Rozdział 1: Zniknięcie słoika z miodem
W miasteczku Brzózkowo pachniało jesienią i świeżymi obwarzankami. W domu nad piekarnią mieszkał młody niedźwiedź o imieniu Bruno. Nie był wielki jak leśne legendy. Był raczej „w sam raz”: w bluzie z kieszeniami, z ołówkiem za uchem i notesem w łapie.
Bruno lubił porządek. Na biurku stały trzy kubki: na długopisy, na spinacze i na „ważne myśli”. W tej trzeciej przechowywał karteczki z zasadami, które sam wymyślił:
1) Najpierw patrz. Potem myśl. Na końcu mów.
2) Nie zgaduj, sprawdzaj.
Tego popołudnia wrócił ze szkoły, otworzył szafkę w kuchni i… zamarł.
Na półce powinien stać słoik miodu z etykietą „U cioci Maliny”. A stało tylko puste kółko po słoiku i jedna, samotna kropla miodu.
— To niemożliwe — mruknął Bruno. — Miód się nie wyparowuje. Nawet najlepszy.
Z dołu dobiegł głos mamy, niedźwiedzicy piekarki:
— Bruno, nie podjadaj przed kolacją! I proszę, nie przestawiaj worków z mąką!
— Mamo! — zawołał. — Miodu nie ma!
— Jak to „nie ma”? — mama weszła po schodach, otrzepując łapy z mąki. — Przecież rano widziałam słoik.
Bruno przyklęknął, jakby oglądał miejsce zbrodni. Zauważył na krawędzi półki cienką, błyszczącą smugę.
— Ślad — powiedział poważnie, a potem dodał ciszej: — Bardzo smaczny ślad.
Wylizał odrobinkę, ale tylko „w celach badawczych”.
W tej samej chwili do kuchni wpadła Lusia, lisica z sąsiedztwa, jego najlepsza koleżanka. Miała bystre oczy i zawsze wiedziała, co dzieje się w okolicy.
— Słyszałam „miód”! — oznajmiła. — A to słowo ma w Brzózkowie moc przyciągania. Co się stało?
Bruno otworzył notes.
— Zaginął słoik. Mamy ślad miodu i… pytania.
Lusia podparła brodę.
— Pierwsze pytanie: kto miał dostęp do szafki?
Bruno wyliczał na palcach:
— Ja, mama, tata… i pan Kret, który rano naprawiał rurę pod zlewem. Oraz… dym z pieca, ale raczej nie ma łap.
— Dym nie kradnie miodu — stwierdziła Lusia. — Chociaż czasem robi dziwne rzeczy z zapachem.
Bruno spojrzał na okno. Na parapecie leżał maleńki, kolorowy kawałek papieru.
— Bilet! — szepnął.
Na papierku widniał napis: „Wielki Jarmark Jesienny — dziś!”. A na odwrocie ktoś bazgrołami narysował… uśmiechniętą pszczołę.
Bruno poczuł, jak serce mu przyspiesza.
— Jeśli to wskazówka, prowadzi na jarmark.
Lusia uśmiechnęła się szeroko.
— Zatem: sprawa „Znikający Miód” oficjalnie rozpoczęta.
Rozdział 2: Porządek, ślady i przesunięta komoda
Zanim poszli na jarmark, Bruno chciał sprawdzić kuchnię od A do Z. W śledztwie lubił jasność, jak w dobrze wyszorowanej misce.
— Zróbmy mapę miejsca zdarzenia — zaproponował.
Na kartce narysował szafkę, stół, zlew i małą, lekką komodę na przyprawy, stojącą przy ścianie. Na komodzie zawsze stał pieprz, sól i słoiczek z goździkami.
Bruno przyłożył nos do podłogi.
— Czuję miód… ale też coś jeszcze. Cynamon?
— Cynamon pasuje do jarmarku — zauważyła Lusia. — Tam wszystko pachnie cynamonem, prażonymi orzechami i przygodą.
Bruno przyjrzał się podłodze. Między deskami błyszczało coś jak maleńka, złota nitka.
— Włosek? — Lusia nachyliła się. — Nie. To… słoma!
— Słoma w naszej kuchni? — Bruno zmarszczył brwi. — Wczoraj jej nie było.
Słoma kojarzyła im się z jednym miejscem: ze stoiskiem pana Bociana na jarmarku, gdzie sprzedawano wianki i figurki ze słomy.
Bruno podszedł do komody. Coś mu nie pasowało. Róg komody był minimalnie poza linią kafelka.
— Komoda była ruszana — powiedział.
— Może mama sprzątała? — zapytała Lusia.
— Mama sprząta prosto. To przesunięcie jest krzywe. Zobacz.
Bruno ujął komodę w łapy i delikatnie ją odsunął. Była lekka, więc poszło łatwo. Za nią ukazał się mały, zagięty kartonik i… kilka kropli zaschniętego miodu na ścianie, jakby ktoś otarł słoik.
Na kartoniku widniał stempel: „Stoisko nr 7”.
— To już nie przypadek — stwierdził Bruno. — Miód był tu, przy komodzie, i ktoś zostawił numer stoiska.
Lusia przysunęła pysk do ściany.
— I widzę jeszcze coś. W tych kroplach… są drobinki brokatu.
Bruno uniósł brwi.
— Brokat?
— Taki, jak sypią na watę cukrową, żeby „błyszczała jak chmura”. Pamiętasz?
Bruno pamiętał. Na jarmarku wata cukrowa była różowa, niebieska i zawsze trochę… przesadnie magiczna.
W notesie zapisał:
- słoma
- brokat
- bilet na jarmark
- „stoisko nr 7”
- narysowana pszczoła
— Teraz pytanie dla ciebie, czytelniku — powiedział Bruno, jakby zwracał się do kogoś stojącego obok. — Kto na jarmarku ma słomę? Kto ma brokat? I co może znaczyć pszczoła?
Lusia parsknęła.
— Bruno, ty nawet w śledztwie robisz przerwy na „pomyśl chwilę”.
— To pomaga — odparł. — A teraz: na jarmark!
Rozdział 3: Jarmark pełen tropów
Jarmark Jesienny rozłożył się na rynku jak kolorowy koc. Były stragany z jabłkami, stoiska z zabawkami, karuzela, dmuchany zamek i scena, na której ktoś stroił skrzypce. Nad wszystkim unosił się zapach prażonych pestek dyni.
Bruno i Lusia weszli między tłum. Bruno szedł wolno, żeby nie przegapić żadnego szczegółu. Lusia szła szybciej, bo jej ciekawość miała własny silnik.
— Stoisko numer… — Bruno spojrzał na kartonik. — Siedem.
Numery wisiały na drewnianych tabliczkach. Przeszli obok „3 — Pierniki pani Jeżowej”, „5 — Zakręcone Balony u pana Żurawia” i wreszcie zobaczyli „7”.
Stoisko nr 7 należało do pana Bociana. Stał wysoki, elegancki, a na szyi miał szalik w liście. Sprzedawał słomiane lalki, kapelusze i ozdoby.
— Dzień dobry — zaczął Bruno grzecznie. — Prowadzimy… małe dochodzenie.
— Och? — pan Bocian zamrugał. — Jeśli zginęła wam cierpliwość, to mogę sprzedać nową. Zrobioną ze słomy. Bardzo trwała.
Lusia zachichotała.
— Zginął słoik miodu.
Pan Bocian uniósł skrzydła w geście zaskoczenia.
— Miód? Ja tylko słoma. Miód klei pióra, nie polecam.
Bruno wskazał na słomę na ziemi.
— Czy ktoś dziś kupował u pana dużo słomy? Albo przechodził z czymś lepkim?
Pan Bocian zastanowił się.
— Była tu pani Wiewiórka z watą cukrową. I mały Zając, co chciał kapelusz. I… pan Kret! Ten od rur. Kupił słomianą podkładkę „pod gorący garnek”. Mówił, że w domu ma chaos i potrzebuje porządku.
Bruno zanotował. Pan Kret pojawił się już wcześniej w kuchni.
— A czy pan Kret miał przy sobie słoik? — dopytywał Bruno.
— Miał torbę. Ciężką. I coś w niej brzęknęło, jak szkło — powiedział pan Bocian. — Ale to mógł być też… słoik z ogórkami. Nie wąchałem.
Lusia wciągnęła powietrze.
— Czuję brokat. Wata cukrowa!
Wskazała na stoisko pani Wiewiórki, oblepione kolorowym cukrem. Nad głową wisiał szyld: „Chmury Cukrowe — z błyskiem!”
— Tam jest pszczoła — szepnął Bruno.
Na szyldzie rzeczywiście namalowana była uśmiechnięta pszczoła, prawie identyczna jak na bilecie.
— To nie jest przypadkowy rysunek — stwierdziła Lusia. — To reklama.
Przecisnęli się do stoiska. Pani Wiewiórka kręciła patyczek, a cukier wirował jak pajęczyna.
— Dzień dobry! — zawołała wesoło. — Kto chce chmurę? Różową, niebieską czy „tajemniczą”?
— „Tajemniczą”? — zainteresowała się Lusia.
— To taka z cynamonem i brokatem — wyjaśniła pani Wiewiórka, mrugając. — Dla odważnych.
Bruno uniósł notes.
— Czy ktoś dziś kupował watę i miał przy sobie miód?
Pani Wiewiórka zamyśliła się.
— Miód… Tak! Pan Kret! Kupił „tajemniczą” i pytał, czy brokat się zmywa. Powiedziałam, że… raczej zostaje wszędzie.
Bruno spojrzał na Lusię. Dwa tropy, ten sam podejrzany.
— Gdzie poszedł? — zapytał Bruno.
— W stronę namiotu z konkursami — wskazała pani Wiewiórka. — Tam, gdzie „Zgadnij zapach” i „Koło Fortuny”.
Bruno skinął głową.
— Dziękujemy. I… jedną małą watę. Do analizy.
— Analizy? — Lusia parsknęła.
— Analizuję smak — odparł Bruno z powagą, choć wąsy już mu się kleiły.
Rozdział 4: Konkurs zapachów i kret w kapeluszu
Namiot z konkursami był głośny jak stado gęsi na wycieczce. Ktoś krzyczał: „Wygrana!” Ktoś inny jęczał: „To była cebula?!”
Przy stanowisku „Zgadnij zapach” stał prowadzący — wesoły Borsuk w muszce. Na stole leżały małe słoiczki z dziurkami w pokrywkach.
Bruno od razu pomyślał o swoim zaginionym słoiku.
— Uwaga, uwaga! — wołał Borsuk. — Kto odgadnie trzy zapachy, dostaje nagrodę!
Lusia szturchnęła Bruno.
— Spójrz. Tam.
W rogu namiotu stał pan Kret. Miał na głowie śmieszny słomiany kapelusz i trzymał torbę. Wyglądał na bardzo zajętego… unikaniem wzroku innych.
Bruno podszedł spokojnie.
— Dzień dobry, panie Krecie.
Pan Kret podskoczył.
— O! Bruno. Lusia. Co za… przypadek. Ja tylko… wącham.
— My też — powiedziała Lusia. — Wąchamy sprawy.
Bruno wskazał na torbę.
— Czy w pana torbie jest słoik?
— Słoik? — Pan Kret zaśmiał się nerwowo. — Kto by nosił słoik na jarmark? To… niepraktyczne.
Bruno nie podnosił głosu. Tylko otworzył notes i czytał powoli, jakby układał klocki:
— Rano był pan w naszym domu. Zniknął miód. W kuchni znaleźliśmy słomę i brokat. Pan kupił słomę na stoisku numer 7 i watę cukrową z brokatem. A teraz stoi pan przy słoikach z zapachami.
Pan Kret zacisnął łapy na torbie.
— To dowody… przeciwko mnie?
— To pytania — poprawił Bruno. — Dowody trzeba sprawdzić.
Lusia dodała:
— I jeszcze ten rysunek pszczoły. Taki sam jak na szyldzie waty cukrowej. Był na bilecie znalezionym u Bruna.
Pan Kret przełknął ślinę.
— Ja… ja nic nie ukradłem.
W tym momencie Borsuk z muszką zawołał:
— Ostatni uczestnik! Panie Krecie, pana kolej!
Pan Kret, jakby złapany w sidła, podszedł do stołu. Borsuk podał mu pierwszy słoiczek.
— Proszę wąchać i zgadywać!
Pan Kret przyłożył nos. Zamiast powiedzieć odpowiedź, kichnął tak mocno, że kapelusz zsunął mu się na oczy.
— Apsik!
Z torby pana Kreta coś wypadło i potoczyło się pod stół.
Bruno schylił się i podniósł… słoik. Z etykietą „U cioci Maliny”.
Lusia otworzyła pysk ze zdziwienia.
— To ten!
W namiocie zrobiło się cicho. Nawet ktoś, kto przed chwilą krzyczał „cebula!”, teraz milczał.
Bruno trzymał słoik ostrożnie.
— Panie Krecie, to wygląda jak kradzież. Ale zanim uznamy to za pewnik, proszę powiedzieć: dlaczego pan go ma?
Pan Kret spuścił łeb.
— Bo… bo chciałem go oddać.
— Oddać? — Bruno zmrużył oczy. — Komu?
Pan Kret westchnął, jakby wreszcie przestał się kopać w miejscu.
— Tobie. Ale… chciałem, żeby to było wesołe. I… trochę w moim stylu.
— Czyli w stylu „pod ziemią i w tajemnicy”? — mruknęła Lusia.
Pan Kret skinął głową.
— Tak. I teraz wyszło głupio.
Rozdział 5: Plan pana Kreta i zagadka z uśmiechem
Usiedli z panem Kretem za namiotem, gdzie było ciszej. Bruno postawił słoik na ławce jak najcenniejszy eksponat.
— Opowiada pan od początku — powiedział Bruno. — Krok po kroku. Jak w porządnej instrukcji.
Pan Kret zaczął:
— Rano naprawiałem wam rurę. Widziałem słoik na półce. A potem mama Bruna zeszła na dół po mąkę. Zostałeś sam.
— Ja wtedy odrabiałem matematykę — wtrącił Bruno.
— Wiem. Słyszałem, jak liczysz na głos. Bardzo… dokładnie — przyznał pan Kret. — I wtedy przypomniałem sobie, że dziś na jarmarku jest konkurs „Zgadnij zapach”. Nagrodą jest… wielka drewniana łycha do miodu. Pomyślałem: „Bruno uwielbia miód. Zrobię mu niespodziankę. Wystartuję w konkursie, ale potrzebuję jego miodu, bo bez prób nie odgadnę zapachu”.
Lusia prychnęła.
— Czyli „pożyczył” pan słoik bez pytania.
— Tak… — pan Kret poczerwieniał aż po czubek nosa. — Chciałem go od razu oddać, tylko… potem wpadłem na jeszcze głupszy pomysł.
Bruno uniósł brew.
— Słucham.
— Chciałem zrobić „tajemniczy ślad” jak w książkach detektywistycznych, żebyś mógł rozwiązać zagadkę i znaleźć słoik na jarmarku. Myślałem, że to będzie zabawne. Zostawiłem bilet z pszczołą, bo pszczoła to reklama waty cukrowej, a ja tam kupiłem brokat… to znaczy watę. I niechcący rozsypała mi się słoma z podkładki. A komodę przesunąłem, bo słoik mi się o nią stuknął, i chciałem schować kartonik ze stoiska, ale wypadł…
Bruno słuchał i notował, choć w jego oczach pojawiło się coś między ulgą a rozbawieniem.
— Czy pan rozumie, co jest tu problemem? — zapytał Bruno spokojnie.
— Że… przesadziłem? — Pan Kret spojrzał niepewnie.
— I że wziął pan cudzą rzecz bez pytania — dodała Lusia. — Nawet jeśli to „dla niespodzianki”.
Pan Kret kiwnął głową tak mocno, że kapelusz podskoczył.
— Tak. Wiem. Przepraszam. Chciałem dobrze, wyszło… śledczo źle.
Bruno odkręcił słoik, powąchał i od razu zakręcił.
— Miód cały. To najważniejsze. A teraz pytanie: co z nagrodą?
Pan Kret ożywił się.
— Jeśli pomożecie mi w konkursie zapachów, możemy wygrać łyżkę. Dla ciebie, Bruno. Uczciwie. Z twoim udziałem.
Lusia spojrzała na Bruna.
— No i co, detektywie? Przyjmujesz sojusz z… podejrzanym?
Bruno zamknął notes.
— W śledztwie liczy się prawda i naprawienie błędu. Pan Kret przyznał się, oddał słoik i chce zadośćuczynić. Możemy spróbować.
— Spróbować… wąchać? — Lusia skrzywiła pysk. — Ja to wolę rozwiązywać zagadki oczami.
— No to będziesz naszym „kontrolerem logiki” — zaproponował Bruno. — A ja będę nosem.
Rozdział 6: Rozwiązanie, nagroda i lekki taniec
Wrócili do namiotu konkursów. Borsuk w muszce aż klasnął.
— O, wracacie! I jest słoik! Proszę państwa, mamy zwrot akcji!
Bruno szepnął do Lusi:
— Teraz twoja pomoc. Ja wącham, ty oceniasz, czy to ma sens.
Borsuk podał pierwszy słoiczek.
Bruno powąchał. Zapach był ciepły, słodki, z nutą pieca.
— To… piernik.
— Zgadza się! — zawołał Borsuk.
Drugi słoiczek pachniał ostro, aż łaskotał w nos.
— Chrzan — powiedział Bruno pewnie.
— Trafione!
Trzeci słoiczek był trudniejszy. Bruno powąchał raz. Potem drugi. Pachniało znajomo, ale mieszało się z czymś lekkim.
— Cynamon? — zgadł pan Kret, patrząc błagalnie.
Lusia przybliżyła się.
— Czekaj. Cynamon jest „suchy” w nosie. A to jest bardziej… jak spacer w lesie po deszczu.
Bruno zamknął oczy. Przypomniał sobie kuchnię, przesuniętą komodę i tamten dodatkowy zapach.
— To nie cynamon. To… goździki! Z komody!
Borsuk aż podskoczył.
— Brawo! Trzy na trzy! Mamy zwycięzców!
Tłum zaklaskał. Pan Kret wyglądał, jakby z jego pleców spadł worek kamieni. Borsuk wręczył im wielką, drewnianą łyżkę do miodu, gładką i pięknie rzeźbioną.
Pan Kret podał ją Brunowi.
— Twoja. I… jeszcze raz przepraszam. Następnym razem niespodzianki zrobię tak: zapytam.
Bruno uśmiechnął się.
— A ja następnym razem nie będę lizał śladów w miejscu zdarzenia. Przynajmniej… postaram się.
Lusia roześmiała się.
— To dopiero będzie próba wytrwałości!
Wieczorem na rynku zapaliły się lampki. Na scenie zagrała kapela: skrzypce, bębenek i flet. Prowadzący ogłosił:
— Czas na lekki taniec na zakończenie jarmarku!
Bruno trzymał w jednej łapie łyżkę, w drugiej słoik, a mimo to dał się wciągnąć w krąg. Lusia tańczyła z ogonem jak metronom, a pan Kret próbował kroków, jakby sprawdzał, czy ziemia jest bezpieczna.
— Widzisz? — powiedziała Lusia do Bruna, gdy zakręcili się raz i drugi. — Tajemnica rozwiązana, miód uratowany, a podejrzany… zrehabilitowany.
Bruno skinął głową, dysząc wesoło.
— I jeszcze jedno. Wytrwałość działa. Gdybyśmy odpuścili po bilecie, nie poznalibyśmy prawdy.
Kapela przyspieszyła. Lampki mrugały. A na koniec wszyscy wykonali prosty, lekki krok w bok i obrót, jakby cały jarmark na chwilę stał się jedną wielką, przyjazną zagadką, którą dało się rozwiązać… tańcem.