Trwa ładowanie...
Opowieść Halloweenowa 11-12 lat Czytanie 14 min.

Kuba i obrus, który udawał ducha

Kuba, w noc Halloween, podejmuje się niezwykłej misji naprawienia złożonego obrusa, który ożywa w magiczny sposób, prowadząc go do spotkania z różnymi magicznymi postaciami. Wspólnie z Basią, duchem domowym, oraz innymi stworzeniami, Kuba odkrywa, jak ważna jest współpraca i przyjaźń.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Dwunastoletni chłopiec z rozczochranymi brązowymi włosami i dużym figlarnym uśmiechem nosi czarny pelerynę w kształcie nietoperza. Jego oczy błyszczą z podekscytowania, gdy trzyma w rękach dużą pomarańczową serwetę, gotowy do jej złożenia. Obok niego stoi jedenastoletnia dziewczynka w czarnej sukience czarownicy z ostrym kapeluszem, z ciekawością obserwująca sytuację, a jej blond włosy delikatnie powiewają na wietrze. Trzyma mały koszyk wypełniony kolorowymi cukierkami. Scena rozgrywa się w przytulnej kuchni, udekorowanej lampionami w kształcie dyni, które delikatnie świecą, a w powietrzu unosi się zapach cynamonu. W kątach ścian wiszą pajęczyny, a nad drewnianym stołem wisi duża rodzinna fotografia z dawnym portretem. Chłopiec i dziewczynka składają magiczną serwetę, która wydaje się ożywać pod ich rękami, podczas gdy mały czarny kot z złotymi oczami ciekawie ich obserwuje z kąta pokoju. Atmosfera jest świąteczna i lekko tajemnicza, pełna magii Halloween. zgłoś problem z tym obrazem

Wieczór, który pachniał dynią

Kuba miał jedenaście lat, pelerynę w nietoperze, zęby wampira w kieszeni i bardzo ważną misję. Babcia Irena wskazała na długi, pomarańczowy obrus, który falował na stole jak ryba w wodzie.

— Zanim wyjdziesz po cukierki, złóż obrus — powiedziała łagodnie. — Inaczej kot Maluch uzna go za ślizgawkę.

Kuba spojrzał na zegar. Słońce już się chowało, a wiatr szumiał w suchych liściach jak oddech duchów. Na parapecie świeciła lampka w dyni, a cynamon pachniał z kuchni jak zaklęcie.

— Złożę — obiecał. — Szybko.

Wziął obrus za rogi. Materiał był gładki i chłodny, jak skóra lodu. Nagle drgnął i wysunął mu się z rąk. Przesunął się po blacie, zsunął na podłogę i cichutko pofrunął w stronę korytarza.

— Hej! — zawołał Kuba. — Nie tak się umawialiśmy!

Maluch, czarny kot o złotych oczach, zamiauczał jak trąbka i rzucił się w pogoń. Zgasła lampka, zapłonęła, znowu zgasła. Dom westchnął, jakby miał w środku chmury.

Kuba poprawił pelerynę i ruszył za obrusową zjawą. Czuł pod stopami skrzypiące deski. Czuł w powietrzu słodką woń jabłek. Czuł też delikatny dreszcz. Halloween lubiło robić psikusy. Tylko że ten psikus był mu nie po drodze. Musiał spełnić misję.

Obrus, który udawał ducha

Obrus prześlizgnął się przez próg i pomknął do salonu. Tam, przy lustrze, zatrzepotał jak motyl. Przykrył fotel, zsunął się i zawisł na żyrandolu. Wyglądał jak miękki duch, co zgubił instrukcję straszenia.

— Stój! — jęknął Kuba, ale bardziej z rozbawieniem niż strachem.

Maluch prychnął i zrobił salto. Zasłony drgnęły, a gdzieś nad komodą zamigotało niebieskie światełko. Z lustra wyjrzała twarz. Miała piegi, siwe loki i wełniany szal z frędzlami.

— Dobry wieczór — powiedziała spokojnie. — Ja jestem Basia. Duch domowy. Proszę się nie bać. W Halloween bywam na służbie.

— Hej? — zdziwił się Kuba. — Czy duchy składają rzeczy?

Basia uśmiechnęła się tak, że lustro się ogrzało.

— Duchy lubią porządek. Ten obrus trochę się obraził. Cały dzień dźwigał przekąski. Strasznie się pomiął w środku. Żeby go złożyć, trzeba go udobruchać. Pomóc temu, co wokół niego jęczy i stuka.

— To znaczy…? — Kuba przekrzywił głowę.

— To znaczy, że Halloween wyostrza uszy — odpowiedziała Basia. — Słyszysz? Na korytarzu skrzydło coś furkocze. W kuchni czka dynia. Na schodach obrazy wiszą krzywo. Wyrównasz świat, wyrównasz fałdy.

Obrus poruszył się, jakby mu się spodobała ta myśl. Szeleszcząco opadł z żyrandola, położył się na dywanie i zwinął w rulon. Ale tylko trochę. Był gotów do rozmów.

— Dobra — westchnął Kuba i spojrzał na zegarek. — Ale szybko. Hania już czeka w drzwiach w stroju czarownicy.

— Skoro szybko, to razem — mrugnęła Basia. — Ja szepczę. Ty łapiesz. Kot robi zamieszanie. To działa.

Nietoperz w zasłonie i pierwszy zakład

Z salonu do korytarza była chwila drogi, ale w Halloween chwile bywają dłuższe. Kuba szedł, a deski liczyły kroki: pięć, sześć, siedem. Za siódmą zasłoną coś się poruszyło. Zgrzytnęło jak mały zamek. Potem rozległo się ciche, rozpaczliwe pisknięcie.

— Spokojnie — powiedziała Basia i uniosła frędzel szala. — Nietoperz.

Kuba ostrożnie podszedł. Czarne skrzydełka były wplątane w koronkę. Główka dyndała jak guzik.

— Pewnie chciał być ozdobą — mruknął Kuba. — Mam nożyczki.

— Nie tnij koronki — zaszeptała Basia. — Ona lubi takie wizyty. Pokaż, że umiesz delikatnie.

Kuba schował nożyczki. Uklęknął. Odetchnął. Palcami jak piórkami rozsunął firankę. Maluch stanął na tylne łapy, popatrzył i ostrożnie dotknął pazurkiem jednego zaczepu. Nietoperz zaszczękał ząbkami, ale to było "dziękuję" po nietoperzowemu.

— Już — wyszeptał Kuba. — Latasz?

Zwierzątko spojrzało mu w oczy i trzepnęło skrzydłami. Zawirowało, zrobiło ósemkę i wystrzeliło w ciemność jak miękka strzała. Po chwili wróciło. W dziobie, a właściwie w pyszczku, trzymało klamerkę do bielizny.

— O — ucieszył się Kuba. — To dla mnie?

Nietoperz puścił klamerkę prosto w jego dłoń, zapikował w górę i zniknął za lampą. Klamerka była metalowa, zimna i ciężka. Idealna, by przytrzymać jeden krawędź obrusa.

Obrus poruszył się pod nogą Kuby. Z fałdy wysunęła się jedna zmarszczka. Zrobiło się jakby łatwiej.

— Pierwsza górka zjechana — mrugnęła Basia. — Idziemy dalej. Słyszysz czkawkę?

Kuba usłyszał. Czk, czk, czk. Jak gdyby mała lokomotywka miała alergię.

Dynia, co ma czkawkę, i klejąca kuchnia

W kuchni pachniało cynamonem i pieczoną dynią. Na stole stał lampion w kształcie uśmiechniętej dyni. Mrugał. Raz, dwa, cztery. Ogień w środku potykał się o własne iskry. Czk.

— Przepraszam — powiedziała dynia. — Mam czkawkę od gadania. Tyle "bu!" dziś powiedziałam, że aż mnie w środku kłuje.

Na podłodze rozlane było coś przezroczystego i lepkiego. Mou-mou. Jelly w kształcie oczu rozjechało się po kafelkach. Widać, jak patrzą. Trochę wesoło, trochę obrzydliwie.

— Ojej — skrzywił się Kuba. — Ktoś tu się mocno zagapił.

— Miotła się zbuntowała — westchnęła Basia. — Mówi, że myć to za mało magiczne ruchy. Tylko zamiatanie lubi.

Kuba wziął szmatkę. Na kolanach, centymetr po centymetrze, zbierał lepkie oczy do miski. Maluch odważył się raz wejść w kałużę i uciekł jak rakieta, zostawiając cztery śmieszne ślady. Miotła prychała, jakby się obraziła. Dynia znów czknęła i strzeliła iskierką.

— Masz wodę? — spytał Kuba. — Na czkawkę pomaga.

Basia skinęła, a z powietrza jak z kieszeni wypadła mała filiżanka. Kuba uchylił wieko dyni i dmuchnął, żeby płomień nie zrobił "puf". Wlał trochę wody. Dynia sapnęła, chrupnęła i czkawka uciekła pod szafę.

— Uff — powiedziała. — Już. Mogę świecić równo. Dziękuję.

Miotła, widząc, że czysto, sama dokończyła robotę. Zatańczyła w kuchni jak baletnica w drewnianych butach. Zamiatała talerzykowe okruszki i mruczała coś o tym, że teraz praca ma sens.

Kuba wrócił do obrusa. Krawędź, która dotąd była sztywna jak grzbiet jeża, zmiękła. Dała się złożyć na pół. Klamerka kliknęła i przytrzymała róg. Obrus nie protestował. Szurał cicho, jakby mówił: "Okej, ale patrz, co dalej".

— Jeszcze schody — rzekła Basia. — Tam wisi obraz pradziadka. On nie lubi krzywo.

— Ja też — stwierdził Kuba.

Schody, które liczą i obraz, co wzdycha

Schody skrzypiały z charakterem. Każdy stopień miał swój ton. Kuba stawiał stopy delikatnie i liczył: jeden, dwa, trzy, cztery. Na piątym zaczepił peleryną o wystający gwóźdź. Materiał jęknął.

— Oj — wyrwało mu się. — Serio?

Popatrzył na czarną tkaninę. Rozdarła się wzdłuż, jak błyskawica. Serce mu zmiękło. Halloween bez peleryny to jak dynia bez uśmiechu.

— Spokojnie — powiedziała Basia. — Halloween ma swoje nici.

Na półpiętrze wisiał portret pradziadka w twardym kołnierzyku. Mężczyzna patrzył surowo, jak sędzia w konkursie równania skarpetek. Ale w jego oczach było też coś ciepłego. Obraz wisiał krzywo.

— Że też ja mam patrzeć na świat bokiem — wymamrotał pradziadek. — Czy mógłby mnie ktoś poprawić?

— Już, już — odpowiedział Kuba. — Wiem, jak cię lubi babcia.

Wspiął się na palce. Podniósł jedną stronę ramy. Maluch wskoczył na parapet i robił za poziomicę. Gdy ramka stanęła prosto, wiatr jakby przestał huczeć. Portret skinął głową. Pradziadek puścił Kubie oczko. Zza ramy wyszedł cienki pajęczy sznureczek. Błyszczał srebrzyście.

— Tekla — zawołała Basia cicho. — Jest sprawa.

Z sufitu zwiesiła się pajęcza nić. Na niej zjechała mała pajączka w białym kropkowanym kubraczku. Wyglądała jak krawcowa w mikroskali.

— Co się stało, dzieci? — zapytała melodijnie.

Kuba pokazał pelerynę. Tekla dotknęła rozdarcia, które drżało jeszcze ze smutku.

— Piękny materiał — powiedziała. — Zasługuje na ścieg z księżycową nitką. Pomogę, jeśli pomożecie mi z jednym supłem. Ktoś zawiązał na mojej pajęczynie węzełek, gdy robiłam girlandy.

— Jasne — odparł Kuba bez wahania.

W kącie, między szafą a ścianą, wisiała gęsta pajęczynowa kurtyna. W środku węzeł skręcony jak lok u baletnicy. Kuba dmuchnął leciutko. Basia dotknęła frędzlem szala. Maluch wdrapał się i jednym ruchem pazurka poluzował supeł. Nić rozwinęła się jak strumień. Tekla zadzwoniła cienko z radości.

— Teraz moja kolej — rzekła.

Nawlekła księżycową nić na cieniutką igłę ze światła. Kuba trzymał pelerynę, Maluch przytrzymywał brzeg ogonem, a Basia oświetlała wszystko senną poświatą. Tekla tańczyła. Ścieg był drobny i równy. Po chwili rozdarcie znikło. Został srebrny wzór podobny do pajęczej mgły.

— I lepiej niż wcześniej — zachwycił się Kuba. — Dziękuję!

Tekla dygnęła i wskoczyła na ramę obrazu. Obrus w tym czasie sam zsunął się ze schodów z cichym śmiechem i ułożył się jak dywanik. Został już tylko ostatni duży fałd. Taki, co lubi udawać, że jest nie do ruszenia.

— Zrobimy to razem — powiedziała Basia. — Na trzy.

Składanie jak czary

Wrócili do salonu. Księżyc zajrzał przez okno. Po podwórku przeszła Hania w czapce czarownicy, pomachała bratu i pokazała koszyk na cukierki, jakby mówiła: "Pośpiesz się!". Kuba pomachał peleryną, która błysnęła srebrnymi niteczkami.

Obrus leżał na dywanie spokojny, ale czujny. Krawędzie miał jak fale. Basia rozłożyła swój szal na jednym rogu.

— Pamiętaj — szepnęła. — Nie walcz z tkaniną. Zaproś ją do tańca.

Kuba chwycił za przeciwległy róg. Maluch posadził się równo pośrodku, jak ciężarek z futra.

— Raz… — powiedziała Basia.

— Dwa… — szepnął Kuba.

— Trzy! — wydarli się zgodnie.

Pociągnęli delikatnie. Obrus poddał się ruchowi. Złożyli go na pół. Powietrze zaszumiało. Kąty spotkały się jak dłonie witające się przyjaźnie. Basia wygładziła frędzlami. Kuba wygładził dłonią, okrągłymi ruchami. Znów na pół. I jeszcze raz. Zatrzask klamerki. Pstryk. Krawędzie przestały się buntować. Jeszcze jeden gest, taki jak origami dla olbrzymów. Obrus zamienił się w zgrabną kostkę, miękką i równą.

— Udało się — wyszeptał Kuba i poczuł, jak dreszcz zamienia się w ciepło.

— Udało się, bo nie byłeś sam — odparła Basia. — Składanie rzeczy świata to sprawa drużyny.

W tym momencie zegar w kuchni zagrał melodię, jakby ktoś trafił w pudełko z grzebieniami. Dynia zaświeciła jasno i spokojnie. Nietoperz z sufitu zrobił okrążenie, zostawiając po sobie wir powietrza. Portret pradziadka aż się dumnie wypiął.

— A teraz — powiedziała Basia z powagą nauczycielki — sprawdzian. Czy potrafisz się uśmiechnąć nawet, gdy było trudno?

Kuba rozciągnął usta w szeroki, prawdziwy uśmiech. Czuł, że w środku ma więcej miejsca.

— Potrafię.

Basia skinęła głową. Zrobiła krok do tyłu. Jej kontury rozmyły się w lustrze. Został tylko frędzel szala, który zawirował jak liść. Potem znikł.

— Do następnego Halloween — szepnął ktoś, może wiatr, może dom.

Kostium jak nowy i cukierkowa noc

Kuba podniósł złożony obrus i zaniósł go do kredensu. Ułożył go równo, gładko, jak dokument po ważnej sprawie. Wrócił do przedpokoju.

— Złożyłeś? — zapytała babcia Irena, a jej oczy się skrzyły.

— Tak — odpowiedział. — Ale nie sam.

— A jak inaczej? — uśmiechnęła się babcia. — W tym domu wszystko robi się razem.

Hania wpadła jak wicherek.

— Kuba! Cukierki! Peleryna! — zatrzymała się. — Ojej, jaka piękna! Skąd te srebrne nitki?

Kuba spojrzał na pelerynę. Lśniła. Wzór pajęczej sieci układał się jak księżyc na wodzie.

— Długa historia — powiedział. — Magiczna. A obrus już nie straszy.

— Obrus? — Hania uniosła brwi. — Bracie, to jest Halloween. Mnie straszy tylko pusta miska po żelkach.

Śmiali się oboje. Babcia poprawiła Hani czapkę i wsunęła Kubie do kieszeni latarkę.

— Idźcie. Ale pamiętajcie: wracajcie z uśmiechem. I dzielcie się łupem z Maluchem.

Maluch zamruczał, jakby wszystko już zaplanował.

Kuba otworzył drzwi. Chłód wieczoru był świeży i przyjemny. Księżyc był okrągły jak talerz z naleśnikami. Wzdłuż chodnika stały lampiony. Dzieci przebiegały jak kolorowe cienie. Gdzieniegdzie ktoś mówił "Buu!", a ktoś inny "Ha!". Pachniały świeczki, liście i coś karmelowego.

— Gotowy? — spytała Hania.

— Jasne! — Kuba poprawił kołnierz. — W końcu jestem w pelerynie naprawionej przez mistrzynię Teklę.

— Kogo?

— Nieważne. Dziś dużo rzeczy jest możliwe.

Pobiegli. Dzwonek do drzwi, śmiech, grzechot cukierków. Tu cukrowe czaszki, tam karmelowe pająki. Ktoś pochwalił pelerynę, ktoś spytał, jak zrobili taki wzór.

— To się robi samo, gdy się pomaga — odpowiedział Kuba z błyskiem w oku.

A kiedy, trochę później, wrócili i rozsiedli się przy stole, babcia podała gorącą herbatę z miodem. Obok leżał złożony obrus. Spokojny. Jakby spał. Kota Malucha nie było widać — już od dawna spał zwinięty w kłębek w koszyku na skarpetki.

Kuba spojrzał na lustro. Przez chwilę wydało mu się, że w tle mignął wełniany frędzel. Kiwnął głową, tak na wszelki wypadek. Potem wziął jeden karmelowy pajączek i położył go obok miski.

— Dla Tekli — wyszeptał.

Hania udawała, że nie słyszy, ale się uśmiechnęła. Babcia też. W domu pachniało dynią i ciepłem. Za oknem księżyc kładł srebrne wstążki na trawie. Halloween było trochę straszne. Ale było też miękkie i dobre, jak obrus, który wreszcie dał się złożyć, kiedy dłonie pracowały razem. I jak kostium, który potrafił być jeszcze piękniejszy, kiedy ktoś go naprawił z sercem.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Peleryna
Rodzaj odzieży wierzchniej, często z kapturem, noszonej na plecach, używanej w różnych kostiumach.
Dusz
Niewidzialna część człowieka lub zwierzęcia, często kojarzona z emocjami i osobowością.
Szeroki
Oznacza coś rozległego, z dużą odległością od jednej do drugiej strony.
Zjawisko
Coś, co można zaobserwować, często niezwykłego lub niecodziennego.
Wzór
Kształt lub motyw, który powtarza się w danym kontekście, na przykład na materiale.
Frędzel
Małe, wiszące nitki lub włosy, przyszyte na brzegach tkaniny lub innego materiału.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.