Poranek jak bębenek
Kuba obudził się na promieniu słońca, który wślizgnął się przez szczelinę w zasłonie i zatańczył mu po nosie. Zerknął na zegarek — 8:07. Idealny czas, żeby być królem porannego bałaganu. W pomieszczeniu obok ktoś już tupnął trzy razy tak donośnie, że obrazek z kotem na ścianie zachichotał w swojej ramce.
— Kuba! — zawołała Ola z kuchni. — Zrobiłeś mój eksperyment naukowy z makaronem!
— Nie wiem, o co chodzi — powiedział Kuba, chowając się pod kołdrą, chociaż wiedział bardzo dobrze. Dziewczyna wymyśliła eksperymenty z wszystkiego: z balonów, z mleka, z suszarki i teraz z makaronu. Na dywanie przed drzwiami salonu stał mały kopiec spaghetti rozrzucony jak miniaturowa góra.
Obok kroków usłyszał śmiech Stasia, który siedział na kanapie z króliczkowym kapeluszem i pióropuszem z bibuły. Staś miał sześć lat i udawał, że jest piratem, chociaż kanapa nie przypominała żadnego statku, a pilot był jednocześnie mapą skarbów.
W kuchni mama wyciągała z piekarnika naleśniki. Pachniały złotem i karmelizowanymi jabłkami. Nagle w drzwiach pojawił się Tata z komisem pełnym paczek i pudełek.
— Uwaga! — zawołał tata teatralnym głosem. — Dzisiaj mamy wielkie wyzwanie rodzinne: „Dzień porządkowo-kulinarno-naukowy”! Zaczynamy za trzydziestę sekund!
Wszyscy zamruchali. W domu zawisła ta śmieszna cisza, która zaraz pęknie jak balon. Kuba przypomniał sobie, co tata często mówił z półuśmiechem: „Musimy dbać o dobroć w domu, bo dobroć ma tendencję do zginania się między skarpetkami”. I wtedy spojrzał na półkę nad telewizorem — tam stał mały, pokryty farbami totem. Totem fratrii — zrobiony z drewnianej szczotki, z przyklejonymi guziczkami, skrawkami materiału i włosami od starej szczotki. Mama mówiła, że totem przypomina im „najlepszą część bycia rodziną”: śmiech, przebaczenie i ciasteczka. Totem miał nawet małe usta namalowane na rękojeści. Kiedy ktoś zrobił coś miłego, ktoś inny dotykał mu noska; wtedy cała rodzina musiała się uśmiechnąć.
Kuba wziął totem w ręce i poczuł, jak serce mu podskoczyło. Wiedział, że dzisiaj będzie jego misja — zachować dobrą atmosferę. Przyjął rolę strażnika dobroci z powagą, jakby dostał tarczę i pelerynę (peleryny nie było, ale koc na fotelu brzmiał wystarczająco heroicznie).
— Dobrze — oznajmił Kuba, stając na środku kuchni. — Jeśli ktoś zacznie się kłócić, przywołujemy totem i robimy to, co on podpowie.
Ola przewróciła oczami, ale widać było, że jej się podoba pomysł.
— A co jeśli totem nie będzie miał pomysłu? — spytał Staś poważnym głosem.
— Wtedy... — Kuba roześmiał się i wyszczerzył zęby — zrobimy konkurs na najlepsze przeprosiny! I będą naleśniki za $1$ punkt i ciasteczka za 3 punkty!
— Hurra! — zawołała Ola, klaszcząc tak mocno, że talerze zadzwoniły „brzdęk-brzdęk”.
I tak zaczęło się ich wielkie... zamieszanie.
Totem ma pomysł
Pierwszy problem pojawił się, kiedy Staś znalazł w piwnicy stary, skrzypiący rower i przyprowadził go do salonu, żeby zrobić wyścig po dywanie. Rowerek miał czerwoną strzałę narysowaną flamastrem i dzwonek, który brzmiał trochę jak kaczka z zadyszką: „kwa-kwa-kwa.”
— To mój rower! — krzyknęła Ola, bo akurat marzyła o jeździe po chodniku i ścianach (w wyobraźni). Staś się obraził, bo przecież plan był prosty: Staś jako pirat ma prawo do wszystkich skarbów.
— To nie jest wyścig bez zgody! — tupnęła Ola.
— A kto ci daje prawo? — odparł Staś, robiąc minę „kapitana zdecydowanego”.
Kuba postawił totem między nimi i przycisnął mu namalowany nosek. Totem „zadrżał” — czyli Staś trzasnął drzwiami z humorem, bo totem naprawdę nie drżał, ale Kuba udawał, że tak.
— Propozycja! — ogłosił Kuba. — Wyścig o naleśnik. Zasady: po jednej rundzie każdy wygra... no, prawie każdy.
Staś i Ola zgodzili się niemal od razu, bo naleśniki to była waluta najwyższej klasy. Zaczęła się mała gonitwa po mieszkaniu, która brzmiała jak „tup-tup-szura-szura", aż do momentu, gdy poziom emocji osiągnął decybel „bum!”. Staś uderzył kierownicą o lamperię, a z głośnika prysnęła stara piosenka, która mieszkała tam od lat i zawsze włączała marmoladę wspomnień. Wszyscy zamarli. Ola spojrzała na Staśa. Staś spojrzał na rower. Kuba spojrzał na totem.
— Totem? — wyszeptała Ola.
Kuba przykleił nos do drewna i nagle wyszeptał głosem, którym przemawiają kapitanowie:
— Zamiast walczyć, zróbcie wyścig wspólny. Kto pierwszy pojedzie trzy okrążenia z drużyną, ten dostaje tytuł „Mistrza Naleśnika”, ale każdy dostanie po jednym naleśniku. I zaśpiewacie piosenkę „przepraszam” na zakończenie.
Staś i Ola spojrzeli na siebie, policzyli w myślach naleśniki i wykreślali z listy potencjalne kłótnie. Uśmiechnęli się szeroko, a z ich twarzy zniknęła groźba wielkich dramatów. Zamiast sceny płaczu, nastąpiła scena siłowej współpracy: Staś popychał rower, Ola kierowała, a Kuba stał na skrzyni i krzyczał: — Trzy, dwa, jeden, start! — Na dywanie wiry. „Pyyyuu!” Śmiech. „Haaaa!” Krótkie „plup” kiedy jeden z naleśników potoczył się po stole i zrobił „plum”.
Wygrał kto inny — kot sąsiadki, który wszedł na parapet, żeby oglądać wyścig i przypadkowo przewrócił pierwszy talerz, ale wszyscy się roześmiali, bo kot wyglądał, jakby nosił kapelusz.
Bitwa na sos pomidorowy
Po wyścigu nadeszła pora na eksperyment Oli — „Wyprodukuj największe kółko pomidorowe na świecie”. Projekt polegał na tworzeniu pomidorów w formie rzeźby przy użyciu blendera, taśmy klejącej i balonów. To brzmiało jak genialny plan, aż do momentu, kiedy blender nagle zaczął śpiewać jak wół i wylał sos na podłogę.
— Oj! — sprostował tata, patrząc na czerwony barwny rozgardiasz. — Wygląda jak mapa kraju Pomidoria!
Staś wpadł w pomidorową lawinę jak mały bohater z czerwonym nosem. Był pomidorowy. Ola też była pomidorowa. Kuba tylko lekko miałczał czerwienią na palcu i czuł, że misja dobroci jest poważna: musiał nie pozwolić, żeby sprawa zamieniła się w kłótnię o to, kto ma więcej sosu na koszulce.
— Totem! — odkrzyknął Kuba, trzymając totem wysoko jak flagę.
Totem „zadrżał” po raz drugi — czyli tata kichnął i uczynił teatralny krok w tył. Kuba przeczytał w totemie zagadkę: „Kto będzie sprzątał, dostanie dodatkowy naleśnik z dżemem”. Brzmiało fair. Staś i Ola spojrzeli po sobie, stwierdzili, że dżem jest godny poświęcenia i zabrali się do sprzątania — z piskami, z „plum”-ami i z walczeniem z gąbkami. Potem Kubie przypadła rola dyrygenta muśnięć papierowych ręczników.
Wrzucili brudne rzeczy do miski, potraktowali je jak składniki do tarzanady sprzątaniowej. Ktoś zaśpiewał operetkę o gąbce, ktoś inny dodał rytm stukania misek, a Staś wykonywał solówkę, próbując zmyć redykołki z kocich łap. W pokoju zrobiło się jak w orkiestrze: „brzdęk”, „szuu”, „plif”.
Kiedy wszystko lśniło i pachniało cytryną, mama postanowiła wynagrodzić ich wysiłki: wyciągnęła słoik dżemu i uśmiechnęła się szeroko.
— Naleśnik dżemowy dla każdego — ogłosiła. — I chyba to jest najlepszy moment, żeby zebrać punkty dobroci.
Kuba zauważył, że misja idzie dobrze — nie przez karę, tylko przez pomysł. To był triumf totemu i ich własnych pomysłów.
Pogromcy złości w akcji
Niedługo potem wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał: z okna wpadł list. Na kartce napisane było grubymi literami: „WYZWANIE! ZNAJDŹ SKARB SEZONU”. Dołączona była mapa narysowana ręką sąsiada — stara, pożółkła, z rysunkiem parku, trzepaka i tajemniczym „X” w miejscu, gdzie rośnie stary dąb.
— Skarb! — wrzasnął Staś z iskierkami w oczach.
— To znaczy... kto pierwszy? — zapytała Ola szeptem.
Przed nami znów stanęła pokusa — rywalizacja. Kuba wziął totem i poczuł na sobie odpowiedzialność. W tej chwili zrozumiał, że jego misja jest jak mapa z „X”: znaleźć dobroć, zanim ktoś odnajdzie swoje ego.
— Propozycja totemowa! — ogłosił Kuba. — Stawiamy zasadę: razem do skarbu. Kto będzie pierwszy, ten trzyma latarkę. A reszta będzie miała rolę: szperacz, kronikarz i, oczywiście, mistrz przekąsek.
W drodze do parku wiatr grał im w włosach. Trio wyglądało jak paczka poszukiwaczy przygód: Kuba z totemem jak mieczem, Ola z lupą, Staś z plecakiem pełnym ciastek. Wszyscy tworzyli plan na głos, a totem — kołysząc się w plecaku — miał ku temu uprawnienia. Przejście przez plac zabaw było jak przejście przez pole minowe z piaseczkiem: zjeżdżalnia „szszsz”, huśtawka „skrzyp” i nagłe „pop” balonu, który Ola przyczepiła do swojego paska.
Pod starym dębem „X” było wykopane miejsce. Wszyscy zaczęli kopać — „szuu-szuu, rum-pum, bum”. Nagle coś trzasnęło. Nie był to skarb, tylko skrzynka — stara, zielona skrzynka na narzędzia. Ktoś otworzył ją jak wielkie pudełko z sekretami.
W skrzynce były listy. Nie skarby z złota, lecz karteczki z napisaną dobrą radą i zadaniem. „Uśmiechnij się do sąsiada”, „Pomóż komuś przy drzwiach”, „Zrób herbatę dla rodziców” — taki skarb! Strzały szczęścia wyskakiwały z pudełka jak konfetti.
— To jest skarb sezonu — wyszeptała Ola, wzięła jedną karteczkę i przeczytała na głos: „Kto pierwszy pomoże innemu, dostaje prawo do wybrania piosenki porządkowej”.
— I my jesteśmy tu razem — dodał Staś, klepiąc Kubę w ramię. — To najlepszy skarb.
Kuba poczuł, że uśmiech wychodzi mu z serca i rozświetla oczy. Wiedział, że jego misja się realizuje: dobroć była teraz czymś, co trzymali razem, jak linę podczas wspinaczki.
Awantura o pilot i taniec przez łzy
Po powrocie do domu atmosfera była sielska do momentu, gdy tata wrócił do telewizora z pilotem. Nagle Ola upatrzyła sobie program o eksperymentach. Staś zaś pragnął oglądać kreskówkę, gdzie piraci jedli naleśniki (czyli idealnie skrojone pod jego gust). Pilot znalazł się w rękach taty, a piloci jak zawsze mieli moc przemieniania osób w małych wojowników.
— To pewne, że ja oglądam eksperymenty — oznajmiła Ola.
— A ja chcę piratów! — tupnął Staś.
Głos rodzica próbował zapanować, ale pilot nagle poszedł w ruch, zaczęły się przepychanki, drobne szarpnięcia i wielka rzeczomość „To mój pilot, oddaj!”. Kuba znów chwycił totem. Jego misją było teraz zmienić kłótnię w coś zabawnego. Nie chciał, żeby kłótnia przeciągała się przez cały wieczór.
— Tak! — zawołał Kuba. — Konkurs na najzabawniejszą kłótnię! Zasady: każdy pokazuje swoją wersję kłótni przez 30 sekund. Po tym... robimy taniec przeprosin!
Staś od razu zaczął dramatycznie: „Ach, jakim jestem nieszczęśliwym piratem bez telewizora!”. Ola w odpowiedzi zrobiła monolog o genetycznie zmienionych eksperymentach. Tata zaś wziął rolę sędziego. Po pokazach wszyscy turlali się ze śmiechu.
— A teraz taniec przeprosin! — krzyknął Kuba, zdjął totem i uderzył nim o sofę dla rytmu. — Bum, brzdęk, pata-pata!
Włączyli piosenkę, która brzmiała „dum-dum” i „ra-ta-ta” i zaczęli tańczyć. Był to taniec mieszczący elementy baletu, hip-hopu i wymyślonego przez Staśa „pirat-hop”. W pewnym momencie Ola zrobiła obrót, straciła równowagę i przypadkowo wylała na siebie dżem. Staś poderwał ją i zrobił salto skutkujące dodatkowym plamieniem na koszulce taty. Wszyscy przewrócili się na podłogę i przez chwilę leżeli jak pajacyki.
Śmiech nie chciał się zatrzymać. Łzy radości mieszały się z łzami żalu, bo ktoś rzeczywiście poczuł się urażony. Kuba pochylił się nad swoimi rodzeństwem, podał im totem i powiedział serio, ale ciepło:
— Zawsze możemy się kłócić, ale potem musimy znaleźć sposób, żeby to naprawić. Totem przypomina... że dobroć jest jak guma do żucia: rozciąga się i przywraca kształt.
Ola i Staś uśmiechnęli się i przytulili Kubę. Potem wszyscy razem, trzymając totem jak mikrofon, zaśpiewali przeprosinową pieśń — cichutko, trochę fałszując, ale bardzo szczerze.
Porządek z orkiestrą i śmiech na deser
Wieczór zbliżał się wielkimi krokami. Mama zapowiedziała, że zanim kładą się spać, każdy ma posprzątać swoją część pokoju. Zamiast tradycyjnego „sprzątania za karę”, Kuba miał inny pomysł: koncert porządkowy. Włączył playlistę, którą nazwał „Rytmy Porządkowe”. Były tam bębny z klapek, skrzypienia gazety i melodyjne stuknięcia klocków.
— Zróbmy to jak orkiestra! — zawołał Kuba, podając każdemu instrument improwizowany: szczotka dla taktu, miotła jak gitara i kubełek z pianiem dla beatu.
Rozpoczęło się sprzątanie na melodię „tuk-tuk, brr, cha-cha”. Oli włosy świeciły od kłębów kurzu, Staś kręcił się z odkurzaczem jak DJ na stadionie, a tata wykonywał solówkę na garnkach, które brzmiały jak dzwony. Mama dyrygowała z uśmiechem, a Kuba trzymał totem jak batutę. Każdy ruch miał swoją nutę, każdy podmuch odkurzacza był solówką. Rzeczy układały się w rytm, ubrania znajdowały szuflady, książki układały się jak domino, a zabawki układały się w równe rządek niczym żołnierze porządku.
— 1, 2, 3, skarpetka idzie do pralki! — liczył Kuba, klaszcząc w rytm.
Kiedy ostatnia kostka była na swoim miejscu, mama zatrzymała muzykę. W pokoju panował ład jak po sztormie, ale jeszcze ładniejsza była atmosfera — miękka, jak koc, który ktoś właśnie wypuścił z ramion.
— Dobra robota, orkiestra porządkowa — powiedziała mama. — A teraz nuta końcowa: udajemy, że to koniec przedstawienia i schodzimy z sceny.
Kuba podał totem do środka i wszyscy dotknęli jego noska na znak, że misja była ukończona: dobroć zachowana. Potem zaczęli śpiewać cichą piosenkę, którą tata nucił od lat: „Sprzątamy, sprzątamy, cały dom się śmieje...”. Śmiech mieszał się ze śpiewem i powoli wygasał, jak świeca przy gaszącym wietrze.
Staś, przed pójściem spać, szepnął:
— Dzięki, Kuba. Dzisiaj nie tylko znalazłem skarb, ale i dostałem naleśnik.
— A ja dostałam przeprosiny, które były jak dżem — dodała Ola.
Kuba uśmiechnął się i przytulił totem jeszcze raz. Zasługą jego roli nie było to, że miał moc magiczną, ale to, że przypominał im o czymś prostym: że czasem wystarczy odrobina pomysłowości, trochę humoru i piosenka, by rozwiązać największe rodzinne burze.
W końcu mama przygasiła światło, a w sypialni rozbrzmiało ciche „dobranoc”. Totem leżał na półce i wydawało się, że delikatnie mrugał namalowanymi oczami. Kuba zamknął oczy i pomyślał, że jutro też będzie mógł być strażnikiem dobroci — może z nową piosenką, może z konkursem na najśmieszniejszy przepraszacz, ale na pewno z naleśnikiem w nagrodę.
I tak, przy dźwiękach ostatniej nuty porządkowej orkiestry, dom zasnął z uśmiechem, a totem przycupnął jak stróż na półce, gotów przypominać wszystkim, że śmiech jest lepszy niż kłótnia, a sprzątanie w rytm muzyki ma sens.