Rozdział 1: Maszyna z zegarów i śrubek
Kuba miał prawie jedenaście lat i umiał się cieszyć z rzeczy, które inni brali za zwyczajne. Na przykład z dźwięku kropli wody w kranie. Albo z tego, że stary budzik potrafi tykać równo jak mały metronom.
Tego popołudnia siedział w piwnicy, gdzie pachniało kurzem, kakao i smarem do roweru. Na stole leżały: dwa zepsute zegarki, latarka, rolka drutu, magnetyczna podkładka z zestawu do nauki oraz wielka szklana kula z lampki choinkowej.
— To na pewno wybuchnie — oznajmiła Maja, jego koleżanka, też prawie jedenastolatka, z warkoczem tak sprężystym, jakby był zrobiony z gumy.
— Nie wybuchnie — odparł Kuba spokojnie, ale oczy mu błyszczały. — Najwyżej… zaskoczy.
Obok Majki stał Olek, w okularach, które wiecznie zsuwały mu się na nos. Trzymał notes i ołówek.
— Zgodnie z moją analizą — zaczął poważnym tonem — jeśli przestawisz cewkę o trzy milimetry, pole magnetyczne…
— Olek, mów po ludzku — przerwała mu Maja.
Olek westchnął, jakby był dorosłym profesorem uwięzionym w ciele dziecka.
— Jeśli przesuniesz to troszkę, mniej będzie buczeć.
Kuba uśmiechnął się szeroko.
— Buczenie jest ważne. Maszyna musi brzmieć jak coś, co ma tajemnicę.
Na ścianie wisiał kalendarz. Kuba zaznaczył dzisiejszą datę czerwonym kółkiem. Obok napisał: „Próba 1”.
— Jak to ma działać? — Maja usiadła na stołku i od razu zaczęła nim kręcić.
Kuba podniósł szklaną kulę.
— To jest „oczko czasu”. Widzicie te rysy? To nie pęknięcia, tylko… drogi. Jak na mapie.
— A ta mapka prowadzi do…? — Olek uniósł brwi.
Kuba nachylił się i mówił szeptem, jakby ściany mogły podsłuchiwać.
— Do momentów. Nie daleko, nie w kosmos. W czasie.
Maja parsknęła.
— To jak wrócić do wczoraj i zjeść jeszcze raz naleśniki?
— Teoretycznie — Olek aż się ożywił — ale musielibyśmy uważać na paradoksy. Na przykład: jeśli zjesz wczoraj dodatkowego naleśnika, dzisiaj…
— Dzisiaj też będę chciała naleśniki — przerwała Maja. — To żaden paradoks.
Kuba podłączył przewody do baterii. Światło w kuli zamigotało, jakby ktoś mrugnął w ciemności.
— Zasada numer jeden — powiedział. — Nie dotykamy przeszłości tak, żeby zmieniać rzeczy duże. Tylko obserwujemy. Pomagamy, jeśli trzeba, ale tak, żeby nie robić bałaganu w historii.
— A zasada numer dwa? — spytał Olek, już gotów zapisać.
— Trzymamy się razem — odpowiedział Kuba bez wahania. — I nie udajemy bohaterów w pojedynkę.
Maja zasalutowała śmiesznie.
— Kapitanie Czasie, gotowa!
Kuba wcisnął przycisk zrobiony z klawisza starego kalkulatora. W piwnicy zrobiło się cicho. Nawet budzik przestał tykać, jakby też chciał posłuchać.
Szklana kula rozjarzyła się białym światłem. Powietrze zadrżało, jak galaretka.
— O rety — szepnęła Maja.
— Trzy… dwa… jeden… — policzył Kuba.
I nagle podłoga zniknęła, a piwnica stała się tylko wspomnieniem, które ktoś szybko przewracał jak kartkę w książce.
Rozdział 2: Peron z chmur i mosiądzu
Najpierw poczuli zapach. Nie piwnicy, nie smaru do roweru. Tylko wiatru, mokrego drewna i… czegoś jakby gorącej herbaty.
Potem usłyszeli dźwięki: gwizdki, śmiech, stukot kółek po deskach, trzepot płótna.
Otworzyli oczy.
Stali na długim drewnianym pomoście. Pod nimi była woda, szara i falująca. Nad nimi — ogromne, owalne brzuchy sterowców, przypominające wielkie ryby zawieszone w powietrzu. Liny napięte jak struny wiązały je z masywnymi słupami.
Na tablicy z literami, które wyglądały trochę staro, a trochę elegancko, widniał napis: „PRZYSTAŃ STEROWCÓW — PERON 3”.
Maja aż się zakręciła.
— To jest… lotnisko? Dla balonów?
— Sterowców — poprawił Olek, wpatrzony w niebo jak w encyklopedię.
Kuba dotknął kieszeni. Tam, gdzie wczoraj nosił kamyk na szczęście, teraz czuł zimny metal.
Wyjął mały zegarek. Nie swój. Miał na deklu wygrawerowaną literę „S” i maleńką strzałkę.
— To chyba… część maszyny — mruknął Kuba. — Jak kompas, tylko czasowy.
Zegarek tykał inaczej niż normalny. Nie „tik-tak”, tylko „tik… tik… tik”, jakby pospieszał.
Do nich podszedł chłopak w czapce z daszkiem i kurtce z mnóstwem kieszeni. Był mniej więcej w ich wieku.
— Hej! — zawołał. — Nie możecie tu stać. Zaraz cumowanie „Błękitnej Mewy”, a kierownik peronu ma oczy jak sokół.
— My… my tylko patrzymy — powiedziała Maja i od razu dodała, bo nie umiała długo być poważna: — I nie jesteśmy gołębiami, żeby przeszkadzać.
Chłopak prychnął śmiechem.
— Jestem Stefan. Pomagam przy linach. A wy? Wyglądacie, jakby was wciągnął wiatr z innej bajki.
Kuba spojrzał na Maję i Olka. Mieli ustalone: nie opowiadać prawdy każdemu. Ale też: nie kłamać bez sensu.
— Jesteśmy… gośćmi — powiedział Kuba. — Chcemy zobaczyć przystań.
Stefan kiwnął głową, jakby to było zupełnie normalne, że ktoś „po prostu” zjawia się na peronie sterowców.
— To patrzcie, ale uważajcie. Tu jest dużo lin. Jak się zaplączecie, będziecie wyglądać jak paczka sznurówek.
Z góry dobiegł niski pomruk. Jeden ze sterowców zbliżał się powoli do pomostu. Jego płótno lśniło, a pod spodem wisiała gondola z oknami jak w starym tramwaju.
Na pomost wbiegli ludzie w roboczych fartuchach. Ktoś krzyknął:
— Liny! Łapać!
Stefan chwycił jedną grubą linę i podał drugą innemu chłopcu. Wszyscy poruszali się szybko, ale nie chaotycznie — jak zgrana drużyna.
— Widzicie? — szepnął Olek do Kuby. — Współpraca. Bez tego sterowiec by odleciał jak latawiec.
Maja uniosła rękę.
— A my możemy pomóc? Tylko tak… malutko? Bez paradoksów?
Kuba spojrzał na zegarek z literą „S”. Strzałka drgnęła i wskazała na skrzynię stojącą przy barierce. Na skrzyni był napis „ZAWORY — OSTROŻNIE”.
Kuba poczuł, jak w brzuchu robi mu się mała, niepewna spiralka.
— Chyba właśnie po to tu jesteśmy — powiedział cicho.
Rozdział 3: Zgubiony zawór i psotny paradoks
Kiedy „Błękitna Mewa” niemal dotknęła pomostu, rozległ się krótki trzask. Ktoś zaklął pod nosem. Sterowiec zadrżał, jakby kichnął.
— Zawór bezpieczeństwa! — krzyknął mężczyzna w skórzanym płaszczu. — Gdzie jest zapasowy?
Ludzie zaczęli rozglądać się nerwowo. Stefan pobladł.
— Miał być w skrzyni! — zawołał.
Kuba podszedł do skrzyni. Wieko było uchylone, ale w środku — pusto. Tylko ślad po czymś okrągłym, jak odciśnięty talerz w mące.
Maja zajrzała też.
— Ktoś to zabrał?
Olek kucnął i wskazał na podłogę.
— Tu są rysy. Coś było ciągnięte.
Stefan zacisnął pięści.
— Jeśli sterowiec nie zostanie dobrze podłączony, nie ruszy. A na pokładzie jest poczta i lekarstwa. Kierownik peronu nas zje… znaczy, będzie bardzo zły.
Kuba spojrzał na swój czasowy zegarek. Strzałka przesunęła się i wskazała w stronę wąskiego przejścia między magazynami.
— Tam — powiedział.
— Skąd wiesz? — spytała Maja.
Kuba wzruszył ramionami.
— Moja… ciekawość ma dobry nos.
Pobiegli. Deski pod stopami skrzypiały, a wiatr szarpał im włosy. Przejście było ciemniejsze, pachniało mokrym jutowym workiem i farbą.
Za rogiem zobaczyli coś, co wyglądało jak metalowe kółko z małą dźwignią. Leżało przy beczce. A obok… stał mały chłopiec, może dziewięcioletni, z rękami brudnymi od smaru. Trzymał w dłoniach coś podobnego do śrubokręta i przyglądał się zaworowi, jakby to była zagadka.
— Ej! — zawołała Maja, niegroźnie. — To nie jest zabawka!
Chłopiec drgnął, jakby ktoś go złapał na gorącym uczynku.
— Ja tylko… chciałem zobaczyć, jak to działa — bąknął. — Tato mówi, że to ważne. A ja chcę być mechanikiem.
Olek zrobił krok do przodu i mówił spokojnie, jak do młodszego brata.
— Rozumiemy. Ale jeśli zawór jest tu, a nie w skrzyni, sterowiec może mieć kłopot. A wtedy wszyscy będą mieli kłopot.
Chłopiec spuścił głowę.
— Nie chciałem nic zepsuć.
Kuba podniósł zawór. Był cięższy, niż wyglądał.
— Wiesz co? — powiedział Kuba. — Zrobimy tak: ty pomożesz nam zanieść go z powrotem. I powiesz kierownikowi, że chciałeś się uczyć, ale teraz chcesz naprawić swój błąd. To jest odwaga.
Maja dodała:
— I będziesz miał bonus: zobaczysz sterowiec z bliska. Tylko bez odkręcania niczego!
Chłopiec uśmiechnął się nieśmiało.
— Mam na imię Franek.
Wrócili biegiem. Stefan już szarpał liny razem z innymi, a mężczyzna w skórzanym płaszczu chodził w kółko, jak tykający zegar.
— Mam! — krzyknął Stefan, gdy ich zobaczył. — Skąd?!
Kuba podał zawór.
— Znalazł się — powiedział krótko.
Nie było czasu na pytania. Mechanik wziął zawór, przekręcił, docisnął, a potem zakręcił kluczem. Sterowiec westchnął, jakby wrócił mu oddech.
Wtedy zdarzyło się coś dziwnego.
Czasowy zegarek w kieszeni Kuby zapiszczał cichutko. „Tik… tik… tik” przyspieszyło. Strzałka zaczęła kręcić się w kółko, jak oszalała.
Maja zauważyła to pierwsza.
— Kuba… twój kieszonkowy kosmita ma atak paniki.
Kuba wyciągnął zegarek. Na deklu, obok litery „S”, pojawiła się nowa rysa — jakby ktoś właśnie dopisał kreskę w historii.
Olek zmrużył oczy.
— Paradoxik — mruknął. — Mały, złośliwy. Skoro zawór miał być w skrzyni, a my go przynieśliśmy… coś „zapisuje się” inaczej.
— To źle? — spytał Stefan, który usłyszał ostatnie zdanie i spojrzał na nich podejrzliwie.
Kuba schował zegarek.
— To… oznacza, że musimy uważać jeszcze bardziej.
Bo w tej samej chwili „Błękitna Mewa” poruszyła się nie tak, jak powinna. Jedna z lin strzeliła w górę, jak wąż. Ktoś krzyknął. Na końcu liny wisiał metalowy hak, który mógł nieprzyjemnie uderzyć.
Hak leciał prosto w stronę Franka.
Rozdział 4: Lina jak smok i zasada numer dwa
Kuba nie zdążył nawet pomyśleć „uważaj”. Ciało zareagowało szybciej.
— Franek! — krzyknęła Maja.
Olek złapał Franka za ramiona i pociągnął w bok. Kuba rzucił się do liny. Drewno było śliskie od wilgoci, ręce aż zapiekły.
Hak świsnął tuż obok, uderzył w słup i zadzwonił metalicznie, jak dzwonek w rowerze, tylko sto razy głośniej.
— Trzymaj! — krzyknął Stefan, dopadając do Kuby. — Nie puszczaj!
— Właśnie nie planowałem! — sapnął Kuba, bo lina ciągnęła jak uparty pies.
Maja, zamiast stać i krzyczeć, jak robią niektórzy w filmach, chwyciła drugi koniec liny i owinęła go wokół słupka, robiąc szybki węzeł.
— Widziałam to u harcerzy! — oznajmiła, z językiem między zębami.
Olek, nadal trzymając Franka w bezpiecznej odległości, rozejrzał się i krzyknął do robotników:
— Potrzebujemy jeszcze dwóch osób do dociążenia! Teraz!
Dwóch starszych chłopaków podbiegło i przycisnęło linę barkami. Wspólny ciężar uspokoił jej szarpanie. Sterowiec przestał tańczyć. Hak zwisał już spokojnie.
Mężczyzna w skórzanym płaszczu podszedł, a jego oczy naprawdę były sokole.
— Co tu się stało?
Stefan wyprostował się.
— Lina puściła, panie kierowniku. Ale… opanowaliśmy sytuację. Dzięki nim.
Kierownik spojrzał na Kubę, Maję i Olka. Zmierzył ich od stóp do głów, jakby próbował odgadnąć, czy są z tego świata.
— Dzięki nim? — powtórzył.
Franek zrobił krok do przodu i powiedział drżącym, ale wyraźnym głosem:
— To ja wziąłem zawór. Chciałem tylko popatrzeć. Przepraszam. I… oni mi pomogli to naprawić.
Zapadła cisza. Nawet wiatr jakby zwolnił.
Kierownik westchnął.
— Nauka jest dobra — powiedział w końcu. — Ale rzeczy ważne trzeba szanować. Franek, następnym razem pytasz. A wy troje… macie głowy na karku.
Maja odetchnęła i szepnęła do Kuby:
— Uff. Myślałam, że każe nam myć pokład szczoteczką do zębów.
Kuba uśmiechnął się, ale czuł, że coś jest nie tak. Czasowy zegarek w kieszeni nadal tykał szybciej. Jakby mówił: „To jeszcze nie koniec”.
Stefan odciągnął ich na bok.
— Słuchajcie — powiedział cicho. — Skoro już pomogliście, może pomożecie jeszcze raz? Jest mały problem. Taki… nie do zgłoszenia.
Olek poprawił okulary.
— Problem typu „zgubiłem śrubkę” czy typu „sterowiec odleci bez ludzi”?
Stefan przełknął ślinę.
— Raczej… typu „ktoś próbuje odczepić ładunek”.
Kuba poczuł, jak serce robi mu dwa szybkie skoki.
— Gdzie? — spytał.
Stefan wskazał na koniec pomostu, gdzie stały skrzynie owinięte siatką. Między nimi mignął cień.
Maja zacisnęła pięści.
— O nie. Tego nie lubię. Ktoś robi psikus?
— Albo kradzież — powiedział Olek.
Kuba przypomniał sobie zasadę numer dwa: trzymamy się razem.
— Idziemy — zdecydował. — Ale spokojnie. I mądrze.
Rozdział 5: Złodziej z przyszłości i zagadka zegarka
Skrzynie stały jak małe domki z drewna. Na jednej było napisane: „LEKARSTWA — PILNE”. Na drugiej: „CZĘŚCI DO SILNIKA — OSTROŻNIE”.
Kuba poczuł, że coś w tej scenie nie pasuje, jak źle dobrany klocek w układance.
Za skrzyniami ktoś szeptał. Nagle wysunęła się dłoń i przecięła sznurek. Potem druga dłoń chwyciła metalowy element i wsunęła do torby.
Maja zrobiła krok… i nadepnęła na pustą puszkę. „Klang!”
Cień znieruchomiał. A potem wyskoczył.
To nie był dorosły. To był chłopak może trzynastoletni. Miał płaszcz zbyt elegancki jak na pracę na peronie i czapkę, która zasłaniała pół twarzy. Ale najbardziej dziwne było to, co trzymał w ręce: mały, błyszczący krążek z migającą kropką.
— Nie podchodźcie — warknął. — To nie wasza sprawa.
Olek uniósł dłonie.
— Sprawa jest wszystkich, jeśli chodzi o lekarstwa.
Chłopak prychnął.
— Lekarstwa? Ja biorę tylko części. Potrzebne mi do… naprawy.
Kuba patrzył na krążek. Migająca kropka wyglądała jak miniaturowa gwiazda. I nagle zrozumiał: to nie było „stąd”. Tak jak ich maszyna nie była „stąd”.
Czasowy zegarek w kieszeni Kuby zapikał. Jakby mówił: „Zgadza się”.
— Kim jesteś? — spytał Kuba.
Chłopak zawahał się. W jego oczach było coś zmęczonego, jakby za długo biegł.
— Nazywają mnie Szymon — powiedział w końcu. — I muszę to zabrać. Jeśli nie, utknę.
Maja zmrużyła oczy.
— Utkniesz gdzie? W szafie?
Szymon spojrzał na nią z lekką irytacją.
— W czasie.
Olek aż przysiadł z wrażenia.
— Ty… też podróżujesz?
Szymon zacisnął torbę.
— Nie chcę gadać. Mam urządzenie, ale bez tych części nie zadziała. A wy… wyglądacie dziwnie. Skąd jesteście?
Kuba przełknął ślinę. Nie chciał zdradzać wszystkiego. Ale widział, że Szymon nie jest zwykłym złodziejem. Raczej kimś, kto się zaplątał jak linka od latawca.
— Też… z innego czasu — przyznał Kuba. — I mamy zasadę: nie robimy bałaganu.
Szymon roześmiał się krótko, bez radości.
— Bałagan i tak już jest.
Wtedy z torby Szymona wypadło coś małego i potoczyło się po deskach aż do stopy Kuby. Mały metalowy element. Wyglądał jak… brakująca część z jego maszyny. Dokładnie taki sam kształt jak jedna z podkładek, które Kuba wykręcił z budzika.
Kuba podniósł to ostrożnie.
— To jest moje — powiedział cicho.
Szymon pobladł.
— Niemożliwe. To ja to znalazłem.
Olek spojrzał na czasowy zegarek Kuby.
— Paradoxik — mruknął. — Część została „wyrwana” z waszej maszyny przez spotkanie z… nim.
Maja podrapała się po głowie.
— Czyli nasza maszyna robi nam psikusa i rozdaje swoje śrubki po historii?
Kuba poczuł, że sytuacja jest jak węzeł, który trzeba rozplątać, nie szarpiąc.
— Szymon — powiedział spokojnie. — Jeśli zabierzesz części ze sterowca, sterowiec może nie polecieć. Poczta i lekarstwa nie dotrą. To duża zmiana.
Szymon zacisnął zęby.
— A jeśli ja nie wrócę, też będzie duża zmiana. Bo… bo ja nie jestem tu powinienem być.
Olek zrobił krok.
— Możemy ci pomóc, ale nie w kradzieży.
Maja dodała szybko, trochę łagodniej:
— Możemy ci pomóc w inny sposób. Współpraca, pamiętasz? To działa nawet między epokami.
Szymon spojrzał na nich. Widać było, że walczy ze sobą.
— Macie urządzenie? — spytał w końcu Kuby. — Coś, co naprawdę działa?
Kuba wyciągnął czasowy zegarek.
— To jest… klucz. Ale brakuje nam części. A ty jedną z nich masz w torbie. Ja mam drugą w ręku. Może… złożymy to razem i wszyscy wrócimy tam, skąd przyszliśmy.
— A sterowiec? — zapytał Szymon cicho.
— Sterowiec poleci — odpowiedział Kuba. — Bez braków.
Przez chwilę słychać było tylko skrzypienie desek i daleki pomruk silników sterowca.
Szymon powoli otworzył torbę. Wyjął metalowy element — identyczny jak ten w ręce Kuby, tylko z inną rysą.
— Dobra — powiedział. — Ale szybko. Bo moje okno czasowe się zamyka.
Maja uniosła brwi.
— „Okno czasowe” brzmi jak coś, co trzeba umyć.
Olek parsknął.
— Maja…
— Co? Humor pomaga myśleć!
Kuba spojrzał na nich obu i poczuł ciepło w środku. Nie był sam. I to miało znaczenie większe niż wszystkie śrubki świata.
Rozdział 6: Powrót przez migoczącą szczelinę
Schowali się za magazynem, gdzie nikt nie biegał z linami. Wiatr był tu łagodniejszy, a słońce odbijało się w wodzie jak rozsypane monety.
Kuba wyjął z kieszeni mały pakunek: składany pierścień z drutu, który był „ramą” maszyny. W piwnicy działał jak obręcz, przez którą światło przechodziło inaczej.
Olek trzymał notes.
— Jeśli dobrze rozumiem — mówił szybko — musimy zsynchronizować tykanie zegarka z… tymi elementami. Jak klucz i zamek.
Szymon wyjął swój migający krążek.
— To stabilizator. Bez niego skaczesz jak piłka. Raz lądujesz dzień za wcześnie, raz trzy lata za późno.
Maja spojrzała na Kubę.
— Tylko nie mów, że my skakaliśmy jak piłka.
Kuba odchrząknął.
— Trochę… jak piłka, która próbuje udawać elegancki kamień.
Maja zachichotała.
Kuba wsunął dwa metalowe elementy w ramę. Kliknęły, jakby od dawna czekały na to miejsce. Czasowy zegarek przestał piszczeć. Zaczął tykać równo.
„Tik… tak. Tik… tak.”
— O! — Olek aż się uśmiechnął. — Stabilizacja.
Szymon przyglądał się uważnie.
— Teraz trzeba ustawić punkt powrotu — powiedział. — Macie jakiś „domowy” znak? Coś stałego?
Kuba zamknął oczy i pomyślał o piwnicy. O zapachu kakao. O budziku. O czerwonym kółku w kalendarzu.
— Piwnica. Dzisiaj. Ten sam moment, w którym wyszliśmy — powiedział.
— U mnie… to też będzie dzisiaj — mruknął Szymon. — Tylko w moim „dzisiaj” jest inaczej. Nieważne.
Maja spojrzała na sterowiec, który właśnie kończył cumowanie. Ludzie krzątali się spokojniej. Zawór działał. Lina była zabezpieczona.
— Czyli zostawiamy ich w spokoju? — spytała.
Kuba kiwnął głową.
— Tak. Zrobiliśmy, co trzeba, i nie zabraliśmy niczego. Historia ma swoje nogi. Niech idzie.
Franek podbiegł z daleka i махnął ręką. Stefan też im pomachał, choć pewnie nie rozumiał, dlaczego „goście” znikają za magazynem.
Maja odmachnęła szeroko.
— Pa, sterowcowe życie! Uważajcie na smoki-liny!
Olek spojrzał na Szymona.
— Gotowy?
Szymon zacisnął palce na stabilizatorze.
— Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek jestem gotowy. Ale… dzięki.
Kuba wcisnął przycisk w ramie. Światło pojawiło się jak rozchylona zasłona. Nie oślepiało, raczej mieniło się, jakby ktoś poruszał taflą wody.
Powietrze zadrżało.
— Trzymamy się razem! — przypomniał Kuba.
Maja złapała Kubę za rękaw.
— Jakby co, lądujemy na miękkim dywanie, a nie na rekinie, okej?
— Rekiny w piwnicy? — Olek udawał oburzenie. — To by wymagało osobnego rozdziału.
Zrobili krok.
Peron sterowców zniknął jak obrazek, który ktoś schował do kieszeni. Na moment było tylko tykanie i uczucie, jakby spadali w górę.
A potem — stuk! — pod stopami znów była betonowa posadzka piwnicy.
Zapach kakao wrócił. Budzik tykał jak zawsze, trochę urażony, że ktoś mu przerwał.
Kuba otworzył oczy. Maja stała obok, rozczochrana, ale cała. Olek poprawiał okulary.
Szymona nie było.
— Udało się? — wyszeptała Maja.
Na stole leżała rama maszyny. Obok niej czasowy zegarek, spokojny. Litera „S” na deklu wyglądała teraz jak uśmiech.
Olek zerknął na kalendarz. Czerwone kółko było tam, gdzie było. Żadnych dodatkowych kresek. Żadnych dziwnych dopisków.
— Wygląda na to, że wróciliśmy dokładnie — powiedział.
Kuba usiadł na stołku i wypuścił powietrze.
— I sterowiec poleciał — dodał cicho. — Bo pomogliśmy, a nie zabraliśmy.
Maja szturchnęła go lekko.
— Wiesz, co jest najlepsze? Że zasada numer dwa działa nawet, gdy lina próbuje cię zjeść.
Olek uśmiechnął się.
— Współpraca to najlepszy stabilizator.
Kuba spojrzał na swoje narzędzia. Nagle zwykłe śrubki i druty wydały mu się trochę bardziej magiczne, ale w taki spokojny sposób. Jakby mówiły: „Wielkie rzeczy zaczynają się od małych.”
Podniósł ołówek i dopisał w notesie pod „Próba 1”:
„Wniosek: czas jest jak sterowiec. Sam nie poleci. Potrzebuje lin, ludzi i dobrych zasad.”
Maja zajrzała mu przez ramię.
— I naleśników — dodała.
Kuba roześmiał się.
— I naleśników.
A budzik tykał dalej, wiernie, jakby pilnował, żeby ich „teraz” było naprawdę tu i naprawdę bezpieczne.