Rozdział 1
Maja miała jedenaście lat i nosiła w plecaku dwa niezbędniki: mały notes w kratkę i ołówek, który gryzie się jak sucharek, gdy człowiek się denerwuje. W jej klasie mówiono, że jeśli ktoś zgubi gumkę, Maja znajdzie ją szybciej niż woźny klucze. Ona sama wolała inne określenie: „detektywka od spraw zwyczajnych”.
Tego popołudnia sprawa była całkiem niezwyczajna, choć zaczęła się bardzo zwyczajnie — w bibliotece.
— Maju, możesz mi pomóc? — szepnęła pani Zosia, bibliotekarka, jakby książki mogły się obrazić. — Zginęła mi „Tajemnica Kanału”. To nowa, a już… zniknęła.
Maja uniosła brwi. „Tajemnica Kanału” brzmiała jak książka, która sama prosi się o kłopoty.
— Kiedy była ostatnio widziana? — spytała, siadając przy ladzie. Notes już był otwarty.
— Wczoraj wieczorem oddał ją Kuba z szóstej. Położyłam ją na wózku do odkładania. A dziś… pusto. I co gorsza… — pani Zosia zawiesiła głos.
— Co gorsza? — Maja pochyliła się.
— Zginęła też kartka z hasłem do szafki z rezerwacjami. A bez hasła nie otworzę kłódki. Tam mam książki zamówione przez uczniów.
Maja poczuła miłe mrowienie w palcach. To było jak start gry logicznej, tylko że planszą była biblioteka, a stawką — porządek świata.
— Spokojnie — powiedziała. — Znajdziemy książkę i hasło. Kto jeszcze był tu wczoraj?
— Była klasa piąta B, potem kółko plastyczne. I… — pani Zosia westchnęła — sprzątanie.
Maja zanotowała: „Kuba, 5B, plastyczne, sprzątanie”.
— A hasło było trudne? — zapytała.
— Właśnie nie. Proste, żebym nie zapomniała. Ale kartka zniknęła.
Maja uśmiechnęła się krzywo.
— Proste hasła są najłatwiejsze do ukrycia… i do zgubienia.
W tym momencie zadzwonił dzwonek przy drzwiach. Wszedł Olek, jej kolega z klasy, z kanapką w ręku i miną człowieka, który zawsze znajduje się w centrum wydarzeń, nawet jeśli szedł tylko po wodę.
— Cześć! — mruknął, przełykając. — Pani Zosiu, oddaję „Atlas ptaków”.
— Olek! — Maja machnęła mu notesem. — Masz chwilę? Mamy sprawę.
Olek od razu przestał wyglądać jak ktoś, kto myśli o kanapkach.
— Jaką sprawę?
— Zaginęła książka i hasło. Pomożesz?
— Pewnie! — Olek wyprostował się tak, jakby dostał odznakę. — Co robimy?
Maja spojrzała na bibliotekę: półki jak wąwozy, stoliki jak wyspy, dywan z wzorem, na którym łatwo zgubić ślady.
— Najpierw — powiedziała — zbieramy wskazówki. I nie dotykamy niczego, co wygląda podejrzanie, dopóki tego nie opiszemy.
— A co wygląda podejrzanie? — Olek rozejrzał się, jakby podejrzane rzeczy miały czerwone czapeczki.
Maja wskazała na wózek do odkładania. Stał pod oknem. Na jego metalowej półce leżały tylko trzy książki, ale obok — cienki ślad błota, jak mały podpis.
— To — szepnęła. — Błoto w bibliotece nie bierze się z powietrza.
Rozdział 2
Maja kucnęła przy wózku. Ślad błota był świeży, ciemny, z drobinkami piasku. Nie wyglądał jak zwykła kałuża z chodnika. Raczej jak coś, co przykleja się do butów przy wodzie.
— Nad kanałem jest taki piasek — powiedział Olek cicho. — Jak się idzie ścieżką obok, zawsze się niesie do domu.
— Kanał? — Maja podniosła głowę. — W naszym mieście?
Kanał ciągnął się za parkiem, wzdłuż starych magazynów. Było tam spokojnie, trochę tajemniczo, a w ciepłe dni pachniało glonami i miętą rosnącą dziko przy brzegu. Dorośli mówili: „Nie zbliżajcie się do wody bez opieki”, a dzieci słyszały: „Tam może być przygoda”.
Maja zanotowała: „błoto z kanału?”.
— Pani Zosiu — zwróciła się do bibliotekarki — czy ktoś wczoraj wychodził stąd w pośpiechu? Albo miał mokre buty?
Pani Zosia zmrużyła oczy, jakby przewijała film w głowie.
— Pamiętam dziewczynkę z kółka plastycznego. Hania. Miała kalosze, bo padało. Ale… czy to ważne?
— Wszystko może być ważne — odparła Maja. — A Kuba? Ten, co oddał książkę?
— Kuba był grzeczny. Oddał, podpisał. Tylko… — pani Zosia zawahała się — pytał, czy mamy „jakieś książki o szyfrach”.
Olek aż zagwizdał, ale szybko się opamiętał, bo w bibliotece gwizd brzmi jak alarm.
— O szyfrach? — Maja poczuła, że kawałki zaczynają pasować do siebie, choć jeszcze nie wiedziała, jaki obraz utworzą. — A hasło do szafki… proste. Ktoś mógł je znaleźć i uznać, że to zagadka.
Pani Zosia zrobiła zmartwioną minę.
— Ja nie chciałam, żeby to była zagadka. Chciałam tylko otwierać szafkę.
— Spokojnie — powiedziała Maja. — To ma być łagodne śledztwo. Żadnych pościgów, żadnych czarnych płaszczy. Tylko myślenie.
Olek jednak już wyglądał, jakby marzył o pościgu.
Maja rozejrzała się. Na tablicy ogłoszeń wisiały rysunki z kółka plastycznego: koty, roboty i jeden bardzo szczegółowy obrazek kanału z łódką.
— Olek, widzisz to? — wskazała rysunek. — Kto to zrobił?
— Podpis… Hania P. — przeczytał.
Maja podeszła bliżej. Na dole rysunku, pod falami, Hania narysowała małą skrzynkę z kłódką. Obok, ledwo widocznie, były trzy litery: „M I T”.
— To wygląda jak… — Olek urwał.
— Jak wskazówka — dokończyła Maja. — „MIT”. Tylko co to znaczy?
— Może… „Maja i Ty”? — Olek zaśmiał się z własnego pomysłu.
Maja parsknęła, ale od razu wróciła do powagi.
— Albo początek hasła. Albo nazwa miejsca. Sprawdźmy, kto był wczoraj na plastyce. Pani Zosiu, ma pani listę?
Pani Zosia wyjęła zeszyt. Maja przepisała nazwiska. Były: Hania, Bartek, Lena, i ktoś podpisany krzywo: „K.”.
— „K.”? — Olek zmarszczył czoło. — Kuba?
— Albo ktoś, kto nie chciał się podpisać — zauważyła Maja.
Wtedy z półki obok spadła książka. Sama. Albo tak to wyglądało.
— Ojej! — Olek podskoczył.
Maja podniosła książkę. To była stara encyklopedia. Pomiędzy stronami tkwił mały, złożony na cztery kawałki papier.
— Wskazówka numer dwa — powiedziała spokojnie.
Rozłożyła papier na ladzie. Było na nim napisane drukowanymi literami:
„HASŁO JEST PROSTE. TRZY SŁOWA. SZUKAJ TAM, GDZIE WODA JEST SPOKOJNA.”
Olek spojrzał na Maję z błyskiem w oczach.
— Kanał.
Maja przytaknęła.
— Ale idziemy mądrze. Najpierw ustalamy, co to za trzy słowa. I nie idziemy sami.
Pani Zosia uniosła palec.
— Mogę zadzwonić do pana Marka, strażnika z parku. Czasem pomaga przy imprezach szkolnych.
Maja odetchnęła. Współpraca — to brzmiało jak dobry plan.
— Proszę. A my w tym czasie wypytamy Kubę.
Rozdział 3
Kuba mieszkał dwie ulice dalej. Maja i Olek szli chodnikiem, a wiatr przewracał kartki w notesie tak, jakby też chciał czytać.
— Myślisz, że Kuba ukradł książkę? — zapytał Olek.
— Nie skaczmy do wniosków — odparła Maja. — W śledztwie najgorsze są szybkie osądy. Lepiej zbierać fakty.
Kuba otworzył drzwi, zanim zdążyli zapukać drugi raz. Miał na sobie bluzę z kapturem i minę człowieka, który właśnie przegrał z matematyką.
— Cześć… — mruknął. — Co jest?
Maja uśmiechnęła się uprzejmie.
— Kuba, w bibliotece zniknęła książka, którą wczoraj oddałeś. „Tajemnica Kanału”. I zniknęło hasło do szafki. Pani Zosia jest zdenerwowana.
Kuba otworzył szerzej oczy.
— Ja oddałem! Naprawdę. Nawet pamiętam, że postawiłem ją na wózku.
— Wierzę, że oddałeś — powiedziała Maja. — Ale pytałeś o szyfry.
Kuba aż się zaczerwienił.
— Bo… bo robię projekt na informatykę. O hasłach. Nauczyciel powiedział, że ludzie używają prostych haseł i potem mają kłopoty. Chciałem przykładów.
— Czy widziałeś kartkę z hasłem? — zapytał Olek, trochę zbyt ostro.
— Nie! — Kuba uniósł dłonie. — Przysięgam. Ja tylko… zauważyłem, że pani Zosia coś chowa do szuflady. Ale nie patrzyłem.
Maja zanotowała: „Kuba — projekt o hasłach”.
— A byłeś wczoraj przy kanale? — zapytała, udając, że to zwykłe pytanie o spacer.
Kuba zawahał się.
— Byłem. Z tatą. Łowiliśmy… to znaczy, próbowaliśmy łowić. Ale ryby miały inne plany.
Olek parsknął.
— Czy widziałeś kogoś z naszej szkoły?
— Hanię z plastyki — powiedział Kuba. — Siedziała na ławce i coś rysowała. Obok był… taki mały woreczek. Jakby na śmieci albo na… nie wiem. A potem przyszedł Bartek. I się śmiali, bo Bartek miał brudne buty.
Maja poczuła, jak w głowie zapala się lampka.
— Bartek z plastyki?
— Tak. Ten, co ciągle robi żarty — Kuba wzruszył ramionami. — Ale to nie znaczy, że coś zrobił.
— Nic jeszcze nie znaczy — zgodziła się Maja. — Dzięki, Kuba. I… jeśli ktoś zapyta cię o hasło, nie wymyślaj go na poczekaniu.
— Ja nawet nie znam! — Kuba jęknął.
Gdy wracali, Olek nie wytrzymał:
— „Trzy słowa”… Może „Kanał jest spokojny”? To trzy słowa!
— Ładnie brzmi, ale to nie hasło do kłódki — odparła Maja. — Hasło ma działać w głowie pani Zosi. Musi być proste i osobiste. Co pani Zosia lubi? Co często mówi?
— „Cisza, proszę” — zaśmiał się Olek. — To też trzy słowa!
Maja uśmiechnęła się mimo woli.
— To byłoby okropne hasło. Każdy by zgadł.
W bibliotece czekał na nich pan Marek, strażnik parku. Miał gwizdek na szyi i minę człowieka, który widział już zgubione rowery, kłótnie o piłkę i dramaty o lody.
— Pani Zosia mówiła, że macie zagadkę — powiedział. — Kanał, tak? Idziemy razem. Ale trzymamy się ścieżki i żadnego wchodzenia do wody. Jasne?
— Jasne — odpowiedzieli zgodnie.
Maja wzięła wskazówkę z papierka.
— „Szukaj tam, gdzie woda jest spokojna.” To może być zatoczka przy moście. Tam zawsze jest cicho.
— I jest ławka — dodał Olek. — Ta, na której Hania rysowała.
— To idziemy — powiedział pan Marek.
Maja poczuła dreszczyk. Nie strachu, tylko ciekawości. Jakby świat mówił: „Sprawdź mnie uważnie”.
Rozdział 4
Kanał przywitał ich zapachem mokrych liści i cichym bulgotem, jakby woda gotowała zupę dla niewidzialnych kaczek. Ścieżka biegła tuż przy brzegu. Z jednej strony trzciny, z drugiej krzaki i stary mur z graffiti.
— Woda jest dziś spokojna — zauważył Olek. — Jakby też chciała słuchać.
— Woda zawsze słucha — mruknął pan Marek. — Tylko nie zawsze oddaje to, co jej się wrzuci.
Maja przyspieszyła, ale nie biegła. Detektyw nie biega bez powodu. Detektyw patrzy.
Na błocie przy ścieżce dostrzegła kilka odcisków butów. Jedne były małe, z ząbkowanym wzorem — kalosze. Drugie większe, sportowe, z głębokimi rowkami. A obok, na kamieniu przy brzegu, leżał… plastikowy woreczek.
— To ten woreczek, o którym mówił Kuba — szepnęła Maja.
Pan Marek założył rękawiczki, które nosił w kieszeni „na różne parkowe niespodzianki”, i ostrożnie podniósł woreczek.
W środku były trzy rzeczy: złożona kartka, mały breloczek w kształcie klucza i… biblioteczna zakładka z logo szkoły.
— Zakładka! — Olek aż podskoczył. — To z biblioteki.
Maja wzięła kartkę. Był na niej rysunek: szafka z kłódką i trzy puste dymki, jak w komiksie. Pod spodem ktoś dopisał: „TRZY SŁOWA. PROSTE. DLA PANI Z.”
— „Dla pani Z.” — powtórzyła Maja. — Czyli hasło rzeczywiście jest jej.
— Ale czemu tu? — Olek kręcił głową. — Ktoś zostawił wskazówki nad kanałem jak w grze terenowej.
Pan Marek spojrzał na nich uważnie.
— Czasem dzieci robią zabawy w tajne kluby. Chowają rzeczy w „bazach”. Tylko że tu w grę wchodzi biblioteka. To już poważniejsze.
Maja przyklękła przy ławce. Pod deskami coś błysnęło. Wetknęła palce i wyciągnęła małe pudełko po miętowych cukierkach. Na wieczku ktoś nakleił taśmą papier z napisem: „TYLKO DLA TYCH, CO MYŚLĄ”.
— No to pasujemy — mruknął Olek.
— Otwieramy? — zapytał pan Marek.
Maja spojrzała na pudełko.
— Jeśli to pułapka, to najgorsza możliwa: cukierki miętowe — powiedziała poważnie.
Olek zachichotał.
Maja otworzyła pudełko. W środku była… kartka z trzema słowami, ale zamazanymi. Ktoś przejechał po nich ołówkiem tak mocno, że papier się przetarł.
— Super… — westchnął Olek. — Ktoś zniszczył hasło.
Maja zmrużyła oczy. Przetarcia i wgłębienia. Detektywi lubią wgłębienia.
— Nie zniszczył. Ukrył — powiedziała. — Zobaczcie: to jest wytłoczone. Możemy je odczytać, jeśli zrobimy odbitkę.
— Jak? — Olek już szukał w kieszeniach czegoś magicznego.
Maja wyciągnęła swój ołówek.
— Kładziemy kartkę na czymś twardym i pocieramy bokiem grafitu. Tak jak na plastyce, gdy robi się faktury.
Pan Marek podał jej gładką okładkę notesu. Maja położyła kartkę i zaczęła pocierać. Powoli, cierpliwie, jakby budziła słowa ze snu.
Pojawiły się litery. Najpierw „C”, potem „I”… Olek wstrzymał oddech, jakby dmuchnięcie mogło zdmuchnąć alfabet.
Po chwili trzy słowa były czytelne.
Maja przeczytała na głos:
— „CICHO CZYTAMY RAZEM”.
Olek rozpromienił się.
— To jest… słodkie. I rzeczywiście trzy słowa.
— Cztery — poprawił pan Marek, ale od razu dodał: — Chociaż „czytamy razem” to może być traktowane jako jedno hasło w sensie. No i jest proste.
Maja uśmiechnęła się.
— Pani Zosia często mówi „czytamy razem” na spotkaniach. A „cicho” to wiadomo.
— To teraz wracamy i próbujemy otworzyć szafkę? — Olek podskakiwał na palcach.
Maja jednak spojrzała na zakładkę i breloczek-klucz.
— Jeszcze jedno. Kto to zostawił? Kto bawi się w tajne hasła?
Pan Marek wskazał na odciski butów.
— Kalosze i sportowe. Hania i Bartek. Może oni chcieli zrobić niespodziankę pani Zosi? Albo…
— Albo chcieli ją „przetestować” — dokończyła Maja. — Sprawdźmy to w bibliotece. I porozmawiajmy z nimi spokojnie. Bez oskarżeń.
W drodze powrotnej Maja trzymała kartkę z odbitką jak najcenniejszy dowód. Bo czasem najcenniejsze dowody to nie diamenty, tylko słowa.
Rozdział 5
W bibliotece pani Zosia wyglądała, jakby wstrzymywała oddech od rana.
— Mamy coś — powiedziała Maja i położyła odbitkę na ladzie.
Pani Zosia przybliżyła okulary do nosa.
— „Cicho czytamy razem”… — przeczytała i aż jej zmiękły ramiona. — To… to ja mówiłam na pasowaniu na czytelnika.
— Spróbujmy — zaproponował Olek.
Szafka z rezerwacjami stała w kącie. Mała kłódka miała pokrętło z literami, takie, które w filmach zawsze otwierają w trzy sekundy. W rzeczywistości pokrętło stawia opór, a litery przeskakują złośliwie o jeden.
Pani Zosia drżącymi palcami ustawiła litery, szepcząc pod nosem.
— C… I… C… H… O… — potem przerwała i spojrzała na Maję. — To ma być bez spacji?
— Spróbujmy bez — powiedziała Maja. — Najpierw „CICHO”, potem „CZYTAMYRAZEM”. Jeśli nie wejdzie, zmienimy kolejność. Spokojnie.
Olek patrzył na kłódkę jak na przeciwnika w grze.
Klik.
— O! — pisnęła pani Zosia.
Kłódka puściła. Szafka się otworzyła, a w środku stały równo ułożone książki z karteczkami: „dla 6A”, „dla Ani”, „dla taty Janka”. Pani Zosia odetchnęła tak głośno, że aż kurz na półce chyba się ucieszył.
— Uratowaliście rezerwacje — powiedziała wzruszona. — Ale książka… „Tajemnica Kanału”…?
Maja rozejrzała się. Jeśli ktoś robi grę, zwykle finał jest efektowny.
— Pani Zosiu, czy mogę zobaczyć zeszyt wypożyczeń? — zapytała.
Przejrzała wpisy. „Tajemnica Kanału” była oddana przez Kubę. Potem… nic. Żadnego nowego wypożyczenia.
— Czyli nie poszła legalnie w świat — mruknęła.
W tym momencie drzwi biblioteki otworzyły się z wahaniem. Weszli Hania i Bartek. Hania ściskała teczkę z rysunkami, Bartek miał na ramieniu plecak i minę, jakby właśnie zjadł cytrynę.
— Dzień dobry… — powiedziała Hania.
Bartek dodał szybko:
— My… to znaczy… przyszliśmy.
Maja spojrzała na nich łagodnie, ale uważnie.
— Słyszeliście o zaginionej książce i haśle?
Hania spuściła wzrok.
— To było… miało być miłe — wyszeptała. — Dla pani Zosi. Chcieliśmy zrobić „biblioteczną grę”. Taką z zagadkami.
Bartek wtrącił:
— Ja mówiłem, że to głupi pomysł.
— Nie głupi — poprawiła Maja. — Tylko ryzykowny, jeśli bierze się cudze rzeczy bez pytania.
Hania skinęła głową.
— Widziałam kartkę z hasłem, jak pani Zosia ją odkładała. Pomyślałam, że to będzie fajny finał: znaleźć hasło i otworzyć szafkę. Ale nie chciałam kraść! Tylko… schowałam ją, żeby było trudniej.
— A książka? — zapytała pani Zosia, już spokojniejsza, ale wciąż zmartwiona.
Bartek odchrząknął.
— Książkę wziąłem ja. Na chwilę. Bo… — spojrzał na Maję, jakby liczył, że ona znajdzie mu słowa — bo myślałem, że w środku są jakieś mapy kanału i chcieliśmy zrobić trasę do gry. Ale potem się przestraszyłem, że będą kłopoty, i schowałem ją.
— Gdzie? — Maja nie podnosiła głosu. Pytanie miało być jak latarka, nie jak młotek.
Bartek wyciągnął z plecaka książkę owiniętą w reklamówkę.
— Tu. Przyniosłem. Tylko… była trochę wilgotna, bo schowałem ją w altance przy kanale. Przepraszam.
Pani Zosia wzięła książkę ostrożnie, jakby to był mały ptak.
— Najważniejsze, że wróciła — powiedziała po chwili. — Ale pamiętajcie: biblioteka to nie magazyn do zabaw bez pytania.
Hania pokiwała głową energicznie.
— Zrobimy grę, ale już legalnie. Z panią Zosią. I z Mają. I z Olkiem.
Olek wyprostował się.
— Ja mogę robić trudne zagadki — oznajmił. — Ale nie takie, co stresują bibliotekarki.
Maja uśmiechnęła się.
— I o to chodzi. Współpraca. Pani Zosiu, co robimy teraz?
Bibliotekarka spojrzała na książkę, potem na dzieci.
— Teraz… trzeba ją wysuszyć i… oddać na półkę. A wy możecie mi pomóc ułożyć rezerwacje. I może… przygotować prawdziwą, bezpieczną grę czytelniczą.
Bartek odetchnął, jakby ktoś zdjął mu plecak z sumienia.
— Pomożemy.
Maja zanotowała w notesie: „Sprawa prawie zamknięta. Brak szkód, dużo nauki”.
Rozdział 6
Następnego dnia „Tajemnica Kanału” była już sucha. Pani Zosia rozłożyła ją na stole na specjalnej podkładce, a Maja z Olkiem przewracali kartki delikatnie, żeby nie falowały jak morze.
— Kanał w książce jest bardziej straszny niż nasz — zauważył Olek. — U nas są tylko kaczki i pan Marek.
— I miętowe pudełka — dodała Maja.
W bibliotece zrobiło się gwarno, ale przyjemnie. Hania wycinała kolorowe strzałki do „legalnej gry”, Bartek pisał proste zagadki na karteczkach, a pani Zosia sprawdzała, czy wszystkie książki są na swoim miejscu.
Maja podeszła do półki z nowościami. Wcisnęła „Tajemnicę Kanału” w rząd innych okładek. Książka stanęła prosto, jakby z ulgą wróciła do domu.
Pani Zosia podała Majce inną książkę — tę, którą Maja wypożyczyła tydzień temu, ale przez śledztwo nie zdążyła oddać.
— A ty, pani detektywko — powiedziała z uśmiechem — masz coś do załatwienia.
Maja spojrzała na okładkę. „Opowieści o mostach”. Termin zwrotu: wczoraj.
— Ojej — mruknęła. — Wina detektywa: zbyt wciągająca sprawa.
Olek parsknął.
— To teraz oddasz książkę i jesteś czysta.
Maja podeszła do lady, wzięła pieczątkę zwrotu i podała książkę pani Zosi.
— Zwracam. W całości. Bez kanału w środku — powiedziała poważnie.
Pani Zosia przybiła pieczątkę z teatralnym „stuk”.
— Przyjęte. A w nagrodę… — nachyliła się konspiracyjnie — …możecie jako pierwsi przetestować waszą nową grę. Ale tym razem hasło niech będzie zapisane w zeszycie, a nie chowane w pudełku po cukierkach.
Hania roześmiała się, Bartek też, nawet jeśli udawał, że nie.
Maja schowała notes do plecaka. Sprawa została rozwiązana. Nikt nie był zły, nikt nie uciekł z miasta, a biblioteka znów pachniała papierem i spokojem.
Kiedy wychodzili, Olek szepnął:
— To co, detektywko… następna sprawa?
Maja spojrzała na półki, na ludzi, na ciche okładki, które kryły tysiące tajemnic.
— Spokojnie — odpowiedziała. — Najpierw… cicho czytamy razem. A potem zobaczymy, co świat nam podrzuci.