Trwa ładowanie...
Opowieść o podróży w czasie 11-12 lat Czytanie 20 min.

Lena i rzeka czasu

Lena odkrywa na strychu chronokompas, który pozwala jej podróżować w czasie, prowadząc do niezwykłych spotkań z przeszłością i przyszłością, a także do refleksji nad znaczeniem śladów, jakie zostawiamy w życiu. W miarę odkrywania tajemnic czasu, uczy się, że każdy wybór ma wpływ na jej otoczenie i przyszłość.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Dwunastoletnia dziewczyna, Lena, z długimi, plecionymi brązowymi włosami i oczami błyszczącymi ciekawością, stoi w środku starego, zakurzonego strychu. Z zachwytem patrzy na tajemniczy, błyszczący chronokompas, który trzyma w dłoni, a jej twarz wyraża zarówno zdziwienie, jak i podekscytowanie. Obok niej siedzi jej prababcia Stefania, starsza kobieta z siwymi włosami i okrągłymi okularami, obserwująca ją z łagodnym, nostalgicznym uśmiechem, siedząc na starej, drewnianej skrzyni. Ma na sobie kwiecistą sukienkę i wydaje się gotowa podzielić się opowieściami z przeszłości. Strych wypełniony jest zapomnianymi skarbami: starymi kuframi, zakurzonymi książkami i promieniami światła filtrującymi przez brudne okna, co tworzy magiczną i tajemniczą atmosferę. Lena odkrywa chronokompas, starożytny przyrząd, który może jej umożliwić podróż w czasie, i przygotowuje się do swojego pierwszego skoku w przeszłość, nie mogąc się doczekać niesamowitej przygody. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Strych, który oddychał historią

Lena miała dwanaście lat, długi warkocz i ciekawość, która nie mieściła się w kieszeniach. Mieszkała w Nowym Brzegu, tuż nad rzeką, która wieczorami lśniła jak srebrna wstążka. Tego dnia odkurzała stary strych u prababci Stefanii. Kurz pachniał suchym jabłkiem, a deski skrzypiały jak stare skrzypce.

— Tylko niczego nie zrzucaj! — zawołała prababcia z dołu, pół żartem, pół serio.

— Obiecuję! — odpowiedziała Lena, chociaż w sercu miała nadzieję na chociaż jedno małe odkrycie.

Na strychu, wśród kuferków, globusa z wyblakłymi oceanami i wózka dla lalek, znalazła metalową puszkę. Była ciemna, gładka i miała wyryty napis: CHRONO. Kiedy Lena podważyła wieczko, w środku coś zamigotało. Leżał tam mosiężny przyrząd, coś między kompasem a zegarem. Tarcza była bogato grawerowana, a igła nie wskazywała północy. Krążyła, jakby wąchała powietrze.

Pod przyrządem leżał zeszyt w kratkę. Na pierwszej stronie ktoś zapisał starannym pismem: „Zasady Skakania w Czasie (tylko krótkie skoki, tylko bezpieczne). Nie bój się, ale bądź uważna. Nie zabieraj z przeszłości nic, co nie wróci. Zostawiaj tylko ślady, które i tak już były. Wracaj, gdy wskazówka robi się czerwona. — H.”

— H? — mruknęła Lena. — Hanka? Historia? Hej, a może „Halo, to działa!”?

Przewróciła kartkę. W środku były szkice tarczy, strzałek i jakieś proste rysunki: fale, zegary, rzeki. Obok zdanie: „Czas to rzeka. Nie zmienisz biegu całej rzeki, ale możesz rozbijać na niej słone iskry”.

Lena dotknęła mosiądzu. Przyrząd drgnął, jakby się obudził. Mała szybka rozjaśniła się na błękit, igła zadrżała. Na brzegu tarczy widniały numerki, ale nie były to cyfry godzin. Bardziej przypominały listę lat, poukładanych w okręgu. 1898, 1929, 1978, 2024, 2124… Między nimi cienkie kropki jak krople deszczu.

— Prababciu? — zawołała Lena.

— Tak, Lenko?

— Kto to jest H?

Zapadła chwila ciszy, a potem prababcia weszła na strych z kubkiem herbaty.

— Hanka. Moja ciotka. Mówiła, że historia to nie tylko książki. Nosiła taki… — prababcia spojrzała i stanęła jak wryta. — Ojej. Chronokompas. Myślałam, że przepadł. Zakazała mi go dotykać, „póki serce nie przestanie się bać”. A teraz patrz na mnie — uśmiechnęła się smutno. — Serce się starzeje, nie boi się już tak łatwo.

— On działa? — Lena czuła mrowienie w palcach.

— Hanka twierdziła, że tak. Tylko trzeba słuchać wskazówki. Dosłownie.

Lena przyłożyła ucho. Faktycznie. Z przyrządu płynął cichy, równy szept: tik-tik, świst, tik. Igła trąciła 1929 i zamrugała zielonym światełkiem. Na marginesie zeszytu widniał dopisek: „Pierwszy skok — blisko i jasno. Nie bierz niczego zbędnego, weź notes i ołówek, oraz gumkę do włosów. Bądź jak piórko”.

— Czas to rzeka — powtórzyła Lena i położyła dłoń na szkle.

Świat zatrzepotał jak firanka na przeciągu. Zapach kurzu zmienił się w zapach świeżego chleba. Deski pod nogami jęknęły inaczej. A chronokompas zamigał jak lucerna na nocnym polu.

Rozdział 2: Chleb sprzed stu lat

Zamiast strychu była wąska uliczka wyłożona kocimi łbami. Domy wyglądały młodziej: nowsze cegły, inne okna. Po drugiej stronie ktoś właśnie wyjmował z pieca bochny chleba. Para unosiła się jak małe chmurki. Lena rozchyliła usta.

— Eee… dzień dobry? — wymamrotała.

— Dzień dobry, panienko — odpowiedziała piekarka z pełnymi mąki dłońmi. — Wiało? Co za fryzura!

Lena dotknęła warkocza. Gumka sama zsuwała się na kark.

— Trochę wiało — przyznała. — Pięknie pachnie.

— Jak to chleb. Nie pogadamy, bo się przypali! — Piekarka wróciła do pieca, ale posłała Lenie uśmiech.

Po ulicy przejechał wóz. Koła terkotały, koń parsknął. Chłopiec w za dużym kapeluszu gonił własny cień.

— Hej! — zawołał, widząc Lenę. — Widzisz mój kapelusz? — Zawiał wiatr i kapelusz zsunął mu się na oczy. — O nie!

Kapelusz potoczył się aż do rynsztoka. Chłopiec za nim, ale w ostatniej chwili zatrzymał się, bo przechodziła dama w długiej spódnicy. Lena odruchowo złapała czapkę, zanim spadła do wody. W rękawie poczuła twarde drewienko. Wyjęła z kieszeni drewnianą klamerkę do prania, którą wzięła ze strychu, i przypięła kapelusz do ławki.

— Uratowany! — Chłopiec odetchnął. — Franek jestem.

— Lena. Proszę.

Franek obejrzał kapelusz i… klamerkę.

— Co to za sprytna rzecz? — zapytał.

— Klamerka. Do prania. U nas w domu się takich używa. — Lena odwróciła wzrok. W głowie zabrzęczały zasady Hankowe: „Nie zostawiaj niczego, co nie wróci”. Ale przecież klamerki były wtedy też. Drewniane. Zwyczajne.

— Mogę na chwilę? — Franek przypiął kapelusz do swojej koszuli i zrobił minę poważnego pana. Lena parsknęła śmiechem.

— Poważnie się ma wcale nie poważnie — powiedziała, a Franek też się zaśmiał.

— Skąd jesteś? — spytał po chwili.

— Z… daleka — odparła, wybierając ostrożnie słowa. — Jak rzeka.

Franek skinął, jakby to wszystko wyjaśniało.

— Wiesz, że w muzeum jest głupi kamień z odciskiem buta? — pochylił się do niej konspiracyjnie. — Mój tata mówi, że to żart, bo na kamieniu jest gwiazdka.

Lena złapała się za podeszwę. Jej trampki miały wzorek małych gwiazdek. Zegar w kieszeni zamrugał na żółto, jak ostrzeżenie: uwaga, wątek.

— Czas to rzeka — wyszeptała.

— Co? — Franek zmrużył oczy.

— Nic, nic. Kiedyś ci to opowiem — powiedziała i pomyślała, że „kiedyś” może oznaczać różne strony rzeki.

Chronokompas w jej dłoni zamigotał czerwienią jak zachód słońca. Wskazówka drgnęła i Lena usłyszała w głowie szept: wracaj. Skinęła Frankowi głową.

— Dzięki za kapelusz, tajemnicza panienko z rzeki! — krzyknął za nią.

Lena dotknęła szkła kompasu. Ulica lekko się rozmazała, zapach chleba zakręcił się jak drożdże w cieście. Znowu była na strychu. W dłoni brakowało klamerki.

Prababcia siedziała na schodach i splotła dłonie.

— No i? — zapytała cicho.

— Pachniało chlebem. A chłopcu o imieniu Franek nie odpłynął kapelusz. Pożyczyłam mu klamerkę.

Prababcia uśmiechnęła się, jakby coś sobie przypomniała.

— Kiedy miałam sześć lat, mój wujek przyniósł do domu nowyn wynalazek od Franka z piekarni. Drewnianą klamerkę do kapelusza. Niesamowite, prawda? — Uśmiech był lekki, jakby rzeka wykonała mały zakręt, jaki zawsze tam był.

Rozdział 3: Domy, które oddychają

Następnego dnia Lena znowu wspięła się na strych. Chronokompas czekał cierpliwie, jak pies, który pamięta porę spaceru. W jej głowie wciąż brzmiało: „Czas to rzeka”. Tym razem igła kołysała się przy liczbie 2124. Zeszyt Hankowy miał margines z komentarzem: „Skok do przodu jest jak spojrzenie przez szybę: nie dotykaj wszystkiego, ale pytaj”.

— Dobrze — szepnęła Lena. — Tylko zajrzę.

Świat znów drgnął i otworzył się jak książka. Zamiast strychu zobaczyła Nowy Brzeg, ale inny. Ulice były szersze, drzewa grubsze, a domy… oddychały. Ich ściany falowały lekko, jakby zabierały wdechy. Na chodniku stała dziewczynka z krótkimi włosami i wielkimi oczami. Miała plecak ze znaczkiem w kształcie kropli.

— Hej! — pomachała. — Jestem Nia. Chcesz zobaczyć bibliotekę?

— Zawsze! — odpowiedziała Lena bez zastanowienia.

Biblioteka wyglądała jak pokryty zielenią wzgórek. Drzwi otwierały się, gdy Nia powiedziała: „Dzień dobry”. W środku panował zapach papieru, ale też coś świeżego, jak po burzy. Książki miały cienkie ekrany na grzbietach, które szepczały krótkie streszczenia. Nia dotknęła jednego i na okładce pojawił się rozdział o dinosach — tak Nia nazywała dinozaury.

— U nas domy oddychają, bo oczyszczają powietrze — wyjaśniła. — Patrz: ściany porastają mchem, a mech lubi smog jak ja naleśniki.

Lena roześmiała się.

— U nas dachy póki co nie jedzą niczego.

— Mogą zacząć! — Nia wzruszyła ramionami. — Najpierw ktoś musi to sobie wyobrazić.

Chronokompas w kieszeni Leny zachował się spokojnie, świecił błękitem. Mogła pytać.

— Jak dbacie o czas? — zapytała Lena. — Żeby go nie zmarnować?

— Tak jak o wodę — Nia zamyśliła się na chwilę. — Mamy zegary, które przypominają, kiedy zrobić przerwę na patrzenie w chmury. To ważne, żeby nie przelać dni pracy. Nauczycielka mówi, że czas jest jak rzeka: nie wlejesz go do słoika, ale możesz w nim pływać. Nie umiem ładnie pływać, ale robię żabkę.

— Ja też — przyznała Lena.

Na zewnątrz przeszumiał wiatr. Po alejce sunął robot-ogrodnik, powoli i cicho, jak żółw. Sadził drobne sadzonki w ruchomych skrzynkach.

— Można dotknąć? — zapytała Lena.

— Tylko delikatnie — odparła Nia. — On ma program uprzejmości: jeśli ktoś go dotknie zbyt szorstko, mówi „proszę nie gnieść”.

Robot wydał z siebie miękki dźwięk i rzeczywiście zamruczał: — Proszę nie gnieść. — Lena cofnęła rękę i obie parsknęły śmiechem.

— Mogę ci coś dać? — Nia sięgnęła do plecaka. — Zakładkę, która świeci w ciemności. To nie zmieni świata, ale ucieszy książkę.

„Nie zabieraj z przeszłości nic, co nie wróci.” Ale to przyszłość. Czy można zabrać coś z przyszłości? Zasady Hankowe nie mówiły wprost. Chronokompas zamigotał pomarańczowo — kolor do namysłu. Lena poczuła, że odpowiedź jest w innym miejscu.

— Zrobię zdjęcie w głowie — zdecydowała. — Zapamiętam ten pomysł. I opowiem o nim w moich czasach. Ale nie zdradzę, że to z przyszłości. Będzie jak nasionko wyobraźni.

Nia przytaknęła. — Dasz wodę i ziemię, to urośnie.

Chronokompas poruszył się i delikatnie zapukał jej w dłoń. Czas wracać. Nia ścisnęła jej palce.

— Kiedyś znowu przyjdziesz?

— Czas to rzeka — odpowiedziała Lena. — Może nasze brzegi się znowu spotkają.

Zielona biblioteka przesunęła się jak sen, a Lena znów stała na strychu. W jej kieszeni błyszczała odrobina… niczego. Tylko obraz: ściany domów oddychające cicho, jak kot.

Rozdział 4: Ślad w kamieniu

Rano w szkole Lena weszła do muzeum na szkolnym korytarzu. To była salka z gablotą. W środku leżał „głupi kamień” z odciskiem buta i małą gwiazdką. Przyczepiono kartkę: „Odcisk nieznanego pochodzenia. Prawdopodobnie żart.” Lena poczuła, jak skóra na karku robi się ciepła.

— A gdyby nie żart? — szepnęła do siebie. — A gdyby ślad powstał, zanim ktoś jeszcze powiedział „żart”?

Po lekcjach pobiegła do prababci.

— Mogę skoczyć jeszcze raz? — spytała.

— Tylko pamiętaj o zasadach — prababcia pogładziła ją po policzku. — I pamiętaj, co masz na podeszwach.

Lena spojrzała na swoje trampki. Gwiazdki. Uśmiechnęła się niepewnie. Chronokompas w jej dłoni wybrał datę, która nie miała cyferek. Tarcza przyciemniała, igła krążyła nad obszarem oznaczonym rysunkiem liścia paproci. Zeszyt Hankowy szeptał: „Rzuć kamyk w wielką rzekę. Fala będzie mała i dawno znana”.

Kiedy świat się zmienił, powietrze stało się gęste i wilgotne. Pachniało jak w szklarni po deszczu. Lena stała nad brzegiem płytkiej laguny. Zamiast trawy — olbrzymie paprocie, niskie drzewa o miękkich pniach. Coś mignęło między liśćmi — mały dino, szybki jak wróbel, tylko że z ogonem. Woda chlupotała sennie.

— Spokojnie — wyszeptała Lena. — Tylko popatrzę.

Wzięła dwa kroki. Ziemia chlupnęła. Jej but zanurzył się i zostawił wyraźny odcisk z gwiazdkami. Jeszcze jeden krok. Drugi ślad. Chronokompas zamrugał żółto i zielono. W porządku. To nie zmienia rzeki. Raczej przypomina jej, gdzie brzeg.

Na chwilę usiadła na kamieniu. W oddali, po przeciwnej stronie laguny, coś wzbiło się w powietrze, jak kłęb dymu, tylko że było żywe: stado ważek wielkich jak dłonie. Lena oddychała powoli. Czuła się jak w środku bardzo starej opowieści.

— Proszę nie gnieść — mruknęła do paproci, przypominając sobie robota z przyszłości, i zachichotała.

Kiedy kucnęła, żeby spojrzeć na ślad z bliska, zauważyła coś jeszcze: w mokrym piasku widać było odcisk łapy małego dinozaura, który przebiegł chwilę wcześniej. Jej gwiazdki ledwie dotykały jego tropu. Przez ułamek sekundy Lena pomyślała, że bawią się w berka przez miliony lat.

Chronokompas wskazał powrót. Lena wyprostowała się i zanim nacisnęła szkło, jeszcze raz spojrzała na odciski. „Do zobaczenia w gablocie” — pomyślała.

Znów była na strychu, z sercem bijącym trochę za szybko. Pobiegła do szkolnej salki. Kamień leżał na swoim miejscu. Gwiazdka na jego powierzchni wydawała się teraz bardzo konkretna. Pani od przyrody, pani Malina, stała obok z grupką uczniów.

— Pani Malino — powiedziała Lena, starając się brzmieć zwyczajnie — a jeśli to nie żart?

— Naukowiec zaczyna od pytania — uśmiechnęła się nauczycielka. — Masz pomysł na doświadczenie?

— Nie, ale mam opowieść — odparła Lena. — O rzece czasu.

— Opowieści to dobry początek — przyznała pani Malina.

Lena wzięła oddech. Czuła, jak w niej coś rośnie. Jak nasionko, które dostało odrobinkę wody.

Rozdział 5: Czerwony alarm i drewniana klamerka

Wieczorem igła chronokompasu zaczęła nagle drżeć, chociaż Lena niczego nie dotykała. Światełko błysnęło na czerwono raz, drugi, trzeci. W zeszycie Hankowym znalazła pośpieszny dopisek: „Kiedy coś zadrży czerwienią, wróć do miejsca, gdzie zostawiłaś najmniejszą rzecz”.

— Klamerka — szepnęła. — Franek i klamerka.

Strych znów zniknął, a pojawiła się ulica z piekarnią. Tym razem coś było inaczej. Wiatr był silniejszy, a przy ławce płakał chłopiec.

— Nie mogę znaleźć mojego kapelusza — szlochał Franek. — Mama zabroni, żebym pomagał tacie.

Lena rozejrzała się. Klamerka, którą wtedy przypięła do ławki, zniknęła. W miedzianym odpływie rynny coś mignęło. Mały, drewniany przedmiot utknął między metalem a kamieniem.

— Proszę nie panikować — szepnęła sama do siebie, jak robot-ogrodnik. — Drobna sprawa, drobniutka fala.

Przykucnęła i palcami usiłowała podważyć klamerkę. Ale rynna była ostra. Znów zasady: „Nie zmieniaj ludzi, zmieniaj siebie”. Spojrzała na ołówek w kieszeni. Wsunęła go pod klamerkę, pociągnęła. Przedmiot wyskoczył i potoczył się po bruku prosto do stóp Franka.

— O! — Chłopiec zamrugał. — Magicznie!

— To tylko dźwignia — odpowiedziała Lena. — Rzecz prosta, ale działa jak czary, jeśli jej nie znasz. — Podała mu klamerkę i razem znaleźli kapelusz, który przycisnęła do ławki w miejscu, którego nikt nie zauważał: pod oparciem.

Chronokompas przestał świecić na czerwono i rozjaśnił się spokojnym zielonym. Czas odetchnął. Lena też. A wtedy stało się coś dziwnego, ale jakby oczekiwanego. Do ławki podszedł starszy pan z laską. Uśmiechnął się do Leny, jakby ją znał.

— Dziękuję za kapelusz — powiedział łagodnie. — Kiedy byłem mały, uratowałaś mój pierwszy.

Lena zamrugała.

— Pan…?

— Franek — skinął głową. — Jestem starym Frankiem, kiedy ty jesteś jeszcze młoda. Czas lubi takie figle. — Pokazał laską na piekarnię. — Pieczemy teraz też pierniki z gwiazdkami. Nauczyła mnie tego wnuczka, która kocha niebo.

Lena poczuła ciepło w brzuchu. Kiedy spojrzała na drewnianą klamerkę, zobaczyła małą literkę H wyrytą na boku. Hanka? Prababcia? Ona? Może wszyscy razem?

— Czas to rzeka — powiedział cicho starszy pan. — Nie martw się. Jeśli płyniesz z sercem, docierasz do właściwych zakoli.

Wracając na strych, Lena położyła klamerkę obok zeszytu. Pasowała tam idealnie, jak brakujący puzzel. Prababcia weszła i na widok literki H uśmiechnęła się łzawo.

— Hanka miała zwyczaj znaczyć rzeczy, żeby pamiętały drogę — powiedziała. — Widocznie ta klamerka miała długą wycieczkę.

— Jak ja — mruknęła Lena.

Rozdział 6: Prezent dla teraźniejszości

Następnego dnia w szkole Lena stanęła przed klasą z zeszytem i pudełkiem po ciasteczkach. Nie mogła pokazać chronokompasu. To było jak serce rzeki — nie na wystawę. Ale mogła opowiedzieć.

— Mój projekt na konkurs to „Czas to rzeka” — zaczęła, czując jednocześnie tremę i radość. — Chcę wam pokazać, że odkrycia powstają z pytań i z troski. Czasu nie zatrzymamy, ale możemy wybrać, co zrobimy z brzegiem, po którym idziemy.

Otworzyła pudełko. W środku były rzeczy, które niczego nie złamią: kartka z narysowaną laguną i gwiazdą, drewniana klamerka z literką H, zdjęcie piekarni zrobione na telefonie, ale z teraz, i notatka: „Domy, które oddychają — szkic”.

— Klamerka to mały wynalazek. Działa jak dźwignia. Dzięki niej kapelusz nie odpłynie. Zwykła rzecz, a robi różnicę. Jak nasze drobne decyzje. — Lena spojrzała na panią Malinę, która słuchała z uwagą. — Ten szkic to pomysł na dom, który pomaga powietrzu. Nie wiem, czy już istnieje, ale może istnieć. To jak zasianie nasionka.

Podniosła rysunek śladu z laguny. — A to? To ślad. Czasem zostawiamy ślady, nawet gdy nie chcemy. Warto wiedzieć, jakie. Możemy zostawić ślad życzliwości, albo gwiazdkę w kamieniu, którą ktoś kiedyś odczyta z uśmiechem.

Ktoś z tyłu szepnął: — Ładne.

— Wczoraj ktoś zostawił gumę do żucia pod ławką, to też ślad — mruknął z przodu Kuba i cała klasa prychnęła śmiechem. Śmiech był lekki, nie złośliwy.

— Właśnie — podchwyciła Lena. — Wybierajmy mądrze, gdzie przyklejamy nasze gwiazdki.

Po prezentacji pani Malina podeszła do niej.

— Bardzo dojrzałe myślenie — powiedziała. — I bardzo obrazowe. Masz talent do opowiadania. Jeśli chcesz, możemy z klasą odwiedzić miejską bibliotekę i porozmawiać o domach, które „oddychają”.

— Chcę! — odpowiedziała Lena tak szybko, że sama się zawstydziła. — To znaczy… tak, bardzo bym chciała.

Po lekcjach wróciła do prababci. Słońce stało nisko, rzeka skrzyła się cicho. Na strychu ułożyła chronokompas na miękkiej ściereczce. Zeszyt Hankowy otworzył się sam na ostatniej stronie. Ktoś — może Hanka — dopisał tam niegdyś: „Kończ na brzegu, na którym zaczęłaś. Najlepsze podróże są po to, by wracać. Wtedy wiesz, jak piękny jest twój dom.”

Lena usiadła i napisała pod spodem: „Byłam blisko i byłam daleko. Zostawiłam ślad w błocie, wróciłam ze śmiechem. Nie zabrałam niczego poza pomysłami. Prezent dla teraźniejszości: uwaga i życzliwość.”

— A teraz? — zapytała prababcia, wchodząc cicho.

— Teraz zostanę trochę tutaj — odparła Lena. — Pójdę nad rzekę. Popatrzę, jak płynie.

Ubrała trampki z gwiazdkami i zeszła po schodach. Powietrze było jak sok z jabłek — słodkie i rześkie. Usiedli na ławce. Rzeka płynęła. Po drugiej stronie światła domów zapalały się kolejno, łagodnie, jakby brały głęboki oddech.

— Wiesz, prababciu — powiedziała Lena — myślę, że czas nie chce, żeby się go bać. Chce, żeby się o niego dbało.

— Tak jak o rzekę — przytaknęła prababcia. — Nie zatrzymasz jej ręką, ale możesz posprzątać brzeg i pogłaskać wodę wzrokiem.

Nad głowami przemknęła pierwsza gwiazda. Lena popatrzyła w górę. Pod podeszwą poczuła twardość chodnika. Obok niej była prababcia, ciepła i uśmiechnięta. W kieszeni spoczywał cichutko chronokompas. Nie szeptał, nie wzywał. Odpoczywał.

Lena położyła na nim dłoń przez materiał kurtki. — Do zobaczenia — powiedziała do przyszłości, do przeszłości i do siebie samej. — Ale teraz jestem tutaj.

Rzeka zaszumiała jak odpowiedź. I to była najpiękniejsza z podróży: ta, która wraca do domu.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Strych
Pomieszczenie na poddaszu, zwykle wykorzystywane do przechowywania różnych rzeczy.
Chronokompas
Przedmiot, który wskazuje kierunek w czasie, a nie w przestrzeni.
Skok
Krótki skok w czasie, często używany w kontekście podróży między różnymi epokami.
Zgubiony
Coś, co zostało zgubione i nie można tego znaleźć.
Odcisk
ślad, jaki pozostawia coś na powierzchni, często związany z nogą lub butem.
Nasionko
Mały kawałek rośliny, który można posadzić, aby wyrosła z niego nowa roślina.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.