Rozdział 1: Zniknięcie w domu kultury
Maja miała dwanaście lat i mówiła niewiele. Nie dlatego, że była nieśmiała. Po prostu lubiła, kiedy w głowie robi się cicho jak w bibliotece. Wtedy łatwiej było zauważyć szczegóły.
Tego popołudnia w Domu Kultury na rogu Lipowej i Świerkowej miała wisieć wystawa portretów dzieci z osiedla. Maja też oddała swój rysunek: portret pana Staszka, który zawsze podlewał kwiaty w donicach pod klatką.
Gdy weszła do sali, zrobiło się dziwnie pusto. Na ścianie zostały tylko pinezki i równe ślady po taśmie. Zniknęła cała plansza z portretami.
— Ktoś to wyniósł? — zapytała pani Iwona z recepcji, kręcąc w palcach smycz od identyfikatora. — Przed chwilą jeszcze tu było.
— Może do innej sali? — mruknął ktoś.
Maja stanęła pod ścianą i spojrzała na podłogę. Na jasnych panelach, tuż przy drzwiach, leżał cienki pasek papieru, jak od metki. Obok—dwa pyłki zielonej farby, jakby ktoś zahaczył o świeżo malowaną ławkę.
Maja wyjęła z plecaka szkicownik. Nie lubiła przesłuchań i przemówień. Wolała rysować. Na pierwszej stronie narysowała prostokąt: „Dom Kultury”. Obok małą strzałkę: „zielona farba”.
Pani Iwona rozłożyła ręce.
— Dzieciaki, spokojnie. Nie panikujemy. Może to zwykła pomyłka.
Maja przytaknęła, choć w środku zapaliła się jej mała lampka: „To zagadka”. I jeszcze jedna: „Da się ją rozwiązać bez hałasu”.
Rozdział 2: Portret, który powstaje w ciszy
Maja wyszła na korytarz i przystanęła. W domu kultury zawsze pachniało herbatą i farbami plakatowymi. Dziś czuła też coś innego—słodkawy zapach cynamonu, jak z drożdżówki.
Na ławce przed budynkiem siedział Tymek, jej kolega z klasy. Machał nogą jak metronom.
— Słyszałem, że ktoś ukradł obrazy! — wypalił.
Maja uniosła brew. Tymek miał talent do „wypalania”.
— Może… — odpowiedziała tylko.
— To co robisz? — dopytywał.
Maja otworzyła szkicownik. Zamiast mówić, pokazała mu szkic: dom kultury, drzwi, ślady zielonej farby, pasek papieru.
— O, detektywka! — Tymek uśmiechnął się szeroko. — Mogę pomagać?
Maja wzruszyła ramionami. To było jej „tak”.
Ruszyli powoli chodnikiem. Maja szła spokojnie, jakby liczyła kroki. Tymek z trudem dopasowywał tempo.
— Jak myślisz, kto to zrobił? — szeptał.
Maja spojrzała na jego rozbiegane oczy. Wolała, żeby myślenie było jak układanie puzzli, a nie jak gonitwa.
Na rogu stał sklepik osiedlowy „U Pani Lusi”. W witrynie wisiał plakat: „Promocja na bułeczki cynamonowe”. Zapach pasował do tego z korytarza.
Maja zatrzymała się.
— Sklep? — Tymek odgadł. — Serio?
Maja weszła pierwsza. Dzwoneczek nad drzwiami zadźwięczał jak mała wskazówka.
W środku było ciepło. Półki uginały się od słoików, soków i chipsów. Za ladą stała pani Lusia w zielonym fartuchu. Ten zielony… wyglądał podobnie do pyłków farby.
— Dzień dobry, Majeczko — powiedziała pani Lusia. — A ty, Tymek, znowu guma balonowa?
— Eee… może później — Tymek spoważniał.
Maja podeszła bliżej lady. Zauważyła coś: za panią Lusią, przy zapleczu, opierała się o ścianę duża tekturowa tuba, jak na plakaty. Na tubie była przyklejona metka. Brakowało jej kawałka… takiego jak pasek, który Maja znalazła przy drzwiach domu kultury.
Maja nie powiedziała tego na głos. Narysowała tubę w szkicowniku. I zielony fartuch. I dzwoneczek.
— Pani Lusiu — odezwał się Tymek, bo Maja wolała milczeć — czy ktoś dziś przynosił tu jakieś duże rzeczy? Plansze, tektury?
Pani Lusia poprawiła okulary.
— Rano przyszedł pan Jurek z warzywniaka. Prosił, żebym mu na chwilę przechowała… no, takie wielkie coś. Mówił, że to „dla bezpieczeństwa”, bo w domu kultury tłok. Tylko ja się nie znam, o co chodziło. Postawił na zapleczu i poleciał.
Maja poczuła, jak zagadka układa się w pierwszą linię.
„Pan Jurek. Warzywniak. Bezpieczeństwo.”
W szkicowniku dopisała: „Jurek – warzywa – pośpiech”.
Rozdział 3: Trop z cynamonem i zieloną farbą
Przed sklepem Tymek prawie podskoczył.
— Czyli to pan Jurek ukradł!
Maja zatrzymała go gestem. Spojrzała na niebo. Było jasne, spokojne, bez wichury. Świat nie wyglądał na miejsce po napadzie.
Wyjęła ołówek i na marginesie narysowała trzy małe kółka. Podpisała:
1) „Kto?”
2) „Po co?”
3) „Dokąd?”
Podała szkicownik Tymkowi.
— Okej… — Tymek westchnął. — Po co? Może chciał sprzedać?
Maja pokręciła głową. Pan Jurek był znany z tego, że dorzucał dzieciom dodatkową mandarynkę „za uśmiech”. Nie wyglądał na czarny charakter.
Zamiast dyskutować, poszli do warzywniaka. To było małe stoisko pod daszkiem, naprzeciwko przystanku. Pachniało jabłkami i ziemią po deszczu.
Pan Jurek układał pomidory w równe piramidki, jakby budował czerwony zamek. Gdy zobaczył Maję, uniósł rękę.
— O, Maja! Masz dziś poważną minę. A ty, Tymek, nie dotykaj śliwek, bo liczę!
Tymek cofnął dłoń.
Maja wyjęła szkicownik i pokazała rysunek: prostokąt domu kultury i strzałkę do sklepiku. Nie musiała mówić „zniknęło”. Wystarczyło, że pokazała puste miejsce na ścianie.
Pan Jurek aż przysiadł na skrzynce z marchwią.
— A niech to… Zniknęło? To miało być bezpieczne u pani Lusi, a potem… w sali obok, tak mi mówił pan Roman.
— Pan Roman? — powtórzył Tymek.
— Konserwator z domu kultury — wyjaśnił pan Jurek. — Rano malował ławkę na korytarzu. Zieloną. I mówił, że będzie tam dużo ludzi, że lepiej na chwilę przenieść planszę. Żeby nikt nie zahaczył, nie pobrudził. Miałem pomóc, bo jestem silny, a on miał drabinę. Ale zadzwonili do mnie, że dostawa ziemniaków już czeka. Więc zaniosłem planszę do pani Lusi. A pan Roman miał ją potem odebrać.
Maja od razu zobaczyła w głowie te zielone pyłki. To nie była wskazówka „przestępstwo”. To była wskazówka „malowanie”.
— Czy pan Roman wyglądał… zdenerwowany? — Tymek próbował brzmieć jak detektyw z filmu, ale wyszło mu jak zapowiadacz pogody.
Pan Jurek zamyślił się.
— Raczej spieszył się. Miał kieszenie wypchane śrubkami, kluczami… i jadł drożdżówkę z cynamonem. Cały korytarz pachniał.
Maja dopisała w szkicowniku: „Roman – zielona farba – cynamon – drabina”.
Zostało pytanie trzecie: „Dokąd?”
I jedno czwarte, którego nie zapisała, ale czuła: „Czy to na pewno zaginięcie?”
Rozdział 4: Biblioteka i szept papieru
Maja lubiła bibliotekę, bo tam cisza była obowiązkowa, a nie „grzecznościowa”. Osiedlowa biblioteka stała przy Placu Kasztanów, tuż obok fontanny, która działała tylko wtedy, gdy ktoś pamiętał włączyć.
W środku pani Basia, bibliotekarka, przesuwała pieczątkę jak królewskie berło.
— Maja! — ucieszyła się. — Wypożyczysz coś nowego?
Maja pokazała szkicownik. Na stronie narysowała planszę z portretami i wielką tubę. Dorysowała też drabinę.
Pani Basia zmrużyła oczy.
— Aaa. To o te portrety chodzi. Ktoś już pytał. Pan Roman był przed chwilą. Prosił o… tekturę i nożyczki. I klej. I mówił, że „musi zrobić ramę, bo inaczej wszystko spadnie”.
— Ramę? — Tymek.
— Tak. I jeszcze pytał, czy mamy wolną salę na zapleczu, bo potrzebuje miejsca do pracy. Dałam mu klucz do małej salki, tej z mapami. Powiedział, że odda po godzinie.
Maja poczuła, że to ważne. „Salkę z mapami” znała. Była tam duża mapa osiedla, trochę wyblakła, z zaznaczonymi ulicami: Lipowa, Świerkowa, Brzozowa, Plac Kasztanów. Mapa zawsze ją fascynowała, bo wyglądała jak plan do przygody.
— Czy pan Roman… wziął coś jeszcze? — zapytał Tymek.
Pani Basia uśmiechnęła się.
— Dwie pinezki i sznurek. Powiedział, że „będzie elegancko”. I że dzieci zasługują na porządną ekspozycję.
Maja spojrzała na Tymka. Jej milczenie mówiło: „To nie brzmi jak kradzież”.
— Możemy wejść do salki? — zapytał Tymek.
Pani Basia zawahała się.
— Jeśli spokojnie i niczego nie dotkniecie. I buty wytrzyjcie, bo pan Roman zostawił ślady farby.
Zielone.
Maja poczuła, jak sprawa robi się coraz jaśniejsza, ale wciąż brakowało jednego: dlaczego nikt nic nie powiedział? Czemu portrety „zniknęły” bez informacji?
„Ktoś zapomniał. Albo uznał, że to oczywiste. A nie było.”
Rozdział 5: Salka z mapami i prawda pod pinezką
W małej salce pachniało papierem i kurzem, który nie był zły—bardziej jak stara szafa u babci. Pod ścianą stała drabina. Na podłodze leżały rolki taśmy i kawałki tektury. A na stole… portrety.
Nie na planszy, tylko porozkładane w rządku. Ktoś je czyścił miękką szmatką. Na jednym rogu widniała zielona smuga, ale już prawie starta.
Pan Roman klęczał przy stole. Miał na nosie plamkę kleju, jakby przykleił sobie małą łzę.
— O! — odwrócił się. — Dzieci? Nie straszcie człowieka, bo mi się pinezki rozsypią.
Tymek otworzył usta, gotowy na oskarżenie. Maja dotknęła jego łokcia. Delikatnie. To był jej sposób na „spokojnie”.
— Panie Romanie — zaczął Tymek, tym razem ciszej — wszyscy myślą, że portrety zniknęły. Pani Iwona jest przerażona.
Pan Roman aż się walnął dłonią w czoło.
— Ojej. Ja… ja myślałem, że pani Iwona wie! Mówiłem rano, że przeniosę planszę, bo ławka była świeżo malowana. A potem przyjechały nowe listwy do gabloty i wpadłem w wir roboty. Chciałem zrobić prawdziwą ekspozycję. Ramę. Sznurek. Żeby się nie odklejało i nie spadało na głowy.
Maja podeszła do portretów. Jeden z nich był jej autorstwa. Inny przedstawiał panią Lusię z bułką w dłoni, jeszcze inny—pana Jurka z pomidorem jak mikrofon.
Na brzegu stołu leżał pasek papieru. Taki sam jak ten przy drzwiach domu kultury. Pan Roman odciął go od metki tuby.
— To moje — powiedziała Maja cicho i pokazała pasek, który znalazła.
Pan Roman wziął go, porównał i westchnął.
— No tak. Pasuje. Widzicie? Nie ma żadnej tajemnicy. Jest tylko… brak kartki z informacją.
Tymek wyprostował się.
— Czyli to była „tajemnica przez nieuwagę”.
— Najgroźniejszy typ tajemnicy — mruknął pan Roman, a potem uśmiechnął się krzywo. — Dobra, detektywi. Pomóżcie mi to powiesić. A ja pójdę do pani Iwony i przeproszę. Spokojnie, bez dramatów. Wystarczy wyjaśnić.
Maja kiwnęła głową. Lubiła takie zakończenia. Zamiast kłótni—porządek.
Kiedy pracowali, Maja rysowała. Tym razem nie tropy, tylko twarz pana Romana: skupione brwi, ślad kleju na nosie, dłonie pewne jak u zegarmistrza. Portret powstawał szybko, ale dokładnie.
— Ty prawie nie mówisz, a wszystko widzisz — zauważył pan Roman.
Maja wzruszyła ramionami, a Tymek zaśmiał się cicho.
— Bo Maja jest jak aparat. Tylko bez baterii.
— I bez flesza — dodała pani Basia, która zaglądała do sali. — To bardzo miłe dla oczu.
Rozdział 6: Mapa osiedla i spokojne domknięcie sprawy
Gdy portrety wróciły na ścianę w domu kultury, ludzie odetchnęli tak głośno, jakby ktoś wypuścił powietrze z balonu. Pani Iwona przeprosiła za zamieszanie, pan Roman przeprosił za brak informacji, a pan Jurek przyniósł jabłka „na zgodę”.
— I pamiętajcie — powiedziała pani Iwona — zanim pomyślimy najgorsze, sprawdzamy fakty. Spokojnie. Krok po kroku.
Maja stała trochę z boku i kończyła ostatnią rzecz w szkicowniku. Mapa.
Na czystej stronie narysowała plan okolicy. Nie idealny, ale czytelny: Dom Kultury, sklep „U Pani Lusi”, warzywniak pana Jurka, biblioteka, Plac Kasztanów i ławka na korytarzu—ta zielona, winowajczyni całego zamieszania.
Dorysowała też nitkę, jak w prawdziwym śledztwie:
Dom Kultury → sklepik → warzywniak → biblioteka → Dom Kultury.
Tymek zajrzał jej przez ramię.
— To nasza trasa! Jak w grze!
Maja dopisała małymi literami obok mapy:
„Wskazówki: zapach cynamonu, zielona farba, pasek metki. Wniosek: przenosiny, nie kradzież.”
Pani Lusia podeszła do nich z papierową torebką.
— Dla detektywów. Bułeczki cynamonowe. Ale jecie powoli. Bez pośpiechu. Bo pośpiech robi zamieszanie.
Tymek już chciał wgryźć się jak wilk, ale spojrzał na Maję i zwolnił.
Usiedli na ławce przed domem kultury. Zielona farba na korytarzu dawno wyschła, ale ławka na zewnątrz była zwykła, drewniana, ciepła od słońca.
Maja otworzyła szkicownik na dwóch stronach: po lewej portret pana Romana, po prawej mapa osiedla. Obok narysowała małą pinezkę—na pamiątkę.
Tymek chrupał bułkę i mówił już spokojniej:
— Najlepsze w tej sprawie było to, że nie trzeba było biec. Wystarczyło patrzeć.
Maja uśmiechnęła się lekko. W jej głowie znów zrobiło się cicho. Tak, jak lubiła najbardziej.
A na mapie osiedla wszystkie miejsca miały już swoje miejsce. I tajemnica też. Zapięta jak kartka pod pinezką.