Rozdział 1: Kostium, który skrzypiał
Kuba miał dwanaście lat i minę „kogoś, kto wie”. Nie w sensie, że zna odpowiedzi do sprawdzianu z historii (tu bywało różnie), tylko że potrafił zauważyć rzeczy, których inni nie zauważali. Na przykład: że dynia-lampion na schodach sąsiadów zawsze patrzy trochę krzywo, jakby oceniała buty przechodniów. Albo że w Halloween najważniejsze jest… zamknąć worek.
— Kuba, nie zapomnij zawiązać worka! — zawołała mama z kuchni, jakby czytała mu w myślach.
— Właśnie o tym myślę — odparł Kuba i zrobił minę profesjonalisty od worków.
Tego wieczoru był przebrany za czarodzieja. Peleryna miała gwiazdki, a czapka była tak wysoka, że zahaczała o framugę drzwi. Najgorsze było to, że czapka skrzypiała. Nie wiadomo czemu. Może w środku mieszkał mały świerszcz, który ćwiczył dźwięki grozy.
Kuba wziął z szafy swój największy worek na słodycze: czarny, z pomarańczowym uśmiechem- dynią. Worek był świetny, tylko miał jedną wadę: nie lubił się zamykać. Jakby miał własną osobowość i ciche marzenie, by wszystko z niego uciekało.
— Dobra, stary — mruknął Kuba do worka. — Dzisiaj się dogadamy. Bez dramatu.
W korytarzu czekała Zosia z piętra niżej, przebrana za piratkę. Miała opaskę na oku i minę tak pewną, jakby właśnie odkryła nową wyspę na mapie osiedla.
— Gotowy? — zapytała.
— Gotowy. Muszę tylko dopilnować, żeby mój worek nie zrobił buntu.
— Worek? Bunt? — Zosia parsknęła śmiechem. — Kuba, ty masz najdziwniejsze problemy.
— Dziwne problemy są najlepsze. Przynajmniej nie są nudne.
Wyszli na klatkę schodową. Powietrze pachniało mokrymi liśćmi i czymś słodkim, jakby całe osiedle piekło ciasto w tajemnicy. Z dołu dobiegało stukanie i chichoty. Halloween ruszyło.
Rozdział 2: Cukierek albo psikus… i szept w krzakach
Na podwórku było jak w filmie, tylko bez potworów, które naprawdę chcą kogoś zjeść. Lampiony mrugały, pajęczyny z waty wisiały na płotach, a w oknach stały świecące duchy, które wyglądały, jakby miały ochotę na herbatę.
Kuba i Zosia chodzili od drzwi do drzwi.
— Cukierek albo psikus! — wołała Zosia z piracką pasją.
— Cukierek albo… spokojny kompromis! — dopowiadał Kuba, bo uważał, że kompromis jest niedoceniany.
Worek szybko zrobił się ciężki. Czekoladki, żelki, lizaki, a nawet jedna mini-paczka chrupek „Straszne Serki” (które wcale nie były straszne, tylko serowe).
— Nie zgnieć batonów! — upomniała go Zosia, gdy Kuba podniósł worek jak worek ziemniaków.
— One same się gniotą ze strachu — odpowiedział Kuba.
Kiedy skręcili w stronę alejki przy krzakach bzu, zrobiło się ciszej. Tu latarnie świeciły słabiej, jakby też się przebrały — za nieśmiałe. Nagle coś zaszeleściło w krzakach.
Zosia zatrzymała się jak statek piracki przed rafą.
— Słyszałeś?
— Słyszałem. I jeszcze słyszę, jak moje serce udaje perkusję — przyznał Kuba.
Z krzaków dobiegł cichy szept:
— Hej… ty… czarodzieju…
Kuba odruchowo wyprostował plecy. Nie dlatego, że był bohaterem z plakatu, tylko dlatego, że wiedział: strach rośnie, gdy człowiek się kurczy.
— Kto tam? — zapytał, starając się, żeby głos brzmiał normalnie, a nie jak skrzypiąca czapka.
Z krzaków wysunęła się… mała biała rękawiczka. Potem druga. A po chwili cały duch — zrobiony z prześcieradła. Tylko że prześcieradło było krótkie i duch wyglądał bardziej jak „zmartwiony obrus”.
— Nie krzyczcie — poprosił duch cienkim głosem. — Ja… ja mam problem.
Zosia zmrużyła jedno oko (to niezasłonięte).
— Każdy ma problem. Tylko nie każdy straszy krzakami.
— Ja nie chciałem straszyć! — jęknął duch. — Ja próbuję znaleźć… zapięcie.
Kuba spojrzał na dół. Duch miał na brzuchu rozchylony worek. Dokładnie taki jak jego, tylko jeszcze bardziej rozdziawiony.
— Ty też walczysz z workiem? — zapytał Kuba z szacunkiem, jak do kogoś z tej samej drużyny.
Duch skinął głową tak energicznie, że prześcieradło zafalowało.
— Mój worek nie chce się zamknąć. A bez zamkniętego worka… — urwał dramatycznie.
— …słodycze uciekają? — dokończył Kuba.
— I jeszcze mój strach ucieka! — dodał duch. — A ja mam być straszny. Chociaż w sumie nie umiem.
Kuba poczuł, że to jest jego misja. Nie ratowanie świata. Ratowanie worka. I może trochę ducha.
Rozdział 3: Tajemnica Zgubionego Zaciągacza
— Okej — powiedział Kuba. — Pierwsza zasada: nie panikujemy. Druga: sprawdzamy fakty. Trzecia: Zosia, ty masz jakieś pirackie narzędzia?
Zosia wsadziła rękę do kieszeni i wyciągnęła… łyżeczkę.
— To narzędzie do zdobywania budyniu. Najważniejsze na morzu — oznajmiła.
— Może się przyda — odparł Kuba dyplomatycznie.
Duch (czyli ktoś pod prześcieradłem) przestępował z nogi na nogę.
— Nazywam się… Bartek — wyszeptał. — Jestem z szóstej klasy. Przebrałem się, żeby wyglądać groźnie, ale w domu powiedzieli, że bardziej wyglądam jak pranie, które uciekło z suszarki.
— Pranie też bywa groźne — pocieszyła go Zosia. — Szczególnie skarpety, które znikają bez śladu.
Kuba przykucnął i obejrzał worek Bartka. Brakowało mu czegoś. Czegoś małego, metalowego lub plastikowego, co zwykle siedzi na sznurku i pozwala go zaciągnąć.
— Zaciągacz — stwierdził Kuba. — Ten mały element. Ktoś go zgubił.
Bartek westchnął tak mocno, że prześcieradło opadło mu na oczy.
— I to pewnie ja. Zgubiłem go, kiedy… no… uciekałem przed kotem sąsiadki. Kot miał na sobie skrzydełka nietoperza i wyglądał na bardzo ambitnego.
— Kot w kostiumie to już pół horroru — mruknęła Zosia.
— Skupmy się — powiedział Kuba. — Jeśli zaciągacz wypadł, to gdzie? Na trasie ucieczki. Krzaki. Chodnik. Może przy śmietniku.
— Śmietnik… — Bartek zadrżał. — Tam jest ciemno. I pachnie… dorosłymi decyzjami.
— Odważni ludzie robią rzeczy, które są trochę obrzydliwe — zauważył Kuba. — Ale spokojnie. Nie będziemy nurkować w śmietniku. Najpierw szukamy na ziemi.
Ruszyli wzdłuż alejki. Latarnie mrugały jakby kibicowały, a wiatr przewracał liście, robiąc „szszsz”, jak szept w kinie.
— Widzisz coś? — zapytała Zosia.
Kuba przyjrzał się uważnie. Był czujny, ale nie nakręcał się. Wiedział, że tajemnice często są po prostu zgubionymi rzeczami.
Nagle coś błysnęło przy krawężniku.
— Stop — powiedział Kuba.
Podniósł mały plastikowy element, czarny, z dwoma dziurkami. Wyglądał jak miniaturowa szczęka krokodyla.
— Zaciągacz! — pisnął Bartek. — Jesteś czarodziejem naprawdę!
— Nie. Po prostu patrzę pod nogi — odparł Kuba, choć trochę mu urosło serce. — Czasem magia to uważność.
Zosia parsknęła.
— Brzmi jak hasło z plakatu w szkole.
— Może kiedyś wydrukuję — mruknął Kuba.
Założyli zaciągacz na sznurek w worku Bartka. Bartek pociągnął. Worek zamknął się z satysfakcjonującym „szsztyk”.
Bartek zrobił triumfalny ruch rękami, a prześcieradło podskoczyło mu jak żagiel.
— Jest! Teraz nic nie ucieknie!
Kuba też spojrzał na swój worek. Jego własny sznurek wyglądał podejrzanie luźno. Jakby zazdrościł.
— Tylko… — Kuba zawahał się. — Mój worek też nie domyka się do końca.
Zosia uniosła brwi.
— Kuba. Ty zaczynasz tę noc od „muszę zamknąć worek”, spotykasz ducha, który chce zamknąć worek… To już podejrzane.
— Halloween ma swoje tematy przewodnie — stwierdził Kuba.
Wtedy z ciemności dobiegł dźwięk: „pyk… pyk… pyk…”, jakby ktoś stukał paznokciami o plastik.
Bartek zamarł.
— To… to on.
— Kto? — zapytała Zosia, choć jej piracka mina lekko zbladła.
Bartek wyszeptał:
— Zjadacz supełków.
Rozdział 4: Zjadacz supełków z automatu do biletów
— Zjadacz supełków nie istnieje — powiedział Kuba. Brzmiał spokojnie, ale w środku mózg robił notatki na czerwono.
— A jednak — odparł Bartek. — To coś, co… rozwiązuje. Nagle sznurki się luzują. Supełki znikają. Węzły robią „puf” i po nich. I wtedy słodycze… — przełknął ślinę — …toczą się po chodniku jak kulki w kręgielni.
Zosia ścisnęła łyżeczkę jak szablę.
— Dobra. Jeśli to coś jest, to gdzie siedzi?
Bartek wskazał na mały pawilonik przy przystanku, gdzie stał stary automat do biletów. Niby nie działał od lat, ale ktoś go ozdobił pajęczyną i naklejką „Uwaga: duchy płacą ulgowo”.
„Pyk… pyk…” dobiegało stamtąd.
Kuba podszedł pierwszy. Odwaga nie była u niego głośna. Była cicha, jak decyzja: „idę, mimo że wolałbym nie”.
— Halo? — zawołał. — Jeśli jesteś Zjadaczem Supełków, to proszę… przestań.
Z automatu wysunęło się… coś małego i okrągłego. Dwie wielkie oczy zrobione z nakrętek. Wąsy z drucików. A na głowie mini-kapelusik z papieru.
To był… robot. Taki składak z pudełek po soku i starego pilota.
— Ja nie jem — odezwał się robot oburzonym, metalicznym szeptem. — Ja testuję węzły. Jestem Inspektor Supełków. Wersja 2.0. „Pyk” to mój tryb myślenia.
Zosia opuściła łyżeczkę.
— To ty rozwiązywałeś ludziom worki?!
— Jeśli węzeł jest słaby, to odpada sam — odparł robot dumnie. — To nauka. Fizyka. Ha! I trochę psikus.
Bartek zrobił krok do tyłu.
— To przez ciebie straciłem pół żelków!
Robot poruszył wąsami.
— Żelki są niebezpieczne. Przyklejają się do zębów. Dbam o zdrowie społeczeństwa.
Kuba westchnął. Sprawa robiła się coraz bardziej… absurdalna, czyli idealna na Halloween.
— Słuchaj, Inspektorze — powiedział Kuba. — Dzisiaj ludzie zbierają słodycze. To tradycja. Jeśli im je rozsypiesz, będzie płacz. A płacz w Halloween jest niezgodny z regulaminem dobrego straszenia.
Robot zastanowił się. „Pyk… pyk… pyk…”
— Regulamin… — zamruczał. — Nie mam aktualizacji.
— Możemy ci pomóc — zaproponowała Zosia. — Piraci robią aktualizacje na bieżąco. Nazywa się to „uczenie się na błędach”.
Kuba uśmiechnął się do robota, jak do młodszego kuzyna, który właśnie wpadł na genialny pomysł zrobienia katapulty z gumek recepturek.
— Zróbmy układ — powiedział. — Ty przestajesz rozwiązywać cudze worki, a my nauczymy cię robić porządny supeł… taki, który jest bezpieczny i sprawiedliwy. A mój worek musi się wreszcie zamknąć. To mój cel na dziś.
Robot wyprostował się, jakby był dyrektorem.
— Supeł sprawiedliwy… Brzmi poważnie. Akceptuję. Ale tylko jeśli supeł będzie miał certyfikat.
— Dostaniesz certyfikat pirackiej łyżeczki — oznajmiła Zosia.
— I certyfikat czarodziejskiej uważności — dodał Kuba.
Bartek chichotał pod prześcieradłem, bo to wszystko było jednocześnie straszne i śmieszne. Dokładnie jak powinno.
Rozdział 5: Najważniejszy supeł tej nocy
Usiedli na ławce obok automatu. Robot rozłożył na kolanach (a właściwie na pudełku) kawałek sznurka, który wyjął nie wiadomo skąd. Pewnie z tajnej kieszeni na baterie.
— Węzeł ma być mocny — stwierdził robot. — Ale nie może ranić uczuć.
— To trudniejsze niż matematyka — mruknęła Zosia.
Kuba wziął swój worek. Był pełen słodyczy i brzęczał cicho, jakby cukierki robiły naradę.
— Dobra — powiedział. — Najpierw prosta pętelka. Potem drugi obrót. I dociągamy. Spokojnie. Bez siłowania się, bo worek poczuje presję i zrobi na złość.
— Worek ma uczucia? — zapytał robot podejrzliwie.
— Wszystko ma uczucia w Halloween — odparł Kuba. — Nawet liście udają duchy.
Zosia podała łyżeczkę.
— Możesz użyć tego jako „narzędzia certyfikującego”. Jak supeł przejdzie test łyżeczkowy, to jest legalny.
Robot podjechał bliżej i patrzył, jak Kuba wiąże. „Pyk” ucichło. To było dobre. Jak cisza w klasie tuż przed dzwonkiem.
Kuba zawiązał supeł. Potem jeszcze raz zacisnął, ale nie za mocno.
— Teraz test — powiedział.
Zosia stuknęła łyżeczką w supeł, jak lekarz w kolano.
— Reakcja prawidłowa — oznajmiła. — Supeł nie uciekł.
Bartek, nadal-duch, złapał worek Kuby i potrząsnął nim delikatnie.
— Nic nie wypada! — ucieszył się. — Jest zamknięty!
Kuba poczuł ulgę tak wielką, jakby właśnie odłożył ciężki plecak po całym dniu.
Robot wydał z siebie dźwięk, który brzmiał jak małe „ding”.
— Certyfikat przyznany. Supeł jest sprawiedliwy. Nie niszczy słodyczy. Nie robi dramatu. Ma sens.
— Widzisz? — Kuba poklepał worek. — Da się współpracować.
Robot spojrzał na nich poważnie.
— W takim razie… przepraszam za wcześniejsze psikusy. To był błąd w oprogramowaniu. Nazywał się „nadmierna ambicja”.
— Znam ten błąd — mruknęła Zosia. — Mam go przed sprawdzianem z chemii.
Bartek poprawił prześcieradło.
— Mogę wrócić do zbierania? Teraz jestem duchem z zamkniętym workiem. To chyba wyższy poziom.
— Jasne — odparł Kuba. — Tylko bez straszenia krzaków.
— Obiecuję. Będę straszył… kulturalnie.
Ruszyli jeszcze na kilka domów. Noc była chłodna, ale światła w oknach świeciły ciepło. Ktoś śmiał się na balkonie, ktoś grał na telefonie upiorną melodyjkę, która brzmiała jak kaczkę uczącą się opery.
Kuba szedł lekko, bo wiedział, że jego misja jest wykonana: worek był zamknięty. A on czuł się odważniejszy nie dlatego, że pokonał potwora, tylko dlatego, że nie uciekł, gdy było dziwnie.
Rozdział 6: Powrót i drzemka, która wygrała
Gdy Kuba wrócił do domu, w przedpokoju pachniało herbatą z miodem. Mama spojrzała na niego i od razu zauważyła najważniejsze.
— Worek zawiązany? — zapytała.
Kuba uniósł worek jak trofeum.
— Zawiązany. Sprawiedliwym supełkiem. Z certyfikatem łyżeczkowym.
Mama zmrużyła oczy.
— Brzmi jak długa historia.
— Jest długa. I ma robota — powiedział Kuba. — Ale najważniejsze, że nikt nie płakał, a żelki nie uciekły.
W pokoju zdjął czapkę. Przestała skrzypieć, jakby też poczuła ulgę. Peleryna wylądowała na krześle jak zmęczony nietoperz.
Kuba postawił worek przy biurku, jeszcze raz sprawdził supeł i uśmiechnął się do siebie.
— Dobra robota — mruknął. — Odwaga to czasem podejść do automatu, który „pyka”, i nie udawać, że go nie ma.
Po chwili wpełzł pod koc. Ciepło przykleiło się do niego jak najgrzeczniejszy cukierek. Zza okna dobiegały odległe śmiechy i szelest liści, jakby noc przewracała strony w książce.
Kuba zamknął oczy.
— Halloween zakończone — wyszeptał.
I zasnął w krótkiej, miękkiej drzemce, w której nawet strach miał uśmiech i zawiązany supeł.