Rozdział 1: Lis w pelerynie i kłopot z miejscem
W lesie pachniało mokrymi liśćmi i dyniowymi pestkami, bo wiewiórki łuskały je jak szalone. Nad ścieżką wisiała mgła, miękka jak wata cukrowa, tylko że bez cukru i bez patyka. Noc Halloween miała zaraz się zacząć.
Rudy lis o imieniu Fikuś był ostrożny z natury. Gdy inni już biegli po polanach, udając duchy i strasząc się dla zabawy, on sprawdzał, czy jego peleryna nie zahaczy o jeżyny. Przebrał się za „Niewidzialnego Strażnika Cienia”, co w praktyce oznaczało czarną pelerynę, kaptur i świecący kasztan w kieszeni. Kasztan był jego latarką… tak przynajmniej twierdził.
— Najważniejsze — mruknął do siebie — znaleźć miejsce. Takie prawdziwe, własne. Na tę noc.
Bo w Halloween w lesie robiło się tłoczno. Wszystkie zwierzęta urządzały sobie nocne wędrówki, konkursy na najdziwniejszy kostium i „straszne” opowieści, które kończyły się śmiechem. Fikuś lubił tę atmosferę, ale nie znosił tłoku. Chciał mieć spokojną kryjówkę, z której mógłby obserwować świat, a kiedy zechce — dołączyć. Bez przepychania się ogonami.
Wysunął pysk z krzaków i spojrzał na wielką dziuplę w starym dębie, o której mówiło się, że jest „idealna na Halloween”. Była osłonięta, sucha i miała nawet naturalny parapet na żołędzie.
Niestety, już stała przy niej kolejka.
Borsuk w pasiastym płaszczu udawał mumie, owijając się pajęczyną (na szczęście sztuczną, z mleczy). Kuna przebrana za czarownicę mieszała w garnuszku… w którym, jak szybko się okazało, pływały jagody.
— To miejsce zajęte! — zawołała wesoło. — Dziś tu nasze spotkanie „Czarna Zupa i Białe Strachy”!
Fikuś cofnął się, robiąc minę, która miała mówić: „Wcale nie chciałem”, chociaż bardzo chciał.
— Spokojnie — szepnął do kasztana w kieszeni. — Znajdę inne.
Tylko gdzie?
Rozdział 2: Wróżby z liści i mapka na odwrocie łupiny
Fikuś ruszył w głąb lasu. Każdy krok stawiał ostrożnie, bo pod liśćmi czaiły się gałązki, które potrafiły trzasnąć głośniej niż najstraszniejszy „Buuu!”. A w Halloween takie trzaski rozbrzmiewały jak fanfary.
Na polanie spotkał sowę, która miała na głowie kapelusz z mchu i udawała starego czarodzieja.
— O, Niewidzialny Strażniku Cienia! — zawołała teatralnie. — Czego szukasz w tę mglistą noc?
Fikuś poprawił kaptur, bo czuł się trochę głupio, gdy ktoś tak na serio wchodził w rolę.
— Szukam miejsca — odpowiedział. — Takiego, gdzie nie będzie tłoku. Żebym mógł… no wiesz… oddychać bez czyjegoś ogona w nosie.
Sowa zamrugała.
— Miejsce znajduje się czasem tam, gdzie go nikt nie szuka. — Podniosła skrzydło i wskazała stertę suchych liści. — Wylosuj wróżbę!
— Wróżbę? — Fikuś był ostrożny także wobec wróżb.
— Spokojnie, to tylko liście. Najstraszniejsze, co mogą zrobić, to… zaszeleścić.
Fikuś wyciągnął jeden liść. Był czerwony jak jego futro, tylko bardziej płaski. Na spodzie ktoś wydrapał pazurem znak: trzy kropki i krzywa linia.
— Co to znaczy? — zapytał.
— Hm — sowa udawała, że rozumie. — To… znak starego stawu! A te kropki to kamienie przy brzegu. Szukaj tam, gdzie woda nie odbija księżyca, tylko… sekrety.
— Brzmi jak kłopoty — mruknął Fikuś.
Sowa kiwnęła głową, jakby to było najlepsze życzenie na Halloween.
— Kłopoty to też przygoda. A przygoda to okazja, by być miłym, gdy ktoś się boi.
Fikuś ruszył dalej, ściskając w łapie… nie liść, bo liść został w stercie, ale myśl o tym „starym stawie”. Po drodze znalazł porzuconą łupinę orzecha. Ktoś narysował na niej mapkę: kreskę-ścieżkę i kółko z zębami, które miało chyba udawać potwora.
— Świetnie — westchnął. — Nawet mapa mnie straszy.
A jednak schował łupinę do peleryny. Ostrożny nie znaczył tchórzliwy. Ostrożny znaczył: „boję się z planem”.
Rozdział 3: Staw, który szeptał, i przerażona nietoperzyca
Stary staw był ciemny. Nie taki zwyczajnie ciemny, tylko „ciemny jak atrament w kałamarzu, który ktoś zapomniał zakręcić”. Nad wodą wisiała mgła, a trzcinom zdarzało się szeleścić tak, jakby rozmawiały o wszystkim, tylko nie o pogodzie.
Fikuś podszedł wolno. Wolał, gdy rzeczy są przewidywalne. Staw zdecydowanie nie wyglądał na przewidywalny.
I wtedy usłyszał cichutkie:
— Piii…?
Odwrócił się gwałtownie, prawie gubiąc kasztan-latarkę.
Na gałęzi wisiała nietoperzyca w kostiumie… cóż, nietoperzycy. Czyli właściwie bez kostiumu, ale miała na szyi kokardę z pajęczej nitki.
— Ty… ty jesteś prawdziwy? — zapytała drżącym głosem.
— Jestem lisem — odparł Fikuś. — A ty?
— Nela. Zgubiłam swoją ekipę. Mieliśmy robić „Przelot Strachu” nad stawem, ale… — przełknęła ślinę, co u nietoperzycy wyglądało jak mały skok w gardle. — Coś tu jest. Słyszę szepty. I… chlupanie. Jakby staw coś żuł.
Fikuś też słyszał chlupanie. Tylko że stawy raczej nie żują. Chyba.
— Może to żaba? — zaproponował ostrożnie.
— Żaba nie żuje szeptów! — pisnęła Nela.
Fikuś westchnął. Plan „znajdę spokojne miejsce” nagle zamieniał się w plan „uspokoję czyjeś serce”. Coś w tym było, chociaż nie zamierzał tego mówić na głos.
— Dobra — powiedział. — Zrobimy tak. Ja podejdę bliżej i sprawdzę, co chlupie. Ty będziesz… no… latającą obserwatorką.
— Ja? Latającą? — Nela spojrzała na swoje skrzydła, jakby nie była pewna, czy są jej. — Mogę też być wiszącą.
— Może na razie wiszącą — zgodził się Fikuś. — Ale blisko mnie. Razem jest… mniej strasznie.
Nela kiwnęła głową i zsunęła się z gałęzi, lądując na pniu obok niego. Była mała i trzęsła się jak listek, który żałuje, że jest listkiem.
Fikuś podszedł do brzegu. Woda była gładka jak szkło. A potem nagle… bąbel.
— Oho — szepnął.
Z wody wynurzyło się coś okrągłego. Dwa błyszczące oczy. I szeroki uśmiech.
Nela pisnęła tak cicho, że to prawie był szept.
— To potwór…
Fikuś zmrużył oczy.
— To… dynia?
Rzeczywiście. To była dynia. Tylko że miała w sobie dwie świetliki, które udawały oczy, i wycięty uśmiech jak w lampionie. Dynia kołysała się na wodzie, a trzciny szeleściły, bo wiatr popychał ją w kółko.
— Szepty to trzciny — stwierdził Fikuś. — A chlupanie… dynia obija się o kamienie.
Nela zamrugała. Po chwili jej uszy przestały drżeć.
— Czyli… to był strach zrobiony z warzywa?
— Dokładnie — powiedział Fikuś. — Warzywny strach. Najłatwiejszy do ugotowania.
Nela parsknęła śmiechem, a potem złapała się za pyszczek, jakby śmiech był niegrzeczny w pobliżu „potwora”.
— Dziękuję — szepnęła. — Jesteś… spokojny. To działa.
Fikuś poczuł ciepło pod peleryną, jakby kasztan-latarka naprawdę świecił.
— Nie jestem spokojny — przyznał. — Po prostu wolę sprawdzać, zanim uciekam.
— Ja też spróbuję — powiedziała Nela odważniej. — Ale… dalej szukasz miejsca?
Fikuś spojrzał na staw. Było tu pięknie, tylko zbyt mokro na porządną lisą kryjówkę.
— Tak — odpowiedział. — Ale może… już wiem, że nie muszę szukać sam.
Rozdział 4: Dom, który nie chciał być domem
Wędrowali razem. Nela leciała nisko nad ziemią, a gdy się bała, udawała, że „sprawdza kierunek wiatru”. Fikuś udawał, że jego serce wcale nie robi fikołków, gdy z krzaków wyskakiwała jaszczurka w masce zombie.
W końcu dotarli do czegoś, co wyglądało jak mały domek z patyków, mchów i starych korzeni. Stał na skraju polany, w miejscu, gdzie drzewa tworzyły łuk jak brama. Na drzwiach wisiał napis z kory: „NIE WCHODZIĆ (chyba że trzeba)”.
— Idealnie — szepnął Fikuś. — To może być moje miejsce.
— Albo miejsce, które zje twoją pelerynę — zauważyła Nela, ale bez złośliwości. Raczej z troską.
Fikuś podszedł i zapukał ogonem w drzwi. Drzwi skrzypnęły jak stary akordeon.
— Kto tam? — odezwał się głos, niski i chrapliwy.
Fikuś przełknął ślinę.
— Fikuś. I Nela. Szukamy miejsca na Halloween. Nie chcemy przeszkadzać.
Chwila ciszy. Potem drzwi uchyliły się, a w szparze pojawiły się oczy… bardzo duże, bardzo łagodne.
To był… bóbr. Przebrany za ducha. W sensie miał na sobie prześcieradło z dziurami, ale prześcieradło było z liści, więc wyglądał jak „Duch Jesieni”.
— Ja też szukam miejsca — burknął bóbr. — Ale mój dom… mój dom nie chce być domem.
— Jak to? — zapytała Nela.
Bóbr zsunął liściowe prześcieradło z pyska, bo chyba przeszkadzało mu w narzekaniu.
— Buduję, buduję, a potem wszyscy mówią: „O, ale straszne miejsce!” i uciekają. A ja chciałem zrobić tu przytulnie. Tylko że… — spojrzał na tabliczkę „NIE WCHODZIĆ” — to miało być dla żartu.
Fikuś przyjrzał się domkowi. Był trochę krzywy, to prawda. I miał w oknie suszone gałązki, które wyglądały jak palce. Ale w środku czuć było zapach kory i ciepłego mchu. Wcale nie strasznie. Raczej… samotnie.
— Mogę wejść? — zapytał Fikuś ostrożnie.
— Jeśli trzeba — mruknął bóbr, ale odsunął się, robiąc przejście.
W środku był mały kominek z kamieni, a na podłodze miękki dywan z igliwia. Na ścianie wisiał sznurek, ale bez niczego.
— To jest… miłe — powiedziała Nela, rozglądając się. — Tylko ta tabliczka na zewnątrz straszy.
Bóbr prychnął.
— Miała bawić. A wyszło, że nikt nie wchodzi. Nawet na chwilę.
Fikuś poczuł, jak w nim coś mięknie, jak masło w ciepłej dziupli. Przypomniał sobie, jak sam czuł się wykluczony spod dębu, gdzie było za tłoczno. Tu z kolei było za pusto.
— Możemy ci pomóc? — zapytał.
Bóbr spojrzał podejrzliwie.
— Jak?
Fikuś rozejrzał się i zobaczył coś, co go ucieszyło: ten sznurek na ścianie. I jego własne sznurowadła, które wystawały spod peleryny, bo… tak, Fikuś miał buty. Były śmieszne, małe i praktyczne, bo lis lubił nie nadziewać łap na ostre szyszki.
— Masz sznurek — powiedział. — Ja mam sznurowadła. A Nela ma… świetny pomysłowy mózg.
— Hej! — obruszyła się Nela. — Ja mam też skrzydła.
— Skrzydła też się przydadzą — zapewnił ją Fikuś.
Bóbr uniósł brwi.
— Zaraz… nie będziecie robić… dekoracji?
— Dekoracji i czegoś jeszcze — odparł Fikuś. — Czegoś, co sprawi, że to miejsce wreszcie poczuje się… miejscem.
Rozdział 5: Próba odwagi i sztuczka z ciepłem
Plan powstał szybko, bo w Halloween pomysły lubią wyskakiwać jak grzyby po deszczu. Nela miała latać wokół domku i zawieszać na gałęziach małe lampiony z żołędzi, w których siedziały świetliki. Oczywiście za ich zgodą, bo świetliki nie znosiły być brane „na siłę do świecenia”.
Bóbr miał rozpalić w kominku tak, żeby ciepło było wyczuwalne już od progu. A Fikuś… Fikuś miał zdjąć tę okropną tabliczkę i zastąpić ją czymś lepszym.
— Co napiszemy? — zapytała Nela, trzymając w zębach kawałek kory jak kartkę.
Fikuś zastanowił się. Nie chciał przesady. Nie chciał też, żeby wszyscy wpadli naraz i zrobili tu tłok, przed którym uciekał.
— „Wchodź powoli. Jeśli masz stracha, przynieś go ze sobą” — zaproponował.
Bóbr parsknął.
— Kto by chciał przynosić stracha?
— Każdy go czasem ma — powiedział spokojnie Fikuś. — A jak się go przyniesie, to przestaje udawać, że nie istnieje. I można go ogrzać.
Nela przytaknęła.
— I dodać: „Tu strachy są mile widziane, ale nie muszą straszyć”.
Bóbr drapał się po brodzie, po czym powoli skinął głową.
— Dobra. Brzmi… mądrze. Trochę za mądrze jak na Halloween, ale przeżyję.
Praca szła sprawnie, aż do chwili, gdy trzeba było zaprosić innych. A to oznaczało wyjście na polanę, gdzie zwierzęta urządzały „Marsz Potworów”.
— Ja? Mam iść tam i mówić: „Hej, mam domek, przyjdźcie”? — jęknął bóbr. — Przecież mnie wyśmieją.
Fikuś poczuł, że teraz on powinien zrobić krok, mimo że wolał stać z boku.
— Pójdę z tobą — powiedział. — I nie będziemy krzyczeć. Po prostu… pokażemy.
Nela zawisła nad nimi.
— A ja zrobię zwiad. Jeśli ktoś wygląda na zbyt głośnego, machnę skrzydłem jak… ostrzeżenie.
— Jak nietoperz-ochroniarz — stwierdził Fikuś.
— Dokładnie. Ochrona przed tłokiem — ucieszyła się Nela.
Na polanie było jak w zaczarowanym jarmarku. Jenot w przebraniu wampira sprzedawał sok z buraków „na krew”. Dzik udawał rycerza i miał tarczę z liścia łopianu. Jeże przebrały się za… jeszcze bardziej kolczaste jeże, tylko z papierowymi koronami.
Bóbr niemal zawrócił.
— Oddychaj — szepnął Fikuś. — Tylko tyle.
Podszedł do grupki zwierząt, które wyglądały na nieśmiałe: mała łasica w płaszczyku z piór i tchórzofretka, która co chwilę poprawiała maskę ducha, jakby bała się, że spadnie i ujawni jej prawdziwe emocje.
— Hej — powiedział Fikuś. — Jeśli macie ochotę na spokojniejsze miejsce… jest domek przy bramie z drzew. Ciepły. Bez wycia. No, chyba że ktoś lubi cicho wyć.
Łasica spojrzała z nadzieją.
— Naprawdę można tam wejść?
Bóbr zebrał odwagę i wysunął się do przodu.
— To mój domek — burknął. — I… chciałbym, żeby ktoś w nim posiedział. Ale bez demolki. Mam świeżo ułożony mech.
Tchórzofretka zachichotała.
— Obiecuję nie deptać mchu jak potwór. Jestem potworem tylko z maski.
Fikuś poczuł ulgę. Może jego „miejsce” nie musi być tylko dla niego. Może może być miejscem, gdzie oddycha się łatwiej.
Rozdział 6: Miejsce znalezione i zawiązane na supeł
Kiedy wrócili do domku, lampiony już świeciły w gałęziach jak złote oczy przyjaznych stworzeń. Ciepło z kominka wypełniało wnętrze, a nowa tabliczka z kory wisiała dumnie, lekko krzywo, ale szczerze.
Pierwsi goście weszli powoli, tak jak prosił napis. Każdy przyniósł coś małego: żołądź, garść suszonych jagód, śmieszną opowieść. Nikt nie robił hałasu większego niż trzeba. Nawet wampir-jenot przyszedł na chwilę, powąchał i powiedział:
— O, tu pachnie… jakby ktoś był miły.
— Bo jest — odburknął bóbr, ale nie brzmiał już jak burczenie, raczej jak dumny kamień w strumieniu.
Fikuś usiadł w kącie na dywanie z igliwia. Obserwował, jak Nela opowiada łasicy o dyni-potworze ze stawu, dodając dramatyczne pauzy i kończąc wszystko śmiechem. Obserwował, jak bóbr częstuje wszystkich „straszną herbatą” z liści malin, która była tak straszna, że aż pyszna.
A potem zauważył coś, co wytrąciło go z błogiego spokoju: jego buty.
Sznurowadła, które wcześniej oddał do dekoracji, zwisały teraz smętnie z jednego buta jak dwa węże, które straciły orientację w terenie. Fikuś poczuł znajome ukłucie niepokoju.
— O nie — szepnął. — Bez sznurowadeł to nie miejsce, tylko… poślizg.
Nela przysiadła obok.
— Zgubiłeś je?
— Nie. Oddałem. I teraz mam… problem.
Bóbr usłyszał i podszedł, wycierając łapy o mech.
— Mogę oddać sznurek ze ściany — zaproponował. — Nie jest aż tak potrzebny.
Fikuś pokręcił głową.
— Już pomogłeś, dając nam dom. Teraz ja muszę zrobić coś prostego: zawiązać sznurowadła. Tylko że… — zawahał się, bo ostrożne lisy czasem wstydzą się takich rzeczy — …zawsze robię to za ciasno. A potem nie mogę rozwiązać i denerwuję się na cały świat.
Nela spojrzała na niego uważnie.
— Mogę pokazać ci węzeł, którego nauczyłam się od pająka. Jest mocny, ale łatwo go rozwiązać. Empatyczny węzeł.
— Węzeł może być empatyczny? — zdziwił się bóbr.
— Może — odparła Nela. — Jeśli nie trzyma na siłę.
Usiedli wszyscy troje przy kominku. Wokół cicho gwarzyli goście, ale nikt nie przeszkadzał, jakby czuli, że to ważna chwila. Nela delikatnie chwyciła końcówki sznurowadeł.
— Patrz — powiedziała. — Krzyżujesz, robisz uszko, owijasz, przeciągasz… i nie zaciskasz do bólu. Zostawiasz oddech. Jak w rozmowie.
Fikuś spróbował. Jego łapy były zwinne, ale zwykle działały w trybie „na pewno się nie rozwiąże”, czyli „zwiąż jak linę do kotwicy”. Tym razem, pod czujnym wzrokiem Neli, zrobił inaczej. Wolniej. Uważniej.
— I gotowe — stwierdził, gdy supeł siedział równo, a kokardka wyglądała jak małe uszy królika.
Bóbr gwizdnął cicho.
— Elegancko. I co, nie boisz się, że się rozwiąże?
Fikuś poruszył łapą. But trzymał się świetnie.
— Nie. Bo… ufam węzłowi. I sobie. I wam.
Nela uśmiechnęła się tak szeroko, że aż jej kokardka z pajęczyny drgnęła.
Wtedy Fikuś zrozumiał, że znalazł miejsce. Nie tylko domek przy bramie z drzew. Miejsce w środku tej ciepłej, spokojnej grupy, gdzie strach można przynieść, posadzić przy ogniu i nakarmić śmiechem, aż zrobi się mniejszy.
A na koniec, kiedy Halloweenowa noc zaczęła łagodnie blednąć, Fikuś spojrzał na swoje buty jeszcze raz. Sznurowadła były zawiązane. Porządnie. Z oddechem.
I to wystarczyło, by poczuć się bezpiecznie. W sam raz na dobranoc.