Rozdział 1: Kłótnia o gumki i wielkie „auć”
Maks miał jedenaście lat i tytuł rodzinny, którego nie dało się wydrukować na dyplomie: Najmłodszy, więc Oczywiście Winny. Był też mistrzem potykania się o rzeczy, które według praw fizyki w ogóle nie powinny istnieć na środku pokoju.
Tego popołudnia istniały jednak jak najbardziej: trzy kolorowe gumki do włosów, które należały do jego siostry Leny. Lena też miała jedenaście lat, a do tego spojrzenie, które potrafiło zamrozić kompot.
— Maks! — zawołała. — Czemu moje gumki leżą w twojej kieszeni?!
Maks cofnął się o krok i… oczywiście stanął na pudełku z klockami. Pudełko zrobiło „TRACH!”, a on „AUĆ!” w tym samym czasie, jakby ćwiczyli duet.
— Ja… ja je tylko ratowałem! — Maks podniósł gumki jak dowody w sprawie. — Były na podłodze. Mogły zostać… zadeptane przez dzikie skarpety.
— Dzikie skarpety? — Lena skrzyżowała ręce. — Wiesz, że to ty je hodujesz pod łóżkiem?
— To nie hodowla, to… rezerwat.
Lena prychnęła, ale w oczach już błysnęło coś śmiesznego.
— Oddawaj. I żadnych rezerwatów w mojej fryzurze.
Maks podał gumki, próbując wyglądać na niewinnego. W tej samej chwili z korytarza dobiegło wołanie mamy:
— Dzieci! Kto pomoże mi w kąciku krawieckim? Muszę doszyć guzik, a maszyna chyba się obraziła!
Lena uśmiechnęła się jak ktoś, kto właśnie dostał szansę na zemstę bez użycia przemocy.
— O, Maks jest świetny w „pomaganiu”. Najlepszy. Niech idzie.
— Ej! — Maks chciał zaprotestować, ale mama już wołała po raz drugi, tym tonem, który nie przyjmował reklamacji.
I tak oboje ruszyli do pokoju, w którym stał kącik krawiecki: stolik z maszyną, pudełka z nićmi i poduszeczka pełna igieł, wyglądająca jak jeż po wizycie u fryzjera.
Rozdział 2: Kącik krawiecki i nić, która ma własne zdanie
Kącik krawiecki pachniał jak mieszanka lawendy i… prasowanej koszuli. Na blacie leżały nożyczki, centymetr krawiecki i szpulki nici w tylu kolorach, że Maks poczuł się jak w sklepie z cukierkami, tylko mniej jadalnymi.
Mama stała przy maszynie i naciskała pedał. Maszyna odpowiedziała niepewnym:
— Brrr… brr… brr?
— Widzisz? — mama westchnęła. — Obraziła się. Lena, podaj proszę nici. Maks… ty możesz trzymać guzik. Tylko go nie zjedz.
— Nie jem guzików — oburzył się Maks. — Już.
Lena podała mamie niebieską nić i szepnęła do Maksa:
— Trzymaj mocno. Jak upuścisz, guzik ucieknie i założy własną rodzinę pod kanapą.
— Bardzo śmieszne.
Maks trzymał guzik jak skarb. Był okrągły, czarny i miał cztery dziurki, które wyglądały jak oczy pająka. Maks przez chwilę patrzył na niego podejrzliwie.
— On mnie obserwuje.
— To tylko guzik.
— Guzik też może mieć plany — mruknął Maks.
Wtedy zdarzyło się coś, co mogło trafić do encyklopedii pod hasłem: „Typowy Maks”.
Maks kichnął.
— APSIK!
Guzik wyskoczył mu z palców, zrobił elegancki fikołek w powietrzu i wylądował… dokładnie w pudełku z guzikami. A pudełko, jakby tylko na to czekało, przechyliło się i wysypało całą zawartość na podłogę.
— Klak-klak-klak! — guziki potoczyły się we wszystkie strony.
— Maks! — Lena jednocześnie była zła i rozbawiona. — To jest… guzikowa lawina!
Mama uniosła brwi, ale w kącikach ust zatańczył jej uśmiech.
— No dobrze — powiedziała spokojnie. — Zamiast guzika mamy teraz sto guzików. Znajdźcie ten właściwy.
Maks uklęknął, ale zahaczył łokciem o koszyk z nićmi. Nici wysunęły się jak kolorowe węże.
— O nie… — jęknął.
Lena przyklękła obok niego.
— Spokojnie. Zrobimy akcję ratunkową. Tylko… bez kichania.
— Postaram się kich… — Maks urwał. — Nie, nie powiem tego słowa.
Zaczęli zbierać guziki i nici, a Maks czuł, jak napięcie z kłótni o gumki topnieje. Przynajmniej do chwili, kiedy usłyszeli to.
Z drugiego końca pokoju dobiegło przeciągłe:
— KRRRYYYYY…!
Oboje zamarli.
Rozdział 3: Drzwi, które udają potwora
Dźwięk był taki, jakby ktoś drapał pazurami po lodzie. Albo jakby stary smok próbował otworzyć konserwę.
— Co to było? — wyszeptał Maks, ściskając w dłoni garść guzików jak amunicję.
— Drzwi — szepnęła Lena, ale nie brzmiała pewnie.
— Drzwi nie robią „KRRRYYYY”. Drzwi robią… „klik”.
— Te robią „KRRRYYYY”, bo są stare.
Znów: — KRRRYYYYY…!
Drzwi do schowka przy kąciku krawieckim poruszyły się minimalnie, jakby ktoś je pchał od środka. Maks poczuł, jak po plecach przechodzi mu zimny dreszcz, a jednocześnie coś w środku śmiało się z niego za tę panikę.
— Może tam jest… Potwór Od Kołnierzyków — wymyślił szeptem. — Taki, co zjada metki.
Lena pokręciła głową, ale uśmiechnęła się.
— Albo Potwór Od Nitki. Wciąga wszystko w supeł.
Mama zajęta była maszyną i nie słyszała dramatycznych teorii, bo maszyna odpowiedziała jej:
— Brr-brr-brr… NIE.
— Dzieci, co wy tam tak cicho? — mama odwróciła się. — Znaleźliście guzik?
— Tak… prawie — powiedział Maks, nie odrywając wzroku od drzwi. — Mamo, a te drzwi… zawsze tak… ryczą?
Mama spojrzała na schowek.
— Ach, te. Skrzypią, bo trzeba je naoliwić. Jak byłam w waszym wieku, udawałam, że to potwór z szafy. — Roześmiała się. — Tylko nie wchodźcie tam bez mnie, bo jest bałagan.
Słowo „bałagan” zadziałało na Maksa jak magnes. Bałagan oznaczał skarby. I pułapki. I rzeczy, o które można się potknąć, czyli jego naturalne środowisko.
Gdy mama wróciła do maszyny, Lena szturchnęła Maksa.
— Założymy Drużynę Pogromców Skrzypiących Drzwi?
— A jak — wyszeptał Maks. — Tylko potrzebujemy planu. I… zbroi.
Lena rozejrzała się i złapała dwie poduszki z krzesła.
— Tarcze.
Maks chwycił centymetr krawiecki i owinął go jak pas.
— To mój… Wąż Prawdy. Mierzy wszystko, nawet strach.
— Świetnie — Lena podniosła nożyczki, ale po chwili odłożyła je. — Dobra, bez przesady. Będę miała… tę szpulkę. Jak granat. Rzucę i potwór się zaplącze.
Maks parsknął.
— Uwaga. Zbliżamy się do bestii.
Zrobili dwa kroki. Drzwi znów jęknęły:
— KRRRYYYYY…!
Maks podskoczył i nadepnął na guzik. Guzik wystrzelił spod stopy jak kamyczek z procy i trafił w drzwi.
— PLIK!
Drzwi… lekko się uchyliły.
— O nie — szepnęła Lena. — Potwór odpowiada.
Rozdział 4: Wyprawa do schowka i atak tkanin
W schowku było ciemno i pachniało kurzem, wełną i czymś, co mogło być dawną babciną szarlotką, tylko w wersji „bardzo dawno”.
Maks pchnął drzwi. Zawyły:
— KRRRYYYYYYAAAA!
— Ciszej! — syknęła Lena. — Obudzą sąsiadów.
— To drzwi, nie ja!
W środku stały pudełka, rolki materiałów i wielka torba z napisem „FAStrygi”. Maks nie wiedział, co to jest fastryga, ale brzmiało jak imię groźnego pirata.
— Widzisz? — Lena wskazała na półkę. — Olej do maszyny. Mama mówiła, że trzeba naoliwić. Jeśli to zrobimy, drzwi przestaną udawać potwora.
— A jeśli potwór udaje drzwi? — Maks uniósł brwi.
— To wtedy… — Lena zawiesiła głos. — …wynegocjujemy rozejm.
Maks wyciągnął rękę po małą buteleczkę. W tej samej chwili zahaczył rękawem o zwinięty materiał. Materiał, jakby obrażony, zsunął się i spadł mu na głowę.
— PUF!
Maks zniknął pod czerwono-białą kratką.
— Maks?! — Lena złapała róg tkaniny. — Żyjesz?
— Żyję — dobiegło spod materiału. — Ale zostałem… kanapką.
Lena pociągnęła, ale tkanina zaplątała się w centymetr, a centymetr w uchwyt torby, a torba… oczywiście spadła.
— BUM!
Z torby wyskoczyły strzępki, nici i coś, co wyglądało jak mały, pluszowy ogon.
Maks wydostał się wreszcie, cały w kratkę, jakby właśnie przegrał walkę z obrusem.
— Dobra — sapnął. — Plan A: nie ruszać niczego. Plan B: ruszać wszystko ostrożnie. Plan C: poprosić drzwi, żeby nas wypuściły.
Lena śmiała się tak, że musiała oprzeć się o ścianę.
— Wyglądasz jak chodzący piknik!
— A ty wyglądasz jak osoba, która zaraz dostanie guzik w czoło — odparł Maks, ale też się uśmiechał.
W końcu Lena znalazła buteleczkę oleju.
— Mam! Teraz tylko… po cichu wracamy i…
Schowek zatrzeszczał. Drzwi poruszyły się nagle, jakby naprawdę miały mięśnie.
— KRRRYYY… TRACH!
Zamknęły się.
Maks i Lena zostali w środku.
Zapadła cisza tak gęsta, że Maks prawie słyszał, jak guzik w jego kieszeni planuje ucieczkę.
— Powiedz mi, że masz przy sobie klucz — szepnął Maks.
— Powiedz mi, że ty masz — odpowiedziała Lena.
— Ja mam… centymetr.
— A ja… olej.
Maks spojrzał na nią.
— No to super. Zmierzymy odległość do paniki i ją naoliwimy.
Lena chrząknęła, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
— Dobra. Drużyna. Współpraca. Musimy wyjść, zanim mama odkryje, że jej dzieci są zamknięte w szafie z tkaninami jak dwa swetry.
Rozdział 5: Operacja „Skrzyp” i współpraca na pełnych obrotach
Lena przyłożyła ucho do drzwi.
— Mama coś mówi?
Z zewnątrz dobiegał tylko uparty głos maszyny:
— Brr… brr… NIE.
— Mama walczy z maszyną — stwierdził Maks. — To potrwa.
Próbowali pchnąć drzwi. Ani drgnęły.
— Zablokowało się — Lena przełknęła ślinę. — Może… przez ten guzik, co w nie trafił?
— Guzik robi zamach stanu — przyznał Maks. — Musimy go pokonać.
Rozejrzeli się. Na półce leżał długi patyczek do przewracania rurek z materiału. Maks wziął go ostrożnie.
— Narzędzie. Nazwiemy je… Pogromca.
— Raczej „Patyk” — poprawiła Lena.
— Dobrze, Patyk Pogromca.
Maks wsunął patyk w szczelinę przy drzwiach, próbując podważyć blokadę. Lena trzymała latarkę z telefonu, a drugą ręką stabilizowała Maksa, bo ten w naturalny sposób balansował na czymś, co nie powinno być śliskie, ale było: na taśmie mierniczej.
— Uważaj — syknęła. — Jak się przewrócisz, to wylądujesz w pudełku z guzikami i zostaniesz królem.
— Brzmi kusząco — jęknął Maks, napierając. — Ale wolę zostać zwykłym Maksym… Maks… w sensie Maks.
Nagle coś kliknęło.
— O! — Maks zamarł. — Słyszałaś?
— Tak!
Pchnęli razem. Drzwi jęknęły, jakby potwór robił teatralne wejście:
— KRRRYYYYY…!
— Na trzy! — Lena ścisnęła buteleczkę oleju. — Raz, dwa, trzy!
Pchnęli. Drzwi otworzyły się na tyle, że wyskoczyli jak dwa korki od szampana: „POP!”.
Wypadli do pokoju, potykając się o własne nogi i… oczywiście o rozsypane guziki.
— ŁUP! — Maks wylądował na miękkim stosie materiałów.
Mama odwróciła się wreszcie.
— Co wy…?
Lena stanęła na baczność, jakby to była misja tajna.
— Mamo. Drzwi udawały potwora. Uwięziły nas. Ale uratowaliśmy olej.
Maks podniósł buteleczkę jak trofeum.
— I przeżyłem atak obrusa.
Mama patrzyła przez sekundę, a potem wybuchnęła śmiechem.
— No dobrze, pogromcy potworów. Chodźcie tu. Skoro już macie olej, to zrobimy z tego porządną akcję: oliwienie zawiasów i naprawa maszyny. Razem.
Lena podała olej.
— Najpierw drzwi. Bo jak jeszcze raz zaryczą, to sąsiedzi wezwą straż… od potworów.
Maks przyklęknął przy zawiasach. Lena świeciła telefonem. Mama kropiła olejem, a Maks, z powagą chirurga, otwierał i zamykał drzwi.
— Teraz! — powiedział.
Drzwi wydały ciche:
— ciiik…
Maks zamrugał.
— One… mruczą. Jak kot.
Lena klasnęła.
— Wygraliśmy!
— I teraz maszyna — mama poprawiła nitkę. — Lena, trzymaj materiał. Maks, ty… tylko nie naciskaj wszystkiego naraz.
— Ja? Nigdy — powiedział Maks i natychmiast dotknął dźwigni, która nie była do dotykania.
Maszyna odparła głośnym:
— BRRRRRR!
Igła poszła w górę i w dół jak szalona, a nić wystrzeliła i owinęła się wokół palca Maksa jak miniaturowy lasso.
— Ojej — Maks spojrzał na swój palec, który teraz był elegancko „zapakowany” w niebieską nić. — Zostałem… prezentem.
Lena śmiała się, ale już pomagała rozplątywać.
— Spokojnie. To tylko pętelka. Współpraca, panie Prezent.
Maks uśmiechnął się.
— Współpraca to moje drugie imię. Pierwsze to „Auć”.
W końcu guzik został przyszyty, maszyna przestała się obrażać, a drzwi przestały ryczeć. Kącik krawiecki wyglądał znów jak miejsce pracy, a nie pole bitwy guzików.
Rozdział 6: Ławka na zgodę i plan na następne potwory
Wieczorem Lena i Maks wyszli przed blok. Powietrze było chłodne i pachniało mokrym asfaltem. Na podwórku stała stara drewniana ławka, trochę krzywa, ale wierna jak pies.
Usiedli na niej obok siebie, tak blisko, że ich ramiona prawie się stykały. Przez chwilę milczeli, jakby oboje słuchali, czy gdzieś nie skrzypią drzwi.
— Wiesz — odezwała się Lena, obracając w palcach jedną ze swoich gumek — oddałeś je od razu. Nawet jeśli… „ratowałeś” je w dziwny sposób.
— Bo nie chciałem wojny o gumki — mruknął Maks. — Poza tym, gdybyś mnie nie wysłała do kącika krawieckiego, nie pokonalibyśmy Potwora Drzwi.
Lena szturchnęła go lekko.
— „Pokonalibyśmy”. Podoba mi się to słowo.
— Mnie też — Maks oparł się wygodniej. — Sam bym utknął w schowku na zawsze i jadłbym… guziki.
— Przestań, bo jeszcze uwierzę — zaśmiała się Lena. — Ale serio. Dzisiaj ogarnęliśmy to razem. Nawet jak robiłeś… swoje Maksy.
— Moje Maksy są nie do zatrzymania — powiedział dumnie.
— Właśnie dlatego trzeba drużyny — Lena spojrzała na niego bokiem. — Z tobą to jak z fajerwerkiem: niby pięknie, ale lepiej stać obok z wiadrem wody.
— A ty jesteś moim wiadrem? — Maks udał oburzenie. — Ja bym powiedział: ty jesteś… instrukcją obsługi.
— O, dziękuję. Instrukcja obsługi brata. Rozdział pierwszy: nie zostawiać guzików na podłodze.
Maks roześmiał się głośno.
— Rozdział drugi: jeśli drzwi ryczą jak potwór, nie rzucać w nie guzikami.
— Rozdział trzeci: jeśli już rzucisz, to przynajmniej miej olej — dodała Lena.
Siedzieli jeszcze chwilę, kołysząc nogami. Z okna na parterze ktoś oglądał teleturniej, słychać było ciche „ta-dam!”. Maks poczuł ciepło w brzuchu — nie od guzika, tylko od tego, że dziś, mimo kłótni, byli jedną ekipą.
— Lena? — zapytał.
— No?
— Jutro zrobimy znak na schowku: „Tu mieszka były potwór, teraz tylko skrzypi jak kot”?
Lena uśmiechnęła się szeroko.
— Zrobimy. I jeszcze dopiszemy: „Wstęp tylko dla drużyny”.
— I dla rezerwatu skarpet? — dopytał Maks.
— Rezerwat ma zakaz wstępu — odparła Lena, ale zaśmiała się tak, że Maks też nie wytrzymał.
Ich śmiech poleciał przez podwórko jak lekka piłka, odbił się od ławki i wrócił do nich, a oni siedzieli razem, dzieląc jedną ławkę i jedno zwycięstwo nad drzwiami, które przestały udawać potwora.