Rozdział 1: Zniknięcie w szkolnej szatni
W poniedziałek pachniało w szkole mokrymi kurtkami i kredą. Zosia, lat jedenaście, wcisnęła się do szatni jak do wąskiego tunelu. Gdzieś brzęczał dzwonek, ktoś śmiał się zbyt głośno, a pani woźna mruczała pod nosem, że znowu ktoś naniósł piasku.
Zosia sięgnęła do kieszeni plecaka po małe, metalowe etui na aparat ortodontyczny. Zawsze nosiła je przy sobie. Było srebrne, z naklejką w kształcie gwiazdy.
Kieszeń była pusta.
Zosia zatrzymała się jak wryta. Przesunęła dłonią po materiale jeszcze raz, potem drugi. Nic.
— Nie… nie… — wyszeptała i otworzyła plecak. Notatniki, piórnik, bidon, jabłko. Etui nie.
Obok stała jej koleżanka, Lena, wiążąc sznurowadło.
— Co się stało? — zapytała, podnosząc głowę.
— Zniknęło mi etui. To z aparatem. Bez tego… mama mnie zje — Zosia urwała, bo wolała nie opisywać, jak mama „zjada” w przenośni, ale z pełną mocą.
Lena zmarszczyła brwi.
— Może wypadło w klasie?
— Było rano. Wkładałam je tu, do kieszeni. Pamiętam, bo gwiazda się odkleiła i ją docisnęłam.
Zosia przykucnęła, zajrzała pod ławkę w szatni. Znalazła tylko zieloną gumkę do włosów i jeden zgubiony guzik.
— Dobra — powiedziała nagle, jakby w jej głowie kliknął przełącznik. — To jest sprawa do zbadania.
Lena parsknęła.
— Ty i twoje „sprawy”. Jak Sherlock, tylko z warkoczem.
— Z warkoczem też się da — odparła Zosia. — Najpierw fakty. Kiedy ostatnio miałam etui?
— Przed matematyką — przypomniała Lena. — Pokazywałaś mi, że gwiazda odpada.
Zosia kiwnęła głową.
— Czyli zniknęło między matematyką a szatnią. Kto był przy moim plecaku?
Lena zaczęła wyliczać na palcach.
— Na przerwie Kuba pożyczał od ciebie linijkę. Marta stała obok, bo… bo chciała zobaczyć twoją naklejkę. I jeszcze Bartek, ale on tylko przebiegał.
Zosia wzięła głęboki oddech.
— Idziemy krok po kroku. Żadnych oskarżeń. Najpierw pytania.
Wtedy, jakby na zawołanie, obok przeszła pani od plastyki, niosąc pudełko z farbami. Spojrzała na Zosię.
— Zosiu, pamiętaj: jutro przynosisz trousse, tę swoją… jak to się mówi… kosmetyczkę na pędzle.
Zosia mrugnęła.
— Moją… trousse? — powtórzyła, bo lubiła to słowo, brzmiało jak „troska” po francusku.
— Tak, tę z przegródkami — potwierdziła nauczycielka i poszła dalej.
Zosia poczuła, że w jej kieszeni rośnie lista zadań. Etui zniknęło. Jutro trousse. A dziś… śledztwo.
Rozdział 2: Lista tropów i pierwsze rozmowy
Na długiej przerwie Zosia i Lena usiadły na parapecie przy bibliotece. Za szybą padał deszcz, krople ścigały się po szybie jak miniaturowe wyścigi.
Zosia wyciągnęła mały notes. Na okładce miał napis: „Plan = spokój”.
— Dobra. Metoda — powiedziała. — Zasady: zapisujemy, co wiemy. Potem sprawdzamy.
Lena nachyliła się.
— Brzmisz jak nauczycielka.
— To komplement — odparła Zosia i napisała:
1) Zniknęło metalowe etui z aparatem.
2) Ostatni raz widziane przed matematyką.
3) Plecak stał pod ławką w klasie.
4) Przy plecaku byli: Kuba, Marta, Bartek (przebiegał).
— Jeszcze jedno — dodała Lena. — Na przerwie pani Ela, woźna, mówiła, że ktoś zgubił coś „metalowego”. Słyszałam, jak gadała z panem od konserwacji.
Zosia podniosła głowę.
— Metalowego? Gdzie?
— Przy wejściu. Koło tablicy z ogłoszeniami.
Zosia od razu wstała.
— Idziemy.
Tablica z ogłoszeniami była oblepiona karteczkami: „Zaginął kot”, „Koło szachowe”, „Zbieramy nakrętki”. Pod nią stał stojak z parasolami i mokra wycieraczka.
Zosia kucnęła i zajrzała pod stojak. Znalazła… metalową spinkę do włosów, pogiętą jak znak zapytania.
— To nie moje — mruknęła.
Pani Ela przechodziła z mopem. Zosia podbiegła ostrożnie, jak do świadka.
— Pani Elu, przepraszam. Słyszałam, że ktoś zgubił coś metalowego?
Woźna oparła mopa o ścianę.
— Aaa, to ty, Zosiu. Metalowe, owszem. Coś brzęknęło rano przy wejściu. Myślałam, że moneta. Ale jak podniosłam, to… — zmarszczyła czoło. — To była taka mała blaszka. Tylko że potem przyszedł ktoś z klasy szóstej i powiedział, że to jego „pudełeczko” i zabrał.
Zosia poczuła ukłucie niepokoju.
— Pamięta pani, kto?
— Chłopak. W czapce z daszkiem. Szybko mówił. — Pani Ela wzruszyła ramionami. — Jak ja mam pamiętać wszystkie czapki?
Lena szepnęła:
— Kuba nosi czapkę z daszkiem. Nawet w środku, jak mu nikt nie każe zdjąć.
Zosia spojrzała na Lenę ostrzegawczo.
— Bez skoków do wniosków — powiedziała cicho. — Ale… to trop.
Po chwili znaleźli Kubę na korytarzu. Jadł bułkę i wyglądał, jakby bułka była jego jedynym zmartwieniem na świecie.
— Kuba — zaczęła Zosia spokojnie. — Mogę cię o coś zapytać?
— Jeśli nie o matematykę, to tak — mruknął.
— Rano… nie znalazłeś przypadkiem metalowego etui? Takiego małego, z gwiazdką?
Kuba przeżuwał wolno.
— Nie. Pożyczyłem linijkę i oddałem. A gwiazdkę widziałem. Fajna była. — Wzruszył ramionami. — Spytaj Martę. Ona lubi takie rzeczy.
— Dzięki — odpowiedziała Zosia. — I… to ważne. Jakbyś coś usłyszał, powiedz. Chodzi o aparat. Serio.
Kuba spoważniał na moment.
— Okej. Jak znajdę, dam znać.
Marta siedziała w świetlicy i ozdabiała kartkę brokatem, jakby brokat mógł rozwiązać wszystkie problemy świata.
— Marta — powiedziała Zosia. — Widziałam cię przy moim plecaku. Czy… widziałaś, co się stało z moim etui?
Marta uniosła brwi.
— Ja? Ja tylko patrzyłam na naklejkę. Brokatowa gwiazda! — Westchnęła teatralnie. — A twoje etui? Nie wiem. Ale widziałam, jak Bartek potrącił twój plecak, kiedy biegł. Coś z niego wypadło i… potoczyło się.
— Gdzie? — Zosia pochyliła się.
— Pod grzejnik. Ale potem zadzwonił dzwonek i wszyscy wyszli. Ja nie mogłam klękać, bo miałam brokat na rękach. — Marta pokazała dłonie, które wyglądały jak galaktyka.
Zosia spojrzała na Lenę.
— Pod grzejnik. To konkret.
Rozdział 3: Pod grzejnikiem i kontrola trousse
Po ostatniej lekcji Zosia wróciła do klasy z Leną. W sali było cicho. Tylko zegar tykał, jakby liczył sekundy do rozwiązania zagadki.
Grzejnik stał pod oknem. Zosia uklękła i zajrzała pod niego. Kurz. Kawałek papierka. I… coś srebrnego, wsunięte głębiej.
— Mam! — szepnęła triumfalnie, wsuwając rękę.
Wyciągnęła mały metalowy przedmiot. Serce jej podskoczyło… i opadło.
To nie było jej etui. To był breloczek w kształcie ryby, bez kółka, z zadrapaniami.
— No świetnie — mruknęła Lena. — Ryba bez wody.
Zosia ostrożnie wzięła breloczek do ręki. Na brzuchu ryby był wygrawerowany napis: „Stoisko 17”.
— Stoisko? — Zosia zmrużyła oczy. — Jak na targu?
Lena ożywiła się.
— Mój tata tam kupuje sery! Na lokalnym targu są stoiska z numerami.
Zosia poczuła, że układanka zmienia kształt.
— Czyli coś z targiem. A pani Ela mówiła o „pudełeczku” przy wejściu. A Marta o tym, że coś się potoczyło. Może… etui wypadło, ktoś je podniósł i pomyślał, że to jego? Albo… pomylił z czymś z targu?
— Ale skąd ryba pod grzejnikiem? — Lena spojrzała na breloczek.
Zosia przygryzła wargę.
— Kto mógł mieć breloczek ze stoiska 17? Kto chodzi na targ?
Lena wzruszyła ramionami.
— Wszyscy? Moja babcia chodzi. Twoja mama też.
Zosia westchnęła.
— Dobra. Zanim pójdziemy na targ, robimy jeszcze jedną rzecz. Sprawdzam trousse.
— Teraz? — zdziwiła się Lena.
— Tak. Metoda: porządek w narzędziach. Jak detektyw ma bałagan, to gubi tropy. A ja jutro i tak muszę ją przynieść na plastykę.
Zosia otworzyła plecak i wyjęła swoją trousse — granatową kosmetyczkę z suwakiem, w środku przegródki jak małe pokoje. Rozpięła ją i zaczęła sprawdzać:
— Dwa pędzle. Ołówek. Gumka. Temperówka… — mruczała jak księgowa śledztwa. — Nożyczki… są. Taśma… jest. Klej… jest.
Lena patrzyła z rozbawieniem.
— A gdzie lupa i peleryna?
— Lupa jest w oczach — odparła Zosia. — A peleryna w wyobraźni.
W jednej z przegródek Zosia znalazła coś, czego nie wkładała. Małą karteczkę, zagiętą na pół. Na niej było napisane: „TARG, 16:00, wejście od fontanny”.
Zosia poczuła dreszcz, ale taki przyjemny, jak przed najlepszą sceną w książce.
— Ktoś zostawił mi wiadomość — powiedziała cicho.
Lena przybliżyła twarz.
— To brzmi jak… spotkanie detektywów. Albo pułapka z pączkiem.
— Idziemy — zdecydowała Zosia. — Ale ostrożnie. I nikomu nie mówimy, dopóki nie będziemy pewne.
Zosia schowała karteczkę do kieszeni i spojrzała na rybę.
— Stoisko 17. Targ. O szesnastej. Zaczyna się prawdziwa część śledztwa.
Rozdział 4: Lokalny targ i stoisko 17
O szesnastej deszcz przestał padać, ale powietrze wciąż było mokre i pachniało ziemią. Lokalny targ tętnił jak wielki organizm: nawoływania sprzedawców, szelest papierowych toreb, stukot skrzynek. Zapachy mieszały się: truskawki, pieczywo, wędzonki, koper.
Zosia i Lena weszły od fontanny, jak w wiadomości. Fontanna nie działała, ale stała dumnie, jakby i tak była królową placu.
— Widzę numery! — szepnęła Lena.
Stoiska miały tabliczki: 12, 13, 14… Zosia ścisnęła breloczek-rybę w dłoni, jak talizman.
Stoisko 17 było z rybami. Prawdziwymi. Na lodzie leżały srebrne śledzie, a obok wisiała sieć jak zasłona.
Za ladą stał mężczyzna z fartuchem, który wyglądał, jakby urodził się z zapachem morza.
— Dzień dobry — zaczęła Zosia grzecznie. — Przepraszam, czy to pańskie stoisko?
— A czy ja wyglądam jak stoisko 18? — odparł z uśmiechem. — Tak, moje. Co dla was, młode damy? Śledzik? A może zagadka?
Lena zachichotała.
Zosia pokazała breloczek.
— Znaleźliśmy to w szkole. Jest napis „Stoisko 17”. Czy to… pańskie?
Mężczyzna zmrużył oczy, potem pacnął się w fartuch.
— O, moje rybcie-breloczki! Dawno temu rozdawałem klientom. Taki gratis. Ale tego nie widziałem wieki. Skąd w szkole?
Zosia opowiedziała krótko o etui. O zniknięciu. O tym, że coś się potoczyło. O pani Eli i „pudełeczku”.
Sprzedawca podrapał się po brodzie.
— Metalowe etui z gwiazdką… Hm. Dzisiaj rano był tu chłopak, młody, w czapce z daszkiem. Pytał, czy nie znalazłem „pudełka na aparat”. Mówił, że jego siostra nosi takie.
Zosia poczuła, że serce znowu robi fikołek.
— I co pan mu powiedział?
— Że jak znalazł, to niech odda właścicielce, a nie pyta na targu. — Sprzedawca nachylił się. — Ale zostawił mi coś, na dowód, że mówi prawdę. Ten breloczek. Powiedział, że jego mama robi zakupy u mnie i zna stoisko. A ja mu mówię: „Jak znasz, to oddaj breloczek i spadaj do szkoły”. No i oddał… tylko że teraz breloczek jest u was.
Lena zmarszczyła brwi.
— Czyli ktoś miał dwa breloczki?
— Albo jeden zgubił i drugi dostał — mruknęła Zosia.
Sprzedawca wskazał palcem w stronę alejki.
— Ten chłopak poszedł tam, do stoiska z pieczywem. Z taką starszą panią. Może babcią.
Zosia spojrzała na Lenę.
— Idziemy. Ale pamiętaj: pytania, nie oskarżenia.
Alejka z pieczywem pachniała tak, że człowiek robił się głodny od samego powietrza. Przy stoisku stała starsza pani z siatką na kółkach i chłopak w czapce z daszkiem. Nie Kuba. Starszy. Z szóstej klasy, pewnie.
Zosia podeszła.
— Przepraszam — powiedziała. — Czy pan… to znaczy, czy ty byłeś dziś w naszej szkole rano i zabrałeś metalowe etui?
Chłopak spojrzał podejrzliwie, potem na babcię.
— A co was to?
Starsza pani uniosła brwi.
— Jak to co? Jak dzieci pytają, to znaczy, że coś ważnego.
Zosia odetchnęła i powiedziała najprościej, jak umiała:
— Zginęło mi etui z aparatem ortodontycznym. Pani woźna dała je komuś w czapce. Pomyślałam, że może to ty. Chcę tylko je odzyskać. Bez kłótni.
Chłopak spochmurniał.
— Ja… ja nic nie ukradłem. Myślałem, że to pudło mojej siostry. Ma podobne, tylko bez gwiazdki. — Zawahał się. — Znalazłem to przy wejściu. Pani Ela podniosła. Powiedziałem, że to moje, bo… bo się bałem, że ktoś mi powie, że grzebię w cudzych rzeczach. Głupie, wiem.
Lena szepnęła:
— No to oddaj.
Chłopak spuścił wzrok.
— Nie mam go. W domu… znaczy, w plecaku. I… — przełknął ślinę. — Zostawiłem karteczkę w waszej… no… trousse. Widziałem, jak ją wyjmowałaś na plastyce. Chciałem się umówić i oddać, tylko nie wiedziałem, jak się nazywasz. Widziałem gwiazdkę, to skojarzyłem.
Zosia zamarła.
— Ty byłeś w naszej klasie?
— Nie. Drzwi były otwarte. Wszedłem na sekundę. Zostawiłem karteczkę. I uciekłem. — Chłopak wyglądał, jakby zaraz miał się rozpłynąć w zapachu bułek.
Starsza pani cmoknęła.
— Oj, Krzysiek. „Na sekundę” to zawsze najgorsze sekundy.
Zosia poczuła ulgę, ale też coś jeszcze: złość, która była bardziej jak gorąca herbata niż ogień.
— Możemy to załatwić spokojnie — powiedziała. — Gdzie jest etui teraz?
Krzysiek wskazał głową w stronę przystanku.
— W plecaku. W domu jest pięć minut stąd. Mogę przynieść. Tylko… nie mówcie pani Eli, proszę.
Zosia spojrzała na Lenę. Potem na starszą panią, która patrzyła na nich z powagą.
— Zrobimy tak — zdecydowała Zosia. — Idziemy razem. Ty, my i pani… babcia? Żeby było uczciwie. I oddasz mi etui. A potem pomyślimy, jak to powiedzieć, żeby nikt nie robił dramatu. Ale też żebyś zrozumiał, czemu to było nie w porządku.
Krzysiek kiwnął głową, jak uczeń, który w końcu przestał udawać, że nie ma zadania domowego.
Rozdział 5: Najprostsze wyjaśnienia są najlepsze
Szli w czwórkę: Zosia, Lena, Krzysiek i jego babcia, pani Halina. Po drodze Lena nie wytrzymała.
— Czemu zostawiłeś rybę pod grzejnikiem? — wypaliła.
Krzysiek zamrugał.
— Jaką rybę?
Zosia wyjęła breloczek.
— Tę.
Krzysiek roześmiał się krótko, nerwowo.
— Aaa! To! To ja zgubiłem w waszej klasie, jak się schylałem po… po coś. Miałem go w kieszeni. Wypadł. Babcia dała mi, żebym nie zapominał o zakupach na stoisku 17, bo tam ma ulubione śledzie. — Spojrzał na babcię. — No co? To działało. Pamiętałem.
Pani Halina wzruszyła ramionami.
— Jak człowiek ma pamięć jak sito, to trzeba mu przywiązać rybę do życia.
Lena parsknęła śmiechem.
Zosia też się uśmiechnęła, choć wciąż była czujna.
— Zobacz — powiedziała do Leny półgłosem. — Układanka pasuje. Ryba pod grzejnikiem, karteczka w trousse, „pudełeczko” u pani Eli.
— I czapka z daszkiem — dodała Lena.
Kiedy dotarli do bloku Krzyśka, chłopak wbiegł na górę, a oni czekali przy drzwiach wejściowych. Zosia oparła się o ścianę i otworzyła notes.
— Widzisz? — pokazała Lenie. — Metoda pomogła. Zebraliśmy fakty, sprawdziliśmy tropy, pytaliśmy ludzi. Nie krzyczeliśmy. I teraz prawie po sprawie.
Lena skinęła głową.
— Przyznaję. Plan = spokój.
Po kilku minutach Krzysiek zszedł zdyszany i podał Zosi metalowe etui. Było trochę porysowane, ale gwiazda nadal się trzymała.
Zosia otworzyła je ostrożnie. Aparat był w środku.
Poczuła, jakby ktoś odwiązał w niej supeł.
— Jest. Dziękuję — powiedziała, a potem dodała, bo uczciwość też była częścią metody: — Ale wiesz, że to było słabe.
Krzysiek spuścił wzrok.
— Wiem. Przepraszam. Naprawdę.
Pani Halina chrząknęła.
— Krzysiek odda jutro pani Eli breloczek i powie, że się pomylił. Bez wymówek. Prawda jest jak świeża bułka: najlepsza od razu, zanim zrobi się twarda.
Lena szepnęła do Zosi:
— Twoja mama by to polubiła.
Zosia wsunęła etui do kieszeni plecaka, tym razem do tej głębszej, zamykanej na zamek.
— Dobrze — powiedziała. — A rybę… — podała breloczek Krzyśkowi. — Zabierz. I przywiąż do… nie wiem… do sumienia.
Krzysiek uśmiechnął się nieśmiało.
— Postaram się.
Rozdział 6: Oddany przedmiot i lekcja na przyszłość
Następnego dnia Zosia szła do szkoły lżejszym krokiem. Plecak ciążył tak samo, ale w środku nie było już tej czarnej dziury stresu.
Na pierwszej przerwie spotkała panią Elę przy wejściu. Woźna poprawiała parasole w stojaku, jak dowódca ustawiający żołnierzy.
Zosia podeszła.
— Pani Elu… chciałam tylko powiedzieć, że moje etui się znalazło.
Pani Ela odetchnęła głośno.
— O, to chwała niebiosom! Bo ja całą noc myślałam, czy to ja coś pomieszałam.
— Trochę się pomieszało — przyznała Zosia ostrożnie. — Ale już jest dobrze.
W tym momencie pojawił się Krzysiek. Podszedł do pani Eli, zdjął czapkę z daszkiem, jakby to była część przeprosin, i powiedział wyraźnie:
— Pani Elu, to ja wczoraj powiedziałem, że to pudełko jest moje. Pomyliłem się. Przepraszam. To było nie fair.
Pani Ela spojrzała na niego długo, a potem pokiwała głową.
— Dobrze, że przyszedłeś. Lepiej późno niż wcale. Następnym razem: pytasz, szukasz właściciela, a nie bierzesz. Jasne?
— Jasne — odpowiedział Krzysiek.
Zosia poczuła dumę, ale taką spokojną, jak równo zawiązany supeł.
Na plastyce Zosia położyła na ławce swoją trousse.
— Dziś sprawdzałaś? — szepnęła Lena.
— Zawsze — odparła Zosia i rozsunęła suwak. Wszystko było na miejscu. Żadnych tajemniczych karteczek. Tylko pędzle gotowe do roboty.
Po lekcjach Zosia i Lena wyszły przed szkołę. Słońce przebiło się przez chmury, kałuże błyszczały jak małe lustra.
— I co, detektywie? — zapytała Lena. — Koniec sprawy?
Zosia dotknęła kieszeni, gdzie bezpiecznie spoczywało metalowe etui.
— Koniec sprawy — potwierdziła. — Przedmiot oddany. Tajemnica rozwiązana.
Lena uśmiechnęła się.
— A jaką metodę zapisujesz do notesu?
Zosia otworzyła notes i dopisała na końcu, drukowanymi literami:
„1) Zbieraj fakty.
2) Szukaj konkretów.
3) Pytaj spokojnie.
4) Sprawdzaj swoje rzeczy (nawet trousse).
5) Najważniejsze: oddaj, co nie twoje.”
Zamknęła notes.
— To jest najlepsze zakończenie — powiedziała. — Takie, po którym człowiek może spokojnie zjeść kolację.
— I bez ryby pod grzejnikiem — dodała Lena.
Zosia roześmiała się.
— Oby. Choć… jakby co, już wiem, gdzie szukać. Na targu i w kieszeniach. Zawsze w kieszeniach.