Trwa ładowanie...
Opowieści małych detektywów 11-12 lat Czytanie 19 min.

Zaginione etui z gwiazdką: śledztwo Zosi i Leny

Zosia i Lena prowadzą śledztwo, gdy w szkole znika metalowe etui z aparatem ortodontycznym; tropy prowadzą je przez szatnię, targ i niespodziewane spotkania, ucząc, jak rozwiązywać zagadki spokojnie i uczciwie.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Zosia, 12 lat, okrągła twarz z piegami, kasztanowe włosy w dwóch ciasnych warkoczach, stanowcza i radosna, trzyma srebrne metalowe etui w jednej dłoni i zawieszkę w kształcie ryby w drugiej, stoi na pierwszym planie; Lena, 12 lat, krótkie kręcone włosy, figlarne uśmiechnięta, w żółtej kurtce, po prawej wspiera Zosię; Krzysiek, ok. 13 lat, czapka z daszkiem i niebieski sweter, zakłopotany lecz wyraźnie odciążony, podaje etui Zosi stojąc nieco z tyłu po lewej; sprzedawca ryb, ok. 45 lat, w paskowanym fartuchu, z uśmiechem i zaskoczeniem, za stoiskiem oznaczonym numerem 17 pełnym srebrzystych ryb na lodzie; sceneria — tętniący życiem targ na świeżym powietrzu z mokrymi brukami, kolorowymi girlandami, drewnianymi numerami stoisk i fontanną w tle; główna sytuacja — odzyskanie etui na stoisku nr 17, gesty uspokajające, wymiana spojrzeń, lekka, rozstrzygająca atmosfera w miękkim świetle późnego popołudnia. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Zniknięcie w szkolnej szatni

W poniedziałek pachniało w szkole mokrymi kurtkami i kredą. Zosia, lat jedenaście, wcisnęła się do szatni jak do wąskiego tunelu. Gdzieś brzęczał dzwonek, ktoś śmiał się zbyt głośno, a pani woźna mruczała pod nosem, że znowu ktoś naniósł piasku.

Zosia sięgnęła do kieszeni plecaka po małe, metalowe etui na aparat ortodontyczny. Zawsze nosiła je przy sobie. Było srebrne, z naklejką w kształcie gwiazdy.

Kieszeń była pusta.

Zosia zatrzymała się jak wryta. Przesunęła dłonią po materiale jeszcze raz, potem drugi. Nic.

— Nie… nie… — wyszeptała i otworzyła plecak. Notatniki, piórnik, bidon, jabłko. Etui nie.

Obok stała jej koleżanka, Lena, wiążąc sznurowadło.

— Co się stało? — zapytała, podnosząc głowę.

— Zniknęło mi etui. To z aparatem. Bez tego… mama mnie zje — Zosia urwała, bo wolała nie opisywać, jak mama „zjada” w przenośni, ale z pełną mocą.

Lena zmarszczyła brwi.

— Może wypadło w klasie?

— Było rano. Wkładałam je tu, do kieszeni. Pamiętam, bo gwiazda się odkleiła i ją docisnęłam.

Zosia przykucnęła, zajrzała pod ławkę w szatni. Znalazła tylko zieloną gumkę do włosów i jeden zgubiony guzik.

— Dobra — powiedziała nagle, jakby w jej głowie kliknął przełącznik. — To jest sprawa do zbadania.

Lena parsknęła.

— Ty i twoje „sprawy”. Jak Sherlock, tylko z warkoczem.

— Z warkoczem też się da — odparła Zosia. — Najpierw fakty. Kiedy ostatnio miałam etui?

— Przed matematyką — przypomniała Lena. — Pokazywałaś mi, że gwiazda odpada.

Zosia kiwnęła głową.

— Czyli zniknęło między matematyką a szatnią. Kto był przy moim plecaku?

Lena zaczęła wyliczać na palcach.

— Na przerwie Kuba pożyczał od ciebie linijkę. Marta stała obok, bo… bo chciała zobaczyć twoją naklejkę. I jeszcze Bartek, ale on tylko przebiegał.

Zosia wzięła głęboki oddech.

— Idziemy krok po kroku. Żadnych oskarżeń. Najpierw pytania.

Wtedy, jakby na zawołanie, obok przeszła pani od plastyki, niosąc pudełko z farbami. Spojrzała na Zosię.

— Zosiu, pamiętaj: jutro przynosisz trousse, tę swoją… jak to się mówi… kosmetyczkę na pędzle.

Zosia mrugnęła.

— Moją… trousse? — powtórzyła, bo lubiła to słowo, brzmiało jak „troska” po francusku.

— Tak, tę z przegródkami — potwierdziła nauczycielka i poszła dalej.

Zosia poczuła, że w jej kieszeni rośnie lista zadań. Etui zniknęło. Jutro trousse. A dziś… śledztwo.

Rozdział 2: Lista tropów i pierwsze rozmowy

Na długiej przerwie Zosia i Lena usiadły na parapecie przy bibliotece. Za szybą padał deszcz, krople ścigały się po szybie jak miniaturowe wyścigi.

Zosia wyciągnęła mały notes. Na okładce miał napis: „Plan = spokój”.

— Dobra. Metoda — powiedziała. — Zasady: zapisujemy, co wiemy. Potem sprawdzamy.

Lena nachyliła się.

— Brzmisz jak nauczycielka.

— To komplement — odparła Zosia i napisała:

1) Zniknęło metalowe etui z aparatem.

2) Ostatni raz widziane przed matematyką.

3) Plecak stał pod ławką w klasie.

4) Przy plecaku byli: Kuba, Marta, Bartek (przebiegał).

— Jeszcze jedno — dodała Lena. — Na przerwie pani Ela, woźna, mówiła, że ktoś zgubił coś „metalowego”. Słyszałam, jak gadała z panem od konserwacji.

Zosia podniosła głowę.

— Metalowego? Gdzie?

— Przy wejściu. Koło tablicy z ogłoszeniami.

Zosia od razu wstała.

— Idziemy.

Tablica z ogłoszeniami była oblepiona karteczkami: „Zaginął kot”, „Koło szachowe”, „Zbieramy nakrętki”. Pod nią stał stojak z parasolami i mokra wycieraczka.

Zosia kucnęła i zajrzała pod stojak. Znalazła… metalową spinkę do włosów, pogiętą jak znak zapytania.

— To nie moje — mruknęła.

Pani Ela przechodziła z mopem. Zosia podbiegła ostrożnie, jak do świadka.

— Pani Elu, przepraszam. Słyszałam, że ktoś zgubił coś metalowego?

Woźna oparła mopa o ścianę.

— Aaa, to ty, Zosiu. Metalowe, owszem. Coś brzęknęło rano przy wejściu. Myślałam, że moneta. Ale jak podniosłam, to… — zmarszczyła czoło. — To była taka mała blaszka. Tylko że potem przyszedł ktoś z klasy szóstej i powiedział, że to jego „pudełeczko” i zabrał.

Zosia poczuła ukłucie niepokoju.

— Pamięta pani, kto?

— Chłopak. W czapce z daszkiem. Szybko mówił. — Pani Ela wzruszyła ramionami. — Jak ja mam pamiętać wszystkie czapki?

Lena szepnęła:

— Kuba nosi czapkę z daszkiem. Nawet w środku, jak mu nikt nie każe zdjąć.

Zosia spojrzała na Lenę ostrzegawczo.

— Bez skoków do wniosków — powiedziała cicho. — Ale… to trop.

Po chwili znaleźli Kubę na korytarzu. Jadł bułkę i wyglądał, jakby bułka była jego jedynym zmartwieniem na świecie.

— Kuba — zaczęła Zosia spokojnie. — Mogę cię o coś zapytać?

— Jeśli nie o matematykę, to tak — mruknął.

— Rano… nie znalazłeś przypadkiem metalowego etui? Takiego małego, z gwiazdką?

Kuba przeżuwał wolno.

— Nie. Pożyczyłem linijkę i oddałem. A gwiazdkę widziałem. Fajna była. — Wzruszył ramionami. — Spytaj Martę. Ona lubi takie rzeczy.

— Dzięki — odpowiedziała Zosia. — I… to ważne. Jakbyś coś usłyszał, powiedz. Chodzi o aparat. Serio.

Kuba spoważniał na moment.

— Okej. Jak znajdę, dam znać.

Marta siedziała w świetlicy i ozdabiała kartkę brokatem, jakby brokat mógł rozwiązać wszystkie problemy świata.

— Marta — powiedziała Zosia. — Widziałam cię przy moim plecaku. Czy… widziałaś, co się stało z moim etui?

Marta uniosła brwi.

— Ja? Ja tylko patrzyłam na naklejkę. Brokatowa gwiazda! — Westchnęła teatralnie. — A twoje etui? Nie wiem. Ale widziałam, jak Bartek potrącił twój plecak, kiedy biegł. Coś z niego wypadło i… potoczyło się.

— Gdzie? — Zosia pochyliła się.

— Pod grzejnik. Ale potem zadzwonił dzwonek i wszyscy wyszli. Ja nie mogłam klękać, bo miałam brokat na rękach. — Marta pokazała dłonie, które wyglądały jak galaktyka.

Zosia spojrzała na Lenę.

— Pod grzejnik. To konkret.

Rozdział 3: Pod grzejnikiem i kontrola trousse

Po ostatniej lekcji Zosia wróciła do klasy z Leną. W sali było cicho. Tylko zegar tykał, jakby liczył sekundy do rozwiązania zagadki.

Grzejnik stał pod oknem. Zosia uklękła i zajrzała pod niego. Kurz. Kawałek papierka. I… coś srebrnego, wsunięte głębiej.

— Mam! — szepnęła triumfalnie, wsuwając rękę.

Wyciągnęła mały metalowy przedmiot. Serce jej podskoczyło… i opadło.

To nie było jej etui. To był breloczek w kształcie ryby, bez kółka, z zadrapaniami.

— No świetnie — mruknęła Lena. — Ryba bez wody.

Zosia ostrożnie wzięła breloczek do ręki. Na brzuchu ryby był wygrawerowany napis: „Stoisko 17”.

— Stoisko? — Zosia zmrużyła oczy. — Jak na targu?

Lena ożywiła się.

— Mój tata tam kupuje sery! Na lokalnym targu są stoiska z numerami.

Zosia poczuła, że układanka zmienia kształt.

— Czyli coś z targiem. A pani Ela mówiła o „pudełeczku” przy wejściu. A Marta o tym, że coś się potoczyło. Może… etui wypadło, ktoś je podniósł i pomyślał, że to jego? Albo… pomylił z czymś z targu?

— Ale skąd ryba pod grzejnikiem? — Lena spojrzała na breloczek.

Zosia przygryzła wargę.

— Kto mógł mieć breloczek ze stoiska 17? Kto chodzi na targ?

Lena wzruszyła ramionami.

— Wszyscy? Moja babcia chodzi. Twoja mama też.

Zosia westchnęła.

— Dobra. Zanim pójdziemy na targ, robimy jeszcze jedną rzecz. Sprawdzam trousse.

— Teraz? — zdziwiła się Lena.

— Tak. Metoda: porządek w narzędziach. Jak detektyw ma bałagan, to gubi tropy. A ja jutro i tak muszę ją przynieść na plastykę.

Zosia otworzyła plecak i wyjęła swoją trousse — granatową kosmetyczkę z suwakiem, w środku przegródki jak małe pokoje. Rozpięła ją i zaczęła sprawdzać:

— Dwa pędzle. Ołówek. Gumka. Temperówka… — mruczała jak księgowa śledztwa. — Nożyczki… są. Taśma… jest. Klej… jest.

Lena patrzyła z rozbawieniem.

— A gdzie lupa i peleryna?

— Lupa jest w oczach — odparła Zosia. — A peleryna w wyobraźni.

W jednej z przegródek Zosia znalazła coś, czego nie wkładała. Małą karteczkę, zagiętą na pół. Na niej było napisane: „TARG, 16:00, wejście od fontanny”.

Zosia poczuła dreszcz, ale taki przyjemny, jak przed najlepszą sceną w książce.

— Ktoś zostawił mi wiadomość — powiedziała cicho.

Lena przybliżyła twarz.

— To brzmi jak… spotkanie detektywów. Albo pułapka z pączkiem.

— Idziemy — zdecydowała Zosia. — Ale ostrożnie. I nikomu nie mówimy, dopóki nie będziemy pewne.

Zosia schowała karteczkę do kieszeni i spojrzała na rybę.

— Stoisko 17. Targ. O szesnastej. Zaczyna się prawdziwa część śledztwa.

Rozdział 4: Lokalny targ i stoisko 17

O szesnastej deszcz przestał padać, ale powietrze wciąż było mokre i pachniało ziemią. Lokalny targ tętnił jak wielki organizm: nawoływania sprzedawców, szelest papierowych toreb, stukot skrzynek. Zapachy mieszały się: truskawki, pieczywo, wędzonki, koper.

Zosia i Lena weszły od fontanny, jak w wiadomości. Fontanna nie działała, ale stała dumnie, jakby i tak była królową placu.

— Widzę numery! — szepnęła Lena.

Stoiska miały tabliczki: 12, 13, 14… Zosia ścisnęła breloczek-rybę w dłoni, jak talizman.

Stoisko 17 było z rybami. Prawdziwymi. Na lodzie leżały srebrne śledzie, a obok wisiała sieć jak zasłona.

Za ladą stał mężczyzna z fartuchem, który wyglądał, jakby urodził się z zapachem morza.

— Dzień dobry — zaczęła Zosia grzecznie. — Przepraszam, czy to pańskie stoisko?

— A czy ja wyglądam jak stoisko 18? — odparł z uśmiechem. — Tak, moje. Co dla was, młode damy? Śledzik? A może zagadka?

Lena zachichotała.

Zosia pokazała breloczek.

— Znaleźliśmy to w szkole. Jest napis „Stoisko 17”. Czy to… pańskie?

Mężczyzna zmrużył oczy, potem pacnął się w fartuch.

— O, moje rybcie-breloczki! Dawno temu rozdawałem klientom. Taki gratis. Ale tego nie widziałem wieki. Skąd w szkole?

Zosia opowiedziała krótko o etui. O zniknięciu. O tym, że coś się potoczyło. O pani Eli i „pudełeczku”.

Sprzedawca podrapał się po brodzie.

— Metalowe etui z gwiazdką… Hm. Dzisiaj rano był tu chłopak, młody, w czapce z daszkiem. Pytał, czy nie znalazłem „pudełka na aparat”. Mówił, że jego siostra nosi takie.

Zosia poczuła, że serce znowu robi fikołek.

— I co pan mu powiedział?

— Że jak znalazł, to niech odda właścicielce, a nie pyta na targu. — Sprzedawca nachylił się. — Ale zostawił mi coś, na dowód, że mówi prawdę. Ten breloczek. Powiedział, że jego mama robi zakupy u mnie i zna stoisko. A ja mu mówię: „Jak znasz, to oddaj breloczek i spadaj do szkoły”. No i oddał… tylko że teraz breloczek jest u was.

Lena zmarszczyła brwi.

— Czyli ktoś miał dwa breloczki?

— Albo jeden zgubił i drugi dostał — mruknęła Zosia.

Sprzedawca wskazał palcem w stronę alejki.

— Ten chłopak poszedł tam, do stoiska z pieczywem. Z taką starszą panią. Może babcią.

Zosia spojrzała na Lenę.

— Idziemy. Ale pamiętaj: pytania, nie oskarżenia.

Alejka z pieczywem pachniała tak, że człowiek robił się głodny od samego powietrza. Przy stoisku stała starsza pani z siatką na kółkach i chłopak w czapce z daszkiem. Nie Kuba. Starszy. Z szóstej klasy, pewnie.

Zosia podeszła.

— Przepraszam — powiedziała. — Czy pan… to znaczy, czy ty byłeś dziś w naszej szkole rano i zabrałeś metalowe etui?

Chłopak spojrzał podejrzliwie, potem na babcię.

— A co was to?

Starsza pani uniosła brwi.

— Jak to co? Jak dzieci pytają, to znaczy, że coś ważnego.

Zosia odetchnęła i powiedziała najprościej, jak umiała:

— Zginęło mi etui z aparatem ortodontycznym. Pani woźna dała je komuś w czapce. Pomyślałam, że może to ty. Chcę tylko je odzyskać. Bez kłótni.

Chłopak spochmurniał.

— Ja… ja nic nie ukradłem. Myślałem, że to pudło mojej siostry. Ma podobne, tylko bez gwiazdki. — Zawahał się. — Znalazłem to przy wejściu. Pani Ela podniosła. Powiedziałem, że to moje, bo… bo się bałem, że ktoś mi powie, że grzebię w cudzych rzeczach. Głupie, wiem.

Lena szepnęła:

— No to oddaj.

Chłopak spuścił wzrok.

— Nie mam go. W domu… znaczy, w plecaku. I… — przełknął ślinę. — Zostawiłem karteczkę w waszej… no… trousse. Widziałem, jak ją wyjmowałaś na plastyce. Chciałem się umówić i oddać, tylko nie wiedziałem, jak się nazywasz. Widziałem gwiazdkę, to skojarzyłem.

Zosia zamarła.

— Ty byłeś w naszej klasie?

— Nie. Drzwi były otwarte. Wszedłem na sekundę. Zostawiłem karteczkę. I uciekłem. — Chłopak wyglądał, jakby zaraz miał się rozpłynąć w zapachu bułek.

Starsza pani cmoknęła.

— Oj, Krzysiek. „Na sekundę” to zawsze najgorsze sekundy.

Zosia poczuła ulgę, ale też coś jeszcze: złość, która była bardziej jak gorąca herbata niż ogień.

— Możemy to załatwić spokojnie — powiedziała. — Gdzie jest etui teraz?

Krzysiek wskazał głową w stronę przystanku.

— W plecaku. W domu jest pięć minut stąd. Mogę przynieść. Tylko… nie mówcie pani Eli, proszę.

Zosia spojrzała na Lenę. Potem na starszą panią, która patrzyła na nich z powagą.

— Zrobimy tak — zdecydowała Zosia. — Idziemy razem. Ty, my i pani… babcia? Żeby było uczciwie. I oddasz mi etui. A potem pomyślimy, jak to powiedzieć, żeby nikt nie robił dramatu. Ale też żebyś zrozumiał, czemu to było nie w porządku.

Krzysiek kiwnął głową, jak uczeń, który w końcu przestał udawać, że nie ma zadania domowego.

Rozdział 5: Najprostsze wyjaśnienia są najlepsze

Szli w czwórkę: Zosia, Lena, Krzysiek i jego babcia, pani Halina. Po drodze Lena nie wytrzymała.

— Czemu zostawiłeś rybę pod grzejnikiem? — wypaliła.

Krzysiek zamrugał.

— Jaką rybę?

Zosia wyjęła breloczek.

— Tę.

Krzysiek roześmiał się krótko, nerwowo.

— Aaa! To! To ja zgubiłem w waszej klasie, jak się schylałem po… po coś. Miałem go w kieszeni. Wypadł. Babcia dała mi, żebym nie zapominał o zakupach na stoisku 17, bo tam ma ulubione śledzie. — Spojrzał na babcię. — No co? To działało. Pamiętałem.

Pani Halina wzruszyła ramionami.

— Jak człowiek ma pamięć jak sito, to trzeba mu przywiązać rybę do życia.

Lena parsknęła śmiechem.

Zosia też się uśmiechnęła, choć wciąż była czujna.

— Zobacz — powiedziała do Leny półgłosem. — Układanka pasuje. Ryba pod grzejnikiem, karteczka w trousse, „pudełeczko” u pani Eli.

— I czapka z daszkiem — dodała Lena.

Kiedy dotarli do bloku Krzyśka, chłopak wbiegł na górę, a oni czekali przy drzwiach wejściowych. Zosia oparła się o ścianę i otworzyła notes.

— Widzisz? — pokazała Lenie. — Metoda pomogła. Zebraliśmy fakty, sprawdziliśmy tropy, pytaliśmy ludzi. Nie krzyczeliśmy. I teraz prawie po sprawie.

Lena skinęła głową.

— Przyznaję. Plan = spokój.

Po kilku minutach Krzysiek zszedł zdyszany i podał Zosi metalowe etui. Było trochę porysowane, ale gwiazda nadal się trzymała.

Zosia otworzyła je ostrożnie. Aparat był w środku.

Poczuła, jakby ktoś odwiązał w niej supeł.

— Jest. Dziękuję — powiedziała, a potem dodała, bo uczciwość też była częścią metody: — Ale wiesz, że to było słabe.

Krzysiek spuścił wzrok.

— Wiem. Przepraszam. Naprawdę.

Pani Halina chrząknęła.

— Krzysiek odda jutro pani Eli breloczek i powie, że się pomylił. Bez wymówek. Prawda jest jak świeża bułka: najlepsza od razu, zanim zrobi się twarda.

Lena szepnęła do Zosi:

— Twoja mama by to polubiła.

Zosia wsunęła etui do kieszeni plecaka, tym razem do tej głębszej, zamykanej na zamek.

— Dobrze — powiedziała. — A rybę… — podała breloczek Krzyśkowi. — Zabierz. I przywiąż do… nie wiem… do sumienia.

Krzysiek uśmiechnął się nieśmiało.

— Postaram się.

Rozdział 6: Oddany przedmiot i lekcja na przyszłość

Następnego dnia Zosia szła do szkoły lżejszym krokiem. Plecak ciążył tak samo, ale w środku nie było już tej czarnej dziury stresu.

Na pierwszej przerwie spotkała panią Elę przy wejściu. Woźna poprawiała parasole w stojaku, jak dowódca ustawiający żołnierzy.

Zosia podeszła.

— Pani Elu… chciałam tylko powiedzieć, że moje etui się znalazło.

Pani Ela odetchnęła głośno.

— O, to chwała niebiosom! Bo ja całą noc myślałam, czy to ja coś pomieszałam.

— Trochę się pomieszało — przyznała Zosia ostrożnie. — Ale już jest dobrze.

W tym momencie pojawił się Krzysiek. Podszedł do pani Eli, zdjął czapkę z daszkiem, jakby to była część przeprosin, i powiedział wyraźnie:

— Pani Elu, to ja wczoraj powiedziałem, że to pudełko jest moje. Pomyliłem się. Przepraszam. To było nie fair.

Pani Ela spojrzała na niego długo, a potem pokiwała głową.

— Dobrze, że przyszedłeś. Lepiej późno niż wcale. Następnym razem: pytasz, szukasz właściciela, a nie bierzesz. Jasne?

— Jasne — odpowiedział Krzysiek.

Zosia poczuła dumę, ale taką spokojną, jak równo zawiązany supeł.

Na plastyce Zosia położyła na ławce swoją trousse.

— Dziś sprawdzałaś? — szepnęła Lena.

— Zawsze — odparła Zosia i rozsunęła suwak. Wszystko było na miejscu. Żadnych tajemniczych karteczek. Tylko pędzle gotowe do roboty.

Po lekcjach Zosia i Lena wyszły przed szkołę. Słońce przebiło się przez chmury, kałuże błyszczały jak małe lustra.

— I co, detektywie? — zapytała Lena. — Koniec sprawy?

Zosia dotknęła kieszeni, gdzie bezpiecznie spoczywało metalowe etui.

— Koniec sprawy — potwierdziła. — Przedmiot oddany. Tajemnica rozwiązana.

Lena uśmiechnęła się.

— A jaką metodę zapisujesz do notesu?

Zosia otworzyła notes i dopisała na końcu, drukowanymi literami:

„1) Zbieraj fakty.

2) Szukaj konkretów.

3) Pytaj spokojnie.

4) Sprawdzaj swoje rzeczy (nawet trousse).

5) Najważniejsze: oddaj, co nie twoje.”

Zamknęła notes.

— To jest najlepsze zakończenie — powiedziała. — Takie, po którym człowiek może spokojnie zjeść kolację.

— I bez ryby pod grzejnikiem — dodała Lena.

Zosia roześmiała się.

— Oby. Choć… jakby co, już wiem, gdzie szukać. Na targu i w kieszeniach. Zawsze w kieszeniach.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Szatni
Miejsce w szkole, gdzie zostawia się ubrania i plecaki
Woźna
Osoba w szkole, która sprząta i pomaga przy rzeczach porządkowych
Trousse
Mała kosmetyczka lub piórnik, gdzie trzyma się przybory lub pędzle
Konserwacji
Prace naprawcze i utrzymanie budynku albo sprzętów
Parapecie
Płaska część pod oknem, na której można usiąść lub postawić rzeczy
Brokat
Drobne, błyszczące kawałki, które używa się do ozdabiania
Przegródkami
Małe części w środku kosmetyczki lub pudełka, które dzielą przestrzeń
Talizman
Mały przedmiot, którym ktoś wierzy, że przynosi szczęście
Fartuch
Ochronny ubranie noszone przy pracy, żeby nie pobrudzić ubrań
Nawoływania
Głośne zachęcanie lub wołanie sprzedawców, żeby ktoś kupił towar
Wędzonki
Produkty mięsne przygotowane przez dym, mają specyficzny smak
Grzejnik
Urządzenie w domu lub szkole, które daje ciepło w pomieszczeniu

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.