Rozdział 1: Starszy brat i młodszy kosmonauta
Mam jedenaście lat i nazywam się Kuba. Według mamy jestem „odpowiedzialny”, według taty „sprytny”, a według mojego młodszego brata, Antka, „ten, co zawsze wie, gdzie jest taśma klejąca”. Antek ma osiem lat i jest marzycielem. Potrafi patrzeć w sufit tak długo, aż sufit zaczyna wyglądać jak mapa skarbów.
Tego popołudnia mama zawołała:
— Chłopaki, w domu kultury jest warsztat z plasteliny. Idziecie?
— Plastelina! — Antek aż podskoczył. — Zrobię statek kosmiczny z uchwytem na... na naleśniki!
— Statek z uchwytem na naleśniki? — parsknąłem. — To nie kosmos, to śniadaniowy prom.
Antek zmrużył oczy.
— Śniadaniowy prom jest najbardziej potrzebny ludzkości.
Naciągnąłem bluzę, a Antek wsunął do kieszeni... moją ulubioną gumkę do mazania.
— Ej! Po co ci moja gumka?
— To jest gąbka do awaryjnego lądowania — wyjaśnił poważnie. — Każdy kapitan ją ma.
— Każdy kapitan ma też własne rzeczy — mruknąłem i wyrwałem gumkę. — Bierz swoją.
Antek zrobił minę jak rozczarowany astronauta, ale po chwili uśmiechnął się szeroko.
— Dobra. Ale jak zrobimy plastelinowego smoka, to dam mu twoje imię.
— O, dzięki. Smok Kuba, brzmi... groźnie.
Wyszliśmy, a ja już czułem, że to będzie jeden z tych dni, kiedy małe kłótnie zamieniają się w wielkie „ha-ha”.
Rozdział 2: Królestwo plasteliny i podejrzana kula
W domu kultury pachniało farbą, papierem i czymś, co przypominało naleśniki, chociaż to pewnie była tylko wyobraźnia Antka. W sali warsztatowej stały stoły, a na nich wielkie pudełka plasteliny we wszystkich kolorach: od zielonego jak ogórek po różowy jak... gumy balonowe.
Pani prowadząca, uśmiechnięta jak reklama kakao, powiedziała:
— Dzisiaj lepimy „rzeźby z wyobraźni”! Każdy może zrobić, co tylko chce.
— Statek kosmiczny z uchwytem na naleśniki! — Antek zgłosił się bez pytania.
— Świetnie! — Pani nawet nie mrugnęła, jakby codziennie słyszała o naleśnikach w kosmosie.
Ja postanowiłem zrobić coś prostego: figurkę rycerza. Z hełmem, tarczą i miną „nie ruszaj moich klocków”.
Antek lepił obok. Najpierw zrobił wielką szarą kulę.
— To kadłub — szepnął, jakby zdradzał tajemnicę państwową.
Po chwili jego kula dostała cztery małe nóżki i dwa uszka.
— Antek... — spojrzałem podejrzliwie. — To nie wygląda jak statek.
— Bo to jest statek... w przebraniu — odparł. — Wroga trzeba zmylić.
— Wroga? Jakiego wroga?
— Naleśnikowych piratów.
Prychnąłem, ale wtedy usłyszałem, jak za nami ktoś mówi:
— Ale fajny królik!
Odwróciłem się. Dwie dziewczyny z klasy obok patrzyły na „statek” Antka jak na dzieło sztuki. Antek spiął się jak sprężyna.
— To nie królik — powiedział bardzo cicho. — To... to tajne.
— Tajny królik? — jedna zachichotała.
Antek poczerwieniał. Złapał mnie za rękaw.
— Kuba, oni myślą, że ja lepię królika. To kompromitacja kosmiczna!
I wtedy w mojej głowie zapaliła się żarówka. A raczej cała dyskoteka. Skoro jest nieporozumienie, to czemu nie zrobić z niego... sketchu?
Rozdział 3: Nieporozumienie zamienia się w przedstawienie
Pochyliłem się do Antka.
— Słuchaj. Zrobimy z tego numer. Jak w kabarecie, tylko z plasteliny.
— Z plasteliny? — Antek aż mrugnął. — Plastelinowe żarty?
— Dokładnie. Udawaj, że to jest królik-szpieg. A ja będę rycerzem, który go przesłuchuje.
Antek spojrzał na swoją figurę i nagle rozpromienił się.
— Królik-szpieg... z uchwytem na naleśniki.
— Dobra, ale bez piratów. Piraci zawsze komplikują — powiedziałem.
Wstałem, poprawiłem niewidzialną pelerynę i oznajmiłem głośno:
— Uwaga! Jako Rycerz Krupnikosz trzynasty, przesłuchuję podejrzanego Królika!
Kilka dzieci spojrzało w naszą stronę. Pani prowadząca też, ale uśmiechnęła się tylko i wzruszyła ramionami, jakby mówiła: „Niech się bawią”.
Antek zrobił głos cienki jak nitka:
— Ja nic nie wiem! Jestem tylko... puchaty!
— Puchaty? — zmrużyłem oczy. — A co masz w środku?
— Marchewkę! — wypalił Antek.
— A pod marchewką?
Antek zastanowił się sekundę i powiedział:
— Druga marchewka.
Dzieci zaczęły chichotać. Ja uniosłem plastelinową tarczę.
— Podejrzany. Bardzo podejrzany. Rycerze nie ufają podwójnym marchewkom!
Antek wyszeptał teatralnie:
— To nie marchewki, to... naleśniki w przebraniu.
— Naleśniki?! — zrobiłem minę, jakbym zobaczył smoka w kapciach. — To sprawa królewska!
Śmiech zrobił się głośniejszy. Nawet dziewczyny, które wcześniej mówiły o króliku, teraz klasnęły.
Antek odetchnął. Już nie był zawstydzony, tylko dumny jak kapitan swojego dziwnego statku-królika.
I wtedy pani prowadząca zawołała:
— Kochani, po skończone kolory ustawiamy się w kolejce do stołu z nową plasteliną! Mamy złoty, srebrny i... brokatowy!
Słowo „brokatowy” działało na dzieci jak dzwonek na przerwę. Wszyscy ruszyli. My też.
Rozdział 4: Kolejka, która zrobiła „hop!” i zamieniła się miejscami
Przy stole z nową plasteliną ustawił się wąż ludzi. Taki długi, że gdyby był prawdziwym wężem, musiałby dostać własny bilet autobusowy.
Ja stanąłem za Antkiem.
— Trzymaj się blisko, astronauto.
— Ja jestem królik-szpieg, pamiętasz? — szepnął.
Kolejka posuwała się powoli. Ktoś stukał ołówkiem. Ktoś szeptał: „Ja biorę srebrny!”. Ktoś inny: „Nie, ja chcę brokat!”.
Nagle w sali zrobiło się zamieszanie, bo jakaś dziewczynka upuściła pudełko koralików. Posypały się po podłodze: tik-tik-tik! Wszyscy odruchowo cofnęli nogi.
— Uważaj! — krzyknął ktoś.
Kolejka zrobiła coś dziwnego. Najpierw każdy odsunął się o krok, potem ktoś przeskoczył, ktoś się obrócił, ktoś próbował ominąć koraliki jak slalom. Wyszło z tego jedno wielkie „przepraszam”, „niech pani zobaczy”, „ja tylko na sekundkę”.
I nagle... kolejka się odwróciła.
Tak, naprawdę. Jakby ktoś ją złapał za ogon i przekręcił. Kto był z przodu, znalazł się z tyłu. Kto był z tyłu — nagle stał prawie pierwszy.
Antek mrugnął.
— Kuba... my jesteśmy... na początku?
Spojrzałem. Faktycznie. Przed nami był już tylko jeden chłopak z wielkim kleksem brokatu na rękawie, który wyglądał, jakby przytulał gwiazdę.
Chłopak spojrzał na nas:
— Ej, przecież wy byliście dalej.
Z tyłu odezwały się głosy:
— Hej! To nie fair!
— Kolejka ma pamięć!
— Kolejka nie może robić fikołków!
Antek złapał mnie za łokieć. W jego oczach pojawiło się to marzycielskie „ojej, co teraz”, które zwykle oznaczało kłopoty.
Wtedy znów poczułem to znajome „klik” w głowie.
— Dobra — szepnąłem. — Skoro kolejka zrobiła fikołka, to my zrobimy z tego numer.
Wziąłem głęboki oddech i podniosłem dłoń jak konferansjer.
— Uwaga! Proszę państwa! Przedstawiam: Kolejka, która zmienia bieg historii!
Kilka osób parsknęło. Pani prowadząca spojrzała z zainteresowaniem.
— A teraz — ciągnąłem — nasz specjalny gość: Królik-szpieg, który potrafi teleportować się w kolejce!
Antek aż wyprostował plecy. Zrobił poważną minę.
— To tajna technologia... marchewkowa.
Ktoś z tyłu zaśmiał się głośno. Napięcie jakby opadło o pół metra.
Pani prowadząca klasnęła.
— No dobrze. Skoro kolejka się poplątała, to robimy tak: liczymy od nowa, ale po śmiechu! Najpierw wszyscy, którzy byli tu przed koralikami, wracają na swoje miejsca. Pomogą nam Kuba i... królik-szpieg.
— To ja! — Antek zasalutował, prawie przewracając swoją plastelinową kulę.
Zaczęliśmy ogarniać ten kolejowy chaos. Ja pytałem:
— Kto stał przed tobą? A kto za tobą?
Antek dodawał:
— A czy ktoś widział podejrzaną marchewkę?
I ludzie, zamiast się złościć, zaczęli odpowiadać z uśmiechem. Kolejka wróciła do porządku, a my wylądowaliśmy mniej więcej tam, gdzie byliśmy wcześniej. Czyli nie na samym początku. Ale za to z głową lekką jak piórko.
Rozdział 5: Brokat, bitwa na miny i plastelinowe pojednanie
W końcu dostaliśmy nową plastelinę: kawałek srebrnej i małą kuleczkę złotej. Antek dostał też brokatową, bo pani uznała, że królik-szpieg musi błyszczeć.
Wróciliśmy do stołu. Ja ulepiłem rycerzowi nową tarczę, a Antek swojemu „statko-królikowi” dokleił antenę, która wyglądała jak łyżeczka.
— Kuba — powiedział — przepraszam, że wziąłem twoją gumkę wcześniej.
— A ja przepraszam, że nazwałem twój statek śniadaniowym promem... chociaż nadal trochę tak wygląda — dodałem szybko, bo nie umiałem być stuprocentowo poważny.
Antek prychnął.
— Mój śniadaniowy prom właśnie ratuje galaktykę przed naleśnikową nudą.
Zrobiliśmy chwilę ciszy, takiej dobrej. Plastelina miękła w palcach, brokat lepił się do wszystkiego, nawet do mojej brwi. Antek spojrzał i wybuchnął śmiechem.
— Co? — zapytałem.
— Masz... gwiazdę na czole! Jak jednorożec, tylko kosmiczny!
— To jest znak rycerski — obruszyłem się. — Rycerz Gwiezdnej Brwi!
— A ja jestem Królik Marchewkowy Tajniak! — Antek zrobił minę tak poważną, że aż śmiesznie.
Zaczęliśmy robić „bitwę na miny”: kto zrobi głupszą, wygrywa. Antek potrafił wykręcić usta w kształt podkowy. Ja potrafiłem unieść jedną brew, szczególnie tę brokatową. Remis.
Na koniec pani prowadząca poprosiła, żeby każdy pokazał swoje dzieło. Antek postawił na środku stół swoją rzeźbę: królik z anteną i małym uchwytem z boku.
— Co to jest? — zapytała pani.
Antek spojrzał na mnie. Ja skinąłem mu głową: „Dawaj”.
— To jest Królik-Szpieg, który udaje statek kosmiczny — oznajmił. — Ma uchwyt na naleśniki, bo nawet w tajnej misji trzeba jeść coś miłego.
Wszyscy się roześmiali. A ja poczułem dumę, jakbym to ja poleciał na Marsa i wrócił z nowym dowcipem.
Pani prowadząca uśmiechnęła się szeroko.
— Najważniejsze w sztuce jest to, że sprawia radość. Wasza praca sprawiła jej dziś bardzo dużo.
Antek szturchnął mnie łokciem.
— Widzisz? To była misja.
— Tak — odpowiedziałem. — Operacja: Prosta Radość.
Rozdział 6: Biała flaga i powrót do domu
Kiedy pakowaliśmy swoje rzeźby do pudełek, Antek nagle zaczął grzebać w plecaku.
— O nie.
— Co „o nie”? — zapytałem.
— Nie mam chusteczki... a brokat jest wszędzie. Nawet na rycerzu!
Rzeczywiście, mój rycerz wyglądał, jakby przeszedł przez burzę gwiezdnego pyłu. Antek popatrzył na mnie z miną winowajcy.
Mogłem powiedzieć: „A nie mówiłem”, albo: „Zawsze tak jest”. Ale nie miałem na to ochoty. Ten dzień był zbyt śmieszny, żeby kończyć go marudzeniem.
Wyciągnąłem z kieszeni białą chusteczkę.
— Proszę. Oto... biała flaga.
Antek zamarł.
— Biała flaga?
Rozłożyłem chusteczkę jak mały sztandar.
— Ogłaszam pokój między Rycerzem Gwiezdnej Brwi a Królikiem Marchewkowym Tajniakiem. Zero kłótni do końca dnia. W zamian... oddajesz mi gumkę do mazania, jeśli znów wpadnie ci do kieszeni.
Antek wybuchnął śmiechem.
— Przysięgam na naleśniki!
Złapał chusteczkę, pomachał nią jak prawdziwą flagą i dodał:
— Pokój! I obiecuję, że następnym razem mój statek będzie bardziej... statkowy.
— A ja obiecuję, że nie będę się czepiał, nawet jeśli będzie wyglądał jak kapelusz — powiedziałem.
Wyszliśmy z domu kultury, niosąc pudełka z plasteliną. Na dworze było chłodno, ale w środku miałem ciepło, takie zwykłe i proste. Antek szedł obok, podskakując, jakby w butach miał sprężyny.
— Kuba — powiedział nagle — jak dorosnę, to zbuduję prawdziwy śniadaniowy prom.
— A ja — odpowiedziałem — będę jego rycerzem ochrony. Z białą flagą na wszelki wypadek.
— I z uchwytem na naleśniki! — dopowiedział Antek.
— Zawsze — przyznałem.
I maszerowaliśmy dalej, a nasza biała flaga pokoju łopotała w kieszeni, gotowa na następne małe kłótnie, które na pewno znów zamienią się w śmiech.