Trwa ładowanie...
Opowieść Halloweenowa 11-12 lat Czytanie 18 min.

Fikuś, Nela i domek, w którym strachy były mile widziane

Rudy lis Fikuś wyrusza w poszukiwaniu spokojnego miejsca na Halloween, spotykając nietoperzycę i bobra, z którymi wspólnie stawiają czoła leśnym strachom i uczą się, jak stworzyć przytulne schronienie.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Mały antropomorficzny rude lis, gęste lśniące futro, bystre łagodne oczy, ostrożny lecz pocieszony wyraz, w czarnym lekko pogniecionym płaszczu, trzyma w kieszeni duży błyszczący kasztan-lampion, kuca przy drewnianych drzwiach i wiąże sznurowadła; drobna samica nietoperza, złożone skrzydła, miękkie szare futerko, ciekawy spojrzenie, siedzi na pniu po prawej stronie lisa z maleńką girlandą z żołędzi; krępy bóbr w szacie z liści i mchu, nieśmiały lecz dumny, stoi w otworze zgarbionego drewnianego domku, oświetla wnętrze ciepłym światłem ognia i pokazuje nową tabliczkę z kory; sceneria: polana w lesie pod bladym księżycem, drzewa tworzą naturalną bramę, podszycie z igieł sosnowych i brązowych liści, wiszą girlandy lampionów z żołędzi emitujące złotą poświatę, lekka mgiełka przy ziemi; główna sytuacja: serdeczna halloweenowa scena, zwierzęcy przyjaciele dekorują i dzielą przytulne schronienie — lis wiąże sznurowadła by zostać, nietoperz mocuje lampiony, bóbr prezentuje swój domek; nastrój spokojny, intymny i nieco tajemniczy, paleta czerni, ciepłych ochr i jasnych pomarańczy. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Lis w pelerynie i kłopot z miejscem

W lesie pachniało mokrymi liśćmi i dyniowymi pestkami, bo wiewiórki łuskały je jak szalone. Nad ścieżką wisiała mgła, miękka jak wata cukrowa, tylko że bez cukru i bez patyka. Noc Halloween miała zaraz się zacząć.

Rudy lis o imieniu Fikuś był ostrożny z natury. Gdy inni już biegli po polanach, udając duchy i strasząc się dla zabawy, on sprawdzał, czy jego peleryna nie zahaczy o jeżyny. Przebrał się za „Niewidzialnego Strażnika Cienia”, co w praktyce oznaczało czarną pelerynę, kaptur i świecący kasztan w kieszeni. Kasztan był jego latarką… tak przynajmniej twierdził.

— Najważniejsze — mruknął do siebie — znaleźć miejsce. Takie prawdziwe, własne. Na tę noc.

Bo w Halloween w lesie robiło się tłoczno. Wszystkie zwierzęta urządzały sobie nocne wędrówki, konkursy na najdziwniejszy kostium i „straszne” opowieści, które kończyły się śmiechem. Fikuś lubił tę atmosferę, ale nie znosił tłoku. Chciał mieć spokojną kryjówkę, z której mógłby obserwować świat, a kiedy zechce — dołączyć. Bez przepychania się ogonami.

Wysunął pysk z krzaków i spojrzał na wielką dziuplę w starym dębie, o której mówiło się, że jest „idealna na Halloween”. Była osłonięta, sucha i miała nawet naturalny parapet na żołędzie.

Niestety, już stała przy niej kolejka.

Borsuk w pasiastym płaszczu udawał mumie, owijając się pajęczyną (na szczęście sztuczną, z mleczy). Kuna przebrana za czarownicę mieszała w garnuszku… w którym, jak szybko się okazało, pływały jagody.

— To miejsce zajęte! — zawołała wesoło. — Dziś tu nasze spotkanie „Czarna Zupa i Białe Strachy”!

Fikuś cofnął się, robiąc minę, która miała mówić: „Wcale nie chciałem”, chociaż bardzo chciał.

— Spokojnie — szepnął do kasztana w kieszeni. — Znajdę inne.

Tylko gdzie?

Rozdział 2: Wróżby z liści i mapka na odwrocie łupiny

Fikuś ruszył w głąb lasu. Każdy krok stawiał ostrożnie, bo pod liśćmi czaiły się gałązki, które potrafiły trzasnąć głośniej niż najstraszniejszy „Buuu!”. A w Halloween takie trzaski rozbrzmiewały jak fanfary.

Na polanie spotkał sowę, która miała na głowie kapelusz z mchu i udawała starego czarodzieja.

— O, Niewidzialny Strażniku Cienia! — zawołała teatralnie. — Czego szukasz w tę mglistą noc?

Fikuś poprawił kaptur, bo czuł się trochę głupio, gdy ktoś tak na serio wchodził w rolę.

— Szukam miejsca — odpowiedział. — Takiego, gdzie nie będzie tłoku. Żebym mógł… no wiesz… oddychać bez czyjegoś ogona w nosie.

Sowa zamrugała.

— Miejsce znajduje się czasem tam, gdzie go nikt nie szuka. — Podniosła skrzydło i wskazała stertę suchych liści. — Wylosuj wróżbę!

— Wróżbę? — Fikuś był ostrożny także wobec wróżb.

— Spokojnie, to tylko liście. Najstraszniejsze, co mogą zrobić, to… zaszeleścić.

Fikuś wyciągnął jeden liść. Był czerwony jak jego futro, tylko bardziej płaski. Na spodzie ktoś wydrapał pazurem znak: trzy kropki i krzywa linia.

— Co to znaczy? — zapytał.

— Hm — sowa udawała, że rozumie. — To… znak starego stawu! A te kropki to kamienie przy brzegu. Szukaj tam, gdzie woda nie odbija księżyca, tylko… sekrety.

— Brzmi jak kłopoty — mruknął Fikuś.

Sowa kiwnęła głową, jakby to było najlepsze życzenie na Halloween.

— Kłopoty to też przygoda. A przygoda to okazja, by być miłym, gdy ktoś się boi.

Fikuś ruszył dalej, ściskając w łapie… nie liść, bo liść został w stercie, ale myśl o tym „starym stawie”. Po drodze znalazł porzuconą łupinę orzecha. Ktoś narysował na niej mapkę: kreskę-ścieżkę i kółko z zębami, które miało chyba udawać potwora.

— Świetnie — westchnął. — Nawet mapa mnie straszy.

A jednak schował łupinę do peleryny. Ostrożny nie znaczył tchórzliwy. Ostrożny znaczył: „boję się z planem”.

Rozdział 3: Staw, który szeptał, i przerażona nietoperzyca

Stary staw był ciemny. Nie taki zwyczajnie ciemny, tylko „ciemny jak atrament w kałamarzu, który ktoś zapomniał zakręcić”. Nad wodą wisiała mgła, a trzcinom zdarzało się szeleścić tak, jakby rozmawiały o wszystkim, tylko nie o pogodzie.

Fikuś podszedł wolno. Wolał, gdy rzeczy są przewidywalne. Staw zdecydowanie nie wyglądał na przewidywalny.

I wtedy usłyszał cichutkie:

— Piii…?

Odwrócił się gwałtownie, prawie gubiąc kasztan-latarkę.

Na gałęzi wisiała nietoperzyca w kostiumie… cóż, nietoperzycy. Czyli właściwie bez kostiumu, ale miała na szyi kokardę z pajęczej nitki.

— Ty… ty jesteś prawdziwy? — zapytała drżącym głosem.

— Jestem lisem — odparł Fikuś. — A ty?

— Nela. Zgubiłam swoją ekipę. Mieliśmy robić „Przelot Strachu” nad stawem, ale… — przełknęła ślinę, co u nietoperzycy wyglądało jak mały skok w gardle. — Coś tu jest. Słyszę szepty. I… chlupanie. Jakby staw coś żuł.

Fikuś też słyszał chlupanie. Tylko że stawy raczej nie żują. Chyba.

— Może to żaba? — zaproponował ostrożnie.

— Żaba nie żuje szeptów! — pisnęła Nela.

Fikuś westchnął. Plan „znajdę spokojne miejsce” nagle zamieniał się w plan „uspokoję czyjeś serce”. Coś w tym było, chociaż nie zamierzał tego mówić na głos.

— Dobra — powiedział. — Zrobimy tak. Ja podejdę bliżej i sprawdzę, co chlupie. Ty będziesz… no… latającą obserwatorką.

— Ja? Latającą? — Nela spojrzała na swoje skrzydła, jakby nie była pewna, czy są jej. — Mogę też być wiszącą.

— Może na razie wiszącą — zgodził się Fikuś. — Ale blisko mnie. Razem jest… mniej strasznie.

Nela kiwnęła głową i zsunęła się z gałęzi, lądując na pniu obok niego. Była mała i trzęsła się jak listek, który żałuje, że jest listkiem.

Fikuś podszedł do brzegu. Woda była gładka jak szkło. A potem nagle… bąbel.

— Oho — szepnął.

Z wody wynurzyło się coś okrągłego. Dwa błyszczące oczy. I szeroki uśmiech.

Nela pisnęła tak cicho, że to prawie był szept.

— To potwór…

Fikuś zmrużył oczy.

— To… dynia?

Rzeczywiście. To była dynia. Tylko że miała w sobie dwie świetliki, które udawały oczy, i wycięty uśmiech jak w lampionie. Dynia kołysała się na wodzie, a trzciny szeleściły, bo wiatr popychał ją w kółko.

— Szepty to trzciny — stwierdził Fikuś. — A chlupanie… dynia obija się o kamienie.

Nela zamrugała. Po chwili jej uszy przestały drżeć.

— Czyli… to był strach zrobiony z warzywa?

— Dokładnie — powiedział Fikuś. — Warzywny strach. Najłatwiejszy do ugotowania.

Nela parsknęła śmiechem, a potem złapała się za pyszczek, jakby śmiech był niegrzeczny w pobliżu „potwora”.

— Dziękuję — szepnęła. — Jesteś… spokojny. To działa.

Fikuś poczuł ciepło pod peleryną, jakby kasztan-latarka naprawdę świecił.

— Nie jestem spokojny — przyznał. — Po prostu wolę sprawdzać, zanim uciekam.

— Ja też spróbuję — powiedziała Nela odważniej. — Ale… dalej szukasz miejsca?

Fikuś spojrzał na staw. Było tu pięknie, tylko zbyt mokro na porządną lisą kryjówkę.

— Tak — odpowiedział. — Ale może… już wiem, że nie muszę szukać sam.

Rozdział 4: Dom, który nie chciał być domem

Wędrowali razem. Nela leciała nisko nad ziemią, a gdy się bała, udawała, że „sprawdza kierunek wiatru”. Fikuś udawał, że jego serce wcale nie robi fikołków, gdy z krzaków wyskakiwała jaszczurka w masce zombie.

W końcu dotarli do czegoś, co wyglądało jak mały domek z patyków, mchów i starych korzeni. Stał na skraju polany, w miejscu, gdzie drzewa tworzyły łuk jak brama. Na drzwiach wisiał napis z kory: „NIE WCHODZIĆ (chyba że trzeba)”.

— Idealnie — szepnął Fikuś. — To może być moje miejsce.

— Albo miejsce, które zje twoją pelerynę — zauważyła Nela, ale bez złośliwości. Raczej z troską.

Fikuś podszedł i zapukał ogonem w drzwi. Drzwi skrzypnęły jak stary akordeon.

— Kto tam? — odezwał się głos, niski i chrapliwy.

Fikuś przełknął ślinę.

— Fikuś. I Nela. Szukamy miejsca na Halloween. Nie chcemy przeszkadzać.

Chwila ciszy. Potem drzwi uchyliły się, a w szparze pojawiły się oczy… bardzo duże, bardzo łagodne.

To był… bóbr. Przebrany za ducha. W sensie miał na sobie prześcieradło z dziurami, ale prześcieradło było z liści, więc wyglądał jak „Duch Jesieni”.

— Ja też szukam miejsca — burknął bóbr. — Ale mój dom… mój dom nie chce być domem.

— Jak to? — zapytała Nela.

Bóbr zsunął liściowe prześcieradło z pyska, bo chyba przeszkadzało mu w narzekaniu.

— Buduję, buduję, a potem wszyscy mówią: „O, ale straszne miejsce!” i uciekają. A ja chciałem zrobić tu przytulnie. Tylko że… — spojrzał na tabliczkę „NIE WCHODZIĆ” — to miało być dla żartu.

Fikuś przyjrzał się domkowi. Był trochę krzywy, to prawda. I miał w oknie suszone gałązki, które wyglądały jak palce. Ale w środku czuć było zapach kory i ciepłego mchu. Wcale nie strasznie. Raczej… samotnie.

— Mogę wejść? — zapytał Fikuś ostrożnie.

— Jeśli trzeba — mruknął bóbr, ale odsunął się, robiąc przejście.

W środku był mały kominek z kamieni, a na podłodze miękki dywan z igliwia. Na ścianie wisiał sznurek, ale bez niczego.

— To jest… miłe — powiedziała Nela, rozglądając się. — Tylko ta tabliczka na zewnątrz straszy.

Bóbr prychnął.

— Miała bawić. A wyszło, że nikt nie wchodzi. Nawet na chwilę.

Fikuś poczuł, jak w nim coś mięknie, jak masło w ciepłej dziupli. Przypomniał sobie, jak sam czuł się wykluczony spod dębu, gdzie było za tłoczno. Tu z kolei było za pusto.

— Możemy ci pomóc? — zapytał.

Bóbr spojrzał podejrzliwie.

— Jak?

Fikuś rozejrzał się i zobaczył coś, co go ucieszyło: ten sznurek na ścianie. I jego własne sznurowadła, które wystawały spod peleryny, bo… tak, Fikuś miał buty. Były śmieszne, małe i praktyczne, bo lis lubił nie nadziewać łap na ostre szyszki.

— Masz sznurek — powiedział. — Ja mam sznurowadła. A Nela ma… świetny pomysłowy mózg.

— Hej! — obruszyła się Nela. — Ja mam też skrzydła.

— Skrzydła też się przydadzą — zapewnił ją Fikuś.

Bóbr uniósł brwi.

— Zaraz… nie będziecie robić… dekoracji?

— Dekoracji i czegoś jeszcze — odparł Fikuś. — Czegoś, co sprawi, że to miejsce wreszcie poczuje się… miejscem.

Rozdział 5: Próba odwagi i sztuczka z ciepłem

Plan powstał szybko, bo w Halloween pomysły lubią wyskakiwać jak grzyby po deszczu. Nela miała latać wokół domku i zawieszać na gałęziach małe lampiony z żołędzi, w których siedziały świetliki. Oczywiście za ich zgodą, bo świetliki nie znosiły być brane „na siłę do świecenia”.

Bóbr miał rozpalić w kominku tak, żeby ciepło było wyczuwalne już od progu. A Fikuś… Fikuś miał zdjąć tę okropną tabliczkę i zastąpić ją czymś lepszym.

— Co napiszemy? — zapytała Nela, trzymając w zębach kawałek kory jak kartkę.

Fikuś zastanowił się. Nie chciał przesady. Nie chciał też, żeby wszyscy wpadli naraz i zrobili tu tłok, przed którym uciekał.

„Wchodź powoli. Jeśli masz stracha, przynieś go ze sobą” — zaproponował.

Bóbr parsknął.

— Kto by chciał przynosić stracha?

— Każdy go czasem ma — powiedział spokojnie Fikuś. — A jak się go przyniesie, to przestaje udawać, że nie istnieje. I można go ogrzać.

Nela przytaknęła.

— I dodać: „Tu strachy są mile widziane, ale nie muszą straszyć”.

Bóbr drapał się po brodzie, po czym powoli skinął głową.

— Dobra. Brzmi… mądrze. Trochę za mądrze jak na Halloween, ale przeżyję.

Praca szła sprawnie, aż do chwili, gdy trzeba było zaprosić innych. A to oznaczało wyjście na polanę, gdzie zwierzęta urządzały „Marsz Potworów”.

— Ja? Mam iść tam i mówić: „Hej, mam domek, przyjdźcie”? — jęknął bóbr. — Przecież mnie wyśmieją.

Fikuś poczuł, że teraz on powinien zrobić krok, mimo że wolał stać z boku.

— Pójdę z tobą — powiedział. — I nie będziemy krzyczeć. Po prostu… pokażemy.

Nela zawisła nad nimi.

— A ja zrobię zwiad. Jeśli ktoś wygląda na zbyt głośnego, machnę skrzydłem jak… ostrzeżenie.

— Jak nietoperz-ochroniarz — stwierdził Fikuś.

— Dokładnie. Ochrona przed tłokiem — ucieszyła się Nela.

Na polanie było jak w zaczarowanym jarmarku. Jenot w przebraniu wampira sprzedawał sok z buraków „na krew”. Dzik udawał rycerza i miał tarczę z liścia łopianu. Jeże przebrały się za… jeszcze bardziej kolczaste jeże, tylko z papierowymi koronami.

Bóbr niemal zawrócił.

— Oddychaj — szepnął Fikuś. — Tylko tyle.

Podszedł do grupki zwierząt, które wyglądały na nieśmiałe: mała łasica w płaszczyku z piór i tchórzofretka, która co chwilę poprawiała maskę ducha, jakby bała się, że spadnie i ujawni jej prawdziwe emocje.

— Hej — powiedział Fikuś. — Jeśli macie ochotę na spokojniejsze miejsce… jest domek przy bramie z drzew. Ciepły. Bez wycia. No, chyba że ktoś lubi cicho wyć.

Łasica spojrzała z nadzieją.

— Naprawdę można tam wejść?

Bóbr zebrał odwagę i wysunął się do przodu.

— To mój domek — burknął. — I… chciałbym, żeby ktoś w nim posiedział. Ale bez demolki. Mam świeżo ułożony mech.

Tchórzofretka zachichotała.

— Obiecuję nie deptać mchu jak potwór. Jestem potworem tylko z maski.

Fikuś poczuł ulgę. Może jego „miejsce” nie musi być tylko dla niego. Może może być miejscem, gdzie oddycha się łatwiej.

Rozdział 6: Miejsce znalezione i zawiązane na supeł

Kiedy wrócili do domku, lampiony już świeciły w gałęziach jak złote oczy przyjaznych stworzeń. Ciepło z kominka wypełniało wnętrze, a nowa tabliczka z kory wisiała dumnie, lekko krzywo, ale szczerze.

Pierwsi goście weszli powoli, tak jak prosił napis. Każdy przyniósł coś małego: żołądź, garść suszonych jagód, śmieszną opowieść. Nikt nie robił hałasu większego niż trzeba. Nawet wampir-jenot przyszedł na chwilę, powąchał i powiedział:

— O, tu pachnie… jakby ktoś był miły.

— Bo jest — odburknął bóbr, ale nie brzmiał już jak burczenie, raczej jak dumny kamień w strumieniu.

Fikuś usiadł w kącie na dywanie z igliwia. Obserwował, jak Nela opowiada łasicy o dyni-potworze ze stawu, dodając dramatyczne pauzy i kończąc wszystko śmiechem. Obserwował, jak bóbr częstuje wszystkich „straszną herbatą” z liści malin, która była tak straszna, że aż pyszna.

A potem zauważył coś, co wytrąciło go z błogiego spokoju: jego buty.

Sznurowadła, które wcześniej oddał do dekoracji, zwisały teraz smętnie z jednego buta jak dwa węże, które straciły orientację w terenie. Fikuś poczuł znajome ukłucie niepokoju.

— O nie — szepnął. — Bez sznurowadeł to nie miejsce, tylko… poślizg.

Nela przysiadła obok.

— Zgubiłeś je?

— Nie. Oddałem. I teraz mam… problem.

Bóbr usłyszał i podszedł, wycierając łapy o mech.

— Mogę oddać sznurek ze ściany — zaproponował. — Nie jest aż tak potrzebny.

Fikuś pokręcił głową.

— Już pomogłeś, dając nam dom. Teraz ja muszę zrobić coś prostego: zawiązać sznurowadła. Tylko że… — zawahał się, bo ostrożne lisy czasem wstydzą się takich rzeczy — …zawsze robię to za ciasno. A potem nie mogę rozwiązać i denerwuję się na cały świat.

Nela spojrzała na niego uważnie.

— Mogę pokazać ci węzeł, którego nauczyłam się od pająka. Jest mocny, ale łatwo go rozwiązać. Empatyczny węzeł.

— Węzeł może być empatyczny? — zdziwił się bóbr.

— Może — odparła Nela. — Jeśli nie trzyma na siłę.

Usiedli wszyscy troje przy kominku. Wokół cicho gwarzyli goście, ale nikt nie przeszkadzał, jakby czuli, że to ważna chwila. Nela delikatnie chwyciła końcówki sznurowadeł.

— Patrz — powiedziała. — Krzyżujesz, robisz uszko, owijasz, przeciągasz… i nie zaciskasz do bólu. Zostawiasz oddech. Jak w rozmowie.

Fikuś spróbował. Jego łapy były zwinne, ale zwykle działały w trybie „na pewno się nie rozwiąże”, czyli „zwiąż jak linę do kotwicy”. Tym razem, pod czujnym wzrokiem Neli, zrobił inaczej. Wolniej. Uważniej.

— I gotowe — stwierdził, gdy supeł siedział równo, a kokardka wyglądała jak małe uszy królika.

Bóbr gwizdnął cicho.

— Elegancko. I co, nie boisz się, że się rozwiąże?

Fikuś poruszył łapą. But trzymał się świetnie.

— Nie. Bo… ufam węzłowi. I sobie. I wam.

Nela uśmiechnęła się tak szeroko, że aż jej kokardka z pajęczyny drgnęła.

Wtedy Fikuś zrozumiał, że znalazł miejsce. Nie tylko domek przy bramie z drzew. Miejsce w środku tej ciepłej, spokojnej grupy, gdzie strach można przynieść, posadzić przy ogniu i nakarmić śmiechem, aż zrobi się mniejszy.

A na koniec, kiedy Halloweenowa noc zaczęła łagodnie blednąć, Fikuś spojrzał na swoje buty jeszcze raz. Sznurowadła były zawiązane. Porządnie. Z oddechem.

I to wystarczyło, by poczuć się bezpiecznie. W sam raz na dobranoc.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Peleryna
Długi kawałek materiału noszony na ramionach, czasem z kapturem
Dziuplę
Pusta przestrzeń w drzewie, gdzie mogą mieszkać zwierzęta
Mgła
Lekkie zawiesiny w powietrzu, które utrudniają widzenie
Pajęczyną
Cienka sieć zrobiona przez pająka, wygląda jak delikatne nitki
Kryjówkę
Miejsce, gdzie ktoś się chowa, żeby być samemu lub bezpiecznie
Wróżbę
Przepowiednia lub znak, który ma pokazać coś o przyszłości
Trzciny
Wysokie, cienkie rośliny rosnące przy wodzie
Chlupanie
Dźwięk uderzania wody, takie małe pluskanie
świetliki
Małe owady, które świecą nocą jak maleńkie lampki
Latarką
Przenośne źródło światła, które trzyma się w ręku
Przewidywalne
łatwe do zgadnięcia, takie, które się spodziewamy
Empatyczny
Kogoś, kto rozumie i czuje to, co czuje inna osoba

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.