Trwa ładowanie...
Opowieści małych detektywów 11-12 lat Czytanie 23 min.

Tajemnica zielonej siatki i ślady na wycieraczce

Maks, młody detektyw-amator, wraz z koleżanką Basią bada zagadkowe zniknięcie zielonej siatki u cioci Izy, zbierając tropy i odkrywając nieoczekiwane powiązania wśród sąsiadów.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Dwunastoletni chłopiec o skupionym, ciekawym wyrazie twarzy, okrągłej twarzy i rozczochranych brązowych włosach, w niebieskiej lekkiej kurtce i dżinsach, kuca przy żywopłocie z żółtawym notesem i ołówkiem, wskazując palcem na zieloną siatkę zawieszoną na gałęzi; po jego lewej Basia, też 12 lat, psotna lecz uważna, blond kucyk, rolki zarzucone na ramię, ręka na brzegu furtki; za nimi na ganku stoi ciocia Iza, około trzydziestki, kasztanowe włosy upięte w kok, sukienka w kwiaty, trzyma torbę z zakupami, zaniepokojona lecz łagodna; obok furtki stoi młodszy Franek (ok. 7 lat) z nieśmiałą miną, czerwona czapka z daszkiem i zielony t-shirt, patrzy w dół; biały, puszysty pies Rambo w czerwonej obroży obwąchuje żywopłot przy starej brązowej wycieraczce. Miejsce: mały podmiejski domek z białym drewnianym gankiem, kraciastymi drzwiami, agrestowym krzewem, donicami z kwiatami i spokojną brukowaną ulicą w tle. Sytuacja: scena odkrycia i łagodnego śledztwa — dzieci ostrożnie badają wskazówkę (zielona siatka) na ganku, późno popołudniowe światło, ciepłe kolory, miękkie cienie, wyraźne detale (tekstura drewna, oczka siatki, delikatne odciski na wycieraczce). Styl: wyraziste, jasne linie w stylu manga, dziecięce proporcje, nasycona pastelowa paleta, akcent na postaciach na pierwszym planie, subtelna głębia ostrości. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Zniknięcie z pawilonu

Maks miał jedenaście lat i zwyczaj, którego nie rozumieli dorośli: kiedy coś ginęło, nie wzruszał ramionami. Wyciągał notes w kratkę, ołówek i pytał: „Kto, kiedy, gdzie, po co?”. Mama mówiła, że to „za poważne jak na dziecko”, ale potem sama przychodziła po pomoc, gdy nie mogła znaleźć kluczy.

Tego popołudnia Maks miał dyżur karmienia królika u cioci Izy. Ciocia mieszkała w małym pawilonie na końcu spokojnej uliczki. Pawilon miał ogródek, skrzypiącą furtkę i ganek, na którym zawsze stała konewka w kropki.

— Maks, tylko pamiętaj: nie ruszaj skrzynki z narzędziami. Wczoraj ją uporządkowałam — powiedziała ciocia, zakładając kurtkę. — Muszę wyskoczyć do apteki. Będziesz sam najwyżej pół godziny.

— Jasne — odparł Maks. — Nakarmię Tuptusia i… nic nie popsuję.

Ciocia wyszła, a Maks usłyszał, jak furtka „klik” zamyka się za nią.

W pawilonie pachniało herbatą i drewnem. Tuptuś chrupał sianko w klatce w kuchni, jakby wcale nie potrzebował człowieka. Maks nasypał mu granulki, nalał świeżej wody i już chciał wracać do salonu, kiedy usłyszał ciche: „szurrr”.

Dźwięk dobiegł z ganku.

Maks zatrzymał się jak pies tropiący. „Może to wiatr”, pomyślał. Ale na ganku nie było przeciągu. Drzwi były zamknięte.

Podszedł ostrożnie i zajrzał przez szybkę. Na ganku stała szafka na buty i kosz z piłkami. A obok kosza… leżał pusty sznurek, który wcześniej przytrzymywał zwiniętą siatkę na owoce. Teraz siatki nie było.

„Zniknęła”, zanotował w myślach Maks.

Potem zauważył coś jeszcze: na wycieraczce były trzy ślady. Dwa normalne, jak od tenisówek, a trzeci… jakby ktoś stanął tylko na czubku buta. Jakby się skradał albo podskakiwał.

Maks przysiadł, przyjrzał się uważnie i wyciągnął notes.

1) Zaginęło: siatka na owoce (zielona, z haczykiem).

2) Miejsce: ganek.

3) Czas: między wyjściem cioci a teraz.

4) Ślady: dwa pełne + jeden na czubku.

„To już brzmi jak sprawa”, pomyślał, a serce zabiło mu szybciej. Nie ze strachu — z ciekawości.

Ale zaraz przypomniał sobie słowa mamy: „Ciekawość tak, ale ostrożnie”.

Więc nie wybiegł na dwór. Nie gonił „złodzieja”. Zamiast tego zamknął drzwi na zasuwkę, spojrzał przez okno i zaczął myśleć.

Kto mógł wejść na ganek, kiedy cioci nie było?

Na ulicy widział wcześniej trzech sąsiadów: panią Jolę z psem, pana Tomka z paczką i Basię, dziewczynę z jego klasy, która często jeździła na rolkach. I jeszcze kuriera, który czasem mylił numery domów.

Maks odetchnął. „Spokojnie. Najpierw fakty.”

W tej samej chwili zabrzęczał dzwonek przy furtce. Krótko, jakby ktoś się wahał.

Maks podszedł do okna w kuchni, ale nie otworzył drzwi.

— Kto tam? — zawołał.

— To ja, Basia! — odpowiedział znajomy głos. — Ciocia mówiła, że mogę wpaść po te stare gazety na zbiórkę.

Maks zmrużył oczy. Basia stała przy furtce, a przy niej… rolki, przewieszone przez ramię. I uśmiech, zbyt niewinny jak na kogoś, kto właśnie pojawił się przy tajemnicy.

„Notuj w głowie”, przypomniał sobie Maks.

Rozdział 2: Pierwsze tropy i trzy wersje

Maks wyszedł na ganek dopiero wtedy, gdy upewnił się, że drzwi są za nim zamknięte, a klucz w kieszeni. Ostrożność to nie tchórzostwo, tylko plan.

— Cześć — powiedział, otwierając furtkę. — Cioci nie ma. Wróci za chwilę.

— Wiem, widziałam ją, jak szła w stronę sklepu — Basia zerknęła na ganek. — O, fajny kosz z piłkami. A co ty tu robisz?

— Karmię Tuptusia. A przy okazji… zniknęła siatka na owoce — Maks powiedział to spokojnie, jakby czytał prognozę pogody.

Basia uniosła brwi.

— Siatka? Taka zielona? Może spadła za szafkę.

— Sprawdzałem. Nie ma. A na wycieraczce są ślady. Dwa normalne i jeden jak od czubka.

Basia spojrzała na swoje rolki.

— To nie ja. W rolkach robi się takie dziwne ślady, ale ja nawet nie wchodziłam na ganek. Przysięgam.

Maks nic nie odpowiedział od razu. „Nie oskarżaj, sprawdzaj”, powtarzał w myślach. Dorośli w kryminałach zawsze krzyczeli. Maks wolał zadawać pytania.

— Basia, a kiedy tu przyszłaś?

— Jakieś… pięć minut temu. Zobaczyłam, że furtka jest zamknięta, więc zadzwoniłam.

— A wcześniej byłaś w okolicy?

— Jeździłam wokół placu. — Basia machnęła ręką w stronę skweru. — Szlifuję hamowanie. Bo wczoraj prawie wjechałam w kosz na śmieci. Kosz wygrał.

Maks parsknął śmiechem, mimo że sprawa była „poważna”.

— Dobra. To mamy wersję numer jeden: siatkę zabrał ktoś obcy. Kurier, przechodzień, ktokolwiek.

— Po co komu siatka na owoce? — Basia zrobiła minę, jakby ktoś zaproponował jej kolekcjonowanie skarpet.

— Można nią przenosić rzeczy. Albo… łapać coś. — Maks spojrzał na królika przez okno. Tuptuś patrzył na nich obojętnie, jakby mówił: „Ludzie, zawsze dramat”.

Basia oparła się o płot.

— Wersja numer dwa: siatkę wziął ktoś, kto tu bywa. Kto zna ciocię.

— Na przykład pani Jola? — rzucił Maks. — Z psem.

— Albo pan Tomek z paczką — dodała Basia. — On zawsze niesie jakieś pudełka. Może potrzebował siatki, bo mu coś wypadło.

Maks zanotował w notesie trzy wersje, ale bez nazwisk. Jeszcze.

Wtedy na chodniku pojawił się pies pani Joli. Pies był mały, biały i miał fryzurę jak dmuchawiec. Pani Jola szła za nim, jakby to pies prowadził ją na smyczy, a nie odwrotnie.

— Dzień dobry, dzieci! — zawołała. — Co tak stoicie jak strażnicy?

— Dzień dobry — odpowiedział Maks. — Pani Jolu, czy widziała pani zieloną siatkę na owoce na ganku?

Pani Jola przystanęła, a pies natychmiast zaczął węszyć przy wycieraczce.

— Siatkę? Nie. Ale mój Rambo coś tu wącha… O, jaki dzielny! — Pani Jola pochyliła się. — Przepraszam, on wszędzie szuka przygód.

— Może właśnie szuka siatki — mruknęła Basia.

Maks kucnął i przyjrzał się psu. Rambo węszył przy rogu wycieraczki, potem podreptał wzdłuż płotu, aż do krzaka agrestu.

I tam, w liściach, coś błysnęło zielono.

Maks nie rzucił się od razu. Najpierw spojrzał dookoła. Ulica była pusta. Tylko daleko słychać było rower.

— Widzę coś — powiedział spokojnie. — Ale nie dotykam, dopóki nie sprawdzę, czy to bezpieczne.

Basia przewróciła oczami.

— To siatka, Maks, nie bomba.

— Ostrożność to też nawyk — odpowiedział.

Podeszli razem do krzaka. Zielona siatka rzeczywiście tam była, ale… nie zwinięta. Rozciągnięta jak mała pułapka. Haczyk zaczepiono o gałązkę.

— Kto by tak ją wieszał? — zdziwiła się Basia.

Maks zauważył coś jeszcze: na ziemi pod krzakiem leżały trzy kasztany ustawione prawie w linii, jakby ktoś je specjalnie ułożył. A obok — mały ślad na czubku buta.

„Czubek. Znowu”, pomyślał.

— Pani Jolu — odezwał się Maks — czy pani przechodziła tu przed chwilą?

— Ja? Nie, dopiero teraz, wracam z parku. — Pani Jola uśmiechnęła się. — Ale widziałam pana Tomka. Biegł z paczką, jakby gonił autobus, choć tu nie ma autobusów.

Basia i Maks spojrzeli na siebie.

Nowy trop.

Rozdział 3: Paczka, pan Tomek i zasada „nie biegnij bez planu”

Pan Tomek mieszkał dwa domy dalej. Był wysoki, miał wiecznie rozczochrane włosy i mówił szybko, jakby jego zdania też biegały.

Maks i Basia nie pobiegli od razu. Maks przypomniał sobie zasadę: „Nie biegnij bez planu”. Najpierw ustalili, co powiedzą i czego chcą się dowiedzieć.

— Pytamy o paczkę i o to, czy widział siatkę — szepnął Maks.

— I o czubek buta! — dodała Basia.

— O ślady nie pytamy od razu. Najpierw zwykłe pytania.

Poszli chodnikiem, spokojnie, żeby nie wyglądało, jakby polowali na winnego. To była też forma ostrożności: nie oskarżać, nie prowokować.

Przed domem pana Tomka stała furgonetka z logo sklepu budowlanego. Drzwi były otwarte, a z środka wystawał długi rulon folii.

— Okej, to tłumaczy paczkę — mruknęła Basia.

Pan Tomek właśnie próbował wciągnąć rulon do garażu, walcząc z nim jak z gigantycznym naleśnikiem.

— Dzień dobry! — zawołał Maks.

Pan Tomek odwrócił się, przytrzymując rulon kolanem.

— O, hej! Pomocnicy? Tylko uważajcie, bo to ucieka!

Maks i Basia chwycili koniec folii i wspólnie wciągnęli ją do garażu. Pan Tomek odetchnął.

— Dzięki. Gdyby nie wy, sąsiedzi mieliby dziś darmową dekorację na płotach.

Basia roześmiała się.

— Panie Tomku, widział pan może zieloną siatkę na owoce? — zapytał Maks.

— Siatkę? Nie… Chociaż… — Pan Tomek zmarszczył czoło. — Widziałem coś zielonego przy płocie cioci Izy, jak przechodziłem. Myślałem, że to liść albo woreczek. Ale ja biegłem, bo kurier zostawił mi tę folię u złego domu i bałem się, że ktoś ją zabierze.

Maks przyjrzał się jego butom. Normalne adidasy. Podeszwy równe. Żadnego chodzenia na czubkach.

— A czemu pan biegł akurat obok pawilonu cioci? — dopytała Basia.

— Bo skrótem. — Pan Tomek wskazał palcem. — Tam jest taki prześwit między żywopłotem a płotem. Szybciej.

Maks zanotował: „prześwit”.

Wtedy z domu pana Tomka dobiegł dźwięk: „Miau!”. Po chwili w drzwiach pojawił się kot — czarny jak rozlany atrament, z białą plamką na nosie. Kot spojrzał na nich z miną właściciela ulicy.

— To Kropka — wyjaśnił pan Tomek. — Wredna jak rachunek za prąd, ale mądra.

Kot podszedł do Basii, obwąchał jej rolki i nagle… kichnął. Małe „psik!”, po czym odskoczył jak obrażony.

— Co mu jest? — zdziwiła się Basia.

Pan Tomek wzruszył ramionami.

— Pewnie kurz z rolki. Albo… — urwał. — Albo zapach agrestu. On nie znosi agrestu. Jak tylko wyczuje, ucieka.

Maks poczuł, jak w głowie układa mu się kolejny kawałek układanki. Siatka była przy krzaku agrestu. Kot nie znosi agrestu. A ktoś biegł skrótem obok pawilonu.

„Ale co z tym czubkiem buta?” — pomyślał.

— Panie Tomku, a widział pan może kogoś… mniejszego? Kogoś, kto mógłby się skradać? — zapytał Maks, dobierając słowa ostrożnie.

Pan Tomek uśmiechnął się.

— Mniejszego? O, widziałem małego listonosza… żartuję. — Pokręcił głową. — Nie. Ale słyszałem, jak ktoś gwizdał. Taki krótki gwizd, jak na psa. Właśnie koło pawilonu.

Basia spojrzała na panią Jolę i jej psa w oddali. Ale pani Jola już szła w drugą stronę.

Maks poczuł, że czas wracać do cioci, zanim ta przyjdzie i zobaczy dzieci krążące po ulicy jak tajniacy z kreskówki.

— Dzięki, panie Tomku — powiedział. — I przepraszam za przesłuchanie.

— Spoko. Jak znajdziecie siatkę, to dajcie znać. Lubię, gdy rzeczy przestają znikać — odparł pan Tomek.

Wracając, Maks i Basia zatrzymali się przy prześwicie, o którym mówił pan Tomek. To było wąskie miejsce między żywopłotem a płotem. Ktoś mógł tam przejść bokiem.

Na ziemi leżał mały patyk, a obok — ślad, jakby ktoś zahaczył czubkiem buta i się poślizgnął.

— Widzisz? — szepnęła Basia. — Czubek!

Maks skinął głową.

— Ktoś tędy przechodził szybko. Albo biegł na palcach, żeby nie hałasować.

— To już brzmi jak ktoś, kto chce być niewidzialny — powiedziała Basia.

— Albo ktoś, kto po prostu się bawi — odparł Maks. — I to może być najważniejsze.

Rozdział 4: Pojawia się podejrzany, który… jest za niski

Gdy wrócili pod pawilon, ciocia Iza właśnie wchodziła furtką z reklamówką.

— O, jesteście! — ucieszyła się. — Maks, wszystko w porządku? Tuptuś nakarmiony?

— Tak. I… ciociu, zniknęła siatka na owoce, ale znaleźliśmy ją przy agreście. Była rozciągnięta, jakby ktoś ją zaczepił o gałąź — powiedział Maks.

Ciocia zmarszczyła brwi.

— Rozciągnięta? Po co?

Basia wtrąciła:

— Może ktoś chciał złapać… nie wiem… jabłko?

Ciocia parsknęła.

— Jabłka rosną na drzewie, nie biegają po trawie.

Maks podniósł siatkę ostrożnie, trzymając za haczyk, żeby nie zaciągnąć palców. Siatka była czysta, ale na jednym oczku tkwiło coś małego i szarego. Jak kłaczek.

— Ciociu, mogę to obejrzeć w domu? — zapytał Maks. — Tylko na stole, nie na dywanie.

— Proszę bardzo. Tylko bez paniki i bez wybiegów na ulicę. Jak coś jest nie tak, to wołasz mnie — powiedziała ciocia stanowczo.

Maks ucieszył się w duchu. Ciocia rozumiała: ciekawość tak, ale z zasadami.

W kuchni położył siatkę na stole. Basia nachyliła się.

— To kłaczek — stwierdziła.

— Może z królika? — zaproponowała.

Maks pokręcił głową.

— Tuptuś ma jaśniejszą sierść. To wygląda jak… — Maks urwał, bo usłyszał ciche „puk-puk” w okno.

W oknie stał chłopiec. Młodszy, może siedem albo osiem lat, w czapce z daszkiem. Uśmiechał się za szeroko, jak ktoś, kto ma plan i nie umie go ukryć.

Maks uchylił okno, ale tylko trochę.

— Cześć. Czego chcesz?

— Ja… ja szukam piłki — powiedział chłopiec. — Wpadła mi do ogródka. Mogę wejść?

Maks spojrzał na trawnik. Żadnej piłki.

— Jakiej piłki? — zapytał.

— No… zielonej — powiedział chłopiec szybko.

Basia uniosła brwi. Ciocia Iza podeszła bliżej.

— Jak masz na imię? — zapytała spokojnie.

— Franek — wymamrotał chłopiec.

— Franek, piłki tu nie ma. A nawet gdyby była, to wchodzenie bez pytania jest niebezpieczne. Możesz ją zgubić gdzie indziej. — Ciocia mówiła łagodnie, ale stanowczo. — Idź do domu i powiedz rodzicom.

Franek spojrzał na Maksa. Jego oczy na chwilę uciekły w stronę stołu, gdzie leżała siatka. I wtedy Maks zobaczył coś ważnego: Franek stał na palcach, jakby chciał wyglądać na wyższego, żeby zajrzeć do środka.

„Czubek buta”, pomyślał Maks. „Za niski, więc staje na czubkach.”

— Franku — odezwał się Maks. — Widziałeś może siatkę na owoce? Zieloną, z haczykiem?

Chłopiec spochmurniał.

— Nie.

— A lubisz koty? — wypaliła nagle Basia.

Franek cofnął się o krok.

— Nie… znaczy… lubię, ale one… drapią.

Maks wziął kłaczek z siatki na czubek ołówka.

— A znasz kota pana Tomka? Kropkę?

Franek zrobił minę, jakby właśnie ugryzł cytrynę.

— On… on mnie gonił — burknął. — Bo… bo miałem kabanosa.

Ciocia spojrzała pytająco na Maksa, ale nic nie powiedziała.

Maks podjął decyzję. To nie był groźny „złodziej”. To był dzieciak z pomysłem, który wymknął się spod kontroli.

— Franku, nie będziemy na ciebie krzyczeć — powiedział Maks. — Ale musimy wiedzieć, co się stało. Siatka była zaczepiona przy agreście jak pułapka. Po co?

Franek milczał. Potem cicho mruknął:

— Bo… chciałem złapać kota. Nie tego czarnego. Tego białego, co chodzi z panią Jolą. On mi ukradł… eee… gumę do żucia.

Basia wybuchnęła śmiechem.

— Pies ukradł gumę?

— No! Wypadła mi z kieszeni! — oburzył się Franek. — I pomyślałem, że jak zrobię pułapkę, to go złapię i mu powiem, że tak się nie robi!

Ciocia westchnęła.

— Franek, pułapki są niebezpieczne. Zwierzę może się zaplątać i zrobić sobie krzywdę. A ty też mógłbyś się przewrócić.

Franek spuścił głowę.

Maks dodał spokojnie:

— I jeszcze jedno. Jak coś zgubisz, mów dorosłym. Nie działaj sam. Ja też nie biegam sam po ulicy, tylko sprawdzam i pytam.

Franek pokiwał głową, ale nadal wyglądał, jakby chciał zapaść się pod chodnik.

— To nie była guma… — szepnął nagle. — To był… kluczyk.

Zapadła cisza.

— Jaki kluczyk? — zapytał Maks.

— Do skrzynki na listy u babci — wyznał Franek. — Babcia mówiła, żebym nie zgubił. A ja… zgubiłem. Wypadł mi w parku. I… widziałem, jak pies pani Joli coś złapał i pobiegł. Więc pomyślałem, że on go ma. I zrobiłem pułapkę… żeby odzyskać.

Maks spojrzał na Basię. To wreszcie miało sens: gwizd koło pawilonu, ślady na czubkach, siatka jako „narzędzie”. Tylko kluczyka nigdzie nie było.

— Franku — powiedział Maks — pokaż, gdzie dokładnie w parku to się stało. Ale nie teraz sam. Idziemy z ciocią. I po drodze powiemy pani Joli. Zgoda?

Franek kiwnął głową, jakby właśnie dostał drugą szansę.

Rozdział 5: Poszukiwania z zasadami

Ciocia Iza wzięła telefon, żeby zadzwonić do mamy Franka. Po chwili wyszła z nimi na ulicę. Franek szedł między Maksem a Basią, cicho jak ktoś, kto liczy swoje kroki.

— Najpierw idziemy do pani Joli — ustaliła ciocia. — Potem do parku. I żadnego biegania przez ulicę.

— Tak jest — odpowiedzieli Maks i Basia jednocześnie, a Franek dodał:

— Też tak jest.

Pani Jola była jeszcze w pobliżu, bo Rambo uparł się, że będzie wąchał każdy kamyk osobno. Gdy ciocia wyjaśniła sprawę, pani Jola aż klasnęła w dłonie.

— Ojejku! Rambo lubi podnosić różne rzeczy, to prawda. Ale kluczyków mu nie daję! — Obserwowała psa uważnie. — Rambo, pokaż kieszeń!

Rambo machnął ogonem, jakby rozumiał żart, ale oczy miał błyszczące i niewinne.

Maks kucnął przy psie. Na obroży Rambo wisiał mały woreczek z adresówką. Maks zauważył, że woreczek jest lekko rozdęty.

— Pani Jolu, co jest w tym woreczku? — zapytał.

— Zapasowy worek na odchody. I czasem smaczek, żeby wracał — wyjaśniła pani Jola.

Basia szepnęła:

— Może on tam schował klucz?

Pani Jola otworzyła woreczek. W środku był smaczek… i coś metalowego. Mały kluczyk.

Franek aż podskoczył.

— To mój! — zawołał.

Rambo spojrzał na wszystkich z miną: „Co? Ja tylko znalazłem”.

Ciocia Iza uśmiechnęła się, ale zaraz spoważniała.

— Franek, widzisz? Dało się to załatwić bez pułapek. Wystarczyło powiedzieć dorosłym.

Pani Jola pogłaskała psa.

— Rambo czasem coś podniesie i przyniesie. Myślałam, że to zwykły błyszczący śmieć. Dobrze, że pytacie, a nie krzyczycie.

Maks poczuł satysfakcję. Sprawa była prawie rozwiązana. Prawie, bo…

— A siatka? — przypomniała Basia. — Franek, czemu akurat przy agreście?

Franek poczerwieniał.

— Bo myślałem, że pies tamtędy przechodzi. I… bo agrest kłuje, więc miałem wrażenie, że to „prawdziwa kryjówka”.

Maks spojrzał na siatkę, którą ciocia niosła przewieszoną przez rękę.

— Ktoś jeszcze musiał ją przestawić — powiedział cicho. — Bo na wycieraczce były dwa pełne ślady i jeden na czubku. Franek chodził na czubkach, to się zgadza. Ale te dwa pełne?

Basia od razu podchwyciła:

— Pani Jola?

Pani Jola pokręciła głową.

— Ja byłam w parku.

Ciocia Iza zatrzymała się.

— Ja rano sprzątałam ganek. Mogłam zostawić ślady. — Zamyśliła się. — A wycieraczka… mogła się przesunąć, jak Rambo ją wąchał.

Maks spojrzał na wycieraczkę w swojej pamięci: była lekko przekrzywiona, jakby ktoś ją zaczepił.

„Czyli nie mamy tu drugiego złodzieja”, pomyślał. „Mamy tylko chaos, zwierzę i jeden chłopiec z za dużą wyobraźnią.”

To była dobra wiadomość.

Franek, już spokojniejszy, zapytał nieśmiało:

— Mogę przeprosić ciocię?

— Możesz — odpowiedziała ciocia. — I możesz też pomóc mi odnieść siatkę na miejsce. Ale najpierw powiemy twojej mamie, co się stało.

Franek skinął głową. Maks zauważył, że chłopiec trzyma kluczyk mocno w dłoni, jakby bał się, że znowu zniknie.

— Włóż go do kieszeni z zamkiem — doradził Maks. — Albo do portfela. Rzeczy lubią wypadać z luźnych kieszeni.

— Dobra — Franek spojrzał na niego z wdzięcznością. — A ty… jesteś jak detektyw.

— Amator — poprawił go Maks. — I z zasadami.

Rozdział 6: Koniec sprawy i starta wskazówka

Wieczorem ciocia Iza zaprosiła Maksa na herbatę, a Basię na kompot. Franek poszedł do domu z mamą, która najpierw była blada ze strachu, a potem czerwono-fioletowa z ulgi. Obiecała, że następnym razem Franek od razu przyjdzie po pomoc.

Na ganku siatka wróciła na swój haczyk. Ciocia przetarła wycieraczkę wilgotną szmatką, bo Rambo zostawił na niej błotniste plamki. Maks obserwował, jak ślady znikają pod ruchem materiału.

— I tak kończą się tropy — mruknął.

Basia przechyliła głowę.

— Co?

— W kryminałach tropy zostają na zawsze. A w prawdziwym życiu ktoś bierze szmatkę i po sprawie — powiedział Maks.

Ciocia zaśmiała się.

— To akurat dobrze. Czasem lepiej, gdy nie wszystko zostaje na widoku.

Maks podszedł do wycieraczki. Tam, gdzie wcześniej widział odciski, była już tylko czysta, ciemna powierzchnia. Żadnego „czubka”, żadnych dwóch pełnych śladów. Tylko lekki, rozmazany ślad wilgoci, który po chwili też zniknął.

Starta wskazówka. Koniec.

— Szkoda, że nie zdążyłem zrobić zdjęcia — westchnął Maks, ale bez żalu.

Basia szturchnęła go łokciem.

— Następnym razem zrobisz. Tylko nie zakładaj pułapek jak Franek.

— Nie mam siatki na owoce w kieszeni — odparł Maks poważnym tonem. Po chwili dodał: — I mam ważniejszą zasadę.

— Jaką?

Maks spojrzał na ciocię, potem na furtkę, a potem na spokojną uliczkę.

— Zanim coś zrobisz, pomyśl, czy to bezpieczne dla ciebie i dla innych. Detektyw też musi być ostrożny.

Basia uśmiechnęła się.

— No to, detektywie-amatorze… co teraz?

Maks schował notes do szuflady w korytarzu. Zamknął ją cicho.

— Teraz? — odpowiedział. — Teraz pijemy kompot. A jutro… jutro zobaczymy, co znowu zniknie. Ale oby tylko długopis.

Za oknem wiatr poruszył liśćmi agrestu. A na ganku wycieraczka leżała idealnie równo, jakby nigdy nie było na niej żadnych śladów.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Pawilonu
Mały domek lub budynek, często stojący przy ulicy lub w ogrodzie.
Dyżur
Okres, kiedy ktoś ma obowiązek coś robić, na przykład opiekować się zwierzęciem.
Konewka w kropki
Naczynie do podlewania roślin, ozdobione małymi kropkami.
Prześwit
Wąskie miejsce między dwoma płotami albo ścianami, przez które można przejść.
Pułapka
Ułożone urządzenie lub sposób, żeby coś złapać lub zatrzymać.
Haczyk
Mały zakrzywiony kawałek metalu do zaczepiania lub wieszania rzeczy.
Kłaczek
Mały, miękki gruczoł sierści albo włosia, który się zbija w kulkę.
Zasuwkę
Prosty zamek przesuwany na drzwiach, żeby je dodatkowo zabezpieczyć.
Obroży
Pasek noszony na szyi psa, do którego przypięta jest smycz lub adresówka.
Smaczek
Mały kąsek jedzenia, którym nagradza się psa za dobre zachowanie.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.