Rozdział 1: Zegarek, który tyka inaczej
Maks miał dwanaście lat i tę szczególną umiejętność, że słuchał świata tak, jakby był opowieścią. W szkolnej bibliotece nie tylko czytał książki — on je „słyszał”. Szelest kartek brzmiał jak kroki w korytarzu, a stuknięcie pieczątki pani bibliotekarki jak sygnał startu.
Tego popołudnia Maks przyszedł oddać lekturę. Za oknem padał deszcz, a szyba była jak mapa złożona z kropli.
— Znowu spóźniony? — mruknęła łagodnie pani Halina, bibliotekarka, przesuwając okulary na nos.
— Tylko… o jeden dzień. Wczoraj fabuła się nie chciała skończyć — uśmiechnął się Maks.
Pani Halina podała mu cienką książkę bez tytułu na okładce. Była stara, pachniała kurzem i… czymś jeszcze. Jakby metalem i atramentem naraz.
— To dla ciekawskich — powiedziała. — Ale ostrożnie. Ciekawość to latarka. Świeci, ale trzeba patrzeć, gdzie się stawia nogi.
Maks chciał zapytać, co to znaczy, lecz pani Halina już stemplowała coś z miną człowieka, który nie zdradza sekretów. Maks schował książkę do plecaka i ruszył do domu.
W drodze spotkał Lenę. Mieszkała dwie ulice dalej, miała warkocz, który zawsze wyglądał, jakby był zaplanowany z dokładnością do milimetra, i nosiła w kieszeni mały śrubokręt „na wszelki wypadek”.
— Co tam niesiesz? — Lena skinęła na jego plecak.
— Książkę bez tytułu. Brzmi jak zagadka, prawda?
— Brzmi jak kłopot — odparła z błyskiem w oku. — Mogę zobaczyć?
W domu Maksa, na biurku obok lampki, książka wyglądała jeszcze dziwniej. Na grzbiecie miała wytarty znak podobny do klepsydry.
Maks otworzył ją na pierwszej stronie. Zamiast tekstu zobaczył narysowany zegarek kieszonkowy. I prawdziwy metaliczny „klik”, jakby coś wskoczyło na miejsce.
Z książki wysunął się cienki łańcuszek, a na jego końcu wisiał mały zegarek. Tarczę miał mlecznobiałą, a wskazówki… chodziły w przeciwną stronę.
— Okej — szepnęła Lena. — To nie jest zwykła biblioteka.
Maks dotknął koperty zegarka. Była ciepła, jakby ktoś ją przed chwilą trzymał.
— Może to… rekwizyt? — zgadywał.
— Rekwizyty nie mruczą — Lena przyłożyła ucho. Rzeczywiście: cichutkie „tyk-tyk” brzmiało jak szept.
Maks przekręcił małe pokrętło. Wskazówki przyspieszyły. Z książki uniósł się zapach świeżego druku, tak intensywny, jakby ktoś tuż obok otworzył nową gazetę.
I wtedy pokój zadrżał. Nie jak przy trzęsieniu ziemi, raczej jak wtedy, gdy pociąg przejeżdża pod mostem — krótko, pewnie, z metalicznym dudnieniem.
Na podłodze, między biurkiem a szafą, pojawiła się cienka, jasna szczelina. Wyglądała jak rozcięcie światła.
— Maks… — Lena mówiła wolno. — To jest… przejście?
Szczelina rozsunęła się jak drzwi. Za nią nie było korytarza ani schodów. Była ciemność rozświetlona złotymi iskrami, jakby ktoś rozsypał w powietrzu drobny pył.
Maks poczuł, że serce robi mu fikołka, ale nie ze strachu. Raczej z tego, że nagle świat stał się większy.
— Jeśli to pułapka, to bardzo ładna — stwierdził, próbując żartować.
— Jeśli to pułapka, to idziemy razem — Lena wsunęła rękę do kieszeni i wyjąła śrubokręt. — Na wszelki wypadek.
Maks ścisnął zegarek. Wskazówki zatrzymały się na chwilę, jakby czekały na decyzję.
— Dobra — powiedział. — Tylko zasada pierwsza: nie dotykamy rzeczy, których nie rozumiemy.
— To powiedz to temu zegarkowi — parsknęła Lena.
Uśmiechnęli się. A potem, trzymając się za ręce, zrobili krok w stronę szczeliny.
Rozdział 2: Skok przez minutę, która nie istnieje
Przejście nie było zimne ani gorące. Było jak wiatr, który przechodzi przez ciebie, ale nie zabiera ci włosów. Maks miał wrażenie, że przez sekundę słyszy wszystkie dźwięki naraz: dzwonek roweru, śmiech dziecka, trzask ognia, szum morza. Potem wszystko nagle ułożyło się w jedną melodię: „tyk-tyk-tyk”.
Otworzył oczy.
Stali w wąskim zaułku, gdzie kamienne ściany pachniały wilgocią i sadzą. Nad nimi wisiał sznur z mokrymi płachtami. Nie było samochodów. Zamiast nich — wóz z drewnianymi kołami, ciągnięty przez konia, który parsknął, jakby komentował ich pojawienie się.
— Jeśli to plan filmowy, to ktoś zapomniał o kamerach — szepnęła Lena.
Maks spojrzał na zegarek. Wskazówki znowu chodziły, ale teraz ich ruch był spokojniejszy, jak oddychanie.
Z końca zaułka dobiegał rytmiczny odgłos: stuk, stuk, stuk. Nie jak młotek w ścianę. Jak coś, co pracuje bez przerwy.
— Tam — Maks wskazał.
Ruszyli ostrożnie. Po drodze minęli beczki, kosze z czymś, co wyglądało jak szmaty, i małą kałużę, w której odbijało się niebo w kolorze rozcieńczonego mleka.
Kiedy wyszli na ulicę, Maks poczuł, że trafił do innego świata. Ludzie byli ubrani inaczej: czapki, długie płaszcze, sukienki, fartuchy. Ktoś niósł stos papieru, ktoś inny drewnianą skrzynkę. W powietrzu unosił się zapach dymu, chleba i — najmocniej — atramentu.
— Drukarnia — powiedziała Lena, jakby to było oczywiste. — Czuję to. Mój tata czasem drukuje plakaty w pracy. Atrament ma ten sam „nos”.
Na rogu stał szyld z wyblakłymi literami. Maks przeczytał powoli: „Warsztat Drukarski”.
— Czyli… cofnęliśmy się w czasie? — zapytał, bardziej do zegarka niż do Leny.
Zegarek odpowiedział, mrucząc cichutko. A Lena odpowiedziała wzruszeniem ramion.
— Albo przeszliśmy do muzeum, które zapomniało o bilecie.
Z warsztatu dobiegało ciężkie „klap!” i śmiech. Drzwi były uchylone. Maks podszedł i zajrzał.
W środku panował półmrok rozjaśniony lampami olejnymi. Widział wielką prasę drukarską, drewniane stoły, czcionki ułożone w kasztach. Mężczyzna o szerokich ramionach obracał koło prasy, a młody chłopak z czarnymi od atramentu palcami układał litery w ramce.
— Patrz! — Lena szturchnęła Maksa. — To jak klocki, tylko że literki.
Maks poczuł zachwyt. Każda litera była małym metalowym żołnierzykiem ustawionym do parady.
Nagle chłopak podniósł głowę. Miał około ich wieku. Oczy błyszczały mu ciekawością.
— Hej! — zawołał po polsku, ale z dziwnym, starym brzmieniem. — Kto wy? Zgubiliście się?
Maks przełknął ślinę.
— My… jesteśmy z… drugiej ulicy — wypalił, bo to brzmiało bezpiecznie.
Lena szybko dodała:
— Przyszliśmy zobaczyć, jak się robi druk. To… bardzo ciekawe.
Chłopak uśmiechnął się szeroko.
— Ja jestem Iwo. Jak chcecie, to pokażę. Tylko nie dotykać czcionek bez pozwolenia, bo potem słowa wychodzą krzywe i mistrz Antoni się złości.
Z głębi warsztatu dobiegło chrząknięcie. Mistrz Antoni, najwyraźniej.
Maks i Lena weszli. Zegarek w kieszeni Maksa tykał równo, jakby mówił: „Masz swoją minutę. Uważaj na nią.”
Rozdział 3: Litery, które lubią psoty
Iwo prowadził ich między stołami. Wszystko było tu w ruchu: papier szurał, prasa wzdychała, a atrament świecił jak czarne szkło.
— Najpierw skład — tłumaczył Iwo, pokazując kasztę pełną przegródek. — Każda literka ma swoje miejsce. „A” tu, „B” tu. Jak ktoś pomiesza, to potem szukasz pół dnia.
— Jak w szufladzie z kablami — mruknęła Lena.
— Co to kable? — Iwo zmarszczył brwi.
— Takie… sznurki od… latarni — Lena uśmiechnęła się niewinnie.
Maks obserwował ramkę składu. Litery były odwrócone w lustrzanym odbiciu.
— Dlaczego są na odwrót? — zapytał.
Iwo uniósł metalową literę i pokazał.
— Bo druk działa jak pieczątka. Jak chcesz, żeby wyszło dobrze na papierze, musisz przygotować odbicie. To trochę jak… patrzenie w lustro, tylko że lustro potem opowiada historię wszystkim.
Maksowi spodobało się to zdanie. Lustro, które opowiada historie.
Mistrz Antoni podszedł bliżej. Miał brodę jak szczotka i spojrzenie człowieka, który widział już tysiąc błędów w jednej linijce.
— Iwo, nie przeszkadzaj w robocie — burknął, ale w jego głosie było więcej zmęczenia niż złości. — A wy… skąd te dziwne ubrania?
Maks spojrzał na swoją bluzę z kapturem. Nagle wydała mu się bardzo podejrzana.
— To… nowy fason — powiedział szybko. — Wygodny do biegania.
Mistrz Antoni prychnął.
— Fasony, fasony… Dobra. Tylko nie dotykajcie niczego, co ma atrament. Atrament pamięta.
— Jak to: pamięta? — Lena była zachwycona.
Mistrz Antoni wskazał na palce Iwa.
— Jak dotkniesz raz, to potem wszystko brudzisz. I papier, i twarz, i sumienie.
Iwo zachichotał.
— Mistrz tak mówi, a sam wczoraj miał plamę na czole jak… jak kometa.
— To była poważna plama! — oburzył się mistrz, ale i jemu drgnęły kąciki ust.
Maks poczuł, że napięcie znika. To było… prawdziwe miejsce. Prawdziwi ludzie. I prawdziwy czas, który pachniał drewnem i pracą.
I właśnie wtedy coś się stało.
Z kieszeni Maksa dobiegło głośniejsze „tyk!”. Jakby zegarek chciał wtrącić swoje zdanie. Maks wsunął rękę do kieszeni. Koperta zegarka była gorąca.
— Co masz? — Lena nachyliła się.
Maks wyciągnął zegarek. Wskazówki kręciły się szybciej, a na tarczy pojawiła się maleńka rysa w kształcie strzałki.
Iwo wytrzeszczył oczy.
— Ale piękny! To od… zegarmistrza?
Maks chciał schować zegarek, ale Iwo był szybszy. Wyciągnął rękę.
— Mogę dotknąć? Tylko na chwilkę!
Maks zawahał się. Zasada pierwsza: nie dotykać rzeczy, których nie rozumiemy. Ale to był tylko zegarek… Prawda?
— Na sekundę — zgodził się, bo sekundę łatwo obiecać.
Iwo dotknął koperty. Zegarek wydał cichy dźwięk, jak „ping”, jakby ktoś uderzył w szklankę.
I w tej samej chwili na stole obok, w ramce złożonego tekstu, kilka metalowych literek podskoczyło. Dosłownie. Jak pchły na sprężynkach.
— Ej! — Iwo cofnął rękę. — Co to było?
Litery zaczęły się przesuwać. „S” zamieniło się miejscem z „Z”, „P” przeskoczyło o dwa pola. Słowo, które miało brzmieć „porządek”, nagle wyglądało jak „p… r… o… z… ą… d… e… k”. A potem jeszcze gorzej.
Mistrz Antoni podbiegł.
— Na wszystkie czcionki świata! — ryknął. — Kto mi tu tańczy w składzie?!
Lena patrzyła jak zahipnotyzowana.
— To… paradoks? — szepnęła do Maksa. — Jak w książkach: jedna rzecz z przyszłości dotyka przeszłości i robi zamieszanie.
Maks poczuł zimny skurcz w brzuchu. Zegarek był jak klucz. I właśnie ktoś przekręcił go nie w tę stronę.
— Musimy to naprawić — powiedział stanowczo.
Iwo wyglądał na przestraszonego, ale też… zafascynowanego.
— Ja nie chciałem. One same…
Litery dalej się ruszały. Jedna metalowa „A” zsunęła się ze stołu i stuknęła o podłogę jak mały dzwonek.
— Jeśli mistrz zobaczy, że zgubił literę, to… — Iwo urwał, jakby bał się dokończyć.
Mistrz Antoni już to zobaczył. Jego twarz zrobiła się czerwona.
— Iwo! Po skład! Natychmiast! — Wskazał na chłopaka, ale wzrokiem zahaczył też o Maksa i Lenę. — A wy… lepiej się nie plączcie!
Maks ścisnął zegarek. Wskazówki zatrzymały się na ułamek sekundy, jakby słuchały jego myśli.
— Lena, potrzebujemy planu — powiedział cicho. — Taki, co nie robi większej dziury w czasie.
— Dziury w czasie? — Lena uniosła brwi. — Już jedną mamy, pamiętasz?
Maks niemal się uśmiechnął, ale litery znowu podskoczyły.
— Dobra. Plan: uspokoić zegarek, znaleźć zagubioną literę i ułożyć wszystko tak, jak było. Bez dodatkowych cudów.
— „Bez dodatkowych cudów” brzmi jak prośba do kosmosu — mruknęła Lena. — Ale spróbujmy.
Rozdział 4: Atramentowa przygoda i jedna zgubiona litera
Mistrz Antoni odwrócił się na chwilę, żeby sprawdzić prasę. To była ich szansa.
Maks uklęknął przy podłodze.
— Gdzie spadła ta „A”? — szeptał, rozglądając się.
Pod stołem leżały skrawki papieru, nitki, a nawet okruszki czegoś, co mogło być bułką sprzed tygodnia.
— Tu! — Lena wskazała ciemny błysk przy nodze prasy. — Ale… jest blisko koła.
Koło prasy obracało się powoli, lecz wystarczająco, by przyciąć palec jak obcęgi.
Maks przełknął ślinę. To nie był strach filmowy, tylko zwykłe, mądre ostrzeżenie ciała: „Uważaj”.
— Ja wezmę — powiedział.
— Ty masz lepsze szczęście do pakowania się w kłopoty — stwierdziła Lena. — Ja mam lepsze do wyciągania z nich. Daj.
Zanim Maks zdążył zaprotestować, Lena wsunęła się pod stół jak kot. Śrubokręt trzymała w zębach, a ręką sięgnęła po literę.
Koło zaskrzypiało.
— Lena, ostrożnie! — syknął Maks.
— Wiem, wiem. Nie chcę zostać dodatkiem do gazety pod tytułem „Dziewczynka i prasa” — odparła niewyraźnie.
Udało się. Lena wyciągnęła „A” i triumfalnie podała Maksowi.
— Mamy ją. Teraz trzeba zatrzymać te skaczące literki.
Iwo stał obok ramki składu i wyglądał, jakby zaraz płakał.
— One się same przestawiają. Jakby ktoś mieszał im w głowach.
Maks spojrzał na zegarek. Wskazówki znów przyspieszały, jakby czuły chaos.
— To przez niego — Maks schował zegarek pod koszulę, żeby nikt nie widział. — Muszę go uspokoić.
— Jak się uspokaja zegarek? — Lena była praktyczna.
Maks przypomniał sobie słowa pani Haliny: „Ciekawość to latarka”. Latarka świeci, ale trzeba patrzeć, gdzie się stawia nogi. Czyli: nie kręcić pokrętłem bez sensu.
— Spróbuję ustawić go na „teraz” — powiedział.
— „Teraz” w którym teraz? — Lena uśmiechnęła się krzywo.
Maks dotknął pokrętła bardzo delikatnie. Wskazówki zwolniły. „Tyk” zrobiło się cichsze. Ale litery w ramce dalej podrygiwały.
Iwo nagle spojrzał na kaszty z czcionkami.
— Mistrz mówił, że litery mają swoje miejsca. Jak się zgubią, robi się bałagan. Może one… szukają?
— Szukają? — Maks powtórzył.
— Jak stado gęsi bez gęsiego przewodnika — dodała Lena. — Brakuje im jednej i panikują.
Maks uniósł „A”.
— Jeśli włożymy ją na miejsce, reszta może przestać świrować.
— Tylko trzeba wiedzieć, gdzie było jej miejsce — Lena zmrużyła oczy, patrząc na odwrócone litery. — To jest jak czytanie w lustrze, pamiętasz?
Iwo nachylił się nad ramką.
— To miał być nagłówek: „Porządek w mieście”. Mistrz składa ulotkę o sprzątaniu ulic. — Westchnął. — Trochę śmieszne, że teraz u nas taki nieporządek.
— To się nazywa ironia czasu — mruknęła Lena.
Maks spojrzał na układ liter. Brakująca „A” nie pasowała do „Porządek…”. Czyli to nie ona wypadła z tego słowa. Może spadła z innej linijki.
— Iwo, gdzie kładłeś tę literę? — zapytał.
Iwo zacisnął usta, próbując sobie przypomnieć.
— W zdaniu: „Atrament… a… potem…” Nie! To nie tak. — Pokręcił głową. — Było: „A jeśli…” Tak! „A jeśli każdy posprząta…”.
— To „A” na początku — powiedziała Lena. — Najłatwiejsze „A” świata. I oczywiście musiało uciec.
Maks wsunął literę na początek odpowiedniej linijki. Metal zaskoczył miękko, jak klocek w dobrze dobranym miejscu.
Przez chwilę nic się nie stało.
Potem litery przestały podskakiwać. Ułożyły się spokojnie, jakby ktoś pogłaskał je po głowach.
Zegarek w kieszeni Maksa ostygł.
Maks wypuścił powietrze, którego nawet nie wiedział, że trzyma.
— Udało się — szepnął.
W tej samej chwili mistrz Antoni odwrócił się i zmrużył oczy.
— Co wy tam knujecie? — zapytał podejrzliwie.
Iwo wyprostował się jak struna.
— Mistrzu, ja… ja tylko… oni tylko… patrzyli.
Maks zrobił krok do przodu.
— Przepraszamy. Zrobiliśmy zamieszanie. Ale… naprawiliśmy.
Mistrz Antoni spojrzał na ramkę. Potem na ich ręce. Potem na twarz Iwa. Na końcu westchnął tak głęboko, jakby wdychał cały zapach drukarni.
— Dobrze — powiedział w końcu. — Widzę, że litery stoją. A to oznacza, że świat jeszcze się nie przewrócił. — Zawahał się. — Ale pamiętajcie: w warsztacie każda drobnostka ma znaczenie. Jedna literka może zmienić sens. A sens… potrafi zmienić ludzi.
Maks poczuł, że te słowa trafiają prosto do niego. Jakby ktoś wydrukował je w środku jego głowy.
— Zapamiętam — obiecał.
Lena szturchnęła go łokciem.
— Widzę, że dostajesz lekcję gratis. W pakiecie z atramentem.
Iwo uśmiechnął się niepewnie.
— A wy… naprawdę z drugiej ulicy?
Maks spojrzał na zegarek. Wskazówki znowu chodziły powoli, ale na tarczy pojawił się nowy znak: maleńkie drzwi.
To wyglądało jak zaproszenie. Albo przypomnienie.
— Tak — powiedział ostrożnie. — Z bardzo… dalekiej ulicy.
Rozdział 5: Zasady czasu i pożegnanie na papierze
Wieczór w drukarni przychodził jak cień przesuwający się po stołach. Lampy olejne migotały, a papier robił się bardziej kremowy w tym świetle.
Mistrz Antoni pozwolił im zostać jeszcze chwilę, ale pod jednym warunkiem: „Stoją z boku i nie robią cudów”.
Lena szeptała do Maksa:
— Podoba mi się ta zasada. Mogliby ją wprowadzić w szkole: „Nie robić cudów na sprawdzianie”.
Maks parsknął cicho.
Iwo przyniósł im mały kawałek świeżo zadrukowanej kartki. Na górze widniał nagłówek: „Porządek w mieście”. Litery były równe, czarne, dumne.
— Weźcie — powiedział. — Na pamiątkę. Tylko… nie mówcie nikomu, że litery skakały. Bo mistrz powie, że to moja wyobraźnia.
— Obiecujemy — Lena schowała kartkę ostrożnie, jakby była listem od dawno zmarłego przyjaciela.
Maks chciał powiedzieć coś więcej. Że ich świat jest pełen drukarek, które robią tysiące stron bez jednej kropli atramentu na palcach. Że za sto lat będą książki w kieszeni. Że Iwo by to pokochał.
Ale przypomniał sobie kolejną zasadę, którą czuł w kościach: nie dokładaj przyszłości do przeszłości jak przyprawy do zupy. Bo nie wiesz, czy ktoś nie będzie jej potem jadł przez całe życie.
Zegarek w kieszeni Maksa znów się odezwał: „tyk-tyk”. Tym razem spokojnie, jakby mówił: „Czas wracać”.
— Musimy iść — powiedział Maks.
Iwo zrobił smutną minę.
— Już? Dopiero co przyszliście.
— Czas u nas… chodzi inaczej — Lena wzruszyła ramionami. — Wiesz, takie rodzinne.
Mistrz Antoni spojrzał na nich uważnie, jakby w końcu składał ich w myślach z różnych literek.
— Świat jest większy niż ulica — mruknął. — I większy niż warsztat. — Po chwili dodał ciszej: — Jeśli macie swoje miejsce, wracajcie do niego. Zanim zrobi się z tego błąd drukarski, którego nie da się poprawić.
Maks skinął głową. Te słowa były jak miękka, ale stanowcza dłoń na ramieniu.
Wyszli na ulicę. Zaułek wyglądał tak samo, tylko ciszej. Deszcz nie padał, ale powietrze było mokre, jak po świeżo umytej podłodze.
— Jak znajdziemy przejście? — Lena rozejrzała się.
Maks wyciągnął zegarek. Wskazówki ustawiły się same, wskazując dokładnie na miejsce między dwiema ścianami, tam gdzie zauważyli cień jaśniejszy od reszty.
Szczelina światła pojawiła się, jakby ktoś narysował ją kredą w powietrzu.
— To działa jak… zakładka w książce — stwierdziła Lena. — Wkładasz, żeby wrócić do miejsca, gdzie przerwałeś.
Maks uśmiechnął się.
— Tylko nie zgub zakładki.
Zanim weszli, Maks spojrzał jeszcze raz na warsztat. Iwo stał w drzwiach i machał. Mistrz Antoni udawał, że nie patrzy, ale jego brwi uniosły się na sekundę, jakby mówił: „Idźcie. I pamiętajcie.”
Maks ścisnął zegarek i zrobił krok w szczelinę.
Rozdział 6: Powrót, który pachnie domem
Przejście tym razem było krótsze. Tylko jedno „tyk” rozciągnięte jak guma. Maks poczuł, że w uszach dźwięki zlepiają się i rozklejają, a potem… cisza.
Stali z powrotem w pokoju Maksa. Lampka na biurku świeciła tak samo. Deszcz dalej stukał w szybę, jakby nigdzie nie poszedł. Na zegarku ściennym minęły może dwie minuty.
Lena spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.
— Dwie minuty! — wyszeptała. — A tam… było tyle rzeczy!
Maks otworzył książkę bez tytułu. Strona z rysunkiem zegarka była teraz zwykła, płaska, spokojna. Jakby nic się nie wydarzyło.
Ale w kieszeni Leny szeleściła kartka z drukarni. Prawdziwa, pachnąca atramentem.
— Dowód — powiedziała Lena i uśmiechnęła się zwycięsko. — Żeby ktoś nam nie wmówił, że zwariowaliśmy.
Maks usiadł na łóżku. Nagle poczuł zmęczenie, jak po całym dniu biegania, choć przecież minęły dwie minuty.
— Myślisz, że coś zmieniliśmy? — zapytał cicho.
Lena usiadła obok.
— Zmieniliśmy jedno: oddaliśmy literę na miejsce. — Popatrzyła na niego poważnie. — Może właśnie o to chodziło. Nie żeby mieszać, tylko żeby uważać.
Maks skinął głową.
— I żeby być ciekawym, ale mądrze ciekawym.
— „Ciekawość to latarka” — przypomniała Lena. — Świeci, ale nie służy do oślepiania.
Maks roześmiał się krótko.
— Pani Halina brzmi w twoich ustach jak instrukcja obsługi wszechświata.
— Bo wszechświat potrzebuje instrukcji — Lena podniosła śrubokręt. — Widziałeś kiedyś, co się dzieje, jak ktoś skręci krzesło bez instrukcji?
Maks wyobraził sobie krzesło z jedną nogą krótszą, które „tańczy” jak litery w drukarni. Znowu się roześmiał, tym razem dłużej.
Zegarek kieszonkowy leżał na biurku. Wskazówki ruszały się już normalnie, do przodu. Jakby mówiły: „Teraz jest teraz.”
— Myślisz, że jeszcze kiedyś…? — Maks nie dokończył.
Lena podniosła kartkę z napisem „Porządek w mieście” i przyjrzała się literom.
— Może. Ale nie dziś. Dziś wystarczy, że wiemy, jak łatwo coś poprzestawiać. Nawet jedną literą.
Maks poczuł przyjemne ciepło w klatce piersiowej. Nie takie od grzejnika. Raczej od myśli, że świat jest pełen drzwi, ale nie trzeba ich wyważać. Wystarczy pukać, patrzeć i słuchać.
Wieczorem, gdy Lena poszła do domu, Maks schował zegarek do szuflady. Książkę bez tytułu położył na półce, jakby była zwyczajna. A kartkę z drukarni wsunął między strony swojej ulubionej powieści — jak zakładkę, żeby pamiętać.
Kiedy mama zajrzała do pokoju, Maks już leżał w łóżku.
— Wszystko w porządku? — zapytała, poprawiając mu poduszkę.
— W porządku… w mieście i w głowie — mruknął Maks.
Mama roześmiała się cicho.
— To dobrze. Śpij.
Maks naciągnął kołdrę aż pod brodę. Zanim zasnął, wyobraził sobie Iwa, który układa literki w równym rzędzie, i mistrza Antoniego, który udaje surowego, choć w środku jest dumny.
A zegarek? W szufladzie nie tykał głośno. Tylko cichutko, jakby szeptał do ciemności:
„Ciekawość. Ostrożność. I zawsze wracaj do domu.”