Trwa ładowanie...
Opowieść Halloweenowa 11-12 lat Czytanie 18 min.

Rondo na cztery dzwonki

Lena, odpowiedzialna za muzykę na szkolnym przemarszu Halloween, przypadkowo uruchamia magiczną piosenkę, która ożywia dekoracje i wprowadza chaos w rondzie. Wraz z nową przyjaciółką Mają postanawiają naprawić sytuację, śpiewając kołysankę, która może przywrócić spokój.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Dwunastoletnia dziewczynka, Lena, stoi na środku sceny, ma brązowe kręcone włosy i oczy pełne ciekawości. Ubrana jest w fioletowy kostium czarownicy z spiczastym kapeluszem ozdobionym złotymi gwiazdami i ma figlarny, ale zdeterminowany uśmiech. Obok niej stoi Maja, również dwunastoletnia dziewczynka, z długimi zielonymi włosami zaplecionymi w warkocze, ubrana w błyszczącą czarną pelerynę. Patrzy na Lenę z zachętą, trzymając w dłoni metalową łyżeczkę. Tło to ruchliwy rondo, oświetlone lampionami w kształcie dyni i girlandami z jesiennych liści. W powietrzu unoszą się papierowe dekoracje, a lekka mgła pokrywa ziemię, dodając tajemniczej atmosfery. Główna scena przedstawia Lenę i Maję śpiewające razem, otoczone dzieciakami przebranymi za halloweenowe stwory, podczas gdy liście wirują wokół nich. Ich głosy wznoszą się w powietrzu, tworząc magiczną i radosną atmosferę, podczas gdy próbują uspokoić chaos dekoracji, które ożywają. zgłoś problem z tym obrazem

Pomarańczowe rondo

Zapach prażonej kukurydzy mieszał się z chłodem wieczoru. W środku miasteczka rondo migotało pomarańczem i fioletem. Dynie patrzyły w ciemność jak dziesiątki śmiesznych twarzy. Nietoperze z kartonu dyndały na sznurkach, a dym z maszyny snuł się wstążkami nad pasami. Wszędzie dzieciaki w kostiumach: wilkołaki o krzywych zębach, wampiry z czerwonym sokiem na brodach, czarownice w kapeluszach, które co chwilę spadały.

Lena miała jedenaście lat i lubiła proste rozwiązania. Kiedy ktoś mówił: „Zróbmy skomplikowaną listę utworów, przeplatając dreszczyk z humorem”, Lena myślała: „Albo po prostu puśćmy jedną świetną piosenkę i będzie dobrze.” Dzisiaj była odpowiedzialna za muzykę na szkolny przemarsz. Mikrofon, kabel, głośnik w kształcie gigantycznej dyni — wszystko czekało na jej sygnał.

— Jesteś gotowa? — zapytała pani od muzyki, poprawiając czarny pelerynę z cekinami.

— Prościej się nie da — odparła Lena i uśmiechnęła się krótko. — Jedna piosenka. Taka, że aż ciarki.

Wyciągnęła telefon. Na ekranie świecił plik nagrany wcześniej w domu. Stary utwór z kasety znalezionej na strychu u babci. Melodia była prosta jak jej plan: rytm w stuk-puk, refren, który wchodził do głowy raz na zawsze. Nie sprawdzała tekstu. Nie miała czasu. Po co komplikować?

Nacisnęła play.

Najpierw zabrzmiał pojedynczy dzwonek. Potem drugi. A potem cichy szept, który zamienił się w chóralne: „Wracaj, wracaj, światło gaś, cienie tańczą raz i dwa!”

Śmiech przebiegł po tłumie. Ktoś zapiszczał z zachwytu. Pierwsze dynie zaczęły świecić mocniej, jakby ktoś dodał im baterii. Papierowe nietoperze wykonały synchroniczny piruet, chociaż wiatru nie było. Dym zgęstniał i zaczął otulać rondo jak wełniany szalik. Przez sekundę było pięknie. Przez dwie — jeszcze bardziej. A potem...

Nagle latarnia nad rondem zadrżała. Ktoś z tyłu krzyknął: „Patrzcie!” Gumowy szkielet, dotąd rozłożony na trawie, wstał i zaczął stukać paliczkami. Głośnik-dynia sam podkręcił głośność, a refren wrócił, głośniejszy: „Wracaj, wracaj…”

Lena poczuła chłód na karku. Po raz pierwszy jej „proste rozwiązanie” wyglądało na kłopot. I to taki, który zaraz się poturla na środek jezdni w postaci trzech wielkich dyń.

— O nie — szepnęła. — Co ja zrobiłam?

Piosenka z kasety

Pani od muzyki próbowała zaklaskać w rytm, udając, że to zaplanowane. Dzieci omijały poruszające się dekoracje. Jedna z dyń zjechała z krawężnika i zatrzymała się przy znaku „Ustąp pierwszeństwa”. Chichotała. Serio. Jakby ktoś włożył do niej dzwoneczki.

Lena rzuciła się do głośnika. — Stop! — nacisnęła kwadrat na ekranie. Piosenka zgasła. Dym opadł jak ciężka firanka. Nietoperze znów zwisały zwyczajnie.

— Uff — powiedziała.

I wtedy z głośnika wyskoczył trzeci dzwonek. Refren wrócił sam, jakby telefon postanowił robić na przekór: „Wracaj, wracaj, światło gaś…”

— Przecież nacisnęłam stop! — prychnęła Lena i zaczęła gorączkowo stukać w ekran. Kabelek zahaczył o jej palce i wyślizgnął się jak ryba. Głośnik sam podbił bas. Szkielet uderzył palcami w plastikową czaszkę: stuk, stuk, stuk. W rytm.

Obok Leny stanęła dziewczyna w fioletowym kapeluszu. Miała zielone pasemka we włosach i uśmiech, który był jednocześnie odważny i jakiś ostrożny.

— Nie działa? — zapytała.

— Działa aż za bardzo — westchnęła Lena. — To miała być jedna piosenka. Taka prosta. A ona… sama się włącza.

Dziewczyna skinęła głową, jakby rozumiała. — Maja — przedstawiła się. — Jestem nowa w szkole. Dzisiaj czarownica na pół etatu. Mogę pomóc?

Szkielet przytaknął im paliczkami. Albo to tylko wiatr poruszył jego ręką. Trudno było stwierdzić.

— Jeśli znasz jakiś super prosty sposób na zatrzymanie… tego — Lena machnęła ręką w stronę dymu, który właśnie wyczarował w powietrzu obręcze jak z cyrku — to błagam.

Maja kucnęła przy głośniku-dyni i zajrzała do gniazdka. — Wyłącz i włącz? — zaproponowała nieśmiało. — Czasem działa.

— Moja ulubiona metoda — przyznała Lena i wyjęła wtyczkę.

Przez sekundę świat był zwyczajny. A potem z wnętrza głośnika dobiegł szept: „Wracaj...” Piosenka wróciła. Bez prądu.

Maja podniosła brew. — Okej. To nie jest zwykły hit z listy przebojów.

Lena poczuła, jak serce bije jej szybciej. — Wzięłam ją z kasety babci — przyznała cicho. — Znalazłam na strychu. Nie pytałam… Po prostu nagrałam na telefon. Bo była… no… łatwa. Łatwa do zapamiętania. I taka… no, wchodząca w głowę.

— Wchodząca w rondo — poprawiła Maja krzywo się uśmiechając, gdy dwie dynie ruszyły tanecznym krokiem wokół wysepki. — Słyszałaś tekst?

— Nie do końca.

— A ja słyszę. To przywołanka. Piosenka, która przywołuje. Rzeczy. Wspomnienia. Może trochę cienie. Ale spokojnie — położyła Lenie dłoń na ramieniu. — Halloween jest odrobinę czarujące. Trzeba tylko grać z nim fair.

— Czyli co?

— Naprawić to, co zostało zrobione nie do końca uczciwie.

— Pożyczyłam kasetę bez pytania — mruknęła Lena. — To była bzdura. Bzdurą jest grać na powtarzaniu. A teraz rondo ma własny mózg.

Gdzieś z boku ktoś zapiszczał śmiechem. Właśnie kot-przebieraniec spróbował złapać papierowego pająka i rozplątał go w piękną wstążkę. Pająk poskarżył się cichym szelestem.

— Najpierw przerwijmy piosenkę — zdecydowała Maja. — A potem zadzwoń do babci. Może zna kontrę. Każda przywołanka ma odwołankę.

Dziewczyna w kapeluszu

Przecisnęły się przez dzieci w pelerynach i rodziców z kubkami gorącej czekolady. Dźwięk robił z nimi dziwne rzeczy: chwilami cichł, jakby oddalał się o dwa kroki, po czym wracał, usiądł obok i dmuchnął prosto w ucho. „Wracaj, wracaj…”

— Słyszysz, jak akcent ucieka? — zapytała Maja. — Jakby refren sam siebie gonił i doganiał.

— Jak komar w wakacje — mruknęła Lena i niechcący parsknęła. — Tylko zimą i z dynią.

Przy barierce ronda natknęły się na strażnika Halloween — dużą, nadmuchiwaną dynię z uśmiechem jak z reklamy pasty do zębów. Dyńka stała na środku wysepki, osłaniając głośnik. Wokół niej kręciły się wianki z papierowych liści. Ktoś musiał je tak zawiesić, że teraz wir, który zrobiła muzyka, kręcił je coraz szybciej.

— Musimy do centrum — oceniła Maja. — Tam jest źródło dźwięku. Jeśli zaśpiewamy inną końcówkę refrenu, być może piosenka… zrozumie.

— Piosenka, która rozumie — Lena uniosła brwi.

— Piosenki to czary z nut. A ronda to miejsca, gdzie wszystko lubi się kręcić. W sam raz dla zaklęć, które nie mogą się zdecydować, kiedy przestać — Maja podniosła krawędź spadającego kapelusza i mrugnęła. — Wchodzisz?

Przeskakując przez fioletowe światła, które ktoś ułożył jak ścieżkę, dotarły do Dyńki. Gumowa skóra zaskrzypiała. Pisk był zaskakująco ciepły, jak pisk zabawki psa. Lena poczuła pod dłonią chłód winylu i drobne wibracje basu.

— Halo, Dyńko — szepnęła. — Przepuścisz nas?

Dyńka nie odpowiedziała, bo była nadmuchiwaną dynią. Ale liście nagle przestały wirować na chwilę, jakby coś powiedziało: „Szybko.”

Wślizgnęły się między liśćmi. Głośnik dudnił. Refren uderzył w nie jak fala.

— Słyszysz te trzy dzwonki? — szepnęła Maja. — To znaki. Jeden budzi dekoracje, drugi wzywa cienie pamięci, trzeci… trzeci robi powrót. Jak boomerang.

— Przez ten trzeci wszystko się włącza na nowo — zrozumiała Lena. — Jakby ktoś nacisnął „powtórz”.

— Więc potrzebujemy czwartego. Takiego, który spokojnie kończy. Bez strachu. Z uśmiechem.

— Umiesz?

— Ty umiesz — Maja popatrzyła jej w oczy. — To twoja kaseta. Twoja babcia. Twój błąd, ale i twoje naprawianie. Pomyśl o piosence, która nie wraca, tylko kładzie głowę na poduszce i zasypia.

Lena przełknęła ślinę. W głowie pojawił się obraz: babcia przy kuchennym stole, wieczór, herbata w szklance z koszyczkiem, miękki głos. Melodia, która pachniała cynamonem i czymś bezpiecznym. „Śpij już, świecie, śpij…” Babcia śpiewała ją, kiedy lampka nie chciała zgasnąć, a Lena jeszcze czuła w ciemności kształty dnia.

— Znam — szepnęła. — To kołysanka. Babcia mówiła, że kończy każde straszydło.

— To nasza odwołanka — stwierdziła Maja. — Ale musimy ją zaśpiewać tak, żeby głośnik zrozumiał. W rytm. Z tym samym stuk-puk.

— Stuk-puk. — Lena przyłożyła dłonie do plastikowej obudowy i zapukała dwa razy, a potem oddechem ustawiła sobie tempo: raz-dwa, raz-dwa. — Gotowa?

— Jak nigdy — Maja sięgnęła po jej dłoń. — Na trzy.

Rondo, które kręci się za szybko

Jeden. Dzieciaki w kostiumach zwolniły, jakby wyczuły coś ważnego. Dwa. Dym, dotąd gęsty, zawahał się w pół obrotu. Trzy. Lena nabrała powietrza.

Zaśpiewała.

Głos był mały, ale wyraźny. Nie był idealny. Trochę drżał. Ale w nim było to, czego nie miała przywołanka — ciepło bez „wracaj”. Taki dźwięk, który mówi: „Wystarczy. Już dobrze. Możesz odpocząć.” Maja dołączyła drugą linią, niższą, jak miękki koc, który zarzuca się komuś na ramiona.

Głośnik zawarczał, jakby nie wiedział, czy się obrazić, czy słuchać. Dyńka zasyczała powietrzem. Szkielet przestał stukać i oparł dłoń na biodrze. Nietoperze, zdziwione, usiadły na sznurkach jak ptaki.

— Działa? — wyszeptała Maja, nie przestając śpiewać.

Refren przywołanki spróbował wejść im w słowa, ale nie znalazł miejsca. Zabrakło mu ścieżki. Trzeci dzwonek pojawił się, lecz miękko, jak ktoś, kto zagląda do pokoju i mówi: „Już nic.” Po chwili melodia zaczęła pływać razem z ich głosami. Bas przestał dudnić. Z braku paliwa wirowanie liści zwolniło.

— Jeszcze raz — zdecydowała Lena i uderzyła w obudowę: stuk-puk. Zaśpiewała mocniej.

Nagle usłyszała coś jeszcze. Telefon w jej kieszeni drgnął. Wiadomość od babci. „Gdzie jesteś? Pamiętasz piosenkę o śnie?” Lena poczuła, że gęsie skórki na jej rękach zamieniają się w mrówki. Piosenka, która „przypominała”, zaczęła przypominać jej to, co powinna była zrobić: zapytać, pożyczyć, obiecać oddać.

— Potem zadzwonię — mruknęła, myśląc o babci. — Najpierw uspimy rondo.

Niestety, rondo nie chciało zasnąć tak od razu. Znikąd wybiegł chłopiec przebrany za zombie i zaczął wyć, bo tak miał w planie. Dwie dynie potoczyły się z powrotem na jezdnię. Samochód, który właśnie wjeżdżał, zapiszczał hamulcami. Kierowca wysiadł przebrany za pirata i ze śmiechem pomógł dyniom wrócić na wysepkę.

— Dobra impreza! — zawołał i zniknął w tłumie.

Lena i Maja śmiały się krótko, choć w gardłach miały jeszcze piosenkę. Śmiech był potrzebny. Odetchnęły i zadzwoniły. Dzwonił raz. Dwa. Trzy.

— Babciu? — Lena przycisnęła telefon do ucha. — Nie gniewaj się. Wzięłam kasetę bez pytania. I puściłam piosenkę na rondzie. I teraz rondo trochę żyje.

Po drugiej stronie zapadła cisza. A potem ciepły śmiech.

— Dziecko, Halloween lubi, jak coś żyje — powiedziała babcia. — Ale piosenki trzeba prosić, a nie brać. Przywołanka jest jak kot: sama przychodzi, jeśli ją dobrze zawołasz. A odwołanka… zaśpiewałaś?

— Śpimy już, świecie — odpowiedziała Lena cicho, a głos zadrżał jej trochę z ulgi.

— To śpiewajcie do końca i zamknijcie czterema dzwonkami, nie trzema. Cztery to dom. Pamiętasz? Dzień, wieczór, noc i poranek. Dopiero wtedy jest całość.

— Cztery — powtórzyła Lena. — Dziękuję.

— I przyjdź jutro z kasetą. Zrobimy kakałko i opowiem ci, skąd ją mam.

— Obiecuję.

Połączenie przerwane. Lena spojrzała na Maję. — Cztery dzwonki.

— To zrobimy dzwonki — zdecydowała Maja i rozejrzała się. — Masz coś, co dzwoni?

— Łyżeczki! — dziewczynka w stroju wampira wyskoczyła obok jak diabełek z pudełka. — Mama ma przy kubkach!

W trzy sekundy miały cztery łyżeczki. W cztery sekundy wszyscy wokół już wiedzieli, że to poważny rytm. Dzieci stanęły wokół wysepki. Każde miało łyżeczkę, palce, cokolwiek. Pani od muzyki z cekinami dyrygowała.

— Na cztery — oznajmiła. — I z uśmiechem.

Kontra-melodia

Pierwszy dzwonek — metaliczny, krótki, jak błysk. Drugi — jaśniejszy. Trzeci — miękki, jakby ktoś dmuchnął w szklany dzwoneczek. Czwarty — zrobiony z oddechu i stuknięcia dłonią w plastik Dyńki. Cztery. Rondo westchnęło.

Lena znów zaczęła kołysankę. Głos nie był już taki drżący. Brzmiał pewniej, bo miał obok drugi, trzeci, dziesiąty. Maja przytrzymała jej tempo. Dzieci trzymały rytm. Nawet szkielet dodawał od siebie jedno delikatne stuknięcie, jak podpis.

Światła przygasły o pół tonu. Dym stoczył się na trawę, jak właściciel, który wraca do domu i zdejmuje płaszcz. Nietoperze przysiadły raz na zawsze. Dynie przestały turlać się same i zrobiły się znów zwykłe — piękne, ale posłuszne prawom grawitacji. Piosenka, ta uparta, poszła spać. Pomruk głośnika zamienił się w cichutkie mruczenie, jakby ktoś odkładał koc.

— Zadziałało — wyszeptała Maja. — Czuję, jak rondo mówi „dziękuję”.

— Ja czuję, że nie powinnam już nic brać bez pytania — odpowiedziała Lena i parsknęła.

— To akurat czuję zawsze — Maja się roześmiała. — Ale wiesz co? Ty umiesz robić z najprostszych rzeczy coś… ważnego.

— To znaczy?

— Z jednej piosenki zrobiłaś przygodę. Z jednego „przepraszam” zrobisz przyjaźń.

Lena skinęła głową. Miała w oczach iskrę. W środku zrobiło jej się lżej, jakby ktoś wreszcie postawił plecak na ziemi. Wzięła łyżeczkę i zastukała jeszcze raz. Jeden, dwa, trzy, cztery. Dyńka odpowiedziała przeciągłym, zadowolonym „pfff”, jak balon, który kończy dzień.

— Pani od muzyki? — Lena odwróciła się. — Mogę teraz puścić właściwą listę?

— Jeśli już nie żyje własnym życiem — pani zaśmiała się. — Tylko bez przywołanek, dobrze?

— Obiecuję.

Włączona playlista była śmieszna i lekko straszna, jak trzeba: potworny rock o przyjaznych duchach, rap o dyniach. Dzieci ruszyły w przemarsz wokół ronda, machając lampionami. Maja z Leną szły obok, czasem podskakując, czasem patrząc na siebie, jak ludzie, którym udało się coś razem.

— A jutro? — zapytała Maja.

— Jutro oddaję kasetę babci. Chcesz iść ze mną? — Lena uśmiechnęła się krótko. — Ma kakao, które pachnie czekoladą tak bardzo, że aż śpiewa.

— To brzmi jak moja ulubiona piosenka.

Uśmiech na końcu ronda

Przemarsz kończył się tam, gdzie zaczął: przy pomarańczowej wysepce. Rondo wyglądało teraz spokojnie. Jak pokój po udanej zabawie — drobne konfetti na trawie, przydeptane liście, jeden papierowy nietoperz, który postanowił zostać na lampie na stałe. Głośnik lekko mruczał, grzecznie grając w tle.

Lena odsunęła się na bok. Kolana jeszcze miała miękkie. Nie ze strachu, bardziej z ulgi. Popatrzyła w górę. Niebo było jak śliwka. Na jego krawędzi wisiał księżyc, trochę pokrojony jak jabłko. Było pięknie. Cicho. Dobrze.

— Hej — odezwała się Maja. — Dzięki, że mnie przyjęłaś do zespołu tak od razu. W nowej szkole czasem ciężko zagadać. A ty… po prostu to zrobiłaś.

— Lubię proste rzeczy — przyznała Lena i wzruszyła ramionami. — Proste „hej”, proste „przepraszam”, proste piosenki. No, może nie wszystkie są takie proste — uśmiechnęła się krzywo.

— Najważniejsze, że wiesz, kiedy dodać czwarty dzwonek — zażartowała Maja. — I że nie uciekasz.

— A ty nie boisz się śpiewać przy szkieletach.

— Szkielety to tylko my bez swetrów — Maja mrugnęła.

Obie roześmiały się tak, że aż Dyńka zadrżała z zadowolenia. Obok przebiegł kot w małej pelerynie i mignął im ogonem. Ktoś stuknął łyżeczką o kubek. Dźwięk był jasny, jak kropka na końcu zdania.

— Wiesz, co jest najfajniejsze? — Lena spojrzała na przyjaciółkę. — Że to rondo kręci się w kółko, a my i tak poszłyśmy do przodu.

— Mądre — powiedziała Maja, udając, że zapisuje w powietrzu. — Poleci do zeszytu.

— Z obrazkiem Dyńki.

— I czterema dzwonkami w rogu.

Przez chwilę stały tak, w środku miasta, które mrugało do nich setką lampek. Halloween był już mniej straszny, bardziej miękki. Jak puchaty koc z grochami. Lena wzięła telefon, skasowała nagranie przywołanki, a w jego miejsce nagrała krótką notatkę: „Nie bierz bez pytania. Śpiewaj z kimś. Dodaj czwarty dzwonek.” Proste.

— Gotowa na kakao jutro? — zapytała jeszcze raz.

— Gotowa — odparła Maja.

I wtedy, bez umowy, bez komendy, po prostu jednocześnie spojrzały na siebie i się uśmiechnęły. Taki uśmiech, który robi świat lżejszym. Taki, przy którym halloweenowe cienie same kładą się spać. Uśmiech, który zostaje w środku jak ciepło. Potem ruszyły za pochodem, lekko, jakby ktoś dodał sprężyny do ich butów. A rondo? Rondo szumiało sobie cicho, syczało powietrzem Dyńki, i — jeśli się dobrze wsłuchać — mruknęło jeszcze jeden, ostatni dzwonek. Tylko dla nich.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Przemarsz
Grupa ludzi idąca w jakimś celu, zwykle na ulicy
Sygnał
Dźwięk lub znacznik, który wskazuje coś konkretnego
Dekoracje
Elementy ozdobne używane do upiększenia miejsca
Przywołanka
Melodia lub fraza, która przyciąga coś lub kogoś
Odwołanka
Melodia lub fraza, która sprawia, że coś się kończy lub znika
Czarujące
Coś, co ma urok, jest fascynujące lub zachwycające

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.