Rozdział 1: Dyniowa miarka
Maja miała jedenaście lat i w Halloween zawsze wpadała na pomysły, które brzmiały tak, jakby ktoś pomieszał cukierki z matematyką. W tym roku jej marzenie było proste, a jednocześnie dziwnie konkretne:
— Chcę policzyć kroki aż do domu najbardziej udekorowanego na naszej ulicy — oznajmiła, poprawiając opaskę z czarnymi uszami kota. — Dokładnie. Bez oszustw. Bez skrótów.
Jej starszy brat parsknął śmiechem.
— W Halloween ludzie liczą cukierki, a ty liczysz kroki?
— Każdy ma swoje hobby — odparła Maja z godnością. — Poza tym kroki nie znikają tak szybko jak cukierki.
Na korytarzu pachniało woskiem z dyniowej świecy i mokrymi liśćmi. Mama podała jej latarkę.
— Nie świeć ludziom prosto w oczy i pamiętaj o „proszę” i „dziękuję”.
— I o szacunku do straszydeł — dodał tata, udając groźnego wampira, ale wyszło mu bardziej jak ziewający hipopotam.
Maja wsunęła do kieszeni mały notes i ołówek. Na pierwszej stronie napisała: „Misja: Dom Udekorowany. Metoda: kroki”.
Za drzwiami czekała paczka: Olek w przebraniu mumii (cały owinięty w bandaże, które co chwilę się rozplątywały), Iga jako czarownica z kapeluszem tak wielkim, że wyglądał jak przenośny parasol, i Kacper, który był „duchem nowoczesnym” — czyli duchem z kocem i… słuchawkami na uszach.
— Gotowi? — zapytała Maja, włączając stoper w zegarku. — Liczymy od pierwszego kroku.
— A jak ktoś się potknie? — jęknął Olek, bo bandaż na nodze postanowił właśnie wziąć wolne.
— To się podnosi i liczy dalej — powiedziała Maja. — Halloween uczy wytrwałości.
Rozdział 2: Ulica, która chichocze
Ruszyli. Maja stawiała kroki równo, jakby jej buty miały wbudowany metronom.
— Jeden… dwa… trzy… — szeptała, a ołówek co pewien czas skrobał po notesie.
Ulica wyglądała jak scena z bajki, tylko trochę bardziej… pająkowa. Na płotach wisiały sztuczne nietoperze, które kołysały się na wietrze, jakby ćwiczyły taniec. Dynie świeciły w oknach, a z jednego domu dobiegał śmiech i dźwięk łyżek mieszających coś w ogromnym garnku.
— To pewnie eliksir na dobry humor — stwierdziła Iga.
— Albo zupa dyniowa — mruknął Kacper. — Najstraszniejsza ze wszystkich.
Maja zatrzymała się przed pierwszym domem, gdzie w ogrodzie stał szkielet z tabliczką „Uśmiechnij się, bo kości ci zgrzytną”.
— Cukierek albo psikus! — zawołali.
Pani w swetrze w dynie uśmiechnęła się szeroko.
— Ależ oczywiście. I jakie piękne kostiumy! Proszę, weźcie po dwa.
— Dziękujemy! — powiedziała Maja wyraźnie, jakby to było kolejne ważne zadanie w misji.
Gdy odchodzili, Olek zerknął na notes.
— Ile już?
— Sto siedemdziesiąt cztery — odpowiedziała Maja. — I ani jednego kroku na skróty.
Wtedy wiatr poruszył suchymi liśćmi na chodniku. Liście zawirowały tak, jakby ktoś nimi zakręcił niewidzialną łyżką, i ułożyły się w strzałkę.
— Widzieliście to? — szepnęła Iga.
Strzałka wskazywała w stronę końca ulicy, gdzie w ciemności majaczył dom, o którym wszyscy mówili od tygodnia: ten z największą liczbą ozdób i z tajemnicą, którą podobno słychać, jeśli przyłoży się ucho do płotu.
— To znak — stwierdziła Maja, a jej oczy błysnęły. — Liczymy dalej.
Rozdział 3: Tajemnicza mapa z cukierka
Z każdym kolejnym domem było więcej śmiechu i więcej dreszczy. Jeden gospodarz przebrany za wilkołaka mówił tak przekonująco „łaaaa!”, że Kacper prawie zgubił koc-ducha. A w innym oknie mechaniczny pająk poruszał nogami tak realistycznie, że Olek krzyknął:
— On mi patrzy w duszę!
— Nie przesadzaj — uspokoiła go Maja. — Pająki mają dużo oczu, ale mało czasu.
Po drodze spotkali starszą panią, która rozdawała mandarynki.
— Wiem, że wszyscy chcą słodycze, ale witaminy też potrafią straszyć… przeziębienie — powiedziała, mrugając.
— Dziękujemy — odpowiedzieli zgodnie, a Maja dodała: — I super, że pani też świętuje!
— Halloween jest dla wszystkich, kochani. Byle z szacunkiem i bez głupich psikusów — odparła pani.
Maja odnotowała w myślach: „Szacunek — ważne jak latarka”.
Nagle z torebki Mai wypadł cukierek. Zwykły, owinięty w sreberko… tylko że na sreberku były narysowane cienkie linie, jak miniaturowa mapa.
— Ej, to nie mój — zdziwiła się Maja, obracając go w palcach.
Iga przybliżyła latarkę.
— Wygląda jak plan… naszej ulicy!
Na „mapie” była zaznaczona kropka i napis: „Tu stoisz”. A dalej, falistą kreską, ścieżka do domu udekorowanego. Na końcu widniał mały rysunek: migające światełko, a obok słowo „Puk”.
— Ktoś nas prowadzi — szepnął Olek, a bandaże zatrzepotały mu jak skrzydła.
— Albo ktoś się nudzi i rysuje na cukierkach — stwierdził Kacper, ale jednak przesunął się bliżej grupy.
Maja poczuła miłe mrowienie w brzuchu: to było to uczucie, kiedy tajemnica zaprasza cię do zabawy, ale jednocześnie obiecuje, że nic złego się nie stanie.
— Idziemy zgodnie z mapą — postanowiła. — Ale jeśli spotkamy kogoś, kto się boi, nie śmiejemy się. Pomagamy. Umowa?
— Umowa — odpowiedzieli.
Maja wznowiła liczenie:
— Czterysta dziewięć… czterysta dziesięć…
Rozdział 4: Dom, który oddycha światłem
W końcu dotarli. Dom udekorowany stał trochę na uboczu, jakby lubił mieć przestrzeń na swoje pomysły. Przed bramką wisiała girlanda z lampek, które migały wolno, jak spokojny oddech. W ogrodzie stały dynie różnych rozmiarów: od takiej jak piłka, po taką, która wyglądała, jakby mogła wygrać konkurs na „najbardziej okrągłe marzenie”.
Na drzwiach wisiał wieniec z czarnych piór, a obok niego tabliczka: „Wejdź, jeśli masz odwagę… i dobre maniery”.
— To brzmi jak do mnie — uśmiechnęła się Maja.
Zatrzymała się przed pierwszym stopniem.
— Muszę mieć pewność… ile kroków.
Postawiła stopę na chodniku, potem drugą, licząc w myślach tak dokładnie, jakby kroki były złotymi monetami.
— Tysiąc trzydzieści dwa — oznajmiła w końcu z dumą.
— Serio? — Iga gwizdnęła. — Ja po dwustu krokach liczę już tylko „dużo”.
Maja uniosła notes jak trofeum.
— Dokładnie tysiąc trzydzieści dwa. I żadnego skakania po krawężnikach, Olek.
— To nie ja! — oburzył się Olek, choć właśnie jego bandaże wyglądały, jakby same chciały przeskoczyć.
Zgodnie z mapą z cukierka mieli zapukać. Maja podniosła rękę, ale w tym momencie z głośnika ukrytego w krzakach dobiegł cichy szept:
— Kto tam…?
Kacper pisnął tak cicho, że brzmiało to jak pękający popcorn.
Maja przełknęła ślinę, ale jej głos pozostał pewny.
— Maja i ekipa. Przyszliśmy po cukierki. I… tajemnicę, jeśli jest w promocji.
Zapadła chwila ciszy, a potem drzwi uchyliły się same, skrzypiąc teatralnie. W progu pojawiła się postać w długim płaszczu i masce sowy.
— Witajcie — powiedziała sowa głosem, który brzmiał znajomo. — Ale zanim dostaniecie słodycze, mały test.
— Matematyczny? — rozjaśniła się Maja.
— Prawie. Test szacunku — odparła sowa. — W tym domu straszenie jest łagodne. Najpierw pytanie: co robicie, gdy ktoś mówi „boję się”?
Iga odpowiedziała pierwsza:
— Nie wyśmiewamy. Pytamy, jak pomóc.
— I nie popychamy do rzeczy, których nie chce — dodał Kacper.
— I… dajemy mu mandarynkę — dorzucił Olek, poważny jak profesor, po czym wszyscy wybuchnęli śmiechem.
Sowa skinęła głową.
— Dobrze. Wchodźcie.
Rozdział 5: Zagadka w szepczącej bibliotece
W środku było cieplej niż na dworze, a powietrze pachniało kakao i cynamonem. Korytarz oświetlały lampiony, które rzucały na ściany cienie tańczące jak wesołe duchy. Z sufitu zwisały papierowe nietoperze, ale miały przyklejone malutkie uśmiechy, więc wyglądały, jakby opowiadały sobie dowcipy.
Sowa poprowadziła ich do pokoju z regałami pełnymi książek. Na środku stał stolik, a na nim pudełko z napisem: „Otwórz, jeśli umiesz słuchać”.
— Biblioteka? — zdziwiła się Iga. — Myślałam, że to dom strachów.
— To dom historii — poprawiła sowa. — Strach jest tu tylko przyprawą.
Maja podeszła do pudełka. Na wieczku były trzy małe kłódki i karteczka:
„Aby otworzyć, powiedz:
1) jedno ‘proszę',
2) jedno ‘dziękuję',
3) jedno ‘przepraszam' — ale takie prawdziwe.”
Olek od razu wypalił:
— Proszę o cukierki!
Sowa poruszyła skrzydłem… czyli ręką w rękawie płaszcza.
— Nie tak szybko. Te słowa mają znaczyć coś więcej niż ‘daj'.
Maja zastanowiła się chwilę, po czym powiedziała spokojnie:
— Proszę, niech pan… albo pani… pokaże nam, co mamy zrobić dalej.
Kłódka kliknęła cicho, jakby zadowolona.
Iga dodała:
— Dziękuję, że pan… pani… zrobił(a) to wszystko. To jest naprawdę super.
Druga kłódka puściła.
Została trzecia. Wszyscy spojrzeli na Kacpra. On przestąpił z nogi na nogę.
— Przepraszam… — zaczął. — Ja… kiedy Olek się wcześniej przestraszył pająka, to powiedziałem, że jest „dziecinny”. A to było głupie. Przepraszam, Olek.
Olek zamarł, a potem uśmiechnął się szeroko spod bandaży.
— Spoko. Ja też czasem udaję odważniejszego, niż jestem.
Trzecia kłódka otworzyła się z radosnym „pyk!”.
Maja uniosła wieczko. W środku leżały małe karteczki i… kolejny cukierek z mapą, ale tym razem mapa prowadziła nie do drzwi, tylko do ogrodu. Obok był dopisek: „Ostatnia rzecz: policz kroki jeszcze raz, ale sercem”.
— Serce liczy inaczej? — mruknął Kacper.
— Pewnie liczy… czy jesteś miły po drodze — stwierdziła Maja.
Sowa zaśmiała się cicho.
— Sprytna dziewczyno. Chodźcie.
Rozdział 6: Ogród, w którym tajemnica mruga
Wyszli tylnymi drzwiami na ogród. Tam dekoracje były jeszcze bardziej niezwykłe: lampki układały się w kształt konstelacji, jakby ktoś zrobił miniaturowe niebo na wysokości głowy. W trawie stały papierowe duchy, ale zamiast wyć, trzymały tabliczki z żartami, na przykład: „Duchy nie jedzą chipsów, bo robią się przeźroczyste”.
Na środku ogrodu była duża dynia, prawie jak beczka. Miała wycięte oczy i usta, ale w środku nie paliła się świeczka. Zamiast tego coś tam… mrugało.
Maja podeszła i dotknęła dyni delikatnie.
— Jest ciepła.
— Bo to dynia z centralnym ogrzewaniem? — zaproponował Olek.
— Albo z centralnym… straszeniem — dodała Iga.
Sowa wskazała na małą klapkę z boku dyni.
— Otwórzcie. Ale spokojnie.
Maja policzyła w myślach ostatnie kroki, które dzieliły ją od dyni, jakby to był finał wielkiego marzenia.
— Dwanaście — szepnęła. — Dwanaście kroków od drzwi ogrodu.
Otworzyła klapkę. W środku była malutka lampka i karteczka z napisem: „Brawo! Twoje kroki doprowadziły cię do… przyjaźni. A teraz spójrz w górę”.
Podnieśli głowy. Na najwyższej gałęzi drzewa wisiała mała latarnia, a obok niej coś jak lusterko. Latarnia mrugała w rytmie: krótko, krótko, długo. Jak sygnał.
— To jak… znak — powiedziała Maja cicho.
— Kto go daje? — spytał Kacper, ściskając koc.
Sowa zdjęła maskę. To była pani Zofia, sąsiadka z końca ulicy, ta, która zawsze podlewała kwiaty nawet wtedy, gdy padało.
— Ja — odpowiedziała z uśmiechem. — Widziałam, jak dbacie o siebie i jak mówicie „dziękuję”. I słyszałam plotkę, że pewna dziewczynka chce policzyć kroki do najbardziej udekorowanego domu. Pomyślałam: czemu nie zrobić z tego przygody?
— To pani rysowała mapy na cukierkach?! — Maja aż podskoczyła.
— Mój wnuk mi pomógł. Jest mistrzem w bazgraniu… artystycznym — przyznała pani Zofia. — A ten sygnał w latarni? To umówiony znak dla dzieci z ulicy. Żeby wiedziały, że tu zawsze mogą zapukać — po cukierki, po herbatę albo po chwilę odwagi.
Maja poczuła, że jej marzenie właśnie urosło. Nie tylko o kroki, ale o coś większego.
Rozdział 7: Znak na dobranoc
Pani Zofia zaprosiła ich na kubek ciepłego kakao. Siedzieli na ganku, owinięci kocami, a w oddali widać było inne lampki na ulicy. Kacper w końcu zdjął słuchawki.
— To było… straszne i miłe jednocześnie — przyznał.
— Czyli idealne Halloween — stwierdziła Iga, upijając kakao z taką powagą, jakby to był eliksir mocy.
Maja wyjęła notes i dopisała pod wynikiem: „1000+ kroki. 1 tajemnica. 4 przyjaciół. Szacunek — bez limitu.”
— Maja — odezwała się pani Zofia — możesz mi obiecać, że gdy kiedyś ty będziesz robić takie dekoracje, to też zostawisz miejsce na życzliwość?
— Obiecuję — odpowiedziała Maja. — I na mandarynki.
Wszyscy znów się roześmiali.
Gdy nadszedł czas powrotu, wyszli na chodnik. Wiatr ucichł, a liście leżały spokojnie, jakby zmęczone tańcem. Maja odwróciła się do domu pani Zofii. Latarnia na drzewie mrugnęła raz, krótko, jakby mówiła: „Do zobaczenia”.
Maja uniosła rękę i zrobiła znak do przyjaciół: dwa szybkie machnięcia, a potem palec wskazujący do góry, jak sygnał latarni.
— To nasz kod — powiedziała. — Gdy ktoś z nas będzie potrzebował wsparcia, robimy tak.
— A jak ktoś będzie potrzebował cukierka? — zapytał Olek.
— To też — odparła Maja. — Ale najpierw wsparcie.
Ruszyli w stronę domu, a Maja policzyła ostatnie kroki już bez notesu. Tym razem liczyła nie tyle odległość, co ciepło w środku — i to, że nawet w Halloween najjaśniej świeci zwykła życzliwość.
Na końcu ulicy odwrócili się jeszcze raz i wszyscy równocześnie wykonali ich nowy znak do siebie nawzajem. Potem, śmiejąc się cicho, zniknęli w świetle własnych lampionów.