Rozdział 1: Zegarek, który mrugał
Maks miał dwanaście lat i minę człowieka, który lubi mieć plan. W plecaku nosił zawsze: mały notes, ołówek, latarkę i… cierpliwość. Przynajmniej tak twierdziła jego mama.
Tego popołudnia siedział z Leną na strychu domu dziadka. Lena też miała prawie dwanaście lat. Jeździła na wózku, ale poruszała się nim tak pewnie, jakby to był statek kosmiczny z przyspieszeniem. Zresztą sama tak o nim mówiła.
— Kapitanie Maks, co dziś odkrywamy? — zapytała, robiąc obrót między kartonami.
— Coś, co nie będzie miało pająków. To moja jedyna prośba — odpowiedział Maks, odsuwając stare prześcieradło.
Pod nim leżała drewniana skrzynka z metalowym zamkiem i naklejką: „NIE DOTYKAĆ — chyba że umiesz czekać”.
— Dziadek to napisał? — Lena uniosła brwi.
— Tak. I to brzmi jak zagadka. — Maks otworzył notes.
Zamek nie miał klucza. Zamiast tego był okrągły jak tarcza zegarka, z trzema pierścieniami i malutkim okienkiem, w którym migało słowo: „TERAZ”.
— To zegarek? — Lena pochyliła się.
— Albo coś, co udaje zegarek. — Maks przekręcił delikatnie pierwszy pierścień.
„TERAZ” zniknęło. W okienku pojawiło się: „WKRÓTCE”. A skrzynka… cicho kliknęła, jakby mrugnęła.
— To brzmi, jakby urządzenie miało własny humor — szepnęła Lena.
— Dziadek zawsze mówił, że najlepsza technika jest trochę złośliwa. — Maks przekręcił drugi pierścień. — Okej. Coś tu jest. Czujesz? Jakby… powietrze było gęstsze.
Skrzynka otworzyła się sama, bez szarpania. W środku leżał metalowy zegarek na grubym pasku i mała kartka.
Maks przeczytał na głos:
— „Dla tych, którzy potrafią słuchać czasu. Zasada pierwsza: niczego nie zabieraj, czego nie umiesz oddać. Zasada druga: nie poprawiaj świata w pośpiechu. Zasada trzecia: wrócisz, gdy zobaczysz etykietę «teraźniejszość»”.
— To brzmi jak instrukcja do… przygody — stwierdziła Lena, a w jej oczach zapaliły się iskierki.
Zegarek miał jedno pokrętło i trzy przyciski. Na tarczy były symbole: kłos, miecz i… mała wieża.
— Średniowiecze? — zgadł Maks.
Lena dotknęła przycisku z wieżą. Zegarek zapiszczał cieniutko, jak komar, który nauczył się grać na flecie.
— Nie naciskaj wszystkiego naraz! — Maks wyciągnął rękę, ale było za późno.
Strych zadrżał. Kurz uniósł się w powietrze i zaczął kręcić się w kółko jak miniaturowa galaktyka. Zamiast zapachu starego drewna poczuli dym z ogniska i świeżą trawę.
— Maks… — Lena ściszyła głos. — Czy ty też słyszysz kury?
— I… kowadło? — Maks przełknął ślinę. — Dobrze. Spokojnie. Zasady. Żadnej paniki. Tylko… konsekwencja.
Wszystko pociemniało na sekundę, jakby ktoś zgasił i zapalił światło.
A potem strych zniknął.
Rozdział 2: Wioska, która pachniała chlebem
Stali — a właściwie Maks stał, a Lena siedziała na swoim wózku — na ubitej drodze między drewnianymi chałupami. Nad nimi wisiało jasne niebo. Wokół pachniało mokrą ziemią, dymem i chlebem.
— Okej — powiedziała Lena, rozglądając się. — To nie jest strych. I… to zdecydowanie nie jest „wkrótce”.
Maks spojrzał na zegarek. W okienku migało słowo: „DAWNIEJ”.
— Średniowiecze. Spokojna wioska. Dokładnie jak na symbolu. — Maks mówił szybko, bo kiedy się stresował, słowa chciały uciekać.
Z pobliskiej zagrody wyszła dziewczynka w lnianej sukience. Miała mniej więcej ich wiek i koszyk z jajkami. Zatrzymała się, zobaczyła wózek Leny i otworzyła usta ze zdziwienia.
— Czar…? — zaczęła.
— Nie, nie! — Maks uniósł dłonie. — To tylko… wóz. Bardzo nowoczesny wóz.
Lena uśmiechnęła się szeroko.
— Jestem Lena, a to Maks. Zgubiliśmy się. Jak nazywa się ta wioska?
Dziewczynka zmrużyła oczy, jakby ważyła w głowie prawdę i kłamstwo.
— Brzeziny. A ja jestem Hania. Skąd macie takie… koła?
— Z daleka — odparł Maks. To było prawdziwe i bezpieczne.
Hania podeszła ostrożnie, ale ciekawość wygrała.
— U nas koła skrzypią. Wasze są ciche.
— Bo są dobrze… nasmarowane — rzuciła Lena, a Maks spojrzał na nią z uznaniem. Umiała improwizować jak profesjonalistka.
Z daleka dobiegł głos:
— Haniu! Jajka! Na targ, nim dzwon zadzwoni!
Hania drgnęła.
— Muszę lecieć. Targ jest dziś ważny. Pan sołtys mówi, że przyjedzie pisarz z zamku i zapisze, ile kto ma zboża. Jak źle zapisze, to będzie kłopot.
Maks poczuł, jak w brzuchu robi mu się supeł.
— Pisarz? Spis? To brzmi… poważnie.
— Poważnie jak kamień w bucie — mruknęła Lena. — A my mamy zasadę: nie poprawiać świata w pośpiechu.
Hania spojrzała na nich błagalnie.
— Jeśli chcecie, możecie iść ze mną. Tylko… nie róbcie dziwnych rzeczy. W Brzezinach ludzie boją się dziwnych rzeczy.
— My też — powiedział Maks. — Najbardziej boję się robić bałagan w czasie.
Ruszyli w stronę placu. Po drodze mijali psa, który wyglądał, jakby miał sto lat, i krowę, która patrzyła na zegarek Maksa podejrzliwie.
Na placu stały stragany: woreczki z suszonymi jabłkami, gliniane miski, drewniane łyżki. W środku tłumu stał mężczyzna w ciemnym płaszczu z piórem za uchem. Przy stole leżała księga.
— To pewnie pisarz — szepnął Maks.
W tej samej chwili zegarek na jego ręce zrobił: pik.
W okienku zamiast „DAWNIEJ” pojawiło się „UWAŻAJ”.
— Oho — mruknęła Lena. — Czas daje nam ostrzeżenie. Czyli zaraz coś się stanie.
I stało się: wiatr zerwał czapkę pisarza, kartki z księgi podniosły się jak stado białych ptaków i poleciały w stronę błota.
— Nieee! — krzyknęła Hania.
Pisarz pobladł.
— Bez tych zapisów… ja… sołtys… zamek…
Maks odruchowo ruszył, żeby łapać kartki, ale zatrzymał się. Zasada druga: nie poprawiaj świata w pośpiechu.
Lena złapała go za rękaw.
— Spokojnie. Najpierw plan. Cierpliwie. Jak ty lubisz.
Maks wziął oddech.
— Dobrze. Plan: niech Hania przytrzyma koszyk, żeby jajka nie ucierpiały. Ja zbieram kartki suche. Ty… ty jesteś szybka w manewrach.
Lena uśmiechnęła się.
— Kapitan wkracza do akcji.
Rozdział 3: Kartki, błoto i mały paradoks
Tłum krzyczał, ale nikt nie ruszał się zdecydowanie. Jakby wszyscy czekali, aż ktoś inny zacznie. Maks poczuł, że to jest ten moment, kiedy cierpliwość nie oznacza bezczynności, tylko mądre działanie.
— Haniu, stań przy stole i mów ludziom, żeby nie deptali papierów! — zawołał.
Hania kiwnęła głową, zaskakująco odważna.
— Nie depczcie! To zapisane dla pana sołtysa!
Maks wpadł w błoto po kostki. Poczuł zimno i lepkość. Zbierał kartki, delikatnie, żeby się nie rozdarły. Niektóre były już mokre. Inne przykleiły się do ziemi.
Lena wjechała w tłum z gracją, omijając stopy jak slalom.
— Proszę się cofnąć! — zawołała wesoło. — Papier nie lubi tańca w błocie!
Ktoś parsknął śmiechem. To pomogło. Ludzie zaczęli się cofać, robiąc miejsce.
Pisarz stał jak wbity w ziemię, trzymając kałamarz i patrząc na tragedię swojego dnia.
— Panie… pisarzu! — Maks podbiegł z garścią kartek. — Trzeba je wysuszyć. Ma pan jakiś suchy worek? Płótno?
Pisarz mrugnął.
— Płótno… tak… ale… to i tak… zamazane.
— Nie wszystko — powiedziała Lena, podjeżdżając. — A nawet jeśli, to da się odtworzyć. Tylko trzeba czasu. Wiem, brzmi okropnie, ale… czasu nie da się przyspieszyć.
Maks spojrzał na nią. To brzmiało niemal jak przemowa.
Hania podeszła z chustą.
— Moja mama suszy zioła na płótnie. Mogę przynieść.
— Świetnie — powiedział Maks. — I jeszcze coś: ogień, ale nie za blisko. Ciepło, nie płomień.
Pisarz jakby wrócił do życia.
— W gospodzie jest piec. Mogę prosić karczmarza o miejsce.
Zaczęli przenosić kartki. Ułożyli je na płótnie w gospodzie, gdzie pachniało zupą i dymem. Pisarz dmuchał ostrożnie, Lena wachlowała kartki kawałkiem tektury, a Maks układał je w kolejności.
— Skąd wiesz, w jakiej kolejności? — zdziwiła się Hania.
Maks pokazał na rogi kartek.
— Małe znaki. Numerki. I plamy atramentu układają się jak… jak puzzle.
Pisarz spojrzał podejrzliwie.
— Jesteś uczniem skryby?
— Uczniem… cierpliwości — odpowiedział Maks, a Lena zachichotała.
Przez godzinę nic wielkiego się nie działo. Tylko suszenie, układanie, czekanie. Maksowi początkowo świerzbiły palce, bo chciał już mieć wszystko gotowe. Ale kiedy zobaczył, jak litery powoli stają się czytelniejsze, zrozumiał, że pośpiech naprawdę mógłby je zniszczyć.
I wtedy wydarzył się paradoks, mały jak okruszek, ale sprytny.
Pisarz wyjął z kieszeni skórzaną sakiewkę i wysypał na stół kilka cienkich, miedzianych blaszek.
— To moje pieczęcie. Muszę odbić znak na każdej stronie. Bez tego sołtys nie uzna zapisu.
Jedna pieczęć poturlała się i spadła pod ławę.
Maks schylił się, żeby ją podnieść. Zobaczył, że na pieczęci jest… wieża i trzy gwiazdki. Dokładnie taki symbol jak na przycisku zegarka.
— Lena — szepnął. — Spójrz.
Lena podjechała bliżej, nachylając się.
— To niemożliwe. Albo… możliwe w bardzo dziwny sposób.
W tej chwili zegarek Maksa znowu piknął. Tym razem w okienku pojawiło się: „NIE ZABIERAJ”.
Maks szybko odłożył pieczęć na stół.
— Dobra. Nie dotykamy tego więcej niż trzeba. To może być… znak, że nasz zegarek ma coś wspólnego z tym miejscem.
Hania patrzyła na nich, nic nie rozumiejąc.
— O czym mówicie?
— O… o tym, że czas ma swoje zasady — powiedziała Lena. — Jak gra. Jak złapiesz piłkę ręką, kiedy nie wolno, sędzia gwiżdże.
— Nasz sędzia to zegarek — dodał Maks.
Pisarz chrząknął.
— Jeśli skończymy przed zachodem, zdążę do sołtysa. Ale jeszcze brakuje jednej strony. Najważniejszej. Z listą zboża od… Brzezin.
Maks poczuł ukłucie.
— To wioska. To wszystko o tej wiosce.
— Strona poleciała najdalej — powiedziała Hania cicho. — W stronę młyna, przy strumieniu. Widziałam.
Maks i Lena spojrzeli na siebie. To była ich kolejna misja.
— Idziemy — powiedział Maks. — Spokojnie. Krok po kroku.
Rozdział 4: Młyn, strumień i cierpliwe szukanie
Droga do młyna prowadziła między polami. Kłosy kołysały się jak fale. Strumień błyszczał w słońcu, a młyn skrzypiał równym rytmem, jakby odliczał sekundy.
— Słyszysz? — zapytała Lena. — Ten dźwięk jest jak metronom. Czas w wersji drewnianej.
— I mniej złośliwy niż nasz zegarek — mruknął Maks.
Przy strumieniu było błoto, kamienie i trzciny. Kartka mogła utknąć wszędzie. Hania wskazała miejsce, gdzie wiatr skręcił.
— Tam poleciała! — powiedziała. — Ale potem… zniknęła.
Maks ukląkł przy brzegu.
— Szukamy spokojnie. Nie wchodzimy do wody na oślep. Nie niszczymy roślin. I nie robimy z tego polowania na skarb z krzykiem.
— Czyli nudno — stwierdziła Lena, po czym uśmiechnęła się. — Żartuję. Lubię plan.
Podzielili teren: Maks sprawdzał między kamieniami, Lena wypatrywała z wyższego poziomu wózka, a Hania przeszukiwała trzciny patykiem.
Minęło dziesięć minut. Nic.
Dwadzieścia. Nic.
— Może kartka popłynęła — westchnęła Hania. — To koniec.
Maks zacisnął usta. Miał ochotę rzucić się do strumienia i szukać po omacku. Ale przypomniał sobie litery rozmazujące się od zbyt szybkiego dmuchania. Przypomniał sobie też kartkę od dziadka: „Nie poprawiaj świata w pośpiechu”.
— Zróbmy inaczej — powiedział. — Jeśli wiatr ją porwał, to gdzie zwykle zatrzymują się lekkie rzeczy?
Lena zmrużyła oczy.
— Na zakolu. Albo na gałęziach. Albo… na czymś, co wystaje.
Maks spojrzał w górę. Nad strumieniem pochylała się wierzba. Jej gałęzie dotykały wody jak palce.
— Tam — powiedział.
Podszedł ostrożnie. Na jednej z gałązek coś bielało, przyklejone mokrym rogiem.
— Jest! — zawołała Lena pierwsza. — Widzę! Tylko… jest wysoko.
Maks próbował sięgnąć, ale gałąź sprytnie odsuwała się, jakby drzewo bawiło się z nim w „nie złapiesz”.
— Wierzba ma poczucie humoru — sapnął.
Hania podała mu długi patyk.
— U nas dzieci ściągają jabłka tak.
Maks uniósł patyk bardzo powoli, milimetr po milimetrze. Nie chciał rozedrzeć papieru. Lena patrzyła, jakby oglądała operację serca.
— Spokojnie… — mruczała. — Bez pośpiechu… oddychaj…
W końcu kartka puściła i spłynęła na patyku jak ślizgawka. Maks złapał ją obiema rękami.
Papier był mokry, ale prawie cały. Tylko róg miał plamę.
— Uratowana! — Hania klasnęła w dłonie.
Zegarek na ręce Maksa piknął cicho. W okienku pojawiło się: „DOBRZE”.
— Nawet zegarek nas chwali — powiedziała Lena. — To podejrzane.
— Niech chwali, póki może — odparł Maks. — Wracamy. Ale ostrożnie.
W drodze powrotnej zobaczyli coś jeszcze: na kamieniu przy ścieżce ktoś wydrapał znak wieży i trzy gwiazdki. Wyglądało świeżo, jakby ktoś zrobił to niedawno.
Maks przystanął.
— To… nasze?
— Albo ich — szepnęła Lena. — Tylko że… skąd by znali ten znak?
Hania wzruszyła ramionami.
— Może to znak młynarza. U nas każdy ma swoje znaki.
Maks nie był pewien. Poczuł, że czas ma tu swoje żarty. Takie, które najpierw łaskoczą, a potem każą myśleć.
Rozdział 5: Reguły czasu i jedna drobna naprawa
W gospodzie piec grzał przyjemnie. Pisarz niemal płakał z ulgi, gdy zobaczył brakującą stronę.
— Uratowaliście mój dzień — powiedział, a potem spojrzał na Lenę i jej wózek. — I… pokazaliście mi coś, czego nie rozumiem, ale nie będę pytał. Lepiej czasem nie wiedzieć za dużo.
— To bardzo mądre — odparła Lena.
Maks ułożył kartkę na płótnie. Pisarz ostrożnie docisnął ją deseczką, żeby się prostowała.
— Teraz trzeba czekać — powiedział Maks. — Inaczej atrament się rozleje.
Pisarz westchnął.
— Czekać… zawsze najtrudniejsze.
Maks spojrzał na niego.
— Wiem. Ale czekanie też może być pracą.
Hania siedziała obok i skubała suszone jabłko.
— Mogę wam coś pokazać, żeby czas szybciej minął. — Wyjęła z kieszeni mały kawałek sznurka. — To gra. Robi się pętle, a potem…
Uczyła ich prostej sztuczki ze sznurkiem. Lena śmiała się, gdy Maksowi wszystko plątało się w jeden wielki supeł.
— Ty jesteś mistrzem planu, a ja mistrzem supełków — droczyła się.
— To niesprawiedliwe, bo supełki łamią zasady geometrii — odpowiedział Maks.
Kiedy kartka wyschła, pisarz zaczął przepisywać zamazane słowa. I wtedy wydarzyło się coś jeszcze: zauważył błąd w swoim spisie. Jedno nazwisko było zapisane podwójnie, a inne wcale.
— O nie — jęknął. — Jeśli oddam to sołtysowi, ktoś zapłaci za dużo, a ktoś za mało. Będzie kłótnia.
Maks poczuł, jak serce mu przyspiesza. To była pokusa: powiedzieć mu wszystko, szybko naprawić, wskazać palcem. Ale to mogło zmienić za dużo.
Lena szturchnęła go lekko.
— Pamiętasz zasadę?
Maks skinął głową.
— Możemy pomóc tak, żeby to on sam zauważył. Bez „magii”. Bez wiedzy z przyszłości.
Maks wskazał na plamę atramentu obok podwójnego nazwiska.
— Panie pisarzu, tu ma pan ślad. Może to znak, że pióro wróciło do tego miejsca?
Pisarz zmarszczył brwi, pochylił się i zaczął porównywać linijki.
— Racja… Racja! Powtórzyłem imię. A brak… brakuje młynarza! Jak ja to przeoczyłem?
— Bo pan się spieszył — powiedziała Hania z miną kogoś, kto mówi prawdę jak młotek.
Pisarz zaczerwienił się, ale uśmiechnął.
— Słusznie. Dziś wszyscy mnie uczą cierpliwości. Nawet… dzieci z daleka.
Zegarek Maksa piknął. W okienku pojawiło się: „CZAS WRACAĆ”.
Maks i Lena spojrzeli na siebie. W środku poczuli jednocześnie ulgę i żal. Ulgę, że wrócą do domu. Żal, że ta dziwna wioska była taka prawdziwa.
Hania zbladła.
— Już idziecie?
— Tak — powiedziała Lena cicho. — Ale zostawimy coś ważnego. Nie rzecz. Tylko… pamięć.
Maks wyjął notes, wyrwał małą kartkę i narysował prosty obrazek: wieża i trzy gwiazdki. Potem dopisał: „Cierpliwość to też odwaga”.
Chciał to dać Hani, ale przypomniał sobie zasadę pierwszą. Niczego nie zabieraj, czego nie umiesz oddać. A z przyszłości… lepiej nie dawać nic, co mogłoby zostać na zawsze.
Schował kartkę z powrotem do notesu.
— Co robisz? — spytała Lena szeptem.
— Właśnie… nie robię. — Maks uśmiechnął się krzywo. — Też forma odwagi.
Pożegnali się z Hanią i pisarzem przed gospodą. Hania przytuliła Lenę ostrożnie, jakby bała się połamać czas.
— Jeśli kiedyś znów się zgubicie… — zaczęła.
— To będziemy szukać spokojnie — dokończył Maks.
Zegarek błysnął. Powietrze zadrżało jak struna.
— Gotowa? — zapytała Lena, trzymając dłonie na kołach.
— Gotowy — odpowiedział Maks. — Tym razem nie naciskamy wszystkiego naraz.
Lena uniosła palec.
— Obiecuję. Nacisnę tylko to, co trzeba.
Wcisnęła przycisk, na którym nie było wieży, tylko małe kółko przypominające… naklejkę.
Świat zawirował.
Rozdział 6: Powrót i etykieta „teraźniejszość”
Znowu strych. Te same kartony, to samo prześcieradło. I cisza, w której nie było ani kur, ani kowadła.
Maks usiadł ciężko na skrzynce.
— Udało się.
Lena rozejrzała się, jakby sprawdzała, czy wszystko stoi na miejscu.
— Nikt nie zauważy, że zniknęliśmy?
Maks spojrzał na zegarek. Okienko było puste.
— Może to znaczy, że… koniec?
Wtedy z wnętrza skrzynki wysunęła się mała rolka samoprzylepnych etykiet, jak te do podpisywania zeszytów. Na pierwszej, gotowej do odklejenia, było napisane wyraźnie: „teraźniejszość”.
Lena parsknęła śmiechem.
— Serio? Czas ma etykiety?
Maks poczuł ciepło w piersi. Nie tylko ulgę, ale coś jeszcze: jakby ktoś mu pokazał, że cierpliwość nie jest hamulcem, tylko kierownicą.
Odkleił etykietę ostrożnie, jakby była najważniejszą kartką świata, i przykleił ją na wieczku skrzynki.
„teraźniejszość”.
Zegarek na jego ręce zamrugał jeszcze raz i zamilkł.
— No to jesteśmy tu — powiedziała Lena. — I wiesz co? Teraz to „teraz” smakuje jakoś… lepiej.
Maks uśmiechnął się.
— Bo na nie poczekaliśmy.