Rozpoczęcie przygody
Zosia miała sześć lat i kieszeń pełną pomysłów. W jej pokoju stała duża zegarowa przyjaciółka — Pendula, pendule qui rit, czyli zegar, który się śmieje. Pendula miał wielką tarczę jak uśmiech i wskazówki, które fikały jak wesołe wąsiki. Co rano Pendula chichotał z całej siły. Ale coś było nie tak. Zegar się spóźniał. Minuty bawiły się w chowanego i nie chciały wychodzić na czas.
Zosia powtórzyła zadanie cicho, jakby mówiła do misia. Naprawić Pendulę. Zobaczyć, dlaczego zegar śmieje się i spóźnia. To brzmiało prosto, jak zawiązanie kokardki, ale z pomysłami Zosi sprawy stawały się przygodami. Dzień był miękki jak wełniana kołderka. Słońce zaglądało przez zasłonki, jakby czytało bajkę na głos.
Zosia pochyliła się nad zegarem. Dotknęła go palcem. Zegar mrugnął i prychnął śmiechem, który rozbrzmiał jak puszyste chichoty. W środku coś dźwięczało. Mała śrubka zatańczyła. Zegarek wyszedł z rytmu. Zosia wzięła lupę. Jej myśli skakały jak skakanka. Potrzebna była kreatywność. Potrzebne było trochę odwagi i trochę kleju do radości.
Środkowe śledztwo
Najpierw Zosia zaprosiła pomocnika. To był pluszowy królik o imieniu Łatek. Królik patrzył poważnie i mruczał teoriami. Zosia wzięła ołówek. Narysowała plan naprawy. Na rysunku były śrubki, zębatki, mały ptaszek, który mieszał się z kukułką. Zosia wiedziała, że kukułka w Penduli ma własne humorki. Czasami śpiewała piosenkę do góry nogami.
Zosia otworzyła tylne drzwiczki zegara. W środku pachniało jak w warsztacie babci — metal i ciasteczka z nutką cynamonu (Zosia zawsze czuła ciasteczka, nawet jeśli ich nie było). Zobaczyła zębatkę, która wyglądała jak mała zębatkowa stokrotka. Obok siedział dobry kurzem ptaszek, lekko rozczochrany. Jego piosenka była zbyt szybka. Ptaszek spóźniał nuty. Zosia spróbowała rozśpiewać go na nowo. Szeptała melodyjki, aż ptaszek zaczynał nucić spokojnie. Zegar przestał się łapać za brzuch ze śmiechu i zaczął tykać rytmem.
Ale to nie wystarczyło. Wskazówki były jak dwa leniwe robaczki. Kiedy Zosia podniosła jedną, wskazówka zakaszlała i schowała się jak ślimak. Kiedy poprawiała drugą, ta zaczęła kręcić się w kółko jak wiatrak. Mała misja zmieniła się w serię mini-rebondissements. Zosia znalazła igłę od lalek i zrobiła z niej małą łódeczkę. Włożyła do niej kropelkę miodu. Miód? To był pomysł z głowy Zosi — lepił płynnie i przyciągał uwagę wskazówek. Wskazówki polizały miodu i zrobiły łagodny skręt. Teraz poruszały się razem, jak para tańcząca w deszczu.
Potem zobaczyła coś, co wyglądało jak zaczarowany guzik. Ten guzik co noc chował się i rano wracał z opóźnieniem. Zosia wsadziła go na miejsce, przemówiła do niego poważnym tonem. Guzik posłuchał, ale zaczął się chichotać. Chichotał tak, że zatrzymywał zegar co pięć minut. Zosia zacisnęła oczy i wymyśliła plan. Wzięła kawałek materiału, uszyła maleńką piżamę dla guzika. Piżamka była w kropeczki. Guzik założył ją i zasnął. Zegar odetchnął i przesunął się o kawałek w przód.
Mały kłopot pozostał jeszcze jeden. W dolnym sklepie zegara mieszkała kurka jajośmieszka. Co kilka sekund wyskakiwała i opowiadała dowcipy. Śmiała się mocno i zegar przyłączał się do niej, ilekroć słyszał śmiech. Zosia wspięła się na stołeczek i pogłaskała kurkę. Opowiedziała jej nowy dowcip, delikatny jak poduszka. Kurka parsknęła i zamiast głośnego śmiechu dostała słodkie chrząknięcie. Zegar już nie śmiał się bez końca.
Końcowe rozwiązanie i sen
Kiedy naprawa zdawała się prawie gotowa, nadeszło małe zaskoczenie. Nagle wskazówki zatrzymały się i zaczęły tańczyć walca. Zosia zatrzymała oddech. Walc jest piękny, ale nie wtedy, gdy trzeba iść do przedszkola. Zosia usiadła. Przymknęła oczy. Pomyślała o chmurce z waty cukrowej, o rysunku zrobionym palcem, o piosence, którą nuciła jej mama. I wtedy przypomniała sobie ostatni, najważniejszy sposób: opowieść.
Zosia usiadła obok Penduli i zaczęła opowiadać. Opowiadała o małej gwiazdce, która zgubiła swój zegar; o żabce, która liczyła skoki; o dużym, miękkim kapeluszu, w którym mieszkało pięć zegarków, każdy z innym humorem. Słowa Zosi płynęły ciepło i miękko. Zegar słuchał i tykał. Ptaszek nucił cicho. Guzik drzemał w swojej piżamce. Kura podkulona przysłuchiwała się.
Powoli wskazówki zaczęły wracać do swoich miejsc. Minuta po minucie. Zosia liczyła cicho razem z nimi. Jej głos był jak kocyk. Zegar odnalazł rytm. I wtedy wydarzyło się najzabawniejsze: Pendula nie tylko zaczęła chodzić równo, ale też wypuściła jeden mały, figlarny śmiech. To był śmiech, który brzmiał jak pluszowa piłeczka odbijająca się od podłogi. Zosia uśmiechnęła się szeroko. Wiedziała, że naprawiła nie tylko mechanizm, ale i humor zegara.
Wieczorem pokój Zosi był cichy. Światła zmrużyły oczy. Zosia włożyła do pudełka narzędzia: lunetkę, igłę, kawałek materiału i słoiczek miodu. Wszystko poukładała jak mały skarb. Pendula stał na półce i odliczał chwile do snu. Jego tykanie było teraz jak kołysanka.
Zosia wspięła się na łóżko. Mama pocałowała ją w czoło. Zosia ułożyła głowę na poduszce i zamknęła powieki. W myślach przesuwała wskazówki jak pacynki. Uśmiechała się do każdego zębatkowego kwiatu. Ptaszek nucił bardzo cicho, jak oddech śpiącego misia. Guzik oddychał w piżamce. Kura mruczała jak mała kluseczka.
Zosia pomyślała, że kreatywność jest jak latarka. Pokazuje drogi w ciemności. Daje pomysły, kiedy coś się psuje. Daje odwagę, żeby dotykać, próbować, zmieniać. Uśmiech Zosi był odrobinę senny. Jej oddech zwolnił. Słowa stały się słabsze, jakby szeptały tylko gwiazdy.
Pendula odmierzał spokojne sekundy. Każde tyknięcie było miękkie. Każda minuta stawała się ciepłą piosenką. Zosia zasnęła z uśmiechem na ustach. Uśmiech ten był taki, że nawet gwiazdka przez okno zatrzymała się na chwilę, żeby go podziwiać. Wszystko było dobrze. Wszystko miało swoją melodię. I gdzieś tam, w rytmie tykania, słychać było jeszcze jedno, ciche chichotanie — zegar śmiał się w środku nocy, ale już na czas.