Rozdział 1: Sprawiedliwy układ
W naszym mieszkaniu poranki mają dwa tryby: „cisza jak w bibliotece” albo „trąba powietrzna w kapciach”. Dziś włączył się ten drugi.
— To jest smok z waty cukrowej! — oświadczyła moja młodsza siostra, Lila, przytulając poduszkę i patrząc w sufit, jakby tam właśnie latały różowe potwory.
— To jest moja koszulka! — odparłem, bo poduszka była… w mojej koszulce. Lila uwielbiała „pożyczać” rzeczy, które uznawała za miękkie albo „idealne do marzeń”.
Mam na imię Bartek i jako starszy brat mam dwie supermoce: umiem znajdować zagubione piloty oraz umiem się denerwować szybciej niż czajnik. Ale dziś postanowiłem być mądrzejszy od czajnika.
— Dobra, Lila. Zróbmy układ. Sprawiedliwy, jak naleśnik podzielony na pół — powiedziałem, kucając obok łóżka.
Lila zmrużyła oczy, jakby negocjowała z piratami.
— Jaki układ?
— Ty oddajesz moją koszulkę i przestajesz zabierać mi rzeczy bez pytania. A ja… — zawiesiłem głos teatralnie — …zabieram cię dziś na „wielką wyprawę do hali”.
— Do hali? — Lila aż usiadła. — Do tej, gdzie echo robi „halo-halo”?
— Dokładnie. I jeszcze: pomogę ci wymyślić nową piosenkę do twoich marzeń. Ale jest warunek: współpracujemy. Zero fochów.
— A jak będzie smok? — spytała poważnie.
— To zrobimy mu herbatę. Wspólnie.
Lila pomyślała chwilę, po czym podała mi koszulkę jak królewską pelerynę.
— Umowa! Ale piosenka ma mieć „bam!” i „puf!”.
— Będzie miała nawet „plum!” — obiecałem.
W tym momencie wpadli moi koledzy z podwórka: Kuba, Olek i Szymek. Wszyscy mieliśmy około jedenastu lat i talent do pakowania się w kłopoty z prędkością hulajnogi na zjeździe.
— Bartek! — zawołał Kuba spod drzwi. — Robimy dziś trening „ekipy od misji”. Kto nie przyjdzie, temu przyklejamy na plecach karteczkę „Jestem ogórkiem”.
— Brzmi groźnie… — mruknąłem. — Słuchajcie, mam sprawę. Biorę Lilę do hali. Robimy wyprawę.
Olek uniósł brwi.
— Do hali? Tam gdzie pani Zosia z parteru ma radar na hałas?
— Tym bardziej trzeba działać sprytnie — powiedziałem i uśmiechnąłem się jak ktoś, kto nie do końca wie, co robi, ale brzmi pewnie.
Szymek spojrzał na Lilę.
— A mała też jest w ekipie?
Lila wyciągnęła rękę, jakby składała przysięgę.
— Jestem specjalistką od smoków i echa.
Kuba klepnął dłonią w dłoń.
— To jest ekipa idealna. Idziemy!
Rozdział 2: Hall, echo i pierwsze „bum!”
W hallu naszego bloku pachniało trochę mokrymi kurtkami, trochę pastą do podłogi i trochę tajemnicą, która zawsze czai się przy skrzynkach na listy. Światło mrugało jakby miało czkawkę.
— Halo! — krzyknęła Lila.
— Halo… halo… — odpowiedziało echo, grzecznie i trochę z opóźnieniem.
— Widzicie? — Lila spojrzała na nas triumfalnie. — To mój chór!
Kuba, który zawsze musi coś sprawdzić, podszedł do domofonu.
— Nie naciskaj! — syknąłem. — Pani Zosia usłyszy i wyjdzie z mopem.
— Ja tylko… — Kuba dotknął guzika tak delikatnie, jakby głaskał jeża. Domofon zapiszczał: „BEEP!”
W tej samej sekundzie z klatki schodowej dobiegło:
— Kto tam robi te piknięcia?! — głos pani Zosi. Brzmiała, jakby miała w kieszeni megafon i dwa dodatkowe uszy.
Zamarliśmy. Nawet echo przestało się odzywać, jakby się przestraszyło.
Lila szepnęła:
— Smok.
— To nie smok, to pani Zosia — wyszeptałem. — Spokojnie. Układ: współpraca.
Olek rozejrzał się i wskazał na tablicę ogłoszeń.
— Udajmy, że czytamy. Bardzo poważnie. Jak dorośli.
Wszyscy stanęliśmy przed tablicą. Ja udawałem, że rozważam „Zebranie wspólnoty — środa 18:00”, Kuba marszczył brwi przy „Zgubiono klucze”, Szymek kiwnął głową jak ekspert od ogłoszeń, a Lila… Lila zaczęła szeptać do kartki:
— Halo, kartko. Czy ty też śnisz?
Drzwi na schody skrzypnęły. Pani Zosia wysunęła głowę. Miała włosy spięte tak, jakby trzymały w ryzach cały blok.
— O, dzieci… — powiedziała podejrzliwie. — A co wy tu tak czytacie?
— Regulamin! — wypalił Kuba. — Bardzo ważna sprawa… eee… współpraca sąsiedzka!
To słowo „współpraca” zabrzmiało jak hasło tajnej organizacji. Pani Zosia zmrużyła oczy, ale trochę zmiękła.
— No dobrze. Tylko bez wrzasków. Hall niesie dźwięk jak taca z herbatą.
— Jasne! — odpowiedzieliśmy chórem.
Lila nie wytrzymała.
— A jak się śpiewa cicho, to też niesie?
Pani Zosia westchnęła.
— Cicho można. Ale tak cicho, że nawet echo musi szeptać.
Lila uśmiechnęła się do mnie, jakby właśnie dostała licencję na przygodę.
Rozdział 3: Piosenka, która się przykleiła
Usiedliśmy na schodku przy wejściu do piwnicy, bo tam było najwięcej echa i najmniej oczu. Lila wyjęła z kieszeni mały notes w kropki.
— Tu zapisuję sny. Ten jest o windzie, co myśli, że jest rakietą — powiedziała i pokazała rysunek: winda z płomieniami pod spodem i miną „lecę!”.
— Dobra — zacząłem. — Miał być utwór z „bam” i „puf”. Zróbmy refren.
Szymek pstryknął palcami. Olek zaczął wybijać rytm butem: tup-tup, tup-tup. Kuba, jak to Kuba, od razu dodał efekty dźwiękowe:
— Tszsz! Brrrum!
— Ciiicho… — syknąłem, ale w sumie brzmiało to całkiem muzycznie.
Lila zamknęła oczy i zaśpiewała szeptem, ale tak, że echo w hallu aż się rozciągnęło jak guma:
— „Bam! Puf! Plum! — marzenie robi szum!
Kroczek w lewo, kroczek w prawo,
współpracujmy, będzie brawo!”
— To jest… niebezpiecznie chwytliwe — mruknął Olek.
— Dodajmy zwrotkę o smoku z waty cukrowej — zaproponowała Lila.
— I o ogórku! — dorzucił Kuba.
— Ogórek-smok? — zapytałem.
— Smok, co się boi soli! — zaśmiał się Szymek.
Zaczęliśmy układać słowa jak klocki: tu rym, tu „plum”, tu „hop”. I nagle… piosenka zaczęła żyć własnym życiem. Echo w hallu powtarzało końcówki, jakby było piątym członkiem naszej ekipy.
— „Bam! Puf! Plum!” — szepnęliśmy.
— „…plum…plum…” — odpowiedział hall.
I wtedy stało się coś dziwnego: drzwi wejściowe się otworzyły, a do środka weszła pani od psa z trzeciego piętra. Zawsze wyglądała, jakby się spieszyła na ważne spotkanie z… pośpiechem. Jej pies, kudłaty i wesoły, usłyszał rytm i zaczął merdać ogonem jak metronom.
— Co tu tak nucicie? — zapytała.
Zanim zdążyłem wymyślić wymówkę, Lila wypaliła:
— To hymn współpracy!
Pani od psa parsknęła śmiechem.
— Hymn współpracy? To mi się podoba. Tylko niech będzie naprawdę cicho.
— Jest supercicho — zapewnił Kuba, a echo natychmiast powtórzyło „cicho…icho…”.
Pies zaszczekał: „Hau!”
Echo dorzuciło: „…au…”.
I w tym momencie refren, jak przyklejony do podłogi, zaczął wracać nam do ust co dwie sekundy.
— „Bam! Puf! Plum!” — mruknął Olek.
— Przestań! — syknąłem, ale sam już miałem to w głowie jak reklamę.
Lila spojrzała na mnie poważnie.
— Bartek… piosenka chce być śpiewana.
— Piosenka nic nie chce — powiedziałem, ale wtedy moje usta same zrobiły:
— „…marzenie robi szum…”
Kuba złapał się za głowę.
— O nie. Zaczęło się.
Rozdział 4: Komplikacja w stylu „wszyscy razem”
Do hallu wpadł listonosz. Usłyszał fragment naszej melodii, zatrzymał się i… zaczął podśpiewywać pod nosem, sortując listy.
— „Kroczek w lewo…” — mruknął.
Szymek wytrzeszczył oczy.
— On to podchwycił!
— To jak wirus, tylko wesoły — stwierdził Olek.
I wtedy zza drzwi windy dobiegł dźwięk „ding!”. Wysiadł pan z czwartego piętra w wielkiej czapce, niosąc siatkę z ziemniakami. Zobaczył nas, spojrzał na listonosza, usłyszał melodię i… też zaczął podrygiwać, żeby ziemniaki mu nie wypadły.
— „…kroczek w prawo…” — zaśpiewał, a jedna bulwa prawie zrobiła „plum” na podłodze.
Lila zakryła usta dłonią, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Ja próbowałem ratować sytuację.
— Dobra, ekipo. Jeśli piosenka się rozlewa po hallu, musimy nią… sterować. Współpraca, pamiętacie?
— Jak? — spytał Kuba. — Mamy dyrygować całym blokiem?
— Dokładnie — powiedziała Lila, jakby to było najprostsze na świecie. — Ja będę od „bam”, Olek od „puf”, Szymek od rytmu, Kuba od… ogórka.
— Dziękuję bardzo — burknął Kuba, ale już się uśmiechał.
Ustawiliśmy się jak mini-zespół. Ja stanąłem z przodu i machałem rękami jak dyrygent po trzech filmach o muzyce.
— Cicho, ale razem! — szepnąłem.
I poszło. Refren popłynął, naprawdę cicho, ale tak równo, że echo klaskało w kącie niewidzialnymi łapkami.
— „Bam!” — Lila.
— „Puf!” — Olek.
— „Plum!” — Szymek z Kubą, bo Kuba nie mógł się powstrzymać.
Listonosz dorzucił:
— „Marzenie robi szum!”
Pan od ziemniaków podniósł siatkę jak mikrofon.
— „Współpracujmy, będzie brawo!”
Nagle drzwi na schody znów skrzypnęły. Pani Zosia. Z mopem. Z miną „zaraz tu zrobię porządek nie tylko na podłodze”.
Wszyscy zamilkli. Nawet pies przestał oddychać na chwilę (po czym oddychał dalej, bo jednak musi).
Pani Zosia rozejrzała się, zmrużyła oczy i zapytała:
— Co. To. Było.
Lila wyszła krok do przodu, jak mały ambasador.
— To była… próba generalna współpracy sąsiedzkiej. Cichutko. I bez ziemniaków na podłodze.
Pan od ziemniaków od razu przytulił siatkę.
— Przyznaję, pani Zosiu — powiedział listonosz. — Ta piosenka poprawia humor. Nawet mojej torbie.
Pani Zosia chciała być surowa, naprawdę. Widać było, jak walczy sama ze sobą. Ale wtedy echo, zupełnie bez pytania, powtórzyło z kąta:
— „…będzie brawo…”
I pani Zosia… kichnęła.
— Apsik!
Cały hall, jak na komendę, odpowiedział szeptem:
— Na zdrowie!
Pani Zosia zamrugała. Mop opadł jej trochę niżej.
— No dobrze — mruknęła. — Skoro już tu stoicie i robicie… cokolwiek to jest… To zróbcie z tego porządną rzecz. Ale króciutko. I bez biegania.
Kuba uśmiechnął się szeroko.
— Czyli… mamy zgodę na mini-koncert?
— Nazwijmy to… ćwiczeniem kulturalnym — poprawiła pani Zosia. — A teraz: kto posprząta te okruszki spod skrzynki?
Wskazałem na ekipę.
— Współpraca.
I posprzątaliśmy. Raz-dwa. Olek zamiatał, Szymek zbierał, Kuba trzymał drzwi, a Lila pilnowała, żeby żaden „smok z waty cukrowej” nie zjadł śmieci. Pani Zosia patrzyła, jakby właśnie zobaczyła jednorożca w kapciach.
Rozdział 5: Podium z kartonów i wielkie „brawo!”
Skoro była zgoda na „ćwiczenie kulturalne”, postanowiliśmy zrobić finał jak należy, ale nadal cicho, jak obiecała pani Zosia i jak nakazywał zdrowy rozsądek.
Kuba pobiegł do wózkowni i wrócił z trzema pustymi kartonami po sprzęcie AGD (nie pytajcie, skąd one się biorą w blokach; one po prostu są). Ustawiliśmy je w hallu jak stopnie na podium.
— Pierwsze miejsce dla… współpracy! — oznajmił Szymek.
— Drugie dla… echa! — dodał Olek.
— Trzecie dla… ogórka! — wrzasnął szeptem Kuba.
— Nie wrzeszcz szeptem, bo to brzmi jak komar w megafonie — skomentowałem.
Lila wspięła się na najwyższy karton, ale karton jęknął: „krrrk”.
— Ostrożnie — powiedziałem. — Podium ma limit kilogramów i marzeń.
— Spokojnie, ja ważę tylko pół chmurki — odparła i stanęła prosto jak prowadząca galę.
Pani Zosia, ku naszemu zdziwieniu, ustawiła się z boku jak jurorka. Listonosz trzymał jedną ręką torbę, drugą robił „klap-klap” palcami. Pan od ziemniaków oparł siatkę o ścianę, pies usiadł i patrzył na nas z takim skupieniem, jakby zaraz miał wystąpić w telewizji.
Ja stanąłem na drugim kartonie. Kuba na trzecim. Olek i Szymek obok, żeby robić rytm. Lila uniosła notes jak mikrofon.
— Uwaga, hall! — powiedziała. — Teraz refren. Wszyscy, którzy chcą współpracować, mogą dołączyć. Cichutko, żeby echo się nie zmęczyło.
I zaczęliśmy.
— „Bam!” — Lila.
— „Puf!” — Olek.
— „Plum!” — Szymek i Kuba.
— „Marzenie robi szum!” — ja.
Echo podało dalej: „…szum…szum…”.
Listonosz dołączył. Pan od ziemniaków dołączył. Nawet pani Zosia… nie śpiewała, ale jej stopa zaczęła stukać w rytm: tuk… tuk… jak mały, tajny bębenek.
Pies, idealnie w przerwie, zrobił jedno:
— Hau!
— „…au…” — odpowiedział hall, a my wszyscy zachichotaliśmy.
Lila zakończyła utwór ukłonem tak wielkim, że prawie spadła z kartonu.
Złapałem ją w ostatniej chwili.
— Współpraca — szepnąłem.
— Współpraca! — powtórzyła radośnie.
Pani Zosia podeszła i, nie mówiąc nic, postawiła na najwyższym kartonie… małą naklejkę z uśmiechniętą gwiazdką. Pewnie z jakiegoś zeszytu wnuczki, ale wyglądało to jak medal.
— Za kulturę w hallu — powiedziała sucho, ale w jej oczach czaił się uśmiech. — Pierwsze miejsce.
Kuba odchrząknął.
— A trzecie dla ogórka?
Pani Zosia spojrzała na niego i podała mu… zieloną karteczkę z tablicy ogłoszeń (taką pustą, do dopisania).
— Proszę. Narysuj sobie ogórka. Samodzielnie. Współpracując z własną wyobraźnią.
Kuba przyjął to jak trofeum.
Wróciliśmy do mieszkania później, niż planowaliśmy, ale w znacznie lepszych humorach. Lila oddała mi moją koszulkę bez przypominania.
— Bartek? — zapytała, kiedy już zdejmowałem buty.
— No?
— Ten układ był naprawdę sprawiedliwy.
— Bo działa tylko wtedy, gdy oboje coś robią — odpowiedziałem.
Lila przytuliła notes.
— To jutro… wymyślimy piosenkę o windzie-rakiecie?
Westchnąłem, ale uśmiechnąłem się szeroko.
— Umowa. Tylko bez „BEEP!” przy domofonie.
Z kuchni dobiegło „plum!” — chyba łyżka spadła do zlewu. A w mojej głowie, zupełnie cichutko, hall jeszcze raz powtórzył:
— „…będzie brawo…”