół kroku.
Leon poprawił pasek swojej torby.
— Jedziemy. I pamiętaj: najpierw obserwacja, potem wnioski. Jak w układaniu puzzli, tylko że elementy czasem uciekają.
Rozdział 3: Stacja „Muzeum” i znikający cień
Stacja „Muzeum” była chłodniejsza, z wysokimi kolumnami i mozaiką przedstawiającą dawne miasto zwierząt: lisy w kapeluszach, zające z parasolkami, żółwie prowadzące tramwaj. Wszystko wyglądało tak, jakby ktoś zamknął historię w płytkach.
Na peronie stał automat z napojami. Obok niego — kosz na śmieci w kształcie wieloryba. Miki natychmiast go polubiła.
— Gdzie teraz? — szepnęła.
Leon rozejrzał się. Na słupie ogłoszeniowym zobaczył kolejną kartkę z narysowaną niebieską wstążką. Tym razem krócej:
„TRZECI STOPIEŃ: SZAFKA NR 7.
HASŁO: ‘SOLIDARNOŚĆ'.”
— Szafka? — Miki zmarszczyła czoło. — Jak w szatni?
W rogu stacji, przy punkcie informacji, stał rząd małych skrytek na zguby i rzeczy znalezione. Nad nimi tabliczka: „Rzeczy z peronu — tylko po zgłoszeniu”.
Leon podszedł do pracownika stacji: rosomaka w czapce z daszkiem.
— Przepraszam — powiedział spokojnie. — Szukamy książki zguby. Podobno jest w skrytce numer siedem.
Rosomak uniósł brew.
— Zguba? A macie zgłoszenie?
Miki otworzyła pyszczek, ale Leon ją uprzedził:
— Nie mamy. Ale mamy hasło. „Solidarność”.
Rosomak spojrzał na nich uważnie, jakby ważył ich intencje.
— Hasła u nas nie ma w regulaminie — mruknął. — Ale… dziś rano ktoś zostawił książkę i powiedział, że przyjdą „dwoje młodych detektywów, co nie hałasują”. To pewnie wy.
— Staramy się — odparł Leon.
Rosomak otworzył skrytkę numer siedem. W środku leżała książka, owinięta w papier i przewiązana niebieską wstążką. Na wierzchu ktoś przykleił karteczkę: „DLA BIBLIOTEKI”.
Miki aż zatańczyła w miejscu.
— Mamy ją!
Leon jednak nie sięgnął od razu. Zauważył coś jeszcze: róg papieru był lekko poszarpany, jakby ktoś go w pośpiechu zahaczył pazurem. A na podłodze, tuż obok skrytek, leżał świeży, błyszczący guzik.
Podniósł guzik. Czarny, z wyrytym znakiem: mała łopatka.
— Kret? — szepnęła Miki.
Leon zmrużył oczy.
— Kret Kazio nosi przypinki z łopatką. Ale guzik od płaszcza? To już ciekawsze.
W tej samej chwili, w szybie gabloty z mapą linii metra, mignął cień. Ktoś w kapturze szybko oddalił się w stronę schodów.
Miki chciała ruszyć, ale Leon położył jej łapę na ramieniu.
— Bez pościgów. To metro, nie film. Zapamiętujemy: kaptur, pośpiech, kierunek schody. I… guzik.
— Ale co, jeśli to złodziej? — zapytała Miki.
Leon wziął książkę, podziękował rosomakowi i schował guzik do kieszeni.
— Jeśli to złodziej, to nie bardzo sprytny, skoro zostawia wskazówki i oddaje książkę do skrytki. Tu chodzi o coś innego. O tę „stronę z zagadkami”.
Miki otworzyła książkę na chybił trafił. Kartki zaszeleściły jak liście.
— Jest tu kieszonka! — syknęła. — I… pusta.
Leon pokiwał głową.
— Więc strona została wyrwana. Ktoś ją ma. I ktoś się jej bał oddać.
Rozdział 4: Trzy podejrzenia i jedna dobra decyzja
Wrócili do biblioteki. Pani Hela przyjęła książkę tak ostrożnie, jakby była pisklęciem.
— Dziękuję — powiedziała. — A strona z zagadkami?
Leon otworzył książkę i wskazał pustą kieszonkę.
— Zniknęła. Mamy jednak tropy.
Miki wyliczała na palcach:
— Piasek z metra, inicjał „R.”, guzik z łopatką, cień w kapturze.
— I hasło „Solidarność” — dodał Leon. — To ważne. Ktoś chciał, żebyśmy współpracowali, a nie oskarżali.
Do biblioteki wszedł kret Kazio, otrzepując łapki. Miał na sobie długi płaszcz, a na nim… brakowało jednego guzika.
Miki wciągnęła powietrze.
— O!
Kazio zatrzymał się, widząc ich miny.
— Co? Mam coś na nosie?
Leon podszedł bez pośpiechu.
— Kazio, zgubiłeś guzik?
Kret spojrzał na płaszcz, potem na Leona.
— Ojej… faktycznie. Nie zauważyłem. W metrze dziś tłok był taki, że ktoś mi prawie teczkę wyrwał.
— Teczka? — podchwycił Leon.
Kazio przycisnął teczkę do brzucha.
— Z planami korytarzy technicznych. Dla ekipy remontowej. Wiesz… mam pracę przy podziemnych tunelach. Nie tych tajemniczych, tylko zwykłych. Rury, kable, takie sprawy.
Miki szepnęła do Leona:
— Podziemne korytarze… jak w tytule książki.
Leon uniósł łapę, uspokajająco.
— Kazio, czy widziałeś tę książkę dziś rano?
Kret zamrugał.
— Widziałem, jak borsuk Roman ją oglądał. Mówił, że chce sprawdzić coś dla… swojego siostrzeńca. A potem przyszła jeżynka z paczką. I zrobiło się zamieszanie, bo ktoś rozlał sok.
Jak na zawołanie w drzwiach pojawiła się Jeżynka, jeż w żółtej czapce listonoszki.
— Kto rozlał sok? — burknęła. — Ja? Ja rozlałam! Ale wytarłam! Mam ściereczki! Zawsze mam ściereczki!
Pani Hela chrząknęła:
— Dobrze, Jeżynko. Nie o sok chodzi.
Leon wyjął bilecik z inicjałem „R.” i położył na ladzie.
— Roman zostawiał takie wiadomości?
Jeżynka przechyliła głowę.
— Roman? On ma charakter jak stara ławka: skrzypi, ale trzyma. Potrafi pisać zagadkami, to fakt. Ale po co?
W tej chwili drzwi otworzyły się drugi raz i wszedł borsuk Roman. Wysoki, w szarym płaszczu, z kajecikiem pod pachą. Zobaczył książkę i westchnął, jakby właśnie zdjął z pleców ciężki plecak.
— Uff. Czyli dotarła — powiedział cicho.
Miki wysunęła się do przodu.
— To ty! Zostawiałeś wskazówki!
Roman spojrzał na nich poważnie, ale w oczach miał ulgę.
— Tak. I zanim zaczniecie robić z tego tragedię, powiem: nie ukradłem książki. Wziąłem ją, żeby ją ochronić.
— Przed kim? — zapytał Leon.
Roman usiadł na krześle, jakby nogi w końcu przestały go słuchać.
— Przed… moim siostrzeńcem, Krukiem Igorem. On nie jest zły. Tylko… lubi wygrywać. Słyszał o stronie z zagadkami, podobno prowadzi do „sekretnego przejścia” w metrze. Wymyślił, że ją znajdzie i zostanie bohaterem szkoły. I… próbował wyrwać tę stronę.
Pani Hela aż zaskrzeczała.
— Wyrwać stronę z książki?! To barbarzyństwo!
Roman pokiwał głową.
— Wiem. Dlatego schowałem książkę w skrytce i zostawiłem wam tropy. Liczyłem, że dwoje młodych, spokojnych detektywów rozwiąże sprawę lepiej niż ja, dorosły, co tylko mówi „nie wolno”.
Leon złożył łapy na blacie.
— Gdzie jest Igor?
Roman ściszył głos.
— W metrze. Z kolegą. Chcą… sprawdzić przejście techniczne. To nie zabawa. Tam są drzwi z zakazem wstępu.
Miki przełknęła ślinę.
— Musimy ich zatrzymać. Ale bez straszenia.
Leon skinął głową.
— Dokładnie. Rozwiążemy to tak, żeby nikt nie stracił twarzy. I żeby książka znów była cała.
Rozdział 5: Zagadki, które uczą współpracy
Na stacji „Muzeum” było więcej ludzi niż wcześniej. Echo mieszało się z zapowiedziami pociągów. Leon szedł spokojnie, choć w środku czuł, jak jego myśli układają się w szybkie rzędy.
— Pomyśl — powiedział do Miki. — Jeśli Igor wyrwał stronę, musiał ją gdzieś schować, żeby nikt nie zauważył. Gdzie nastolatek chowa coś w metrze?
Miki spojrzała na kosz-wieloryba.
— W śmieciach?
— Zbyt ryzykowne. Ktoś by wyrzucił. — Leon wskazał na gablotę z mapą linii. — Albo w miejscu „na widoku”, gdzie nikt nie grzebie.
Przy gablocie stał kruk w zielonej bluzie z kapturem. Obok niego — zając o minie „ja tu tylko stoję”. Kruk ściskał w skrzydle kartkę.
Miki szepnęła:
— To Igor.
Leon podszedł bez gwałtownych ruchów.
— Cześć, Igor.
Kruk drgnął.
— Skąd mnie znasz?
— Z biblioteki. I z tego, że masz w dłoni coś, co należy do książki pani Heli — odparł Leon łagodnie.
Zając odsunął się o krok.
— Ja nic nie wiem, Igor.
Kruk wyprostował się, próbując wyglądać groźnie, ale wyszło mu bardziej… zestresowanie.
— To tylko kartka. Zagadki. Nikomu nie robię krzywdy.
— Kartka z książki to też krzywda — powiedziała Miki, ale bez złośliwości. — Strony nie odrastają.
Igor zacisnął dziób.
— Chciałem tylko znaleźć przejście. Wszyscy mówią, że tu są tajne drzwi. Chciałem… udowodnić, że potrafię.
Leon kucnął, żeby być na jego wysokości.
— Udowadnianie czegoś może być mądre albo głupie. Różnica bywa w jednym słowie: bezpieczeństwo. Wiesz, co jest za drzwiami technicznymi?
Igor zawahał się.
— Tunel?
— I kable. I prąd. I miejsca, gdzie łatwo się zgubić — dodał Leon. — A teraz zagadka dla ciebie: jak zostać bohaterem bez wchodzenia tam, gdzie nie wolno?
Igor spojrzał na kartkę. Na niej były trzy krótkie zadania:
1) „Znajdź miejsce, gdzie czas stoi.”
2) „Zrób to w dwójkę, bo samemu łatwo się pomylić.”
3) „Oddaj to, co pożyczyłeś, zanim poprosisz o więcej.”
Miki uśmiechnęła się.
— To nie prowadzi do tajnego przejścia. To prowadzi do… dobrego zachowania.
Igor zmarszczył brwi.
— Serio?
Roman wyszedł zza kolumny. Nie wyglądał na wściekłego, raczej na zmęczonego.
— Serio — powiedział. — To moja strona. Sam ją kiedyś dopisałem do tej książki. Dla dzieci z mojego bloku. Żeby się uczyły myśleć, a nie ryzykować.
Igor spuścił skrzydła.
— Czyli… nie ma przejścia?
Leon wzruszył ramionami.
— Są przejścia. Ale nie dla zabawy. Jeśli chcesz być bohaterem, pomóż nam naprawić to, co się stało.
Miki wyjęła z torby cienką taśmę naprawczą do papieru, którą dostała kiedyś od pani Heli „na wypadek wiewiórczych przygód”.
— Możemy wkleić stronę z powrotem, ale delikatnie — powiedziała. — Tylko… musisz ją oddać.
Igor spojrzał na zająca.
— Pomożesz?
Zając kiwnął głową z ulgą.
— Z chęcią. Wolę klej niż prąd.
Usiedli przy ławce. Leon trzymał książkę, Miki prowadziła taśmę, a Igor podał stronę, już bez buntu. Roman pilnował, by nikt im nie przeszkadzał, a rosomak z obsługi stacji rzucił im krótkie:
— Tylko nie zostawiajcie śmieci. Wieloryb się obrazi.
Po kilku minutach strona znów była na miejscu. Nie idealnie, ale czytelnie, i przede wszystkim — uratowana.
Igor wziął głęboki oddech.
— Przepraszam.
Roman położył mu łapę na ramieniu.
— Dzięki, że to naprawiłeś. To jest odwaga.
Leon spojrzał na nich wszystkich.
— A teraz ostatni krok śledztwa: oddajemy książkę pani Heli osobiście. Razem.
Rozdział 6: Powrót i koc, który kończy sprawy
W bibliotece pani Hela prawie podskoczyła, gdy zobaczyła całą grupę: Leona, Miki, Romana, Igora i nawet zająca, który wyglądał, jakby wolał zapaść się pod dywan.
Leon podał książkę.
— Jest. Z odzyskaną stroną.
Sowa przejrzała naprawę. Jej oczy złagodniały.
— Nie jest perfekcyjnie… ale jest uczciwie.
Igor odchrząknął.
— To ja… wyrwałem. Myślałem, że to prowadzi do tajnego przejścia. Teraz wiem, że prowadzi do kłopotów. Przepraszam.
Pani Hela zamknęła książkę, a potem — ku zaskoczeniu wszystkich — wyszła zza lady i uściskała Igora skrzydłem.
— Dziękuję, że wróciłeś z prawdą — powiedziała. — W bibliotece to ważniejsze niż idealne rogi stron.
Miki szepnęła do Leona:
— To było… bardziej wzruszające niż pościg.
Leon odchrząknął, jakby właśnie połknął zbyt miękki cukierek.
— Zauważyłem.
Roman uśmiechnął się lekko.
— Leon, twoje wskazówki i spokój… uratowały sytuację.
— Solidarność — przypomniał Leon, wskazując na bilecik. — To działa lepiej niż podejrzenia.
Wieczorem Leon wrócił do domu. Deszcz bębnił cicho o parapet, a w mieszkaniu pachniało kakao. Miki, już w swojej klatce schodowej, pomachała mu na dobranoc, jakby ich śledztwo było zwykłym spacerem.
Leon położył się na kanapie. Zawinął się w miękki, wełniany koc w kratę, który zawsze czekał na końcu dnia jak cierpliwy przyjaciel. Koc był ciepły, ciężki i spokojny — idealny, żeby zamknąć sprawę.
Przed zaśnięciem Leon pomyślał o trzech rzeczach: o piasku z peronu, o guziku z łopatką i o haśle „Solidarność”.
Wszystko się zgadzało. A najważniejsze: nikt nie został sam z błędem.
Za oknem metro jechało dalej, pod ziemią, jak długa, świecąca myśl. Leon przymknął oczy.
— Sprawa rozwiązana — mruknął do koca.
Koc, jak na profesjonalistę przystało, nie odpowiedział. Po prostu otulił go jeszcze ciaśniej.