Trwa ładowanie...
Opowieści małych detektywów 11-12 lat Czytanie 18 min.

Tajemnica złotego mikrofonu w szkole Pod Kasztanem

W Szkole Pod Kasztanem zniknął Złoty Mikrofon, więc Brunek i jego przyjaciele prowadzą śledztwo, zbierając tropy i rozmawiając z nauczycielami, by odkryć, co się stało.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Brunek, mały brązowy miś w niebieskiej kamizelce, patrzy skoncentrowany i z ulgą na złoty mikrofon, trzymając delikatnie srebrny kabel; Pan Rysiek, lis w koszuli w wzory i czerwonej muszce, stoi przy pulpicie z zaskoczonym gestem, z brokatem na kołnierzu; Pani Łucja, nauczycielka z siwymi włosami w koku, trzyma okulary na nosie, z czerwonym z ulgi obliczem i ściska granatową teczkę; Leon jeż i Maja wiewiórka w tle, lekko pochylone ku scenie, jedno z nastroszonymi kolcami, drugie przewracające oczami, ale uśmiechnięte; duża sala muzyczna z wielkimi oknami wpuszczającymi promienie słońca, półkami z nutami, błyszczącym czarnym pianinem i dużym kartonem „DEKORACJE” pełnym brokatu; na ławce leży częściowo otwarty szary pokrowiec, z którego wystaje błyszczący złoty mikrofon, poplątane kable i ślady brokatu — główny moment: spokojne odkrycie, że zaginiony mikrofon był w pokrowcu muzyka, ulga i rozwiązanie nieporozumienia, ciepłe światło i atmosfera zakończenia; styl: ciepłe kolory, miękkie tekstury, mocny kontrast między złotem mikrofonu a szarością pokrowca, migoczący brokat i refleksy na parkiecie. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Zniknięcie w słonecznej klasie

W Szkole Pod Kasztanem słońce wlewało się przez okna tak jasno, że na podłodze leżały złote prostokąty. W jednym z nich stał Brunek — nieduży, brązowy niedźwiedź w granatowej kamizelce, znany z tego, że widzi rzeczy, które innym umykają.

— Dzisiaj próba chóru! — przypomniała pani Łucja, stawiając na biurku teczkę z nutami. — A po przerwie… niespodzianka.

Klasa zaszumiała jak drzewo na wietrze.

— Niespodzianka to pewnie lody — szepnął z nadzieją Jeżyk Leon.

— Albo dodatkowa kartkówka — mruknęła Wiewiórka Maja, dramatycznie wzdychając.

Wtedy stało się coś dziwnego. Pani Łucja otworzyła teczkę, zajrzała do środka i znieruchomiała.

— Hm. To… niemożliwe — powiedziała cicho.

— Co się stało? — zapytał ktoś.

Pani Łucja uniosła wzrok, a w jej okularach odbiły się słoneczne plamy.

— Zniknął nasz Złoty Mikrofon. Ten, który miał być nagrodą w konkursie piosenki.

W klasie zapadła cisza. Nawet wentylator pod sufitem jakby kręcił się wolniej.

Brunek uniósł nos. Niedźwiedzie mają dobry węch, a detektywi — jeszcze lepszą ciekawość.

— Gdzie był ostatnio? — zapytał spokojnie.

— W tej teczce. Przyniosłam go rano z pokoju nauczycielskiego. Kładłam teczkę na biurku i… poszłam po kredę. Nikogo nie było w klasie. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Brunek popatrzył na biurko. Obok teczki leżał biały pyłek kredy i coś jeszcze: maleńka, zielona nitka, jak z szalika.

— Dobrze — powiedział. — Zróbmy tak. Nikt nikogo nie oskarża. Najpierw zbieramy fakty.

— O, uwielbiam fakty — ucieszył się Leon. — One się nie obrażają.

Maja prychnęła, ale uśmiechnęła się pod nosem.

Brunek odsunął teczkę, zajrzał pod nią i zobaczył na blacie delikatny ślad, jakby ktoś przesunął po nim coś gładkiego.

— Kto wchodził dziś do klasy przed dzwonkiem? — zapytał.

Kilka łapek poszło w górę. Wśród nich łapka Króliczki Tosi, która wyglądała na zakłopotaną.

— Ja… przyszłam pierwsza. Położyłam plecak, bo zapomniałam wczoraj zeszytu. Potem… poszłam do szatni.

Brunek kiwnął głową.

— Kto jeszcze?

— Ja przyszedłem po wodę do kwiatka! — zawołał Kotek Alan. — Pani prosiła, żeby nie uschnął.

— Ja tylko zajrzałem, czy jest moja czapka… bo znowu ją gubię — dodał Bóbr Franek.

Pani Łucja westchnęła.

— Kochani, to poważna sprawa. Ale wierzę, że to się da wyjaśnić.

Brunek poczuł, jak w brzuchu pojawia mu się znajome mrowienie: mieszanka zagadki i odpowiedzialności.

— Zaczynamy śledztwo — powiedział. — I potrzebuję pomocników.

— Ja! — krzyknęli Leon i Maja jednocześnie, a potem popatrzyli na siebie, jakby przypadkiem weszli na tę samą deskę w basenie.

— Dobrze. Ale pamiętajcie: cierpliwość. Tropów nie wyrywa się jak marchewki. Tropom się przygląda.

Rozdział 2: Trop zielonej nitki

Na przerwie słońce przeniosło się na korytarz. Pachniało kanapkami, jabłkami i pastą do podłóg. Brunek, Leon i Maja stanęli przy tablicy ogłoszeń, gdzie wisiał plakat konkursu piosenki: „Zaśpiewaj jak słońce!”.

— Zielona nitka — powiedział Brunek, trzymając ją na łapce. — Kto nosi coś zielonego?

Leon rozejrzał się, jak radar.

— O! Zobacz! Żółw Tymek ma zielony szalik. Taki długi, że mógłby nim owinąć latarnię.

Maja zmrużyła oczy.

— I zawsze go zahacza o klamki. Wczoraj prawie wciągnął nim do toalety kosz na papier.

Podchodzą do Tymka, który stał spokojnie przy oknie i jadł sałatę z pudełka. Żółw miał taką minę, jakby czas był jego ulubioną zabawką.

— Tymek — zaczął Brunek łagodnie — potrzebujemy zadać ci kilka pytań.

Tymek przeżuł powoli, przełknął i dopiero wtedy odpowiedział:

— Jeśli to o mój szalik, to tak, jest zielony. Ale nie jest winny niczemu, poza tym, że jest zbyt miękki.

— Byłeś dziś rano w naszej klasie? — zapytała Maja.

— Byłem. Pani woźna poprosiła, żebym zaniósł do pani Łucji pudełko z kredą. Zostawiłem je na biurku i poszedłem. Wolno, ale poszedłem.

Leon aż podskoczył.

— A widziałeś teczkę?

— Widzę wiele teczek — odparł Tymek. — Ta była granatowa. Jak niebo, gdy nie ma chmur.

Brunek spojrzał na Maję. Granatowa. Zgadza się.

— Czy ktoś był wtedy w klasie? — dopytał.

Tymek zastanowił się bardzo długo, jakby szukał odpowiedzi pod kamieniem.

— Nie. Było cicho. Tylko… zasłona lekko się poruszyła. Jakby od przeciągu.

— Przeciąg? — powtórzyła Maja. — Okna były zamknięte.

— Może drzwi? — zaproponował Leon, który lubił odpowiedzi szybkie jak piłeczka pingpongowa.

Brunek nie przerwał. Uczył się cierpliwości tak, jak inni uczą się tabliczki mnożenia: krok po kroku.

— Dziękujemy, Tymek. Jeszcze jedno: twój szalik… czy mógł zgubić nitkę w klasie?

Tymek uniósł koniec szalika. Na brzegu była strzępka.

— Mógł. Szalik jest stary. Ma swoje przygody.

— Czyli nitka to nie dowód winy — podsumował Brunek. — Tylko ślad obecności.

Maja przytaknęła, choć wyglądała, jakby chciała, żeby ślady były trochę bardziej spektakularne.

— To co teraz? — zapytał Leon. — Tropimy przeciąg?

Brunek spojrzał na okno na końcu korytarza. Na parapecie stała doniczka z miętą, a obok — mały ślad mokrej ziemi.

— Tropimy to, co nie pasuje — odpowiedział.

Rozdział 3: Podejrzany ślad i lista pytań

Wrócili do klasy, kiedy inni byli jeszcze na boisku. W sali było jasno i cicho. Na tablicy zostało pół serca narysowanego kredą — ktoś zaczął, ale nie dokończył.

Brunek uklęknął przy biurku. Pod nim znalazł coś błyszczącego: maleńki złoty brokat.

— Brokat? — Leon zrobił wielkie oczy. — Może Mikrofon się rozsypał?

— Mikrofon raczej nie nosi brokatu — zauważyła Maja. — Za to… dekoracje na akademię tak.

Brunek zamyślił się.

— Pani Łucja mówiła o niespodziance. Może miała być próba na sali gimnastycznej? Tam zwykle leżą dekoracje.

Leon już chciał biec, ale Brunek złapał go delikatnie za rękaw.

— Stop. Najpierw plan. Detektyw bez planu to jak kanapka bez chleba.

— Czyli… sama szynka? — Leon uśmiechnął się krzywo.

— Lista pytań — ciągnął Brunek. — 1) Kto mógł potrzebować mikrofonu dzisiaj? 2) Kto miał dostęp do teczki? 3) Gdzie można coś schować na chwilę, żeby nikt nie zauważył?

Maja dopisała palcem w powietrzu:

— 4) Kto lubi brokat.

— I 5) Co oznaczał ruch zasłony — dodał Brunek.

Zanim wyszli, Brunek zauważył jeszcze jedną rzecz. Na framudze okna, tuż przy dolnym rogu, była smuga… jakby od tłustej łapy albo palca. I obok niej — drobny odcisk w kształcie półksiężyca.

— Pazur? — szepnął Leon.

— Albo klamra od czegoś — poprawiła Maja.

Brunek nie powiedział „na pewno”. Tego nauczył się dawno: „na pewno” psuje śledztwo.

Poszli do sali gimnastycznej. Drzwi były uchylone, a ze środka dobiegało ciche szuranie. Słońce wpadło przez wysokie okna i rysowało na podłodze długie pasy.

Za stosami mat leżały kolorowe wstążki, kartony i… duże pudło z napisem „DEKORACJE”. A obok pudła stała Koza Hania, przewodnicząca samorządu, z taśmą klejącą w zębach i brokatem na rogach.

— Haniu — odezwał się Brunek. — Robisz coś na niespodziankę?

Koza Hania parsknęła, jakby ktoś łaskotał ją piórkiem.

— Niespodzianka musi błyszczeć! Robimy mini-scenę. Pani Łucja prosiła o pomoc. Ale co wy tu robicie jak tajna policja?

— Zniknął Złoty Mikrofon — powiedziała Maja.

Hania aż wypuściła taśmę.

— Co?! Przecież bez niego finał konkursu będzie jak tort bez wisienki!

Brunek przyjrzał się jej rogom. Brokat był świeży.

— Byłaś dziś rano w naszej klasie? — zapytał.

— Nie. Byłam w magazynku po materiał. Zapytajcie woźną, panią Klementynę. Ona ma klucze do wszystkiego, nawet do humoru pana od matematyki.

Leon zachichotał.

— A widziałaś mikrofon? — dopytał.

— Wczoraj w pokoju nauczycielskim. Stał na półce obok pucharu. A dziś… nie widziałam.

Brunek zauważył w kącie sali otwarte okno. Zasłona lekko falowała.

Przeciąg — mruknął, przypominając sobie słowa Tymka.

Maja zmarszczyła brwi.

— Ale kto otwiera okno w sali gimnastycznej rano?

Hania wzruszyła ramionami.

— Ktoś, komu było gorąco. Albo ktoś, kto chciał wpuścić… świeże powietrze dla sceny? Nie wiem.

Brunek podziękował i odszedł z ekipą na korytarz.

— Musimy porozmawiać z panią Klementyną — zdecydował. — I sprawdzić, czy ktoś nie przenosił rzeczy między pokojem nauczycielskim a salą.

Leon przełknął ślinę.

— Pani Klementyna ma spojrzenie jak latarka. Widać nim nawet moje myśli.

— Dlatego będziemy mówić prawdę — odparł Brunek. — Prawda jest jak parasol. Jak się ją rozłoży, mniej pada na głowę.

Rozdział 4: Pani woźna i ścieżka kluczy

Pani Klementyna siedziała w swojej kanciapie, gdzie pachniało cytryną, mydłem i kredą. Na ścianie wisiał pęk kluczy, który brzęczał przy każdym ruchu, jak mała orkiestra.

— A czego to trójka młodych detektywów szuka? — zapytała, nie podnosząc wzroku znad listy dyżurów.

Brunek stanął prosto.

— Zniknął szkolny Złoty Mikrofon. Chcemy ustalić, gdzie mógł trafić. Bez oskarżeń.

Pani Klementyna uniosła brew.

— Dobrze powiedziane: bez oskarżeń. W tej szkole oskarżenia rozchodzą się szybciej niż plotka o darmowych naleśnikach.

Leon przytaknął tak energicznie, że aż mu zafurkotały kolce.

— Czy ktoś dziś rano prosił o klucz do pokoju nauczycielskiego? — zapytała Maja.

Pani Klementyna odchyliła się na krześle.

— Klucz jest u nauczycieli. Ale… o siódmej trzydzieści pani Łucja przyszła po wiadro kredy i… po coś jeszcze do teczki. Widziałam ją. A potem… o siódmej czterdzieści wpadł pan od muzyki, pan Rysiek, zdyszany, bo zapomniał nut. Mówił, że musi „uratować próbę”.

Brunek zmrużył oczy.

— Pan Rysiek miał dostęp do pokoju nauczycielskiego?

— Oczywiście. I do szafy ze sprzętem muzycznym. Tylko że on jest roztargniony, nie złodziej. Kiedyś zgubił własny gwizdek, a miał go… w ustach.

Leon prychnął śmiechem.

— Czy pan Rysiek był później w sali gimnastycznej? — dopytał Brunek.

— Mógł być. Widziałam, jak niósł coś pod pachą, zawinięte w szary pokrowiec. Powiedział „dzień dobry” i pobiegł jak wiewiórka do orzechów.

Maja spojrzała na Brunka.

— Pokrowiec… mikrofon mógł być w pokrowcu.

— Albo statyw — dodał Leon, który już wyobrażał sobie pogoń.

Pani Klementyna wskazała na korytarz.

— Jeśli chcecie go znaleźć, to nie biegajcie jak stado kaczek. Idźcie do sali muzycznej. Ale po cichu. Pan Rysiek nie lubi, gdy mu się przerywa, bo wtedy myli „do” z „re” i potem cały świat fałszuje.

Brunek podziękował. Wyszli na korytarz i zwolnili krok. Słońce świeciło tak mocno, że cienie były ostre jak wycięte nożyczkami.

— Cierpliwość — szepnął Brunek, widząc, jak Leon znów napina się do sprintu. — Najpierw obserwujemy. Potem pytamy.

— A potem świętujemy? — upewnił się Leon.

— Jeśli wszystko się wyjaśni — odparła Maja. — I jeśli nikt nie płacze.

Przy sali muzycznej było słychać pianino. Melodia skakała wesoło, jak piłeczka po schodach.

Brunek uchylił drzwi. W środku pan Rysiek — lis w muszce — stał przy pulpicie. Obok leżał szary pokrowiec. I coś złotego błysnęło na moment w świetle.

Leon aż przysiadł z emocji.

— Jest! — wyszeptał.

Brunek położył łapę na jego ramieniu.

— Najpierw sprawdźmy, czy to na pewno mikrofon. I dlaczego tu jest.

Rozdział 5: Próba, która wyglądała jak kradzież

Pan Rysiek przerwał granie i odwrócił się gwałtownie.

— Kto tam skrzypi drzwiami? — zapytał, mrużąc oczy.

Brunek wszedł pierwszy.

— Dzień dobry, panie Ryśku. Mamy pytanie o Złoty Mikrofon.

Lis mrugnął.

— O, ten mikrofon? — wskazał na złoty przedmiot przy pulpicie. — Jest tutaj. Czemu wszyscy mówią o nim szeptem, jakby to była tajemnica państwowa?

Maja wytrzeszczyła oczy.

— Bo zniknął z teczki pani Łucji!

Pan Rysiek otworzył pysk, a potem go zamknął.

— Zniknął? To ja… ja go wziąłem. Ale nie ukradłem! Pani Łucja powiedziała wczoraj, że rano ma być „niespodzianka”. Pomyślałem, że zrobię krótką próbę dźwięku, żeby mikrofon nie piszczał. Wiecie, takie „piiiii”, od którego bolą uszy nawet tablicę ogłoszeń.

Leon parsknął.

— Tablica by uciekła.

— W pokoju nauczycielskim zobaczyłem mikrofon na półce — ciągnął pan Rysiek. — Włożyłem go do pokrowca razem ze statywem. Chciałem potem oddać pani Łucji, zanim przyjdzie klasa. A potem… potem wpadłem w wir. Próba, nuty, scenka, brokat wszędzie… Brokat mam nawet w uszach, przysięgam.

Maja uniosła palec.

— Ale pani Łucja mówiła, że mikrofon był w jej teczce. Rano.

Pan Rysiek zmarszczył pysk.

— W jej teczce? Hm… To nie pasuje.

Brunek poczuł, jak zagadka robi się bardziej miękka, ale jeszcze nie całkiem rozpuszczona.

— Panie Ryśku, o której pan wziął mikrofon?

— O siódmej czterdzieści, może czterdzieści jeden. Spóźniałem się. Widziałem panią Klementynę na korytarzu.

— A pani Łucja przyszła wcześniej i też coś brała — powiedział Brunek. — Czy możliwe, że mikrofon był przez chwilę w jej teczce, a potem… pan zabrał go z półki, myśląc, że tam leży?

Pan Rysiek podrapał się po głowie, aż muszka mu drgnęła.

— Ach! Teraz pamiętam: na półce były DWIE rzeczy złote. Mikrofon i… złoty stojak do świeczek z akademii. Ktoś przyniósł go po zeszłej uroczystości. Pomyliłem je? Nie, ja wziąłem coś, co miało kabel…

W tej chwili do sali muzycznej wpadła pani Łucja, zdyszana.

— Panie Ryśku! — zawołała. — Wszyscy w klasie myślą, że ktoś ukradł mikrofon!

Pan Rysiek podniósł pokrowiec jak chorągiew.

— Jest tu! Wziąłem go na próbę, bo chciałem, żeby niespodzianka się udała. Przepraszam! Nie powiedziałem pani, bo… bo myślałem, że pani już wie.

Pani Łucja zrobiła „ojej” tak duże, że aż jej okulary zsunęły się na nos.

— Ja myślałam, że pan wie, że włożyłam mikrofon do teczki, żeby nikt go nie uszkodził! A potem poszłam po kredę… i zobaczyłam pustkę. Wyobraziłam sobie najgorsze.

Brunek odetchnął, ale jeszcze czegoś brakowało.

— A zielona nitka i brokat w klasie? — zapytała Maja.

Pan Rysiek roześmiał się krótko.

— Brokat? To na pewno z rogu Hani. Przyniosła rano kilka wstążek do waszej klasy, bo tam jest szeroki stół. A zielona nitka? Tymek nosił kredę. Jego szalik gubi nitki jak ja gubię długopisy.

Leon spojrzał na Brunka.

— Czyli… nie było kradzieży?

Brunek pokiwał głową.

— Był tylko bałagan informacyjny. I roztargnienie, które udawało tajemnicę.

Pan Rysiek spoważniał.

— Masz rację, Brunek. Powinienem był zostawić karteczkę: „Wziąłem mikrofon na próbę”. Jedno zdanie, a oszczędziłoby wam nerwów.

Pani Łucja uśmiechnęła się z ulgą.

— I mnie też. Dziękuję wam. A teraz… czas na niespodziankę. Z mikrofonem, który nie zniknie już ani na sekundę.

Brunek poczuł dumę, ale i ciepłą lekcję, która osiadła mu w głowie jak promień słońca na ławce: nie wszystko, co wygląda jak przestępstwo, nim jest. Czasem to tylko nieporozumienie, które trzeba cierpliwie rozplątać.

Rozdział 6: Nieporozumienie znika, a słońce zostaje

Po południu cała szkoła zebrała się w sali gimnastycznej. Mini-scena błyszczała, choć brokat próbował przejąć kontrolę nad światem. Hania stała dumnie jak generał dekoracji.

— Kto dotknie wstążek bez pozwolenia, temu przykleję palce do podłogi — oznajmiła pogodnie.

Leon szepnął do Brunka:

— Ona żartuje… prawda?

— Raczej — odparł Brunek. — Ale nie testujmy.

Pan Rysiek ustawił Złoty Mikrofon na statywie. Z głośników popłynął czysty dźwięk. Żadnego „piiiii”. Tylko miękkie „raz, dwa, trzy”.

Pani Łucja wyszła na środek.

— Dzisiaj nauczyliśmy się czegoś ważnego — powiedziała. — Że zanim się przestraszymy albo oskarżymy, warto zapytać, sprawdzić i poczekać na odpowiedź.

Brunek spojrzał na Tymka, który w pierwszym rzędzie mrugał powoli, jakby mówił: „Widzicie?”.

— I że detektyw to ktoś, kto umie być cierpliwy — dodała pani Łucja, zerkając na Brunka. — Brawo dla naszej trójki.

Klasa zaklaskała. Leon ukłonił się tak nisko, że prawie pocałował swoje buty. Maja udawała obojętność, ale jej ogon merdał zdradliwie.

Po akademii Brunek podszedł do pana Ryśka.

— Następnym razem karteczka — przypomniał niedźwiedź.

— A nawet dwie — obiecał lis. — Jedną dla pani Łucji, drugą dla mojej pamięci.

Na korytarzu słońce nadal tańczyło na podłodze. Brunek zatrzymał się w złotym prostokącie światła i pomyślał, że zagadki czasem są jak cienie: wyglądają groźnie, dopóki nie zapalisz lampy i nie zobaczysz, co naprawdę je tworzy.

— Brunek — zapytał Leon — a jak się nazywa sprawa, którą właśnie rozwiązaliśmy?

Brunek uśmiechnął się.

„Sprawa, w której cierpliwość była mądrzejsza od paniki”.

Maja prychnęła.

— Długie.

— Ale prawdziwe — odparł Brunek.

I to wystarczyło.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Teczka
Twarda lub miękka kieszeń na dokumenty, noszona do szkoły przez nauczycieli.
Nuty
Zapis melodii w postaci symboli, które mówią, jakie dźwięki grać lub śpiewać.
Detektywi
Osoby, które szukają wskazówek, by rozwiązać zagadkę lub sprawę.
Przeciąg
Ruch powietrza między otwartymi drzwiami lub oknami, czasem chłodny.
Pokrowiec
Ochronne etui, w którym można nosić lub przechowywać instrument lub sprzęt.
Statyw
Stojak, na którym umieszcza się mikrofon, lampę lub aparat, by stał stabilnie.
Brokat
Błyszczący, drobny proszek używany do ozdabiania dekoracji lub prac plastycznych.
Roztargniony
Ktoś, kto łatwo zapomina rzeczy lub robi je nieuważnie.
Magazynku
Małe pomieszczenie lub schowek, gdzie przechowuje się różne rzeczy szkolne.
Dyżurów
Lista osób i terminów, kiedy ktoś ma pełnić obowiązek lub pilnować czegoś.
Samorządu
Grupa wybranych uczniów, która pomaga w organizacji spraw szkolnych.
Parsknęła
Krótki dźwięk śmiechu lub zaskoczenia, zwykle wydawany nagle przez zwierzę lub osobę.
Pęk kluczy
Zbiór kluczy połączonych razem, często noszony na jednym pierścieniu.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.