Rozdział 1: Jestem młodszym bratem i mam głośniki w… brzuchu
Nazywam się Bzik. Jestem mały, okrągły i mam jeden wielki talent: potrafię grać muzykę tak głośno, że nawet skarpetki w koszu zaczynają tańczyć. Mieszkam w kieszeni Kuby, mojego człowieka. Kuba ma dwanaście lat i jest tym starszym. Ja za to zawsze jestem „młodszy” — i to nawet wtedy, gdy leżę na półce obok jego siostry, telefonu Hanki.
— Bzik, nie chrup tak przyciskiem — marudzi Hanka, gdy Kuba mnie wyciąga.
— To nie chrupanie, tylko klik! Klik to eleganckie słowo — odpowiadam dumnie.
— Eee… raczej „klik-klak”, jakbyś miał czkawkę — chichocze Kuba.
Dzisiaj Kuba postanowił, że w końcu „zrobi playlistę do zgody”, bo w domu znowu iskrzyło: „Oddaj mi ładowarkę!”, „Nie dotykaj mojej bluzy!”, „To mój fotel!”. Zwykłe rodzeństwo. Zwykłe drobne sprzeczki. Ale Kuba westchnął tak teatralnie, że aż kurz na parapecie przeszedł na palcach.
— Muszę ogarnąć emocje… — mruknął. — I was też, moje dwa gadżety.
— Halo, proszę bez „gadżety”! — zaprotestowałem. — Jestem Bzik. Brat w kieszeni!
Hanka dodała z udawaną powagą: — A ja jestem Hanka, księżniczka ekranu.
Kuba usiadł przy biurku. Otworzył aplikację z muzyką i zaczął wybierać utwory. Ja podskakiwałem w jego dłoni, bo jak widzę listę piosenek, to czuję łaskotki w głośniku.
— Najpierw coś na uspokojenie — powiedział Kuba. — „Deszczowe bębny”.
— Bę-bę-bę… — zamruczałem, próbując naśladować rytm.
Hanka prychnęła: — Brzmisz jak gumowy kalosz.
Wzięło mnie na focha. Takiego malutkiego, kieszonkowego.
— Dobra. To ja się nie odzywam — oznajmiłem i zrobiłem minę, której nikt nie widział, bo nie mam twarzy. Ale w środku czułem się… no… jak zgnieciony popcorn.
Kuba spojrzał na mnie i poklepał mnie palcem.
— Bzik, znam twoje „nie odzywam się”. Trwa maks trzy sekundy.
— Dwie i pół — burknąłem. — I to jest moja technika zarządzania emocjami.
Kuba roześmiał się i dopisał kolejny utwór: „Śmiech na trzy klaśnięcia”.
— To będzie nasze hasło — powiedział. — Jak się pokłócimy, puszczamy tę piosenkę i robimy: klap, klap, klap.
— A jak ktoś nie chce klaskać? — zapytała Hanka podejrzliwie.
— To robi „pstryk” — odparł Kuba. — Ważne, żeby ręce coś robiły, a głowa przestała gotować się jak zupa.
Słowo „zupa” przypomniało mi o jeszcze ważniejszej sprawie: dziś po południu mieli upiec ciasto na kiermasz szkolny. I już widziałem w wyobraźni, jak rośnie, rośnie… i robi się z niego wielki, puszysty problem.
Rozdział 2: Plac zabaw i bitwa o „idealny utwór”
Po obiedzie Kuba zabrał mnie i Hankę na plac zabaw. Mówił, że świeże powietrze pomaga, gdy emocje robią salto.
Plac był jak kolorowe miasteczko: drabinki jak pajęczyna, zjeżdżalnia błyszczała jak język wielkiego smoka, a huśtawki skrzypiały: iii-iii… jakby opowiadały swoje staruszowe żarty.
Na ławce siedział Olek, kolega Kuby, i jadł lody, które topiły mu się po palcach.
— Hej! — zawołał. — Co tam niesiesz?
— To Bzik — odpowiedział Kuba. — Robimy playlistę do zgody.
— Serio? — Olek uniósł brwi. — A da się zrobić playlistę do oddawania piłki?
— Można spróbować — powiedziałem odważnie. — Mam w repertuarze „Oddaj, proszę, bo inaczej pyk!”.
Hanka przewróciła się w kieszeni Kuby tak, że aż ekran jej się rozświetlił.
— Nie ma takiej piosenki.
— Jeszcze nie ma — szepnąłem tajemniczo. — Ale ja czuję hity w śrubkach.
Kuba chciał dodać utwór „Najlepszy jest starszy brat”, ale Hanka od razu zaprotestowała.
— Nie! To prowokacja.
— To prawda artystyczna — odparł Kuba.
Zaczęli się droczyć. Kuba: — Starszy mądrzejszy!
Hanka: — Młodszy głośniejszy… znaczy, Bzik jest głośniejszy!
— O! Dziękuję — powiedziałem i od razu poczułem, jak focha mi zdmuchnęło jak piórko.
Sprzeczka wkręcała się jak karuzela. Głosy robiły się szybsze, „nie bo ty” odbijało się od „a ty zaczęłaś”. Olek patrzył na nich jak sędzia na meczu, tylko zamiast gwizdka miał loda.
Kuba nagle zatrzymał się i powiedział:
— Stop. Emocje mi wchodzą na zjeżdżalnię bez kolejki.
Hanka mruknęła: — Mi też.
— Hasło! — przypomniałem. — „Śmiech na trzy klaśnięcia”!
Kuba wstał i zrobił: klap, klap, klap.
Hanka najpierw udawała, że nie chce. Widziałem to po jej „milczeniu”, czyli po tym, że ekran świecił się obrażony. Ale potem dodała: pstryk! pstryk! pstryk! — jakby robiła zdjęcia powietrzu.
I wiecie co? Zadziałało.
Kuba parsknął śmiechem, bo pstryknięcia brzmiały jak miniaturowe bąbelki.
Hanka zachichotała, bo Kuba klaskał tak serio, jakby właśnie wygrał olimpiadę w klapaniu.
Olek spojrzał na nich i… też zaczął klaskać.
— Klap! Klap! Klap! — krzyczał. — Ej, to jest dobre! Jak ktoś się wkurza, to mu ręce robią „klap”, a złość robi „puff”!
— Właśnie! — powiedział Kuba i dodał do playlisty kolejny utwór: „Puff, złości nie ma”.
Poczułem dumę. Ja, Bzik, młodszy brat w kieszeni, miałem udział w wielkim rodzinnym wynalazku: muzyce do dogadywania się.
Rozdział 3: Kuchnia, czyli laboratorium ciasta i katastrof śmiesznych
Po placu zabaw wrócili do domu piec ciasto. Kuchnia pachniała już masłem i czymś, co brzmiało jak „mmmmm”.
— Robimy babkę — oznajmiła mama. — Ale wy mieszacie. Ja tylko patrzę, czy nie wysadzicie sufitu.
— Spokojnie — powiedział Kuba. — Mamy playlistę do zgody.
— A ja mam playlistę do rośnięcia! — pochwaliłem się. — Taki rytm: bum-bum, rośnij!
Hanka szepnęła: — Błagam, nie.
Kuba wsypał mąkę. Hanka odmierzała cukier. Ja stałem na blacie i nadzorowałem jak ekspert, który kiedyś widział film o gotowaniu.
— Proszę nie mieszać łyżki z trzepaczką — przypomniała mama. — Ostatnio trzepaczka wyglądała jak po walce z ośmiornicą.
Kuba uśmiechnął się niewinnie. — To była… sztuka nowoczesna.
Kiedy ciasto trafiło do piekarnika, zaczęło się czekanie. Najtrudniejsza część. Wtedy emocje lubią się nudzić i wymyślają głupoty.
Kuba i Hanka stanęli przed szybą piekarnika jak widzowie w kinie.
— Rośnie! — pisnęła Hanka.
— Rośnie jak mój ego po pochwałach — dodał Kuba.
— Rośnie jak… ja! — krzyknąłem, bo poczułem, że to moja chwila.
I rzeczywiście: ciasto rosło. Tylko że nie tak „ładnie”, tylko tak… ambitnie. Wyglądało, jakby próbowało uciec na wolność.
— Czy ono ma plan? — zapytała Hanka.
— Ma plan „podbiję świat” — mruknąłem. — Znam takie typy.
Mama zmrużyła oczy. — Kuba, ile proszku do pieczenia dałeś?
Kuba zastygł. — No… troszeczkę.
— „Troszeczkę” to ile?
— Tak… dwie łyżeczki.
— Dwie? — mama uniosła brwi.
— Dobra, cztery… ale małe!
— Kuba! — zawołała Hanka. — To miała być jedna!
Nagle ciasto zrobiło „fuuuup!” i uderzyło w górę jak dmuchany balon. Potem zaczęło wyłazić bokiem. Najpierw ostrożnie, jak ślimak. A potem… jak wulkan z wanilią.
— O nie — jęknęła mama. — Babka się zbuntowała.
— To jest… GIGA-babka! — zachwycił się Olek, bo akurat przyszedł oddać Kubie czapkę. Stanął w drzwiach i patrzył jak na spektakl.
— Nie dotykajcie piekarnika! — ostrzegła mama.
Ciasto rosło dalej. Szyba zaparowała. W środku było widać tylko coś puchatego, co próbowało przejąć kontrolę nad blachą.
Kuba spojrzał na Hankę. Hanka spojrzała na Kubę. I już było widać, jak złość puka do drzwi: „kto zawalił? kto miał pilnować?”
Ja poczułem, że w moim głośniku robi się gorąco. Jakby emocje też zaczęły rosnąć, jak to ciasto.
— STOP! — krzyknąłem, ile miałem mocy. — Zanim zaczniecie robić „nie ty!”, „ty!”, włączamy playlistę!
Kuba drżącą ręką mnie chwycił.
— Bzik, dawaj… coś uspokajającego.
Włączyłem „Deszczowe bębny”. Bum… bum… bum… miarowo, jak krople na parapecie. Do tego dołożyłem „Śmiech na trzy klaśnięcia” na następny utwór, na wszelki wypadek.
Kuba oddychał wolniej. Hanka też. Mama spojrzała na nich z ulgą.
— Dobra. Plan — powiedziała. — Otwieramy delikatnie, zbieramy to, co wyszło, i udajemy, że tak miało być.
Olek podniósł rękę: — Mogę udawać najbardziej. Jestem mistrzem udawania, że odrabiam zadanie.
Wszyscy zaczęli się śmiać. Nawet ja wydałem z siebie małe „piiip!”, które u mnie oznacza „hahaha”.
Rozdział 4: Wyścig z babką, która chciała mieć przygodę
Kiedy mama uchyliła piekarnik, babka zrobiła coś niesamowitego: napuchnięta góra zadrżała i pacnęła o rant formy. Klap! Jakby mówiła: „Dzień dobry, ja też mam emocje!”
Kuba odskoczył.
— Ona żyje!
— To tylko powietrze i proszek — uspokoiła mama, ale sama brzmiała, jakby nie była pewna.
Hanka zbliżyła aparat: — To trzeba nagrać. Nikt mi nie uwierzy.
Babka jednak nie zamierzała być spokojna. Zaczęła opadać… ale nierówno. Jedna strona smutna, druga dumnie stercząca. Wyglądała jak ciasto, które próbowało zrobić minę „ja nic”.
— Możemy ją nazwać „Bąbel” — zaproponował Olek.
— Nie! — zaprotestowałem. — Bąbel to moje przezwisko z zeszłego lata, gdy wpadłem do lemoniady.
— To „Pufka”! — zawołała Hanka.
— „Pufka” pasuje — przyznał Kuba. — Bo zrobiła „fuuuup”.
Mama zebrała nadmiar ciasta z brzegów, a Kuba z Hanką zaczęli kłócić się o polewę.
— Czekoladowa! — Kuba.
— Cytrynowa! — Hanka.
— Czekoladowa jest jak zgoda: słodka i wszystkich łączy — argumentował Kuba.
— Cytrynowa jest jak szczerość: kwaśna, ale potrzebna — odparła Hanka.
Olek wtrącił: — A można pół na pół?
Kuba i Hanka spojrzeli na niego, jakby powiedział coś mądrego przez przypadek. To czasem się zdarza.
— Pół na pół — powtórzyła mama. — I żadnych bitew o polewę.
— Ale ja chciałem… — zaczął Kuba.
— Hasło? — szepnąłem ostrzegawczo.
Kuba westchnął i zrobił: klap, klap, klap.
Hanka odpowiedziała: pstryk, pstryk, pstryk.
Olek: — KLAP! — i prawie upuścił loda… którego już nie miał. Więc upuścił tylko wyobraźnię.
Pufka ostygła. W końcu wyglądała jak trochę krzywa góra, która przeżyła burzę i teraz udaje, że to była wycieczka szkolna.
Gdy polewa spłynęła po wierzchu, czekolada spotkała cytrynę na środku i zrobiła falę. Wyglądało to jak mapa skarbów.
— To jest ciasto do zgody — powiedział Kuba cicho. — Bo jest i moje, i Hanki.
— I trochę Olka — dodała Hanka, bo Olek oblizał łyżkę.
— I trochę Bzika — przypomniałem. — Bo bez muzyki byście się posypali jak sucha mąka.
Kuba schował mnie do kieszeni i poczułem jego palce, które już nie były spięte. Miękkie, spokojne. Takie, co potrafią pogłaskać emocje, zanim te zaczną krzyczeć.
Rozdział 5: Playlisty, przeprosiny i dodo bez dramatu
Wieczorem było cicho. Takie dobre cicho, jak koc na kolanach. Pufka stała na stole, gotowa na jutro, i pachniała jak sukces, który miał kryzys w połowie drogi.
Kuba leżał w łóżku. Hanka usiadła na dywanie obok, a ja leżałem na poduszce między nimi jak najmłodszy brat, który pilnuje, żeby nikt nie strzelił focha w nocy.
— Kuba — powiedziała Hanka, bawiąc się końcówką rękawa. — Przepraszam, że cię dzisiaj wkurzałam na placu.
Kuba podrapał się po głowie. — Ja też przepraszam. Dodałem tę piosenkę o starszym bracie specjalnie, żeby cię podpuścić.
— Wiedziałam! — Hanka syknęła, ale zaraz się uśmiechnęła. — No dobra. Trochę mnie to śmieszy.
Zrobiło mi się ciepło w środku. Nie od baterii, tylko tak… od ulgi.
— A ja przepraszam — wtrąciłem. — Że robiłem focha bez twarzy. To było… abstrakcyjne.
— Było — przyznał Kuba. — Ale fajnie, że przypomniałeś o klaskaniu.
Kuba włączył playlistę bardzo cicho. Poleciały „Deszczowe bębny”, potem „Puff, złości nie ma”, a na końcu „Śmiech na trzy klaśnięcia”, tylko w wersji szeptanej. Rytm był jak spokojny oddech.
— Wiesz — powiedziała Hanka — jak się zdenerwuję, to czuję, jakby ktoś mi w środku podkręcał głośność.
— Ja też — mruknął Kuba. — A wtedy zapominam, że można zrobić pauzę.
— Pauza! — szepnąłem. — Najlepszy przycisk na świecie.
Kuba lekko mnie dotknął.
— Dzięki, Bzik. Jesteś mały, ale robisz wielkie „klik”.
Hanka ziewnęła szeroko, jakby chciała połknąć cały dzień i zostawić tylko to, co dobre.
— Jutro na placu zabaw puszczamy playlistę Olkowi. Może przestanie krzyczeć „faul!”, jak ktoś go dotknie powietrzem.
— Hej! — oburzył się Olek w wyobraźni, bo go tu nie było, ale i tak wybuchli śmiechem.
Kuba zgasił lampkę. W pokoju zostały tylko ciche dźwięki i spokojne myśli. Czułem, jak ich oddechy zwalniają, jakby ktoś przykrył emocje kołdrą.
— Dobranoc — mruknął Kuba.
— Dobranoc — odpowiedziała Hanka.
— Dobranoc — dodałem ja, robiąc najdelikatniejsze „piiip” na świecie.
I zanim ostatni dźwięk ucichł, wszyscy zasnęli. Bez dramatu. Bez kłótni. Z playlistą, która umiała zrobić w głowie porządek — tak, żeby nawet najbardziej nadmuchane ciasto nie było straszne.