Rozdział 1: Zniknięcie w pokoju gościnnym
W sobotnie popołudnie dom Leny pachniał kakao i kurzem z dywanu, który właśnie trzepano. W pokoju gościnnym stało łóżko z narzutą w granatowe gwiazdy, małe biurko i półka z książkami, których nikt nie czytał „od świąt”. A jednak dziś to miejsce wyglądało jak scena z filmu.
— Zniknęło — powiedziała Lena i wskazała na pustą przestrzeń na biurku.
Jeszcze rano stała tam miniaturowa latarka UV, szkolna nagroda Leny za projekt o planetach. Niby drobiazg, ale świeciła fioletowo jak tajny kod.
W pokoju byli już wszyscy z paczki: Kuba, który uwielbiał porównywać wersje wydarzeń, Maks z wiecznie rozczochranymi włosami i Zosia, mistrzyni notatek w telefonie (zawsze z włączonym trybem „nie przeszkadzać”, bo „śledztwo to świętość”).
— Może spadła? — Maks zajrzał pod biurko jak detektyw, który właśnie znalazł wielki trop, po czym… kichnął. — Kurz! Ten kurz tu ma własne życie.
— Mama mówi, że gość będzie dziś nocował — dodała Lena. — Ciocia Basia przyjeżdża i ma spać tu, w pokoju gościnnym. Dlatego sprzątaliśmy. A teraz latarki nie ma.
Kuba spojrzał na nich poważnie, jakby właśnie odebrał tajny telefon.
— Dobra. Zasada pierwsza: nie zgadujemy. Zasada druga: zbieramy wersje i je porównujemy. Kto ostatni widział latarkę?
Zosia uniosła palec.
— O ósmej trzydzieści Lena robiła zdjęcia do projektu. Latarka leżała obok zeszytu. Widziałam, bo wysyłała mi zdjęcie.
— Ja byłem tu około dziesiątej — powiedział Maks. — Przyniosłem śrubokręt, bo miałem naprawić luźną nóżkę krzesła. Latarka… chyba była. Ale nie patrzyłem.
Lena zacisnęła usta.
— Ja wyszłam na chwilę, żeby pomóc w kuchni. Potem weszłam i już jej nie było.
Kuba rozejrzał się po pokoju gościnnym. Na narzucie leżał puchaty, zielony koc. Na parapecie stała doniczka z gruboszem. W kącie była walizka, jeszcze zamknięta, pewnie dla cioci.
— To jest nasza scena. Nikt nie dotyka rzeczy bez zgody detektywa! — oznajmił Maks i od razu dotknął koca. — Dobra, żart. Już nie dotykam.
Kuba przykucnął przy biurku. Na blacie zostały drobne okruszki gumki i… jedna malutka, srebrna nitka.
— Pierwszy trop — mruknął. — Ale nie wiemy, czy ważny.
Zosia włączyła notatki.
— Zapisuję: „Latarka UV zniknęła z biurka. Ostatnio widziana: 8:30 na zdjęciu. Pokój gościnny sprzątany. Dziś przyjazd cioci Basi”. Co dalej?
Kuba uśmiechnął się lekko.
— Zaczynamy od pytań. I od porównania wersji. Kto jeszcze był w domu między 8:30 a teraz?
Lena policzyła na palcach.
— Mama, tata, mój młodszy brat Franek. I sąsiadka pani Irena wpadła na chwilę po cukier.
Maks gwizdnął.
— Lista podejrzanych rośnie. Prawdziwy kryminał!
— Tylko bez straszenia — przypomniała Zosia. — To ma być miłe śledztwo, nie „Zemsta latarki”.
Kuba wstał i spojrzał na nich jak dowódca małej, czteroosobowej drużyny.
— Najpierw sprawdzamy fakty. Pójdziemy po kolei i zapytamy o wersje. A potem wrócimy tu i zobaczymy, co się zgadza, a co nie.
Rozdział 2: Cztery wersje i jedna nitka
W kuchni mama Leny mieszała sos w garnku, jakby nic na świecie nie mogło jej zaskoczyć. Kiedy Kuba zapytał o latarkę, nawet nie przestała mieszać.
— Latarka? Na pewno ją widziałam… chyba na biurku. Ale sprzątaliśmy. Może ją odłożyłam do szuflady w salonie, żeby się nie kurzyła.
— Kiedy? — dopytywał Kuba.
— Przed południem. Około jedenastej.
— A czy miała pani coś… srebrnego? — wtrąciła Zosia i pokazała nitkę na chusteczce jak dowód w sprawie.
Mama spojrzała, uśmiechnęła się.
— To wygląda jak nitka z tej narzuty w gwiazdy. Ona czasem się pruje. Idźcie do Frania, bo on lubi „pożyczać”.
Franek siedział w pokoju i budował statek kosmiczny z klocków. Na widok czwórki detektywów od razu przybrał minę niewiniątka, które nawet nie wie, co to „pożyczanie”.
— Franek, widziałeś latarkę UV? — zapytała Lena.
— UV? To jak „ufo”? — Franek zmrużył oczy. — Nie widziałem. Ja mam tylko ten miecz świetlny. Chcecie zobaczyć?
— Nie rób uników — zaśmiał się Maks. — Byłeś w pokoju gościnnym?
— Tylko raz! — zawołał Franek. — Szukałem mojej piłki, która uciekła. Ale tam jej nie było.
Kuba przyjrzał się jego statkowi.
— A po co ci latarka?
Franek wzruszył ramionami.
— Żeby świecić pod łóżkiem? Ale ja mam latarkę z dinozaurem.
W salonie tata Leny składał jakąś półkę. Śruby leżały w miseczce, a instrukcja była odwrócona do góry nogami.
— Tak, widziałem tę fioletową latarkę — przyznał tata. — Leżała rano w pokoju gościnnym. Potem przyszedł kurier z paczką dla cioci Basi. Położyłem paczkę… chyba na tym biurku, bo było miejsce. Może coś przestawiłem.
— Kurier? — Zosia od razu zapisała. — O której?
— Koło dwunastej. Podpis, bla bla. Paczka jest w przedpokoju, jeszcze nie rozpakowana.
— A sąsiadka pani Irena? — dopytał Kuba.
Tata parsknął śmiechem.
— Pani Irena przyszła po cukier. I opowiadała, że jej kot znowu „prowadzi śledztwo” w piwnicy. Ale do pokoju gościnnego raczej nie wchodziła.
Czwórka wróciła do pokoju gościnnego. Kuba stanął przy biurku i zaczął podsumowywać jak nauczyciel, który lubi, gdy wszyscy myślą.
— Mamy wersje: mama twierdzi, że mogła odłożyć latarkę około jedenastej. Tata mówi o paczce od kuriera około dwunastej. Franek był tu „tylko raz” i szukał piłki. Maks nie jest pewien, czy latarka była o dziesiątej.
— Ja byłam na pewno — wtrąciła Zosia. — Zdjęcie od Leny o 8:30 to potwierdza.
Maks przysunął się do okna i wskazał parapet.
— A to co?
Na parapecie, tuż obok grubosza, leżał malutki, przezroczysty woreczek strunowy. Pusty.
— Wygląda jak opakowanie na… coś małego — powiedziała Lena. — Tylko skąd się tu wziął?
Kuba obejrzał woreczek pod światło.
— Może z paczki. Albo ktoś tu coś przechowywał. Zosia, zapisz: „woreczek strunowy na parapecie”.
Zosia kliknęła.
— Zapisane. A ta nitka z narzuty… może się zaczepiła o latarkę, jeśli ktoś ją wsunął pod koc?
Maks bez dotykania (prawie) uniósł róg narzuty.
— Pod narzutą nic. Pod kocem… też nic.
Kuba przyklęknął przy szufladzie biurka. Była lekko uchylona.
— Kto ją otwierał?
Lena pokręciła głową.
— Ja nie. Tam trzymam stare długopisy.
Kuba wysunął szufladę. W środku leżały długopisy, ołówek, gumka… i kartka z krótkim zdaniem napisanym wyraźnym pismem:
„SPRAWDŹ, GDZIE JEST NAJWIĘCEJ ŚWIATŁA W DZIEŃ”.
Maks otworzył szeroko oczy.
— To brzmi jak zagadka! Jak w grze!
Zosia nachyliła się nad kartką.
— To nie jest pismo Leny. Lena ma bardziej pochylone litery.
Lena skinęła głową, trochę podekscytowana, trochę zaniepokojona.
— To nie ja.
Kuba wziął kartkę i popatrzył na nich.
— Ktoś zostawił nam wskazówkę. A to znaczy, że latarka nie zniknęła przypadkiem. Została… ukryta. Albo przeniesiona w ramach jakiejś niespodzianki.
— Niespodzianki? — Maks uśmiechnął się krzywo. — Super. Ktoś bawi się w detektywa lepiej niż my.
— To sprawdźmy wskazówkę — powiedziała Zosia. — „Gdzie jest najwięcej światła w dzień”… To może okno. Parapet. Balkon. Albo… przedpokój? Tam jest jasna ściana.
Kuba uniósł palec.
— Zanim pobiegniemy, porównajmy. Kto mógł włożyć kartkę do szuflady? Kto zna ten pokój? Mama, tata, Franek… i ktoś z zewnątrz: kurier, pani Irena, a niedługo ciocia Basia.
— Ciocia Basia robi zagadki! — przypomniała sobie Lena. — Na urodziny ukryła mi prezent i zostawiała karteczki.
Maks klasnął cicho.
— To już brzmi mniej groźnie, a bardziej fajnie.
Kuba jednak zmarszczył brwi.
— Tylko że cioci jeszcze nie ma. A karteczka już jest.
Rozdział 3: Najjaśniejsze miejsce
Wyszli na korytarz. Światło z okien w salonie rozlewało się po podłodze jak jasna plama, w której aż chciało się stanąć i udawać, że jest się na scenie.
— „Najwięcej światła w dzień”… — powtórzył Kuba. — Gdzie w tym domu jest naprawdę jasno, kiedy świeci słońce?
— W ogrodzie! — wyrwał się Maks. — Tam jest patelnia z trawy.
— Ale wskazówka była w pokoju gościnnym — zauważyła Zosia. — Może chodzi o coś w tym pokoju. Okno jest największe, a na parapecie był woreczek.
Lena podeszła do okna w pokoju gościnnym i spojrzała na grubosza.
— Grubosz stoi w najjaśniejszym miejscu, bo mama mówi, że lubi słońce.
Maks nachylił się i zajrzał za doniczkę.
— Nic. Tylko kurz i… o, ślad po wodzie.
Kuba dotknął palcem mokrej plamki na podstawce doniczki.
— Ktoś podlewał?
Lena pokręciła głową.
— Ja nie. Mama podlewa w środy.
— Dziś jest sobota — mruknęła Zosia. — Czyli ktoś go przesuwał albo dolewał wody.
Kuba ostrożnie podniósł doniczkę. Pod spodem, przyklejony taśmą do parapetu, był drugi liścik:
„NIE SZUKAJ POD ŁÓŻKIEM. SZUKAJ TAM, GDZIE COŚ SIĘ ZAMYKA”.
Maks jęknął teatralnie.
— A ja już miałem plan przeszukania całego łóżka centymetr po centymetrze!
Zosia przewróciła oczami.
— „Tam, gdzie coś się zamyka”. Szuflada, szafa, walizka…
Lena zerknęła na walizkę w kącie.
— To walizka cioci. Jeszcze zamknięta.
Kuba uklęknął przy walizce, ale nie otwierał jej od razu.
— Zanim ją ruszymy, porównajmy, kto mógł przykleić liścik pod doniczką. Trzeba było podnieść doniczkę. Kto się nie bałby ubrudzić rąk?
— Maks by się bał, bo ma alergię na kurz — wtrąciła Lena.
— Hej! Ja się boję tylko nudy — oburzył się Maks i kichnął dla efektu. — I trochę kurzu.
Zosia spojrzała na liścik.
— To może być tata, bo składa półkę i ma taśmę. Albo mama. Albo… kurier miał taśmę?
Kuba potrząsnął głową.
— Kurier raczej nie robi zagadek w cudzym domu. Chyba że to najweselszy kurier świata.
Lena podeszła do walizki.
— Jeśli to ciocia, to czemu liściki są już teraz?
W tym momencie rozległ się dzwonek do drzwi. Wszyscy podskoczyli.
— Ciocia! — zawołała Lena i pobiegła.
Po chwili do pokoju zajrzała ciocia Basia: w kolorowej kurtce, z włosami związanymi w koczek i z miną, jakby właśnie wpadła na genialny pomysł.
— O, widzę miny śledcze — powiedziała wesoło. — Co się dzieje?
Kuba od razu przyjął swój „oficjalny” ton.
— Zniknęła latarka UV Leny. Znaleźliśmy dwie wskazówki. Czy to pani sprawka?
Ciocia Basia uniosła brwi.
— Wskazówki? Brzmi jak coś, co mogłabym zrobić… ale dopiero po herbacie. Dopiero co weszłam.
Zosia spojrzała na zegarek.
— Czyli liściki musiały być wcześniej. Albo ktoś je podrzucił, wiedząc, że ciocia przyjedzie.
Maks otworzył oczy.
— Ktoś robi „ciociowy numer” bez cioci!
Ciocia Basia roześmiała się.
— Ja mogę wam pomóc, jeśli chcecie. Ale najpierw: czy mogę zostawić walizkę?
Kuba spojrzał na walizkę w kącie, potem na liścik „szukaj tam, gdzie coś się zamyka”.
— Walizka się zamyka — powiedział cicho. — To może być to.
— Możecie zajrzeć — zgodziła się ciocia, widząc ich miny. — I tak mam tam głównie swetry i… niespodzianki dla Leny. Ale nie wszystkie!
Maks aż podskoczył.
— Niespodzianki! Wiedziałem!
Kuba jednak był ostrożny.
— Sprawdzimy tylko tyle, ile trzeba. I niczego nie rozrzucimy. Zosia, gotowa na notatki?
Zosia kiwnęła głową.
Lena chwyciła zamek walizki i spojrzała na resztę.
— Na trzy?
— Na dwa — poprawił Maks. — Trzy jest zbyt przewidywalne.
Rozdział 4: Walizka, paczka i brakujący element
Walizka otworzyła się z cichym „zzzip”. W środku leżały równo ułożone ubrania, mała kosmetyczka i książka z zakładkami. Nic, co świeci fioletowo.
— Nie ma — westchnęła Lena.
Kuba uniósł kosmetyczkę.
— Ta też się zamyka. Mogę?
— Jasne — powiedziała ciocia.
W kosmetyczce były szczotka, krem do rąk i małe pudełko z igłami oraz nitkami. Jedna z nich była srebrna.
Maks wskazał ją palcem.
— O! Nitka! Jak ta z biurka!
Ciocia Basia przechyliła głowę.
— Srebrną nitkę mam zawsze. Przyszywam nią ozdoby do strojów na występy w domu kultury. Ale moja nitka jest w pudełku. Nie lata po biurku.
Kuba podsumował na głos, żeby wszyscy słyszeli:
— Nitka z biurka mogła być z narzuty. Albo z ciociowego pudełka. Ale pudełko było zamknięte w walizce, a walizka dopiero przyjechała.
Zosia dopisała: „Walizka nie zawiera latarki. Srebrna nitka w pudełku cioci.”
— Czyli walizka odpada — powiedziała Lena. — A paczka od kuriera?
— W przedpokoju — przypomniał Kuba. — „Tam, gdzie coś się zamyka”… paczka ma taśmę.
Zeszli do przedpokoju. Paczka stała na szafce na buty, z naklejką i nazwiskiem cioci Basi. Była oklejona mocną taśmą, a na jednym rogu widać było, że ktoś ją już trochę odginał.
— Kto to ruszał? — zapytał Kuba.
Tata wychylił się z salonu.
— Ja tylko sprawdziłem, czy to na pewno dla Basi. Dlaczego?
Kuba wskazał odgięty róg.
— Bo ktoś zaglądał. A latarka jest mała. Mogłaby się tu zmieścić.
Ciocia Basia skrzyżowała ręce.
— Otwórzmy. Tylko ostrożnie. To moje materiały na warsztaty.
Maks już trzymał nożyczki jak chirurg.
— Dajcie, jestem profesjonalistą od rozcinania taśmy.
— Ty jesteś profesjonalistą od robienia min — mruknęła Zosia, ale podała mu nożyczki.
Paczka otworzyła się. W środku były kolorowe kartki, brokat, rolki wstążek, małe magnesy i… puste miejsce jak po czymś podłużnym.
— O, tu coś było — powiedziała Lena.
Kuba zauważył wśród wstążek kolejny woreczek strunowy, identyczny jak ten na parapecie. W środku leżała karteczka:
„PORÓWNAJ: KTO MÓWIŁ O JEDENASTEJ, A KTO O DWUNASTEJ?”
Zosia od razu zaczęła czytać swoje notatki.
— Mama: około jedenastej. Tata: kurier około dwunastej. Maks: dziesiąta niepewna. Franek: „tylko raz”.
Kuba powoli skinął głową.
— Kto z tych osób mógł mieć dostęp do paczki i pokoju gościnnego? Mama i tata na pewno. Franek też. Kurier miał paczkę, ale raczej nie wchodził do pokoju.
Lena spojrzała na tatę.
— Tato, gdzie położyłeś paczkę, jak przyszedł kurier?
Tata zmarszczył brwi, próbując sobie przypomnieć.
— Na chwilę… chyba na biurku w pokoju gościnnym. Bo w przedpokoju był bałagan od butów.
Kuba natychmiast podchwycił.
— A czy mogłeś wtedy zabrać latarkę, żeby nie spadła? Albo żeby nie zginęła?
Tata zaśmiał się krótko.
— Ja? Nie. Położyłem paczkę, poszedłem po długopis. Wróciłem, podpisałem. Tyle.
Maks podrapał się po głowie.
— A jeśli… ktoś wyjął coś z paczki wcześniej? I użył paczki jako „skrytki pośredniej”?
Zosia spojrzała na liścik.
— „Porównaj jedenastą i dwunastą”. To może znaczyć, że ktoś mówi prawdę, ale my źle rozumiemy kolejność.
Kuba wziął głęboki oddech.
— Sprawdźmy: mama mówi, że mogła odłożyć latarkę około jedenastej. Tata mówi o paczce o dwunastej. Jeśli mama przeniosła latarkę przed przyjściem kuriera, latarka nie mogła zniknąć przez paczkę… chyba że mama włożyła ją do paczki.
Lena aż otworzyła usta.
— Mama by mi nie schowała nagrody… prawda?
Z kuchni dobiegł głos mamy:
— Słyszę was! I nie chowam nagród! Chyba że przed Frankiem!
Wszyscy się roześmiali, nawet Kuba, choć tylko na sekundę.
— Potrzebujemy nowego faktu — powiedział. — Coś, co da się sprawdzić, nie tylko podejrzewać.
Zosia podniosła woreczek strunowy.
— Te woreczki. Jeden na parapecie, drugi w paczce. Kto ich używa?
Ciocia Basia uniosła rękę.
— Ja. Pakuję w nie drobne magnesy i brokat, żeby się nie rozsypał. Ale… ten na parapecie nie jest mój. Ja dopiero co weszłam.
Maks spojrzał na Lenę.
— A ty masz takie woreczki?
Lena pokręciła głową.
— Nie.
Kuba odwrócił się w stronę pokoju Frania.
— A Franek? On lubi chować skarby w woreczkach?
W tym momencie z pokoju brata dobiegło ciche: „Ups”.
Rozdział 5: Światło pod szafką i prawda Frania
Wpadli do pokoju Frania jak cztery cienie, które udają, że są bardzo poważne. Franek stał przy swojej szafce nocnej i próbował coś wcisnąć do szuflady łokciem, jakby jego ręce były zajęte byciem niewinnymi.
— Franek — powiedziała Lena spokojnie. — Co masz?
— Nic — odpowiedział Franek szybko. Za szybko.
Kuba usiadł na dywanie, żeby być na wysokości Frania.
— Nie krzyczymy. Tylko porównujemy wersje. Powiedziałeś, że byłeś w pokoju gościnnym „tylko raz” i szukałeś piłki. To prawda?
Franek zaczął skubać rękaw.
— No… byłem raz. A potem… jeszcze raz. Ale to się nie liczy, bo tylko zajrzałem.
Maks jęknął.
— Klasyczne „to się nie liczy”.
Zosia dodała łagodnie:
— Widzisz? Już mamy różnicę w wersji. To nie jest tragedia. Po prostu chcemy wiedzieć.
Franek westchnął i w końcu otworzył szufladę szafki nocnej. W środku, w woreczku strunowym, leżała latarka UV.
Lena poczuła ulgę tak dużą, że aż chciało jej się śmiać i płakać jednocześnie.
— Franek! — powiedziała, ale bez złości. — Czemu?
Franek spuścił głowę.
— Bo… chciałem zrobić niespodziankę. Jak ciocia Basia. Widziałem, że sprzątacie i pomyślałem, że zagram w „tajnego detektywa”. Wziąłem latarkę, bo ona jest super do szpiegowania. I chciałem zostawić wam zagadki.
Kuba uniósł brwi.
— To ty pisałeś karteczki?
Franek kiwnął głową.
— Tak. Tylko… moja pisownia jest ładna! — dodał, urażony.
Zosia uśmiechnęła się.
— Jest czytelna. To plus.
— A woda pod doniczką? — zapytał Kuba.
— Podniosłem ją, żeby przykleić karteczkę. I trochę się wylało. Przepraszam.
Maks spojrzał na woreczek.
— Skąd miałeś woreczki?
Franek pokazał palcem na paczkę cioci, stojącą jeszcze w przedpokoju.
— Taśma była trochę odklejona w rogu. Ja tylko zajrzałem i wziąłem dwa woreczki. Myślałem, że ciocia i tak ma ich milion. Nie chciałem nic zepsuć.
Lena usiadła obok niego.
— I schowałeś latarkę w swojej szufladzie, bo… „tam, gdzie coś się zamyka”?
Franek rozpromienił się, że ktoś zrozumiał.
— Tak! Bo to była wskazówka! A „najwięcej światła w dzień” to parapet! Bo roślinka stoi w słońcu! I „porównaj jedenastą i dwunastą”… bo chciałem, żebyście pytali dorosłych! Jak prawdziwi detektywi!
Maks przyłożył rękę do serca.
— Franek, ty mały geniuszu chaosu.
Kuba wziął latarkę, ale podał ją od razu Lenie.
— Sprawa rozwiązana. Ale teraz ważne: powiedzmy wszystkim prawdę. I naprawmy paczkę cioci.
Franek przełknął ślinę.
— Ciocia się zdenerwuje?
W drzwiach pojawiła się ciocia Basia. Miała minę surową, ale w oczach błyszczało rozbawienie.
— Słyszałam słowo „paczka” i „wziąłem”. Opowiadaj, młody detektywie.
Franek powiedział wszystko, jednym tchem, z taką szczerością, że nawet jego statek z klocków wyglądał na dumny.
Ciocia Basia pokiwała głową.
— Doceniam pomysł i zagadki. Ale jest zasada: nie otwieramy cudzych paczek. Nawet jeśli w rogu „sama się prosi”.
— Przepraszam — wyszeptał Franek.
— A woreczki możesz odkupić… pomagając mi na warsztatach — dodała ciocia. — Będziesz moim asystentem od brokatu. To brzmi jak kara, ale ostrzegam: brokat przykleja się do wszystkiego. Nawet do nosa.
Maks zachichotał.
— To najstraszniejsza kara świata.
Lena włączyła latarkę UV. Fioletowe światło zatańczyło po ścianie jak małe duchy, które wcale nie są straszne, tylko świecą.
— W sumie… było fajnie — przyznała. — Tylko następnym razem powiedz mi, że robisz grę.
Franek przytaknął energicznie.
— Następnym razem zrobię grę z pozwoleniem. I z mapą!
Kuba spojrzał na Zosię.
— Widzisz? Porównywanie wersji działa. Wyszła prawda.
Zosia uniosła telefon.
— I mam wszystkie notatki. To była naprawdę dobra sprawa.
Rozdział 6: Wiadomość na koniec
Wieczorem w pokoju gościnnym znów było spokojnie. Narzuta w gwiazdy leżała równo, doniczka wróciła na miejsce, a paczka cioci była porządnie zaklejona nową taśmą. Franek siedział na dywanie i robił własnoręcznie kartkę z napisem „NIE DOTYKAM PACZEK”, ozdobioną… niestety brokatem.
Czwórka detektywów zebrała się przy biurku. Lena trzymała latarkę UV jak trofeum, Kuba przeglądał w głowie całą sprawę, Maks wymyślał już, jak zrobić „Detektywistyczny Regulamin Paczki”, a Zosia otworzyła komunikator.
— Ustalone — powiedziała. — Kończymy śledztwo wiadomością. Do kogo?
Kuba spojrzał na wszystkich.
— Do naszej grupy. Żebyśmy pamiętali: ciekawość jest super, ale zasady też. I żebyśmy mieli zapis rozwiązania.
Zosia zaczęła pisać, a Kuba dyktował, uważając na każde słowo:
„Sprawa latarki UV rozwiązana. Latarka nie zginęła — Franek ukrył ją jako część gry w zagadki. Wskazówki prowadziły przez parapet, szuflady i paczkę (która nie powinna być otwierana). Wniosek: porównywanie wersji pomaga znaleźć prawdę, a ciekawość działa najlepiej, gdy idzie w parze z pytaniem o zgodę.”
Zosia dodała na końcu:
„Następne śledztwo: tylko z pozwoleniem i bez brokatu w nosie.”
Maks zerknął na Frania.
— Za późno.
Franek kichnął, a w świetle lampki coś zabłysło na jego czubku nosa.
Lena parsknęła śmiechem.
— Dobra, detektywi. Zamykamy sprawę. I… otwieramy kakao.
Wiadomość została wysłana. A w pokoju gościnnym, wśród zwykłych mebli i zwykłego światła, codzienność znów wyglądała jak przygoda, którą da się rozwiązać, jeśli tylko zada się właściwe pytania.