Trwa ładowanie...
Opowieści małych detektywów 11-12 lat Czytanie 17 min.

Tajemnica znikającego miodu na jesiennym jarmarku w Brzózkowie

Bruno i jego przyjaciółka Lusia prowadzą śledztwo, gdy znika słoik miodu, a tropy prowadzą ich na tętniący jarmark pełen zagadek i podejrzanych.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Bruno, młody brązowy miś o miękkim futrze, szerokiej twarzy i ciekawych oczach, stoi w środku z ulgą i dumą, trzymając słoik z etykietą U cioci Maliny w jednej łapie i notes w drugiej; po lewej Lusia, mała ruda lisiczka z błyszczącym futrem i zdziwioną miną, z resztkami waty cukrowej na łapkach, pochyla się, by powąchać; po prawej pan Kret, krępy kret w ziemistym płaszczu i przekrzywionym słomkowym kapeluszu, klęczy zawstydzony, słoik toczy się u jego stóp; za stołem stoi Borsuk w kamizelce w kropki, zaskoczony i klaszczący, obok rząd małych słoików i tablica „Zgadnij zapach”; scena pod dużym jarmarcznym namiotem w pasy, ciepłe girlandy świetlne, drewniana podłoga, w tle stoisko z watą cukrową i plakaty z pszczołą — chwila odsłonięcia, Bruno pokazuje odnaleziony słoik przed konkursem zapachów, na ziemi porozrzucona słoma i złote drobinki, miękkie jesienne światło tworzy ciepłe cienie. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Zniknięcie słoika z miodem

W miasteczku Brzózkowo pachniało jesienią i świeżymi obwarzankami. W domu nad piekarnią mieszkał młody niedźwiedź o imieniu Bruno. Nie był wielki jak leśne legendy. Był raczej „w sam raz”: w bluzie z kieszeniami, z ołówkiem za uchem i notesem w łapie.

Bruno lubił porządek. Na biurku stały trzy kubki: na długopisy, na spinacze i na „ważne myśli”. W tej trzeciej przechowywał karteczki z zasadami, które sam wymyślił:

1) Najpierw patrz. Potem myśl. Na końcu mów.

2) Nie zgaduj, sprawdzaj.

Tego popołudnia wrócił ze szkoły, otworzył szafkę w kuchni i… zamarł.

Na półce powinien stać słoik miodu z etykietą „U cioci Maliny”. A stało tylko puste kółko po słoiku i jedna, samotna kropla miodu.

— To niemożliwe — mruknął Bruno. — Miód się nie wyparowuje. Nawet najlepszy.

Z dołu dobiegł głos mamy, niedźwiedzicy piekarki:

— Bruno, nie podjadaj przed kolacją! I proszę, nie przestawiaj worków z mąką!

— Mamo! — zawołał. — Miodu nie ma!

— Jak to „nie ma”? — mama weszła po schodach, otrzepując łapy z mąki. — Przecież rano widziałam słoik.

Bruno przyklęknął, jakby oglądał miejsce zbrodni. Zauważył na krawędzi półki cienką, błyszczącą smugę.

— Ślad — powiedział poważnie, a potem dodał ciszej: — Bardzo smaczny ślad.

Wylizał odrobinkę, ale tylko „w celach badawczych”.

W tej samej chwili do kuchni wpadła Lusia, lisica z sąsiedztwa, jego najlepsza koleżanka. Miała bystre oczy i zawsze wiedziała, co dzieje się w okolicy.

— Słyszałam „miód”! — oznajmiła. — A to słowo ma w Brzózkowie moc przyciągania. Co się stało?

Bruno otworzył notes.

— Zaginął słoik. Mamy ślad miodu i… pytania.

Lusia podparła brodę.

— Pierwsze pytanie: kto miał dostęp do szafki?

Bruno wyliczał na palcach:

— Ja, mama, tata… i pan Kret, który rano naprawiał rurę pod zlewem. Oraz… dym z pieca, ale raczej nie ma łap.

— Dym nie kradnie miodu — stwierdziła Lusia. — Chociaż czasem robi dziwne rzeczy z zapachem.

Bruno spojrzał na okno. Na parapecie leżał maleńki, kolorowy kawałek papieru.

— Bilet! — szepnął.

Na papierku widniał napis: „Wielki Jarmark Jesienny — dziś!”. A na odwrocie ktoś bazgrołami narysował… uśmiechniętą pszczołę.

Bruno poczuł, jak serce mu przyspiesza.

— Jeśli to wskazówka, prowadzi na jarmark.

Lusia uśmiechnęła się szeroko.

— Zatem: sprawa „Znikający Miód” oficjalnie rozpoczęta.

Rozdział 2: Porządek, ślady i przesunięta komoda

Zanim poszli na jarmark, Bruno chciał sprawdzić kuchnię od A do Z. W śledztwie lubił jasność, jak w dobrze wyszorowanej misce.

— Zróbmy mapę miejsca zdarzenia — zaproponował.

Na kartce narysował szafkę, stół, zlew i małą, lekką komodę na przyprawy, stojącą przy ścianie. Na komodzie zawsze stał pieprz, sól i słoiczek z goździkami.

Bruno przyłożył nos do podłogi.

— Czuję miód… ale też coś jeszcze. Cynamon?

— Cynamon pasuje do jarmarku — zauważyła Lusia. — Tam wszystko pachnie cynamonem, prażonymi orzechami i przygodą.

Bruno przyjrzał się podłodze. Między deskami błyszczało coś jak maleńka, złota nitka.

— Włosek? — Lusia nachyliła się. — Nie. To… słoma!

Słoma w naszej kuchni? — Bruno zmarszczył brwi. — Wczoraj jej nie było.

Słoma kojarzyła im się z jednym miejscem: ze stoiskiem pana Bociana na jarmarku, gdzie sprzedawano wianki i figurki ze słomy.

Bruno podszedł do komody. Coś mu nie pasowało. Róg komody był minimalnie poza linią kafelka.

Komoda była ruszana — powiedział.

— Może mama sprzątała? — zapytała Lusia.

— Mama sprząta prosto. To przesunięcie jest krzywe. Zobacz.

Bruno ujął komodę w łapy i delikatnie ją odsunął. Była lekka, więc poszło łatwo. Za nią ukazał się mały, zagięty kartonik i… kilka kropli zaschniętego miodu na ścianie, jakby ktoś otarł słoik.

Na kartoniku widniał stempel: „Stoisko nr 7”.

— To już nie przypadek — stwierdził Bruno. — Miód był tu, przy komodzie, i ktoś zostawił numer stoiska.

Lusia przysunęła pysk do ściany.

— I widzę jeszcze coś. W tych kroplach… są drobinki brokatu.

Bruno uniósł brwi.

— Brokat?

— Taki, jak sypią na watę cukrową, żeby „błyszczała jak chmura”. Pamiętasz?

Bruno pamiętał. Na jarmarku wata cukrowa była różowa, niebieska i zawsze trochę… przesadnie magiczna.

W notesie zapisał:

- słoma

- brokat

- bilet na jarmark

- „stoisko nr 7”

- narysowana pszczoła

— Teraz pytanie dla ciebie, czytelniku — powiedział Bruno, jakby zwracał się do kogoś stojącego obok. — Kto na jarmarku ma słomę? Kto ma brokat? I co może znaczyć pszczoła?

Lusia parsknęła.

— Bruno, ty nawet w śledztwie robisz przerwy na „pomyśl chwilę”.

— To pomaga — odparł. — A teraz: na jarmark!

Rozdział 3: Jarmark pełen tropów

Jarmark Jesienny rozłożył się na rynku jak kolorowy koc. Były stragany z jabłkami, stoiska z zabawkami, karuzela, dmuchany zamek i scena, na której ktoś stroił skrzypce. Nad wszystkim unosił się zapach prażonych pestek dyni.

Bruno i Lusia weszli między tłum. Bruno szedł wolno, żeby nie przegapić żadnego szczegółu. Lusia szła szybciej, bo jej ciekawość miała własny silnik.

— Stoisko numer… — Bruno spojrzał na kartonik. — Siedem.

Numery wisiały na drewnianych tabliczkach. Przeszli obok „3 — Pierniki pani Jeżowej”, „5 — Zakręcone Balony u pana Żurawia” i wreszcie zobaczyli „7”.

Stoisko nr 7 należało do pana Bociana. Stał wysoki, elegancki, a na szyi miał szalik w liście. Sprzedawał słomiane lalki, kapelusze i ozdoby.

— Dzień dobry — zaczął Bruno grzecznie. — Prowadzimy… małe dochodzenie.

— Och? — pan Bocian zamrugał. — Jeśli zginęła wam cierpliwość, to mogę sprzedać nową. Zrobioną ze słomy. Bardzo trwała.

Lusia zachichotała.

— Zginął słoik miodu.

Pan Bocian uniósł skrzydła w geście zaskoczenia.

— Miód? Ja tylko słoma. Miód klei pióra, nie polecam.

Bruno wskazał na słomę na ziemi.

— Czy ktoś dziś kupował u pana dużo słomy? Albo przechodził z czymś lepkim?

Pan Bocian zastanowił się.

— Była tu pani Wiewiórka z watą cukrową. I mały Zając, co chciał kapelusz. I… pan Kret! Ten od rur. Kupił słomianą podkładkę „pod gorący garnek”. Mówił, że w domu ma chaos i potrzebuje porządku.

Bruno zanotował. Pan Kret pojawił się już wcześniej w kuchni.

— A czy pan Kret miał przy sobie słoik? — dopytywał Bruno.

— Miał torbę. Ciężką. I coś w niej brzęknęło, jak szkło — powiedział pan Bocian. — Ale to mógł być też… słoik z ogórkami. Nie wąchałem.

Lusia wciągnęła powietrze.

— Czuję brokat. Wata cukrowa!

Wskazała na stoisko pani Wiewiórki, oblepione kolorowym cukrem. Nad głową wisiał szyld: „Chmury Cukrowe — z błyskiem!”

— Tam jest pszczoła — szepnął Bruno.

Na szyldzie rzeczywiście namalowana była uśmiechnięta pszczoła, prawie identyczna jak na bilecie.

— To nie jest przypadkowy rysunek — stwierdziła Lusia. — To reklama.

Przecisnęli się do stoiska. Pani Wiewiórka kręciła patyczek, a cukier wirował jak pajęczyna.

— Dzień dobry! — zawołała wesoło. — Kto chce chmurę? Różową, niebieską czy „tajemniczą”?

„Tajemniczą”? — zainteresowała się Lusia.

— To taka z cynamonem i brokatem — wyjaśniła pani Wiewiórka, mrugając. — Dla odważnych.

Bruno uniósł notes.

— Czy ktoś dziś kupował watę i miał przy sobie miód?

Pani Wiewiórka zamyśliła się.

— Miód… Tak! Pan Kret! Kupił „tajemniczą” i pytał, czy brokat się zmywa. Powiedziałam, że… raczej zostaje wszędzie.

Bruno spojrzał na Lusię. Dwa tropy, ten sam podejrzany.

— Gdzie poszedł? — zapytał Bruno.

— W stronę namiotu z konkursami — wskazała pani Wiewiórka. — Tam, gdzie „Zgadnij zapach” i „Koło Fortuny”.

Bruno skinął głową.

— Dziękujemy. I… jedną małą watę. Do analizy.

— Analizy? — Lusia parsknęła.

— Analizuję smak — odparł Bruno z powagą, choć wąsy już mu się kleiły.

Rozdział 4: Konkurs zapachów i kret w kapeluszu

Namiot z konkursami był głośny jak stado gęsi na wycieczce. Ktoś krzyczał: „Wygrana!” Ktoś inny jęczał: „To była cebula?!”

Przy stanowisku „Zgadnij zapach” stał prowadzący — wesoły Borsuk w muszce. Na stole leżały małe słoiczki z dziurkami w pokrywkach.

Bruno od razu pomyślał o swoim zaginionym słoiku.

— Uwaga, uwaga! — wołał Borsuk. — Kto odgadnie trzy zapachy, dostaje nagrodę!

Lusia szturchnęła Bruno.

— Spójrz. Tam.

W rogu namiotu stał pan Kret. Miał na głowie śmieszny słomiany kapelusz i trzymał torbę. Wyglądał na bardzo zajętego… unikaniem wzroku innych.

Bruno podszedł spokojnie.

— Dzień dobry, panie Krecie.

Pan Kret podskoczył.

— O! Bruno. Lusia. Co za… przypadek. Ja tylko… wącham.

— My też — powiedziała Lusia. — Wąchamy sprawy.

Bruno wskazał na torbę.

— Czy w pana torbie jest słoik?

— Słoik? — Pan Kret zaśmiał się nerwowo. — Kto by nosił słoik na jarmark? To… niepraktyczne.

Bruno nie podnosił głosu. Tylko otworzył notes i czytał powoli, jakby układał klocki:

— Rano był pan w naszym domu. Zniknął miód. W kuchni znaleźliśmy słomę i brokat. Pan kupił słomę na stoisku numer 7 i watę cukrową z brokatem. A teraz stoi pan przy słoikach z zapachami.

Pan Kret zacisnął łapy na torbie.

— To dowody… przeciwko mnie?

— To pytania — poprawił Bruno. — Dowody trzeba sprawdzić.

Lusia dodała:

— I jeszcze ten rysunek pszczoły. Taki sam jak na szyldzie waty cukrowej. Był na bilecie znalezionym u Bruna.

Pan Kret przełknął ślinę.

— Ja… ja nic nie ukradłem.

W tym momencie Borsuk z muszką zawołał:

— Ostatni uczestnik! Panie Krecie, pana kolej!

Pan Kret, jakby złapany w sidła, podszedł do stołu. Borsuk podał mu pierwszy słoiczek.

— Proszę wąchać i zgadywać!

Pan Kret przyłożył nos. Zamiast powiedzieć odpowiedź, kichnął tak mocno, że kapelusz zsunął mu się na oczy.

— Apsik!

Z torby pana Kreta coś wypadło i potoczyło się pod stół.

Bruno schylił się i podniósł… słoik. Z etykietą „U cioci Maliny”.

Lusia otworzyła pysk ze zdziwienia.

— To ten!

W namiocie zrobiło się cicho. Nawet ktoś, kto przed chwilą krzyczał „cebula!”, teraz milczał.

Bruno trzymał słoik ostrożnie.

— Panie Krecie, to wygląda jak kradzież. Ale zanim uznamy to za pewnik, proszę powiedzieć: dlaczego pan go ma?

Pan Kret spuścił łeb.

— Bo… bo chciałem go oddać.

— Oddać? — Bruno zmrużył oczy. — Komu?

Pan Kret westchnął, jakby wreszcie przestał się kopać w miejscu.

— Tobie. Ale… chciałem, żeby to było wesołe. I… trochę w moim stylu.

— Czyli w stylu „pod ziemią i w tajemnicy”? — mruknęła Lusia.

Pan Kret skinął głową.

— Tak. I teraz wyszło głupio.

Rozdział 5: Plan pana Kreta i zagadka z uśmiechem

Usiedli z panem Kretem za namiotem, gdzie było ciszej. Bruno postawił słoik na ławce jak najcenniejszy eksponat.

— Opowiada pan od początku — powiedział Bruno. — Krok po kroku. Jak w porządnej instrukcji.

Pan Kret zaczął:

— Rano naprawiałem wam rurę. Widziałem słoik na półce. A potem mama Bruna zeszła na dół po mąkę. Zostałeś sam.

— Ja wtedy odrabiałem matematykę — wtrącił Bruno.

— Wiem. Słyszałem, jak liczysz na głos. Bardzo… dokładnie — przyznał pan Kret. — I wtedy przypomniałem sobie, że dziś na jarmarku jest konkurs „Zgadnij zapach”. Nagrodą jest… wielka drewniana łycha do miodu. Pomyślałem: „Bruno uwielbia miód. Zrobię mu niespodziankę. Wystartuję w konkursie, ale potrzebuję jego miodu, bo bez prób nie odgadnę zapachu”.

Lusia prychnęła.

— Czyli „pożyczył” pan słoik bez pytania.

— Tak… — pan Kret poczerwieniał aż po czubek nosa. — Chciałem go od razu oddać, tylko… potem wpadłem na jeszcze głupszy pomysł.

Bruno uniósł brew.

— Słucham.

— Chciałem zrobić „tajemniczy ślad” jak w książkach detektywistycznych, żebyś mógł rozwiązać zagadkę i znaleźć słoik na jarmarku. Myślałem, że to będzie zabawne. Zostawiłem bilet z pszczołą, bo pszczoła to reklama waty cukrowej, a ja tam kupiłem brokat… to znaczy watę. I niechcący rozsypała mi się słoma z podkładki. A komodę przesunąłem, bo słoik mi się o nią stuknął, i chciałem schować kartonik ze stoiska, ale wypadł…

Bruno słuchał i notował, choć w jego oczach pojawiło się coś między ulgą a rozbawieniem.

— Czy pan rozumie, co jest tu problemem? — zapytał Bruno spokojnie.

— Że… przesadziłem? — Pan Kret spojrzał niepewnie.

— I że wziął pan cudzą rzecz bez pytania — dodała Lusia. — Nawet jeśli to „dla niespodzianki”.

Pan Kret kiwnął głową tak mocno, że kapelusz podskoczył.

— Tak. Wiem. Przepraszam. Chciałem dobrze, wyszło… śledczo źle.

Bruno odkręcił słoik, powąchał i od razu zakręcił.

— Miód cały. To najważniejsze. A teraz pytanie: co z nagrodą?

Pan Kret ożywił się.

— Jeśli pomożecie mi w konkursie zapachów, możemy wygrać łyżkę. Dla ciebie, Bruno. Uczciwie. Z twoim udziałem.

Lusia spojrzała na Bruna.

— No i co, detektywie? Przyjmujesz sojusz z… podejrzanym?

Bruno zamknął notes.

— W śledztwie liczy się prawda i naprawienie błędu. Pan Kret przyznał się, oddał słoik i chce zadośćuczynić. Możemy spróbować.

— Spróbować… wąchać? — Lusia skrzywiła pysk. — Ja to wolę rozwiązywać zagadki oczami.

— No to będziesz naszym „kontrolerem logiki” — zaproponował Bruno. — A ja będę nosem.

Rozdział 6: Rozwiązanie, nagroda i lekki taniec

Wrócili do namiotu konkursów. Borsuk w muszce aż klasnął.

— O, wracacie! I jest słoik! Proszę państwa, mamy zwrot akcji!

Bruno szepnął do Lusi:

— Teraz twoja pomoc. Ja wącham, ty oceniasz, czy to ma sens.

Borsuk podał pierwszy słoiczek.

Bruno powąchał. Zapach był ciepły, słodki, z nutą pieca.

— To… piernik.

— Zgadza się! — zawołał Borsuk.

Drugi słoiczek pachniał ostro, aż łaskotał w nos.

— Chrzan — powiedział Bruno pewnie.

— Trafione!

Trzeci słoiczek był trudniejszy. Bruno powąchał raz. Potem drugi. Pachniało znajomo, ale mieszało się z czymś lekkim.

— Cynamon? — zgadł pan Kret, patrząc błagalnie.

Lusia przybliżyła się.

— Czekaj. Cynamon jest „suchy” w nosie. A to jest bardziej… jak spacer w lesie po deszczu.

Bruno zamknął oczy. Przypomniał sobie kuchnię, przesuniętą komodę i tamten dodatkowy zapach.

— To nie cynamon. To… goździki! Z komody!

Borsuk aż podskoczył.

— Brawo! Trzy na trzy! Mamy zwycięzców!

Tłum zaklaskał. Pan Kret wyglądał, jakby z jego pleców spadł worek kamieni. Borsuk wręczył im wielką, drewnianą łyżkę do miodu, gładką i pięknie rzeźbioną.

Pan Kret podał ją Brunowi.

— Twoja. I… jeszcze raz przepraszam. Następnym razem niespodzianki zrobię tak: zapytam.

Bruno uśmiechnął się.

— A ja następnym razem nie będę lizał śladów w miejscu zdarzenia. Przynajmniej… postaram się.

Lusia roześmiała się.

— To dopiero będzie próba wytrwałości!

Wieczorem na rynku zapaliły się lampki. Na scenie zagrała kapela: skrzypce, bębenek i flet. Prowadzący ogłosił:

— Czas na lekki taniec na zakończenie jarmarku!

Bruno trzymał w jednej łapie łyżkę, w drugiej słoik, a mimo to dał się wciągnąć w krąg. Lusia tańczyła z ogonem jak metronom, a pan Kret próbował kroków, jakby sprawdzał, czy ziemia jest bezpieczna.

— Widzisz? — powiedziała Lusia do Bruna, gdy zakręcili się raz i drugi. — Tajemnica rozwiązana, miód uratowany, a podejrzany… zrehabilitowany.

Bruno skinął głową, dysząc wesoło.

— I jeszcze jedno. Wytrwałość działa. Gdybyśmy odpuścili po bilecie, nie poznalibyśmy prawdy.

Kapela przyspieszyła. Lampki mrugały. A na koniec wszyscy wykonali prosty, lekki krok w bok i obrót, jakby cały jarmark na chwilę stał się jedną wielką, przyjazną zagadką, którą dało się rozwiązać… tańcem.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Etykietą
Papier lub naklejka przyklejona do słoika, z napisem lub obrazkiem.
ślad
Coś, co zostało po kimś lub czymś, na przykład kropla lub odcisk.
Brokat
Małe, błyszczące drobinki używane do ozdabiania słodyczy lub papieru.
Słoma
Wysuszone łodygi zboża, używane do wyrobu ozdób i podkładek.
Komoda
Mebel z szufladami, gdzie przechowuje się rzeczy, na przykład ubrania.
Przesunięcie
Ruch czegoś z miejsca na miejsce, często niewielki i zauważalny.
Zagięty
Coś zgięte w linii lub rogu, na przykład kartka lub kartonik.
Zadośćuczynić
Naprawić błąd lub przeprosić, robiąc coś miłego lub sprawiedliwego.
Wytrwałość
Cierpliwe i długie trzymanie się zadania, nawet gdy jest trudno.
Zrehabilitowany
Ktoś, komu przywrócono dobre imię po podejrzeniach lub problemie.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.